|
|
|
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Zakłady Nobla w Bydgoszczy 1939-1945 r.
Potencjał zbrojeniowy DAG-FABRIK Bromberg
Budowę zakładów wojskowych materiałów wybuchowych w Bydgoszczy roz-poczęto w 1939 roku, zaraz po zakończeniu w Polsce kampanii wrześniowej. W wyniku trwających kilka lat przygotowań w koncernie DYNAMIT-AKTIEN GESELLSCHAFT VORM. ALFRED NOBEL & CO. w Troisdorf k. Kolonii powstała wizja fabryki godnej III Rzeszy. Miały to być zakłady o wysokim poziomie technicznym i o potencjale odpowiadającym potrzebom przewidywanego frontu wschodniego. Rozruch wytwórni prochu nastąpił w II kwartale 1943 r. Do końca tego roku osiągnięto zdolność produkcyjną pozwalającą na uzyskanie:
- prochów strzelniczych nitroglicerynowych – 2000 t/m-c,
- kruszących materiałów wybuchowych – 2000 t/m-c
(DI-B, czyli di-nitro-benzenu i tzw. TRI, czyli ksytolu, o składzie 80% trotylu i 20% tri-nitro-ksylenu).
Oprócz tego uruchomiono elaborację bomb lotniczych, pocisków artyleryjskich, ładun-ków saperskich i innych.
Z powyższej produkcji można było codziennie napełnić: 60 bomb lotniczych, zawierają-cych po 500 kg materiału wybuchowego z saletrą, ok. 5000 sztuk pocisków artyleryjskich dużych kalibrów i ok. 16 000 ładunków prochowych do takich pocisków. W IV kwartale 1944 roku zakończono budowę i montaż wytwórni trotylu (tri-nitro-toluenu) o zdolności produkcyjnej rzędu 2000 t/m-c. Zaawansowana była budowa fabryki kwasu siarkowego i oleum, której uruchomienie stanowiło warunek podjęcia produkcji trotylu. Dla osiągnięcia powyższego potencjału zbrojeniowego pobudowano:
- pięć wydziałów produkcyjnych, każdy posiadający własne zaplecze – np. magazyny, obróbkę kwasów odpadkowych, strzelnicę, plac spalań, trafostacje itp., gdzie wy-twarzano:
– nitroglicerynę (NGL-BETRIEB) w ok. 25 budynkach,
– nitrocelulozę (NC-BETRIEB)
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Miles M.52
W drugiej połowie 1943 r. brytyjskie Ministerstwo Lotnictwa zwróciło się do małej firmy British Miles Aircraft Corp. z prośbą o opracowanie samolotu eksperymentalnego, zdolnego do przekroczenia bariery dźwięku. Specyfikacja – oznaczona E.24/43 – zakładała stworzenie prototypu jednoosobowego samolotu badawczego o napędzie odrzutowym, mogącego osiągać w locie poziomym prędkość 1600 km/h, który w ciągu zaledwie 90 sek. wznosiłby się na pułap około 11 000 m. Miles Corp. przystąpiła do okrytych głęboką tajemnicą prac. Początkowo o całym projekcie wiedziało jedynie sześć osób: obaj bracia Miles, Dennis Bancroft – szef działu aerodynamiki, H. S. Wilkinson – szef działu inżynierii wytrzymałościowej, L. C. Heel – główny inżynier projektu oraz Don Brown.
Samolot wyposażono w wiele nowoczesnych rozwiązań. Aby obniżyć opór powietrza M.52 wyposażony był w bardzo cienkie skrzydła. Do dzioba przymocowano długą iglicę, której zadaniem było odchylanie fali uderzeniowej, generowanej przez dziób samolotu, tak aby chronić przed nią skrzydła. Ponieważ niewiele jeszcze wiedziano o barierze cieplnej, M.52 miał być zbudowany ze stali, a nie ze stopu aluminiowego. Inną techniczną ciekawostką była możliwość odłączania w sytuacjach awaryjnych całego kokpitu. Umożliwiała to specjalna konstrukcja przedniej części kadłuba, w której kokpit przymocowany był do jego środkowotylnej części za pomocą kilku metalowych sworzni. Każdy z nich posiadał wbudowany wewnątrz ładunek wybuchowy, który po odpaleniu powodował oderwanie się kokpitu wraz ze znajdującym się w nim pilotem. Rozwiązanie to było podobne do zastosowanego w niemieckim DFS 346.
Istotnym wyzwaniem dla konstruktorów M.52 było maksymalne zredukowanie powierzchni czołowej konstrukcji. Ponieważ maksymalna średnica kadłuba zależała od szerokości jednostki napędowej, którą stanowić miał silnik Power Jets W.2/700, zdecydowano, że wlot powietrza będzie się znajdować tuż za kokpitem pilota, na obwodzie kadłuba. Tym samym maksymalna średnica kokpitu, musiała być mniejsza od i tak małej średnicy dalszej części kadłuba. W efekcie kokpit samolotu był bardzo ciasny, a pilot leżał w nim niemal na wznak. Dodatkowo, po schowaniu przedniego koła, znajdowało się ono dokładnie pomiędzy jego nogami. Z tego też względu do roli oblatywacza M.52 musiano wybrać lotnika o drobnej budowie ciała. Wybór padł na kpt. Erica Browna. Specjalnie wyprofilowane, cienkie skrzydła przetestowano najpierw na zwykłym samolocie śmigłowym (tzw. Gillette Falcon). Przymocowane do niego drewniane modele nowych skrzydeł spisywały się podczas lotu bez zarzutu. W okresie kiedy w Miles Aircraft trwały intensywne prace badawczo-konstrukcyjne, informacje na temat prototypu M.52 dotarły za Ocean. W efekcie, w 1944 r. Brytyjczycy zostali „zdopingowani” do podpisania z Amerykanami porozumienia o wzajemnej wymianie wyników badań dotyczących lotów z prędkościami przydźwiękowymi. Na jego mocy Miles Aircraft została zobowiązana do przekazania amerykańskiej firmie Bell Aircraft pełnej dokumentacji dotyczącej prac nad M.52. Ku wielkiemu zdziwieniu pracowników z Miles Aircraft, cała „współpraca” na tym etapie się zakończyła, jako że Amerykanie nie podzielili się żadnymi informacjami o własnych badaniach.
Nie zrażeni zaistniałą sytuacją inżynierowie z Miles Aircraft kontynuowali swoje prace i pod koniec 1944 r. projekt M.52 był już na ukończeniu. W odpowiedzi rząd Wielkiej Brytanii złożył zamówienie na budowę trzech pełnowymiarowych prototypów. Budowa pierwszego egzemplarza M.52 rozpoczęła się na początku 1945 r., a na krótko przed zakończeniem wojny był on już w dużej części gotowy. Początek lotów testowych zaplanowano na wiosnę 1946 r. Wtedy też program M.52 spotkał los, jakiego nikt w zakładach Miles Aircraft się nie spodziewał. W lutym 1946 r. do siedziby firmy przyszła depesza z Ministerstwa Lotnictwa nakazująca natychmiastowe przerwanie całego programu, który zdążył już pochłonąć 100 tys. £. Powód tej decyzji do dziś stanowi temat licznych spekulacji i kontrowersji. Najczęściej wspominaną przyczyną nagłej kasacji programu M.52 jest szereg drastycznych cięć budżetowych, jakie nastąpiły w brytyjskim przemyśle zbrojeniowym w 1946 r. Do władzy doszedł wtedy rząd labourzystowski wyznający zasadę, że skoro wojna się już skończyła, najwyższa pora zaprzestać wydawania milionów funtów na zbyteczne i nazbyt kosztowne militarne przedsięwzięcia. Program M.52 był jednym z wielu, jakie spotkał podobny los. Osobą bezpośrednio odpowiedzialną za decyzję dotyczącą zamknięcia programu M.52 był dyrektor Biura Badań Naukowych – Ben Lockspeiser. Pod sam koniec II wojny światowej Lockspeiser odwiedził jeden z przejętych przez aliantów niemieckich tajnych poligonów doświadczalnych, zlokalizowanych w rejonie Monachium. Tam też zapoznał się z dokumentacją kilku niemieckich projektów szybkich samolotów odrzutowych. Wszystkie one posiadały skrzydła skośne lub o kształcie zbliżonym do delty. Lockspeiser doszedł do wniosku, że tylko samoloty o takiej budowie będą w stanie bezpiecznie pokonać barierę dźwięku. Prototyp M.52 posiadał tymczasem skrzydła proste. W efekcie Lockspeiser postanowił anulować program M.52 jako nazbyt niebezpieczny. Swoją decyzją chciał ponoć oszczędzić życie brytyjskich pilotów - oblatywaczy. Ostatecznie program M.52 miał swój ciąg dalszy w postaci testów bezzałogowego prototypu w skali 1:3. Kontrakt na wykonanie bezzałogowego modelu, o oznaczeniu A.1, podpisany został z firmą Vickers Ltd. Napęd nowej konstrukcji stanowił silnik rakietowy opracowany w Royal Aircraft Establishment. Szeroki na 2,44 m bezzałogowiec wyposażony był w autopilota oraz urządzenia telemetryczne pozwalające na przekazywanie podczas lotu podstawowych parametrów do centrum kontroli naziemnej. A.1 miał być wynoszony na odpowiedni pułap zrzutu w luku bombowym Mosquito. Pierwsza próba zrzutu A.1 odbyła się 30 maja 1947 r., lecz na skutek złej pogody samolot został utracony. Operację powtórzono 8 października 1947 r. z drugim egzemplarzem – A.2. Wyniesiony przez Mosquito, a następnie zrzucony, prototyp uległ zniszczeniu w wyniku eksplozji silnika. Rok później – 9 października 1948 r. – testom poddany został trzeci egzemplarz, również bezzałogowy – A.3. Jego lot zakończył się połowicznym sukcesem. Prototyp osiągnął co prawda prędkość około 1,4 Ma, lecz zboczył z zaplanowanego kursu i zniknął gdzieś nad Atlantykiem, gdzie po raz ostatni obserwowany był na radarze. Dalszych testów już nie było.
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Na tropie "niewidzialnych" samolotów
W 1974 roku w amerykańskich kręgach wojskowych pojawił się raport Pentagonu, określający rokowania ewentualnego konfliktu ze ZSRR. Jego konkluzje trudno było nazwać optymistycznymi. Zdaniem ekspertów, amerykańskie siły powietrzne zostałyby rozgromione w ciągu zaledwie siedemnastu dni. Głównym powodem takiego stanu rzeczy był niezwykle nowoczesny i rozbudowany system radzieckiej obrony przeciwlotniczej, składający się m.in. z naprowadzanych radiolokacyjnie rakiet ziemia-powietrze. W tej sytuacji Pentagon postanowił zwrócić się o pomoc do DARPA – Agencji Rozwoju Przyszłościowych Projektów Obronnych. Jedną z zaproponowanych możliwości skutecznego przełamania radzieckiego parasola obrony przeciwlotniczej stała się koncepcja opracowania samolotu zupełnie niewykrywalnego przez radary.1 Obecnie, nawet osoby nie interesujące się na co dzień lotnictwem wiedzą, że efektem prac nad technologią stealth stały się takie konstrukcje, jak: Lockheed F-117A Nighthawk i Northrop B-2 Spirit. Historia tzw. „niewidzialnych” samolotów to jednak nie tylko losy rozwoju niezwykłej, technicznej koncepcji umożliwiającej przenikanie na terytorium wroga bez jego wiedzy. Podobnie, jak możliwości techniki stealth nieodwracalnie zmieniły oblicze lotnictwa wojskowego, tak też rodząca się wokół nich już pod koniec lat 70. aura tajemniczości stała się bodźcem, który systematycznie stymulował coraz większą grupę dziennikarzy i miłośników lotnictwa do pogoni za rozszyfrowaniem zagadek tajnych wojskowych samolotów oraz poligonów doświadczalnych. Zapoznanie się z historią tego niezwykłego wyścigu, o wydarcie siłom powietrznym ich największej militarnej tajemnicy końca zimnej wojny, jest podstawą do zrozumienia wielu istotnych faktów, które zostaną przeze mnie omówione w czwartym rozdziale tej książki…
XST – program, który „zniknął”
W kwietniu 1976 roku, po blisko dwóch latach trwania wstępnych faz studialnych, DARPA zdecydowała się przyznać kontrakt na budowę demonstratora nowoczesnej technologii stealth firmie Lockheed, a konkretnie jej Działowi Zaawansowanych Projektów – tzw. zakładom Skunk Works. Wtedy też w całym programie nastąpił bardzo znaczący przełom. Zaprezentowane miesiąc wcześniej, w marcu 1976 roku, przez dwa konkurujące ze sobą zespoły Northropa i Lockheeda, koncepcje budowy samolotu stealth okazały się tak rewolucyjne, że Pentagon błyskawicznie zdecydował się je utajnić. Analogicznemu utajnieniu uległ również całym program, który aż do tego momentu określany był skrótem XST (Experimental Survivable Testbed). Wyłączony spod patronatu DARPA program XST przeklasyfikowany został następnie na projekt Have Blue. Od tej pory, jako ściśle tajny (Special Access Program), miał on podlegać bezpośrednio Dowództwu Systemów Sił Powietrznych (Air Force Systems Command). Zmieniono również lokalizację biura projektu, które z Waszyngtonu przeniesiono do bazy Wright-Patterson w Ohio. Tymczasem, zakłady Skunk Works zostały zobowiązane do zbudowania dwóch latających prototypów stealthów, oznaczonych kodowo: Have Blue 1001 i Have Blue 1002. Obie maszyny miały być oblatane jeszcze w 1977 roku na ściśle tajnym poligonie Groom Lake w Nevadzie.2 Kilka lat później, na bazie zdobytych na nich doświadczeń, powstał pierwszy seryjny samolot reprezentujący nowoczesną technologię stealth – słynny Lockheed F-117A. Pomimo że od połowy 1976 roku projekt Have Blue oraz główna tajemnica technologii stealth – fasetowa budowa prototypu – stały się częścią tzw. czarnego programu, to sama koncepcja opracowania przez siły powietrzne samolotu o parametrach stealth nie była już taką tajemnicą! Powód był prosty i wynikał z faktu, że początkowo cały program, mający doprowadzić do powstania samolotu stealth, podlegał DARPA i jako taki nie był przedsięwzięciem ściśle tajnym (top secret), a jedynie tajnym (confidential). Zarówno pierwsza faza całego programu (studyjna), w której kilka firm zaprezentowało swoje koncepcje stworzenia zaawansowanej technologii stealth, jak i trwająca od października 1975 do kwietnia 1976 roku bezpośrednia rywalizacja pomiędzy Northropem i zakładami Skunk Works Lockheeda, były do pewnego stopnia znane szerokim kręgom wojskowych oraz przedstawicielom Kongresu. Wiadomo było również, że po zakończeniu wstępnego etapu prac nad programem XST, wyłoniona w konkursie firma otrzyma zlecenie na budowę prototypu, na którym wykonana zostanie m.in. seria lotów testowych. Tymczasem, w połowie 1976 roku cały program nagle „rozpłynął się w powietrzu”. W dodatku, stało się to dokładnie po tym, jak w bazie Holloman w Nowym Meksyku, opracowane przez Northropa i Skunk Works modele prototypów XST poddane zostały testom RCS 3, które miały potwierdzić ich rewolucyjnie niskie echo radarowe.
Samoloty stealth – początek wielkiej tajemnicy
Nagłe zniknięcie wszelkich informacji na temat realizowanego przez siły powietrzne programu budowy samolotu niewidzialnego dla radarów, nie uszło uwadze fachowych czasopism lotniczych. Pierwsza fala prasowych wzmianek na temat istnienia samolotów stealth, była jeszcze wynikiem częściowo jawnych informacji o programie XST, realizowanym pod patronatem DARPA. W czerwcu 1975 roku czasopismo Defence Daily podało informację, że siły powietrzne pracują nad małym projektem myśliwca niewidzialnego dla radarów. 4 Rok później, w sierpniu 1976 roku, Aviation Week and Space Technology poinformował, że kontrakt na budowę demonstracyjnego prototypu myśliwca stealth wygrała firma Lockheed.5 W 1977 roku to samo pismo dodało, że demonstrator myśliwca stealth używa silników J85, konsultantem programu jest „Kelly” Johnson ze Skunk Works, a prototyp powinien wzbić się w powietrze do końca 1977 roku.6 Wzmiankę o rozpoczęciu przez Lockheeda budowy małego prototypu myśliwca stealth, przewidzianego do oblatania w 1977 roku, można było również znaleźć na łamach opublikowanego w 1978 roku opracowania Jane’s All the World’s Aircraft.7 Efektem nagłego utajnienia programu myśliwca stealth i nabrania przez siły powietrzne przysłowiowej wody w usta, stała się druga fala prasowych publikacji. Rozpoczęła się ona w 1979 roku. Jako pierwszy, do problemu prac nad demonstratorem stealth powrócił Las Vegas Review-Journal. W jednym ze swoich artykułów magazyn wspomniał m.in.: o samolocie tak tajnym, że za każdym razem, gdy wyprowadzany jest on z hangaru lub podchodzi do lądowania w bazie zaczynają wyć syreny, a cały personel (z wyjątkiem ściśle wyselekcjonowanego) musi położyć się twarzą do ziemi, tak aby miano pewność, że nie patrzy w kierunku samolotu. Artykuł w Las Vegas Review-Journal wspominał również o pracach nad niewidzialnym dla radarów samolotem myśliwsko-bombowym (określonym jako – F-20) oraz o tajnym samolocie rozpoznawczym (nazwanym – Stealthfire).8 Kolejna burza prasowych spekulacji o technologii stealth nastąpiła w 1980 roku. Począwszy od 10 sierpnia, na przestrzeni zaledwie tygodnia, tajemnica niewidzialnych dla radarów samolotów omówiona została na łamach: Aviation Week and Space Technology, The Washington Post oraz w programie nadawanym przez BBC News. Po raz kolejny dowodzono, że siły powietrzne zaangażowane są w kilka oddzielnych projektów, które mają doprowadzić do powstania całej rodziny niewidzialnych dla radarów samolotów. Ponieważ zagadka technologii stealth, jak każdy inny temat związany z tajnymi wojskowymi projektami, stanowiła dla prasy bardzo smakowity kąsek, stało się oczywiste, że spekulacje nie ustaną tak długo, dopóki siły powietrze ich nie skomentują. Istniały trzy możliwości: wszystkiemu zaprzeczyć, rozpocząć akcję dezinformacyjną lub skwitować pogłoski o pracach nad technologią stealth stwierdzeniem żadnych komentarzy. Zarówno administracja prezydenta Jimmy’ego Cartera, jak i sekretarz obrony Harold Brown, brali początkowo pod uwagę wszystkie trzy ewentualności. Ostatecznie 22 sierpnia 1980 roku odbyła się specjalna konferencja prasowa, na której sekretarz obrony Harold Brown poinformował: Ogłaszam w dniu dzisiejszym, że dokonano ważnego technologicznego postępu o ogromnym znaczeniu militarnym. Ta tak zwana technologia stealth umożliwia Stanom Zjednoczonym budowę załogowych i bezzałogowych samolotów niemożliwych do skutecznego wykrycia przez istniejące systemy obrony powietrznej. Dla naszej satysfakcji zademonstrowaliśmy, że owa technologia działa.8 Pod koniec 1981 roku dla opinii publicznej stało się jasne, że siły powietrzne rozpoczęły także prace nad nowym typem samolotu bombowego (przyszłym B-2 Spirit). 20 października 1981 roku jedna z wydawanych w Los Angeles gazet napisała: (…) prezes zarządu firmy Northrop Corporation potwierdził dzisiaj, że siły powietrzne powiadomiły firmę o jej wyborze na głównego kontrahenta do przeprowadzenie wstępnych badań i prac technicznych nad koncepcją nowoczesnego samolotu bombowego. (…) Wszystkie szczegóły są tajne i nie będą publikowane żadne dalsze informacje.9 W rzeczywistości, prace nad nowym bombowcem realizowane w ramach programu ATB (Advanced Technology Bomber – Bombowiec Nowoczesnej Technologii), rozpoczęły się jeszcze w 1978 roku. Wtedy to, siły powietrzne, widząc możliwości strategiczne niewidzialnego dla radarów Have Blue, zdecydowały, że w niedalekiej przyszłości chciałyby również posiadać w swoim wyposażeniu niewykrywalny bombowiec dalekiego zasięgu.8 Do 1981 roku program ATB był ściśle tajny, a informacje na jego temat posiadali jedynie wybrani członkowie specjalnej komisji Senatu i Izby Reprezentantów.10 Informacje przekazane w prasie pod koniec 1981 roku były zatem jedynie znikomym fragmentem prawdziwej historii badań nad przyszłym niewidzialnym dla radarów bombowcem B-2. Były one jednak wystarczającym sygnałem tego, że siły powietrzne pracują nad nowym i ściśle tajnym projektem samolotu bombowego. Potwierdzenie przez siły powietrzne prowadzenia prac nad technologią stealth (sierpień 1980 r.) oraz nowoczesnym bombowcem ATB (październik 1981 r.), wespół z pojawiającymi się od 1975 roku prasowymi publikacjami o potajemnym opracowywaniu całej rodziny samolotów stealth, sprawiły, że począwszy od 1980 roku w fachowych czasopismach lotniczych coraz częściej spekulowano o istnieniu ściśle tajnych samolotów, testowanych przez siły powietrzne. Zaczęły się również pojawiać szkice i rysunki, mające przedstawiać rzekomy wygląd owych konstrukcji. W przypadku programu ATB istotny przełom w tworzeniu jego „prasowego wizerunku” nastąpił w 1985 roku. Wtedy to, pełniący obowiązki przewodniczącego senackiej komisji ds. uzbrojenia – Barry Goldwater (ten sam, który w latach 60. usiłował „odwiedzić” tajny hangar w bazie Wright-Patterson) – zdradził, że samolot będzie posiadał kształt latającego skrzydła.11,9 Informacja ta jeszcze bardziej podsyciła ciekawość dziennikarzy, a w prasie niczym grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się różne wyobrażenia przyszłego bombowca. Wygląd myśliwca stealth pozostał tajemnicą znacznie dłużej. Początkowo sądzono, że jest on zbliżony kształtem do SR-71 – posiada długi, spłaszczony kadłub oraz deltoidalne, zaokrąglone skrzydła. Taki właśnie kształt domniemanego stealtha stał się szczególnie popularny w 1986 roku, kiedy to na rynku modelarskim pojawił się plastikowy model F-19 Stealth Fighter, opracowany przez Johna Andrewsa z firmy Testor Corporation. Osobne spekulacje dotyczyły samych zasad działania technologii stealth. Aż do 1986 roku uważano, że nowoczesna technologia stealth uzyskiwana jest jedynie dzięki zastosowaniu nowych materiałów pochłaniających fale radarowe (tzw. materiałów RAM). Pierwsze informacje, które sugerowały, że technologia stealth związana jest bezpośrednio z kształtem samolotu, składającego się z wielu płaskich powierzchni (tzw. fasetową budową), pojawiły się dopiero w 1986 roku. Rok później wspominana już firma modeli plastikowych Testor Corporation wypuściła na rynek model hipotetycznego radzieckiego myśliwca stealth o oznaczeniu MiG 37B Ferret-E. Model samolotu, choć znacznie odbiegający wyglądem od F-117A, miał kształt wielo-płaszczyznowej bryły, oddającej pod wieloma względami fasetową budowę niewidzialnego F-117A. Wkrótce też w prasie pojawiły się komentarze (bazujące na przeciekach), stwierdzające, że jeżeli chcesz zobaczyć, jak wygląda F-117, popatrz na model MiGa 37. 12
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Wojna podwodna na Bałtyku w latach 1939-1945
Pierwsza wojna światowa udowodniła olbrzymią skuteczność broni podwodnej w działaniach morskich. Pokazała iż siły podwodne potrafią dotkliwie osłabiać nawet silniejszego przeciwnika jak i być sprawnym wykonawcą blokady ekonomicznej. Stąd też niemal wszystkie państwa w programach rozbudowy swych flot uwzględniały te doświadczenia, rozbudowując- na miarę swych możliwości i planów wojennych- broń podwodną. Dotyczyło to także państw nadbałtyckich.
Bałtyk będący niemal morzem zamkniętym, dość płytkim, o niewielkiej szerokości stanowił specyficzny teatr działań wojennych. W dodatku znaczna część jego wód (Zatoki Fińska i Botnicka) przez mniej więcej 5 miesięcy w roku pozostaje skuta lodem, uniemożliwiając jakiekolwiek działania bojowe. Z tych powodów efektywnie działać na nim mogły głównie lekkie siły nawodne jak i podwodne, w niektórych państwach (III Rzesza, ZSRR) coraz większą rolę w wojnie morskiej wyznaczano też lotnictwu.
Strony przed wybuchem wojny
W połowie 1939 roku najsilniejsze na Bałtyku były Kriegsmarine i Flota Bałtycka ZSRR. Mimo że główne siły marynarki niemieckiej stacjonowały w portach Morza Północnego, zgrupowanie bałtyckie było bardzo silne. Oprócz m.in. 2 starych pancerników, 3 lekkich krążowników, licznych niszczycieli trałowców i torpedowców w ich skład wchodziła flotylla siedmiu okrętów podwodnych. Zadaniem tych sił było sparaliżowanie ewentualnych morskich dróg transportowych przeciwnika, w przypadku starcia z Flotą Bałtycką blokada jej wyjścia z zatoki Fińskiej, w przypadku słabszych przeciwników- głównie Polski- blokada ich sił w portach lub na wodach przybrzeżnych oraz osłona własnych szlaków (z Pomorza do Prus Wschodnich). Zadanie ułatwiało rozmieszczenie tych sił w bazach od Kilonii przez Świnoujście, Kołobrzeg, Ustkę po Piławę, a od marca 1939 r. po Kłajpedę.
Flota Bałtycka była najsilniejszą z radzieckich, w jej skład wchodziły 2 z 3 posiadanych pancerników większość krążowników i niszczycieli, przede wszystkim zaś ponad połowa (brak dokładnych danych) z około 200 kutrów torpedowych i tyluż okrętów podwodnych. Słabością tego ugrupowania były nie zawsze nowoczesne jednostki jak i fatalne położenie operacyjne- zamknięcie w Zatoce Fińskiej i oparcie jedynie o bazę Kronsztadt- Leningrad.
W skład Polskiej Marynarki Wojennej, wielkim wysiłkiem rozbudowanej ponad ówczesne potrzeby taktyczno- operacyjne, wchodził, jako główny trzon bojowy, dywizjon czterech niszczycieli oraz dywizjon pięciu okrętów podwodnych.
Marynarka Duńska obok niewielkich sił obrony wybrzeża dysponowała stosunkowo liczną grupą (9) niewielkich okrętów podwodnych przystosowanych do działań w Cieśninach i na Bałtyku.
Trzon sił Szwecji stanowiło 8 pancerników obrony wybrzeża i dwa krążowniki, liczna też była flota podwodna bo aż 21 jednostek. Uzupełnienie stanowił duży stawiacz min, po 6 małych stawiaczy, trałowców i kutrów torpedowych, 49 dozorowców i patrolowców oraz około 20 okrętów pomocniczych.
Flota Finlandii opierała się na jednostkach typowych dla Bałtyku- trałowcach, dozorowcach, ścigaczach, kanonierkach oraz pięciu małych okrętach podwodnych. Posiadała jednak 2 pancerniki obrony wybrzeża z lat 1930-31.
Flotę Estonii stanowiły dwa podwodne i dwa nawodne stawiacze min torpedowiec po 3 kutry trałowe i patrolowe oraz kilka kanonierek i lodołamaczy.
?otewskie siły morskie obejmowały dwa małe okręty podwodne, 3 trałowce i 4 okręty pomocnicze.
Litwa miała najsłabszą flotę: jeden dozorowiec przeznaczony do celów reprezentacyjnych i 6 małych kutrów.
Zmagania polsko- niemieckie /wrzesień- październik 1939/
Głównym zadaniem Kriegsmarine było zniszczenie lub zablokowanie w bazach floty polskiej i ochrona własnych szlaków morskich. Operujących na Bałtyku 7 U-bootów paraliżować miało ewentualne wypady nawodnych sił polskich (zwłaszcza niszczycieli) jak i zapobiegać polskim transportom z neutralnych portów (dostawy przez cieśniny duńskie z portów zachodnich sojuszników uznano za mało prawdopodobne).
Pierwotny plan operacyjny dla okrętów podwodnych PMW zakładał przede wszystkim paraliżowanie żeglugi niemieckiej z Rzeszy do Prus Wschodnich. Drugi plan- kryptonim ”Worek”- zakładał koncentrację broni podwodnej w Zatoce Gdańskiej i na wodach na północ od niej w celu obrony wybrzeża przed desantem od strony morza. Obydwa zakładały działania pasywne- minowanie i aktywne- ataki torpedowe (3 z 5 jednostek OORP ”Żbik”, ”Ryś”, ”Wilk” były jednocześnie okrętami minowymi). W przeciwieństwie do pierwotnego planu zakładającego poszukiwanie przeciwnika na bałtyckich trasach ”Worek” był wybitnie defensywny określając sektory wyczekiwania na npla.
Do wyznaczonych sektorów polskie okręty podwodne wyszły z baz Helu i Oksywia dopiero rankiem 1 września. Był to błąd- zamiast oczekiwać na wroga na morzu, jednostki musiały przemykać do sektorów będąc obiektami ataków lotnictwa i małych jednostek nawodnych npla. W ciągu pierwszych dni działań polskie okręty nie odniosły żadnych sukcesów, chociaż dwukrotnie wykonywały ataki torpedowe na niemieckie niszczyciele dozorujące (OORP ”Wilk” i ”Sęp”). Same natomiast uległy niewielkim, choć uciążliwym uszkodzeniom. Szczęśliwie też udało im się uniknąć zatopienia przez niemieckie okręty podwodne : U-14 atakuje 3 września ”Sępa” a U-18 6 września ”Żbika”- w obu przypadkach nastąpiły przedwczesne eksplozje zbyt czułych zapalników magnetycznych. Należy podkreślić iż z polskich tysiąctonowych okrętów nie zauważono trzystutonowych U-bootów. Ciągłym zagrożeniem były częste loty i ataki, specjalnie wyszkolonych do walki z okrętami, JU-87 ”Stuka” z 186 dywizjonu.
Dążąc do usunięcia okrętów spod ciosów przeciwnika (Niemcy zorientowali się w położeniu sektorów), jak i stworzenia im większej swobody operacyjnej, Dowództwo Floty zmieniło dotychczasowy plan. 7 (ORP ”Ryś) i 9 (OORP ”Wilk” i ”Żbik”) września polskie podwodne stawiacze min postawiły zagrody minowe z, odpowiednio, 10, 20 i 20 min. Zagrody postawiono na najbardziej uczęszczanych szlakach ale ze względu na zbyt małą liczbę min i zbyt duże odległości między nimi (ponad 40 metrów) zatonął na nich tylko jeden trałowiec M-85 (1 października). Po postawieniu zagród okręty przeszły do nowych sektorów pomiędzy Bornholmem a Brüsterort.
Nie odniosły jednak sukcesów- niemieckie transporty ograniczone były do minimum, natomiast bardzo aktywne były niemieckie siły nawodne i lotnictwo, dążące do zniszczenia jedynej już w tym czasie groźnej polskiej siły na Bałtyku. Pogarszał się też ich stan techniczny- przecieki w kadłubie odnotowano na ”Rysiu”, ”Sępie” i ”Wilku”. Na tym ostatnim zaczynało wyczerpywać się paliwo wobec czego kpt. B. Krawczyk uzyskał zezwolenie na sforsowanie cieśnin duńskich i udanie się do Anglii. 11 września ORP ”Wilk” natknął się na ciężki krążownik ”Admiral Hipper”, który po zauważeniu peryskopu uciekł na pełnej prędkości. Dwa dni później ”Wilk” był już w rejonie cieśnin a 14 wieczorem, płynąc na powierzchni (!), przedarł się na Morze Północne.
W związku z sytuacją okrętów jak i gwałtownie pogarszającym się ogólnym stanem obrony wybrzeża (niemożliwość skorzystania z baz), 14 września dowódcy pozostałych jednostek podwodnych otrzymali rozkaz:
”Szkodzić jak najwięcej nieprzyjacielowi. Po wyczerpaniu wszystkich środków udać się do Anglii […] Jeżeli to niemożliwe, działać, jak długo można, na Bałtyku, następnie internować się w Szwecji […]”.
Trzy dni później dowódca ”Sępa”, kmdr. ppor. Wł. Salamon, po udaremnionej złym stanem okrętu, próbie wydostania się z Bałtyku, zdecydował się na wejście do szwedzkiego Nynashamn celem dokonania napraw i został przez Szwedów niezwłocznie internowany. 18 września podobną decyzję podjął dowódca ”Rysia” kmdr. ppor. A. Grochowski, którego załoga podzieliła los ”Sępa”. Dowódca ”Żbika” kmdr. ppor. M. Żebrowski postanowił, przed próbą przedarcia się do Anglii, dokonać niezbędnych napraw. Ponieważ niemożliwe było to za pomocą własnych środków, 26 września okręt zawinął do szwedzkiego Vaxholmu, gdzie po 24-godzinej próbie usunięcia uszkodzeń został internowany. Przygotowania czynione do ucieczki spełzły na niczym zarówno wskutek stanowczej (proniemieckiej) postawy Szwedów, oraz kalkulacji Anglików dotyczących ewentualnego udziału polskich okrętów podwodnych w obronie Szwecji lub w wsparciu Finów w ich wojnie z ZSRR. Najwcześniej w neutralnym porcie- estońskim Tallinie- znalazł się ORP ”Orzeł”. Jego d-ca kmdr. ppor. H. Kłoczkowski podjął decyzję zawinięcia tam, zasłaniając się chorobą i koniecznością uzyskania pomocy lekarskiej, unikając przy tym wcześniej starć z wrogiem (za postawę tę został, przez Dowództwo Marynarki Wojennej w Londynie, zdegradowany do stopnia marynarza). Władze estońskie, ulegając naciskom niemieckim i radzieckim, internowały okręt 15 września, który, bez map i części uzbrojenia, uciekł 18 września i po trzytygodniowej legendarnej odysei przedarł się do Anglii, pod dowództwem kpt. J. Grudzińskiego (przy tym aż do 7 października próbował kontynuować walkę na Bałtyku !).
Niemcy już 6 września uznali (na podstawie własnych meldunków, jak i zmiany sektorów przez polskie okręty podwodne), że polskie siły podwodne przestały się liczyć jako przeciwnik. Już następnego dnia musieli to założenie zweryfikować i do 14 października utrzymywać na Bałtyku liczne jednostki do zwalczania broni podwodnej, podejrzewając obecność na jego wodach dwóch polskich okrętów podwodnych.
Niemieckie siły podwodne skierowane przeciwko Polsce nie odniosły w trakcie działań bezpośrednich sukcesów, spełniły natomiast zadanie uczestników blokady polskiego wybrzeża. Nie przeszkodziły im w tym siły polskie pozbawione okrętów przeznaczonych do zwalczania jednostek podwodnych (możliwość taką miały niszczyciele ale trzy z nich opuściły Bałtyk jeszcze przed wybuchem wojny, czwarty, ORP ”Wicher”, poza przejściem 1 września z Oksywia na Hel, nie opuścił bazy i został zatopiony 3 września), jak i groźnego, jak się okazało, lotnictwa morskiego.
Polskie okręty podwodne nie mogły odnieść sukcesu nie mając oparcia w bazach lądowych i będąc krępowane błędnymi dyrektywami z dowództwa, które nie uwzględniało możliwości jednostek. Błędem, popełnionym jeszcze przed wojną, był zakup, do działań na Bałtyku, okrętów typu oceanicznego.
Wyjście ZSRR nad Bałtyk /listopad 1939- sierpień 1940/.
Schyłek 1939 roku przyniósł zmiany również we wschodnim rejonie Bałtyku. Dążąc do poprawy strategicznego położenia nad tym morzem ZSRR wymusił na Litwie, Łotwie i Estonii udostępnienie baz wojskowych, w tym morskich. Po przyłączeniu w sierpniu 1940 roku tych krajów jako republik, w Tallinie urządzono główną bazę dla Floty Bałtyckiej, której część rozmieszczono także w portach Zatoki Ryskiej.
W tym samym celu zażądał też od Finlandii przesunięcia granicy na Przesmyku Karelskim (odsunięcie od Kronsztadu i Leningradu), oraz bazy morskiej u wejścia do Zatoki Fińskiej (płw. Hanko).
Po odrzuceniu przez Finów tych żądań rozpoczęły się działania zbrojne, w których wzięły udział floty obu państw.
Głównym zadaniem floty fińskiej była obrona lini komunikacyjnych między Szwecją i Finlandią (przez porty szwedzkie przechodziły dostawy uzbrojenia i zaopatrzenia od państw zachodnich). W związku z tym główne siły marynarki fińskiej miały nie wpuścić radzieckich okrętów podwodnych na wody Zatoki Botnickiej. Drugim zadaniem było ograniczenie działalności Floty Bałtyckiej przy południowych wybrzeżach Finlandii.
Flota Bałtycka ZSRR miała wesprzeć wojska lądowe, przerwać linie transportowe przeciwnika, nie dopuścić do wtargnięcia jego okrętów na wody Zatoki Fińskiej oraz chronić własne linie komunikacyjne. Na podejściach do portów i na szlakach handlowych dowództwo wyznaczyło 19 pozycji dla okrętów podwodnych.
Wojna radziecko- fińska rozpoczęła się 30 listopada 1939 roku. Zdecydowana przewaga była po stronie ZSRR- tylko w okrętach podwodnych 67 przeciwko 5 fińskim.
Pierwsze radzieckie okręty podwodne sforsowały cieśninę Södra Kvarken (między Wyspami Alandzkimi a Szwecją) 3 grudnia. Pierwszy sukces odniósł, w nocy z 9 na 10 grudnia, niedaleko wysepki Utö, ”Szcz- 323” topiąc ogniem artylerii transportowiec o pojemności około 2000 BRT. Kilkanaście godzin później ”Szcz- 322”, na podejściu do Helsinek, storpedował statek o pojemności 7400 BRT. Najskuteczniej działał, przebywający w okolicy portu Vaasa, ”Szcz- 311”: 28 grudnia ostrzelał i zatopił ”czterotysięcznik”, następnego dnia powtórzył ten wyczyn a 5 stycznia 1940 posłał na dno statek o pojemności 2000 BRT. Ostatnią stratę ponieśli Finowie 10 stycznia, tracąc na podejściu do portu Rauma, statek o pojemności ok. 4000 BRT; sprawcą był ”S-1”. Ze względu na zbyt duże zalodzenie Zatoki Botnickiej, w połowie stycznia okręty radzieckie wróciły do baz. Już do końca wojny (13 marca 1940 r.) nie wznowiono działań morskich.
W wyniku tej wojny, zakończonej spełnieniem radzieckich żądań, jak również w wyniku zajęcia przez nich Litwy, ?otwy i Estonii oraz zajęcia Danii przez Niemcy, sytuacja na Bałtyku uległa zdecydowanej zmianie. Południowe i zachodnie wybrzeża Bałtyku znalazły się pod bezpośrednim panowaniem III Rzeszy, zaś obszar na północ od Gotlandii znalazł się pod praktyczną kontrolą Floty Bałtyckiej ZSRR. Takie położenie i układ sił miał odegrać duża rolę w następnej kampanii.
Blokada Floty Bałtyckiej /czerwiec 1941-styczeń 1944/
Plan wojny przeciwko Związkowi Radzieckiemu zakładał jak najszybsze zniszczenie radzieckich sił lądowych w rejonie Bałtyku co miało pociągnąć za sobą utratę baz przez Flotę Bałtycką i utratę przez nią siły bojowej. Główny wysiłek działań marynarki niemieckiej wciąż był skierowany przeciwko Anglii. Jednakże okręty Kriegsmarine stacjonowały bądź na Bałtyku, bądź w bazach Morza Północnego skąd szybko można było je przerzucić Kanałem Kilońskim lub cieśninami duńskimi.
Niewielkie siły morskie miały unikać starć i czekać na opanowanie portów przez wojska lądowe. Ich głównym zadaniem było niedopuszczenie do wyjścia okrętów radzieckich na Bałtyk oraz ochrona własnych wybrzeży i linii komunikacyjnych. Składały się one z 28 kutrów torpedowych, 5 o.p., 10 stawiaczy min i około 80 trałowców, kutrów trałowych i patrolowych.
Z siłami niemieckimi współdziałać miała flota fińska.
Flota Bałtycka ZSRR liczyła 2 pancerniki, 2 krążowniki, 21 niszczycieli i torpedowców, 33 trałowce, 48 kutrów torpedowych, 65 o.p. (z nich tylko 47 było zdolnych do działań bojowych) oraz wiele jednostek pomocniczych. Ze względu na nienajlepsze rozmieszczenie nie mogło jej skutecznie wspomóc 656 samolotów lotnictwa morskiego (w tym 353 myśliwskie, 172 bombowe i torpedowe). Do zadań floty, dowodzonej przez wiceadm. W. Tribuca, należała obrona wybrzeża, wspieranie wojsk lądowych, ochrona linii komunikacyjnych oraz niedopuszczenie okrętów niemieckich na wody Zatok: Ryskiej i Fińskiej.
Tydzień przed wybuchem wojny Niemcy postawili dużą zagrodę minową ”Wartburg”- od Kłajpedy po Olandię a w nocy z 21 na 22 czerwca zagrody: ”Corbetha” (w najwęższym miejscu Zatoki Fińskiej), ”Apolda” (na wejściu do tejże zatoki, od wyspy Hiuma po Finlandię). Zagrody ”Eisenach”, ”Coburg” i ”Gotha” zablokowały wyjścia z Zatoki Ryskiej. Zaminowano także podejścia do portów, łącznie Niemcy postawili tej nocy ponad 2400 min.
W nocy z 22 na 23 czerwca operacje minowe rozpoczęli Rosjanie minując Zatokę Fińską niedaleko niemieckiej zagrody ”Apolda”, do końca czerwca postawiono łącznie 3059 min.
Jeszcze przed wybuchem wojny pozycje w pobliżu baz radzieckich zajęło kilka U-bootów. Radzieckie o.p. swe sektory przybrzeżne osiągnęły w ciągu pierwszych dwóch dni wojny, sektory dalekomorskie do 25 czerwca. W ciągu pierwszych dwóch miesięcy wojny doszło do wielu walk między okrętami podwodnymi obu stron. Już 23 czerwca ”U 144” storpedował radziecki o.p. ”M-78” a 21 lipca ”U 149” w identyczny sposób zatopił ”M-94”. 9 sierpnia ”Szcz-307” mszcząc kolegów storpedował ”U 144”. Ostatnim sukcesem niemieckich o.p. w 1941 roku było zatopienie ”S-11” dnia 2 sierpnia. Pierwsze miesiące to także nasilenie akcji minowych (m.in. niemiecka zagroda z 3000 min na wysokości Helsinek). Do końca sierpnia toną na minach cztery radzieckie o. p. typu ”M”. W tym okresie na Bałtyku operowały 34 o.p. ZSRR topiąc tylko dwa statki i jednego U-boota.
Sytuacja floty radzieckiej pogorszyła się po upadku Tallina. Port ten od 1940 roku był główną bazą Floty Bałtyckiej a dzięki swemu położeniu warownią zamykającą wejście do Zatoki Fińskiej i dostęp do Leningradu. W dniach 28- 30 sierpnia 67 statków transportowych i pomocniczych oraz 96 okrętów wojennych różnych klas (od krążownika po okręty pomocnicze) sforsowało Zatokę Fińską. Zatonęło aż 37 statków i 16 okrętów (wszystkie na minach), te które przetrwały zasiliły obronę Leningradu.
We wrześniu i październiku Niemcy opanowali Wyspy Monsundzkie będące bazami radzieckich sił lekkich w tym okrętów podwodnych. Do 2 grudnia bronił się port Hanko a wraz z jego upadkiem Flota Bałtycka znalazła się odizolowana w Kronsztadzie- Leningradzie.
Jesienią 1941 roku Rosjanie dysponowali 30 zdolnymi do działań okrętami podwodnymi, z nich każdego dnia na morzu przebywało 5 do 9. Okręty podwodne w obronie Leningradu udziału nie brały, ich głównym zadaniem było przerywanie szlaków handlowych zarówno na Bałtyku jak i w Zatoce Fińskiej (z Tallina do Helsinek). Aby opuścić wody Zatoki radzieckie o.p. musiały przejść 12 zagród minowych, płynąc między brzegami zajętymi przez wroga.
Działania roku 1941 skoczyły się w grudniu ze względu na zalodzenie wschodniej części Zatoki Fińskiej. Rosjanie stracili 23 a Niemcy 4 okręty podwodne, zdecydowana większość zatonęła na minach. Miny były również sprawcami zatonięć ponad połowy z około 80 jednostek utraconych przez ZSRR i 65 przez Niemcy i Finlandię.
W ciągu roku 1942 Niemcy, w ramach blokowania Floty Bałtyckiej, postawili prawie 13 tysięcy min, z czego prawie 11 tysięcy w Zatoce Fińskiej. System pól minowych wzmocniony był artylerią nadbrzeżną i okrętami patrolowymi. Jednakże nie wystarczyło to do powstrzymania radzieckich sił podwodnych, które zapuszczały się aż na wody Zatoki Gdańskiej. W 1942 roku radzieckie okręty podwodne wykonały 46 rejsów (36 na Bałtyk, 10 w Zatoce Fińskiej), do bazy nie wróciło pięć jednostek. Straty zadane przeciwnikowi były bardzo duże: 52 statki zostały zatopione (wszystkie szły w silnie bronionych konwojach). Z początkiem grudnia wszystkie jednostki wróciły do baz ze względu na postępujące zalodzenie wód Zatoki Fińskiej.
Ze względu na duże straty dowództwo niemieckie postanowiło wzmocnić blokadę. Od marca 1943 roku, 141 okrętów niemieckich wspartych licznymi jednostkami fińskimi wznowiło działania blokadowe. W ciągu roku postawiły one w Zatoce Fińskiej 11 i pół tysiąca min. Pomiędzy wyspą Naissar a Płw. Porkkala pojawiły się dwa rzędy sieci: przegradzały w poprzek całą Zatokę (szeroką w tym miejscu na około 45 km), podwieszone na palach i pławach sięgały na głębokość 65 metrów (niemalże do samego dna).
Pierwszą próbę sforsowania blokad podjęto w maju: z 3 o.p. zatonęły dwa a trzeci- uszkodzony musiał wrócić do bazy. Drugą próbę dowództwo radzieckie podjęło w sierpniu: oba okręty nie sforsowały blokady i nie wróciły do baz. Po utracie 4 okrętów podwodnych Rosjanie zrezygnowali z dalszych prób, tak więc w roku 1943 na Bałtyku nie operował ani jeden radziecki okręt.
Zwycięstwo nad III Rzeszą / styczeń 1944-maj 1945/.
Pierwsze trzy miesiące 1944 roku przyniosły zmianę sytuacji we wschodnim rejonie Zatoki Fińskiej. Operacja leningradzko- nowogrodzka zlikwidowała blokadę Leningradu chociaż nie zniosła blokady Zatoki Fińskiej. W kwietniu i maju Niemcy postawili około 11 tysięcy min wciąż nie rezygnując z utrzymywania kotła dla Floty Bałtyckiej. Zagrody minowe chronione były początkowo przez lekkie okręty nawodne ale w związku z intensywnymi działaniami lotnictwa radzieckiego, od lipca rola ta przypadła głównie U-bootom. Ostatnim miesiącem walk morskich na wodach Zatoki Fińskiej był sierpień. 20 września Armia Czerwona osiągnęła rubież Zatoki Narewskiej, na wyspie Torsaari wysadzono desant. Tym samym pierwsza linia blokady floty radzieckiej została przerwana. 23 września zdobyty został Tallin i wyspa Naissar: druga linia blokady przestała istnieć.
W ciągu pierwszych dni października odbite zostały Wyspy Monsundzkie. Chociaż cała już Zatoka Fińska była pod kontrolą ZSRR, dowództwo niemieckie usiłowało utrzymać blokadę: w 1944 roku postawiono ponad 15 tysięcy min. W działaniach blokujących udział brały także U-booty: co najmniej 12 działało na wodach Zatoki, od września u wejścia do niej. Ich łupem padło kilka małych jednostek.
W związku z szybko zmieniającą się na niekorzyść Niemiec, sytuacją na lądzie, wzmógł się transport drogą morską: do Lipawy i Windawy transporty dla okrążonej grupy armii ”Nord”, do Gdyni, Gdańska, Piławy i Królewca transporty wzmacniające front wschodni. Na zachód, w celu wznowienia ofensywy podwodnej na Atlantyku, płynęły statki z personelem dla łodzi podwodnych, które na Bałtyku przechodziły szkolenie. Na morzu pojawiły się ponownie radzieckie okręty podwodne: pierwsze, po długiej przerwie, ataki przeprowadziły 5-6 października, do końca roku niepokojąc przeciwnika i topiąc 34 statki (97134 BRT) oraz 1 torpedowiec.
W drugiej połowie 1944 roku zachodnie rejony Bałtyku zaczęły być zaminowywane przez lotnictwo alianckie: do końca roku zatonęły na nich 3 U-booty.
Bilans roku 1944 był zdecydowanie niekorzystny dla III Rzeszy: straciła 18 okrętów podwodnych podczas gdy ZSRR ani jednego.
Na początku roku 1945 do dyspozycji dowództwa Kriegsmarine było około 200 U-bootów, podczas gdy Flota Bałtycka miała ich, zdolnych do służby, tylko 20. Do marca nie mogły one korzystać z portów południowego Bałtyku, z wyjątkiem Kłajpedy zdobytej 28 stycznia. Pozornie miażdżącą przewagę niemieckich sił podwodnych paraliżowała, bardzo skutecznie, działalność prawie 800 samolotów radzieckiego lotnictwa morskiego oraz ponad 200 kutrów i ścigaczy przystosowanych do zwalczania broni podwodnej.
Do głównych zadań radzieckich okrętów podwodnych należało blokowanie portów będących w rękach Niemiec oraz niszczenie wszystkich statków z zaopatrzeniem bądź ewakuujących wojsko.
Sukcesy radzieckich o.p. w ostatnim roku wojny zapoczątkował ”Szcz- 310” dnia 7 stycznia. 30 stycznia ”S-13” zatopił ”Wilhelma Gustloffa”. Ten pasażerski statek (25480 BRT) płynący pod banderą wojenną (!), wiózł około 6100 osób (niektóre opracowania podają 8000) w tym: 3750 marynarzy personelu okrętów podwodnych, kilkuset żołnierzy i około 1500 (lub około 3500) cywilów- głównie rodzin urzędników niemieckich. Uratowano zaledwie 904 osoby.
Ataki radzieckim o.p. utrudniał fakt iż niemieckie transporty chodziły w silnie strzeżonych konwojach, a na Bałtyku wciąż znajdowało się wiele jednostek do zwalczania okrętów podwodnych.
Ostatni niemiecki statek zatopiony przez radziecki okręt podwodny zatonął 28 kwietnia a sprawcą był ”K-52”. Tego dnia dowództwo Floty Bałtyckiej ZSRR odwołało z południowego Bałtyku wszystkie okręty podwodne.
Praktycznie do końca działań bojowych obie strony prowadziły intensywne akcje minowe: zabezpieczały podejścia do własnych baz i równocześnie starały się blokować morskie szlaki przeciwnika. Na minach tych w 1945 r. nie zatonął ani jeden radziecki o.p., natomiast w połowie lutego przy wejściu do Zatoki Fińskiej zatonęły, wraz z całymi załogami, ”U 745” i ”U 676”, zaś w marcu w pobliżu Helu ”U 367”.
Nasiliły się zapoczątkowane w 1944 roku akcje lotnictwa anglo- amerykańskiego na niemieckie porty bałtyckie: od Kilonii po Królewiec. W wyniku tych nalotów, tylko w kwietniu 1945 roku, zniszczono na wodach zachodniego Bałtyku 14 okrętów nawodnych i 20 podwodnych. Na przełomie kwietnia i maja wiele niemieckich okrętów próbowało wydostać się z Bałtyku w czym ze znacznym skutkiem, przeszkadzały silne formacje, wyposażonych w bomby i rakiety, ”Mosquitów”, ”Typhoonów” i ciężkich ”Liberatorów”. Tylko w pierwszym tygodniu maja lotnictwo alianckie zniszczyło 29 U-bootów. Aż 141 okrętów podwodnych zatopiły załogi w portach zachodniego Bałtyku w pierwszych dniach maja.
W 26 rejsach bojowych, w roku 1945, radzieckie o.p. zatopiły 24 statki (98612 BRT) i 10 okrętów. Straty własne zamknęły się jednym zaginionym okrętem podwodnym.
Operacje podwodne na Bałtyku potwierdziły skuteczność działania małych jednostek, operujących w pobliżu własnych, silnie strzeżonych baz i mających wsparcie lekkich i szybkich sił nawodnych. Jak nigdzie specyfika Bałtyku sprzyjała wyjątkowo efektywnej, dla obu stron, wojnie minowej. Od połowy 1944 roku wyjątkowo niszczycielską bronią przeciwko okrętom podwodnym stało się lotnictwo, przystosowane do działań morskich. Istotną przeszkodę w działaniach stanowiły też zamarzające wody znacznej części Bałtyku (co sprzyjało Niemcom i z czego ZSRR wyciągnął wnioski żądając w Poczdamie przyznania obwodu Kaliningradu- Królewca).
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Zbombardowanie Józefa Conrada
Nad portem panowała ciemna grudniowa noc, do świtu było jeszcze parę godzin. Dwudziestu pięciu ludzi z załogi polskiego ośmiotysięcznika spało w kabinach, podobnie troje gości. Około godziny 4.30 nad portem rozległ się hałas silnika samolotu. Po chwili zrzucona lotnicza bomba zmiotła szalupę, przebiła poszycie pokładu łodziowego i wpadła do pomieszczeń załogowych, gdzie eksplodowała. Eksplozja wznieciła pożar, który wkrótce ogarnął całą nadbudówkę. Akcja gaśnicza była utrudniona, ponieważ ogień zniszczył statkowe agregaty, więc w gaszeniu pomagały jednostki portowe. Na domiar złego niecałe pół godziny później nad portem pojawiły się kolejne samoloty. Tym razem ciężka bomba minęła kadłub, ale jej eksplozja w pobliżu lewej strony rufy wyrwała w burcie dziurę o wymiarach około 17 × 4 m. Ponadto wstrząsy spowodowały rozszczelnienie luku ewakuacyjnego i grodzi V ładowni. Statek nabrał wody, ale nie osiadł na dnie.
Pierwszej pomocy rannym Polakom udzielono na nabrzeżu i stojącym obok radzieckim statku „Dwinogorsk”. Niestety w wyniku bombardowania na miejscu zginęło trzech marynarzy: III oficer Stanisław Maliszewski (lat 41), III mechanik Adam Kaczorowski (lat 28) i steward Kazimierz Giertler (lat 27). Czwarty, starszy marynarz Roman Dudek (lat 38), zmarł siedem dni później w szpitalu w wyniku rozległych poparzeń. Kolejnych czterech marynarzy zostało rannych: elektryk Jan Chrościcki, st. marynarz Marian Fudala, motorzysta Ryszard Rusinek i lekarz Jerzy Turek.
Wbrew pozorom nie jest to historia z lat II wojny światowej. Samoloty, z których bomby spadły na polski statek, nosiły na skrzydłach białe gwiazdy amerykańskiego lotnictwa. Do opisanych wydarzeń doszło bowiem 20 grudnia 1972 roku w wietnamskim porcie Hajfong, a uszkodzoną jednostką był „Józef Conrad”.
Józef Conrad w Gdyni – pocztówka z epoki
Statek ten zbudowano w jugosłowiańskiej stoczni Brodogradilište 3.Maj w Rijece jako ochronnopokładowiec. Był jednym z trzech planowanych statków przeznaczonych na linię południowoamerykańską. „Józef Conrad” został zwodowany 4 marca 1961 roku, a służbę rozpoczął 10 listopada tego samego roku.
Nalot z 20 grudnia 1972 roku był elementem Operacji Linebacker II, trwającej od 18 do 29 grudnia. W tym okresie amerykańskie lotnictwo 7. Armii Powietrznej (Seventh Air Force) oraz lotnictwo pokładowe Zespołu 77 (Task Force 77) dokonywało codziennych nalotów na Hanoi i Hajfong. Drugiej nocy (z 19 na 20 grudnia) 93 bombowce strategiczne B-52 dokonały nalotów na cele w Hanoi i w pobliżu tej miejscowości (m.in. węzeł kolejowy, magazyny, elektrownia). Tej samej nocy nad Hajfongiem pojawiły się samoloty US Navy, najprawdopodobniej w misji rozpoznawczej lub mającej na celu zmylenie wietnamskiej obrony przeciwlotniczej, ciężkie naloty na Hajfong rozpoczęły się bowiem dopiero w nocy z 21 na 22 grudnia. Niestety nie wiadomo, jakiego dokładnie typu był samolot, który zaatakował „Józefa Conrada”, z którego lotniskowca wystartował, do której jednostki należał ani jaką dokładnie bronią ugodził polski statek. Najprawdopodobniej był to F-4 Phantom II, ewentualnie A-7 Corsair II lub A-6 Intruder, nieco mniej prawdopodobne, że F-8 Crusader. Samoloty te były na wyposażeniu grup lotniczych sześciu lotniskowców tworzących TF 77: USS „America” (CVA-66), USS „Enterprise” (CVAN-65), USS „Midway” (CVA-41), USS „Oriskany” (CVA-34), USS „Ranger” (CVA-61) i USS „Saratoga” (CVA-60).
W ogarniętym wojną wietnamską porcie znalazły się zresztą aż trzy polskie statki – oprócz „Józefa Conrada” także „Kiliński” i „Moniuszko”, przy czym dwa pierwsze stały w porcie, a ten ostatni na wewnętrznej redzie. „Józef Conrad” zawinął do Hajfongu 31 maja 1972 roku podczas swojego 25 rejsu. Został tam uwięziony, razem z dwoma innymi wspomnianymi polskimi statkami, po zaminowaniu wyjść z portu przez amerykańskie lotnictwo. Co ciekawe, do zaminowania doszło jeszcze 9 maja, kiedy sześć A-7 Corsair II i trzy A-6 Intruders startujące z USS „Coral Sea” zrzuciły 36 tysiącfuntowych min Mark 52 i Mark 55. A więc wchodząc do portu, „Józef Conrad” musiał przejść nad minami! W czerwcu część załóg polskich statków zwolniono do kraju, a na jednostkach pozostały załogi szkieletowe. W przypadku „Józefa Conrada” było to 25 ludzi, ale w chwili nalotu na pokładzie znajdowały się jeszcze trzy osoby: kierownik placówki Chipolbroku, przedstawiciel PLO oraz jego żona. Po nalocie pozostali członkowie załogi wyruszyli do kraju. Do Gdyni dotarli 31 grudnia 1972 roku. Uszkodzony „Józef Conrad” pozostał pod opieką przedstawiciela PLO oraz władz wietnamskich.
Po zaprzestaniu bombardowań Hajfongu przez USA władze miasta zwróciły się do PLO o usunięcie statku z portu. W tym celu do Wietnamu udała się delegacja Polskiego Ratownictwa Okrętowego pod przewodnictwem dyrektora naczelnego PRO kpt. ż.w. Wojciecha Babińskiego. Po dwutygodniowych problemach z uzyskaniem zezwoleń na przejazd z Hanoi do Hajfongu polskiej delegacji udało się w końcu dotrzeć do pozostawionego statku. W wyniku oględzin stwierdzono przede wszystkim, że statek nie zatonął, nie osiadł na dnie i że zachował pływalność, aczkolwiek nabrał wody. Ładownie I, II i III nie nosiły śladów uszkodzeń, podobnie jak nadbudówka rufowa. W pokładzie łodziowym z lewej burty była dziura po bombie sięgająca pokładu głównego, a pokład ochronny między ładowniami miał perforacje od odłamków bomb lub rakiet. Niektóre opracowania podają wręcz, że „Józef Conrad” został trafiony i zatopiony rakietami. Jednak opis uszkodzeń dokonany przez Wojciecha Babińskiego jednoznacznie wskazuje na trafienia dwiema bombami. Co prawda na mostku i na kominie widać było „dwa owalne otwory jak po przejściu pocisków lub rakiet, które nie eksplodowały”, ale nie były one powodem pożaru i zatonięcia statku. Możliwe więc, że „Józef Conrad” został ostrzelany w którymś z kolejnych nalotów. Pożar wywołany bombardowaniem spowodował wypalenie się całej nadbudówki i pomieszczeń śródokręcia, a na dodatek w maszynowni i dwóch ładowniach (IV i V), do mniej więcej 2/3 ich wysokości, znajdowała się woda. Ponadto statek miał wspomnianą wielką dziurę poniżej linii wodnej oraz rozszczelniony kadłub.
W efekcie oględzin podjęto decyzję o odholowaniu statku na redę zewnętrzną (była tam większa przezroczystość wody, ułatwiająca prace poniżej linii wodnej), a następnie: uszczelnieniu kadłuba, wypompowaniu wody, zabezpieczeniu mechanizmów przed korozją i przygotowaniu statku do holowania. Następnie zalecano przeholować go do najbliższej stoczni, dokonać dokładnych ekspertyz i podjąć decyzję o odbudowie lub złomowaniu.
W trakcie pobytu delegacji PRO w Hajfongu Wietnamczycy wystąpili z wysokimi roszczeniami za akcję gaszenia statku. Wszystkie roszczenia zostały przez stronę polską odrzucone. Jednocześnie zapewniono, że statek zostanie możliwie najszybciej wyprowadzony z portu. W efekcie, zresztą zgodnie z zaleceniami po oględzinach, został on odciągnięty od nabrzeża i osadzony na dnie u wejścia do kanału portowego. Na pokładzie rozlokowano żołnierzy wietnamskich, którzy mieli dwa główne zadania: ochronę statku przed szabrownikami oraz walkę... ze szczurami. Ci pierwsi próbowali dostawać się na pokład, wspinając się po linach z kotwiczkami, i żołnierze nieraz byli zmuszani do otwarcia ognia.
Po powrocie polskiej delegacji do kraju podpisano pomiędzy PLO a PRO umowę dotyczącą wydobycia statku. Wynagrodzeniem za przeprowadzone prace miało być przelanie praw własności do „Józefa Conrada” z PLO na PRO. 27 sierpnia 1973 roku wrak statku został przekazany PRO i z Kanady do Hajfongu wyruszył holownik „Koral” w celu przeprowadzenia prac.
Dziury w kadłubie zostały uszczelnione betonowymi łatami, a woda z maszynowni wypompowana. 2 października 1973 roku statek przybył na holu do stoczni złomowej Yau Wing Metal Co. Ltd. w Hongkongu. Najwyraźniej w efekcie dalszych badań podjęto decyzję o nieodbudowywaniu jednostki, ponieważ na początku 1974 roku statek sprzedano stoczni złomowej w Kaohsiung na Tajwanie, dokąd w połowie marca przeholowano „Józefa Conrada” i wkrótce po tym pocięto go na złom.
Miesięcznik „Morze” w styczniu 1973 roku tak opisywał powyższe wydarzenia (uwagę zwracają charakterystyczne określenia, nadające tekstowi propagandowy wydźwięk): „»Józef Conrad« zbombardowany w Hajfongu. Napływające informacje z Wietnamu wskazują, że całe terytorium Demokratycznej Republiki Wietnamu stało się przedmiotem niszczycielskiego bombardowania z powietrza i morza. Obiektami tych terrorystycznych nalotów stały się miasta i gęsto zaludnione obszary wiejskie, a zwłaszcza stolica DRW Hanoi i główny port morski Hajfong. Są liczne ofiary wśród ludności cywilnej oraz olbrzymie straty materialne. Pirackie bomby amerykańskiego lotnictwa, zrzucone na Hajfong 20 grudnia ub. r., ugodziły znajdujący się w tym porcie polski statek handlowy – »Józef Conrad«. W wyniku barbarzyńskiego ataku zginęli: trzeci oficer Stanisław Maliszewski, trzeci mechanik Adam Kaczorowski i steward Kazimierz Giertler. Ponadto czterech członków załogi zostało rannych. Są to: elektryk Jan Chrościcki, lekarz Jerzy Turek, st. marynarz Marian Fudala i motorzysta Ryszard Rusinek. Skutkiem odniesionych poparzeń zmarł w szpitalu st. marynarz Roman Dudek. Wskutek bombardowania statek m.s. »Józef Conrad« wypalił się i zatonął. Rząd PRL otoczył rodziny ofiar nalotu troskliwą opieką i zapewnił im pomoc materialną. Przedstawiciele władz wojewódzkich przekazali dla rodzin poległych osobiste kondolencje od E. Gierka, H. Jabłońskiego i P. Jaroszewicza. Ocalali członkowie załogi »Józefa Conrada« powrócili już do kraju. Akcja amerykańskiego lotnictwa, która spowodowała tragiczną śmierć czterech polskich marynarzy, może być zakwalifikowana tylko jako akt powietrznego piractwa, zasługującego na bezwzględne potępienie. Jest ona jaskrawym pogwałceniem powszechnie uznanego przez wszystkie państwa prawa międzynarodowego do swobodnej żeglugi i utrzymywania handlowych stosunków z wszystkimi krajami. Społeczeństwo polskie, głęboko oburzone nową eskalacją działań wojennych przeciw DRW, wyraża ostry protest i domaga się natychmiastowego przerwania bombardowań i wszelkich przejawów agresji przeciwko narodowi wietnamskiemu. Domaga się także podpisania przez rząd amerykański porozumienia o zaprzestaniu wojny i przywróceniu spokoju w Wietnamie”.
Ofiary nalotu zostały pośmiertnie odznaczone Krzyżami Kawalerskimi Orderu Odrodzenia Polski oraz odznaczeniami wietnamskimi.
|
„Józef Conrad” – zbudowany w Rijece (Jugosławia), wodowany w 1961, w tym samym roku wszedł do służby pod biało-czerwoną banderą. Przy 5752/8370 BRT, 3080/4734 NRT i 8646/10735 DWT oraz wymiarach 148,3 × 19 × 7,6 m osiągał prędkość 16,5 węzła. Napęd jego stanowił silnik spalinowy Sulzer o mocy 5733 kW. Miał kabiny dla 12 pasażerów.
|
|
Polskie Ratownictwo Okrętowe (PRO) – polskie państwowe przedsiębiorstwo armatorskie z siedzibą w Gdyni, którego domeną są holowania oceaniczne i pełnomorskie. PRO powstało w 1951 roku jako organizacja, której zadaniem było oczyszczenie polskiego wybrzeża z wraków pozostałych po drugiej wojnie światowej. Z czasem PRO przejęło także funkcje ratownictwa morskiego.
|
|
Polskie Linie Oceaniczne (PLO) – polskie przedsiębiorstwo żeglugowe z siedzibą w Gdyni. PLO powstało jako przedsiębiorstwo państwowe w 1951 z połączenia spółek: Gdynia–America Line (GAL), Żegluga Polska i Polsko-Brytyjskie Towarzystwo Okrętowe.
|
Chipolbrok – Chińsko-Polskie Towarzystwo Okrętowe SA w Szanghaju. Powołane w roku 1951 w Tianjin i Gdyni jako „Chińsko-Polskie Przedsiębiorstwo Maklerów Okrętowych” na podstawie umowy między Polską i Chinami w celu ustanowienia połączenia drogą morską między portami chińskimi i polskimi. Udziałowcami są rządy Polski i Chin reprezentowane przez ministrów transportu obu państw. Chipolbrok jest najstarszym chińskim armatorem dalekomorskim i pierwszym przedsiębiorstwem z udziałem kapitału zagranicznego w Chińskiej Republice Ludowej.
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Powstanie i początki Polskiej Marynarki Wojennej w latach 1918-1939
„Z dniem 28 listopada 1918 r. rozkazuję utworzyć marynarkę polską, mianując jednocześnie pułkownika marynarki, Bogumiła Nowotnego szefem Sekcji Marynarki przy Ministerstwie Spraw Wojskowych” – tymi słowami Naczelnik Państwa Józef Piłsudski, w rocznicę zwycięstwa pod Oliwą i zaledwie 17 dni po ogłoszeniu niepodległości, stworzył prawną podstawę utworzenia marynarki wojennej. Wyznaczył także pierwszego dowódcę, podlegającego bezpośrednio szefowi Departamentu I Ministerstwa Spraw Wojskowych.
Siedem dni wcześniej, kierując się m.in. apelami „Bandery Polskiej”, Naczelnik Państwa nakazał utworzenie Sekcji Dróg Wodnych (SDW) przy Ministerstwie Komunikacji, która miała zajmować się zarządem żeglugi i dróg wodnych. Kierownikiem tej sekcji został jeden z założycieli „Bandery Polskiej”, Edmund Krzyżanowski. Z dniem 8 lutego 1919 roku Sekcję Dróg Wodnych zreorganizowano, dzieląc ją na dwie samodzielne sekcje: Sekcję Budowy Dróg Wodnych i Sekcję Eksploatacji Dróg Wodnych, po czym obie przeniesiono do Ministerstwa Robót Publicznych.
Sprawami marynarki handlowej zajmowała się Sekcja Marynarki Handlowej, utworzona jeszcze w początkach 1919 r. przy Ministerstwie Handlu.
Godny zauważenia jest fakt, że w momencie utworzenia Marynarki Wojennej (MW) kraj nie miał dostępu do żadnego morza, a rząd Jędrzeja Moraczewskiego kontrolował jedynie ziemie byłego Królestwa Polskiego bez Suwalszczyzny. Nowo powstałe państwo toczyło w tym okresie walki z wojskami ukraińskimi i bolszewickimi, a ich areną były tereny gęsto poprzecinane liniami rzek i ich rozlewisk. Ponieważ w niedalekiej perspektywie było zajęcie przez Polskę Pomorza (z Wisłą jako osią główną), a także ze względu na:
– wydany jeszcze 1 listopada przez generała Bolesława Roję rozkaz przeprowadzenia wszystkich zdobytych od Austriaków monitorów i kanonierek rzecznych do Krakowa (w wyniku którego w dniach 1–3 listopada kpt. Nawrocki przejął austro-węgierski tabor pływający znajdujący się w portach Kraków, Oświęcim i Sandomierz),
– działalność Bogumiła Nowotnego, w drugiej i trzeciej dekadzie listopada 1918 roku zajmującego się zabezpieczaniem poniemieckich jednostek rzecznych, które 21 listopada przekazano SDW (m.in. z rozkazu gen. Rozwadowskiego w dniach 8–10 przejął w portach Warszawa i Modlin niemiecki tabor pływający),
pierwszymi okrętami PMW stały się okręty rzeczne, które gromadzono w Modlinie – od 23 grudnia, po przekazaniu jednostek przez SDW do Sekcji Marynarki (SM). Również pierwszymi zakupionymi okrętami były jednostki rzeczne.
Końca 1918 roku sięgają dzieje dwóch pierwszych formacji Marynarki Wojennej: I Batalionu Morskiego i Flotylli Wiślanej, w którą zorganizowane zostały przejęte jednostki poniemieckie. W kwietniu 1919 roku powstała Flotylla Pińska, która, choć utworzona później niż Wiślana, wobec rozpoczynających się starć z wojskami Rosji Radzieckiej uzyskała priorytet w rozbudowie.
Sekcja Marynarki 2 maja 1919 roku przekształcona została w Departament dla Spraw Morskich (DSM), podlegający bezpośrednio Ministrowi Spraw Wojskowych. DSM obejmował całokształt spraw morskich, a więc: marynarki – wojenną i handlową, porty, żeglugę i wszystko to, co dotychczas wchodziło w zakres kompetencji innych instytucji rządowych, np. Ministerstwa Handlu. Dowódcą departamentu został generał podporucznik (kontradmirał) Kazimierz Porębski, a jego zastępcą generał podporucznik (kontradmirał) Wacław Kłoczkowski, którego po odejściu na stanowisko attaché wojskowego w Londynie zastąpił w lipcu 1919 r. pułkownik marynarki Jerzy Świrski.
Jednym z pierwszych postanowień DSM było utworzenie tymczasowej bazy Marynarki Wojennej w Modlinie. Tam koncentrowały się pierwsze okręty i tam napływali pierwsi marynarze, zarówno ci z doświadczeniem z flot państw byłych zaborców, jak i zgłaszający się ochotnicy.
Po objęciu 10 lutego 1920 roku pasa wybrzeża odrodzona Polska objęła w posiadanie dwa porty morskie: Hel i Puck. Oba małe, zaniedbane i przede wszystkim oba rybackie, czyli bez infrastruktury niezbędnej dla okrętów wojennych. Prócz niewielkiej liczby kutrów i łodzi rybackich oraz kilku małych żaglowców, należących do osób prywatnych, państwo polskie nie otrzymało żadnych morskich jednostek pływających handlowych ani wojennych, a nie miało też możliwości zdobyć takowych, jak było w przypadku jednostek rzecznych. Podstawę floty należało więc albo zbudować, albo zakupić za granicą. Teoretycznie, w warunkach świeżo zakończonej wojny światowej, potęgi morskie pozbywały się niepotrzebnego już sprzętu, wystawiając go na sprzedaż, co stwarzało szansę na zakup nowych okrętów dla PMW. Jednak w praktyce słaba marka polska okazała się mało atrakcyjna w porównaniu z funtem czy dolarem. Zakupy można było uskutecznić tylko zaciągając kredyty, które dodatkowo obciążyłyby i tak słabą, stającą dopiero na nogi gospodarkę.
Między innymi dlatego pierwszy program budowy floty, opracowany w lipcu 1919 roku, był dość umiarkowany. Przewidywał budowę 1 krążownika lekkiego (o wyporności 3000 ton), 4 kontrtorpedowców (800 ton każdy), 2 okrętów podwodnych (500 i 200 ton), 6 trałowców (100 ton każdy) i kilku małych jednostek oraz 2 baz pływających: dla okrętów podwodnych i kontrtorpedowców. Plan ten został zatwierdzony przez ministra spraw wojskowych 9 września 1919 roku; realizacja planu miała nastąpić poprzez zakup okrętów w Wielkiej Brytanii. Ta jednak, dążąc do neutralizacji Bałtyku, uchyliła się od pomocy przy tworzeniu polskiej floty, w zamian oferując pomoc w dziedzinach materiałowej, hydrograficznej i administracyjnej.
Z tego też powodu, decyzją Rady Ambasadorów z dnia 9 grudnia 1919 roku, z podziału floty niemieckiej Polska otrzymała tylko 6 torpedowców o łącznej wyporności nie przekraczającej 1200 ton, chociaż polska delegacja żądała 2 lekkich krążowników, 2 kontrtorpedowców i pewnej liczby ścigaczy okrętów podwodnych i jednostek pomocniczych. W tym mniej więcej okresie nabyto pierwszy morski okręt RP: hydrograficzny „Pomorzanin”. Resztę floty należało więc zbudować, ale w braku własnych stoczni zamówienia trzeba było skierować za granicę. Pomimo olbrzymich kosztów takiego przedsięwzięcia kolejny program (powstały już w pierwszych miesiącach 1920 roku) zakładał budowę w latach 1920–1929 wielkiej floty: 2 pancerników, 6 krążowników, 28 kontrtorpedowców, 45 okrętów podwodnych, 58 trałowców, 54 kutrów torpedowych i 14 jednostek pomocniczych. Z tego już w 1920 roku przewidywano zakup 1 krążownika, 4 kontrtorpedowców, 2 okrętów podwodnych, 7 trałowców, 9 kutrów torpedowych i 1 transportowca. Uzasadnieniem takiego programu były trzy zadania, jakie spełniać miała w razie konfliktu Polska Marynarka Wojenna:
– zapewnienie bezpieczeństwa własnej komunikacji na Bałtyku,
– atakowanie linii komunikacyjnych nieprzyjaciela,
– zapewnienie obrony własnych baz i wybrzeża, m.in. za pomocą blokad portów nieprzyjaciela.
Ówczesna sytuacja państwa (zarówno gospodarcza, jak i polityczna – wojna z Rosją) spowodowała, że plan ten nie został zaakceptowany przez ministra spraw wojskowych. Departament dla Spraw Morskich musiał więc opracować nowy plan: nie zakładał on już blokady portów przeciwnika, lecz tzw. aktywną obronę: działania lekkich sił nawet na wodach terytorialnych nieprzyjaciela. We wrześniu 1920 roku powstał tzw. program minimum, zakładający w latach 1921–1923 zakup lub budowę: 1 krążownika lekkiego (5000 ton), 4 kontrtorpedowców (po 1500–2000 ton), 2 okrętów podwodnych (po 560 ton), 12 kutrów torpedowych, pewnej liczby trałowców i jednostek pomocniczych, oraz wcielenie w skład floty 6 torpedowców przyznanych Polsce z podziału floty niemieckiej (późniejsze: „Góral” (od 1922: „Podhalanin”), „Krakowiak”, „Kujawiak”, „Ślązak”, „Mazur”, „Kaszub”). Program ten zyskał aprobatę ministra spraw wojskowych i Naczelnego Dowództwa, zamierzano go zrealizować licząc przede wszystkim na Anglię i przy pomocy brytyjskiej Misji Morskiej. Oba powyższe plany zakładały wariant „N” – czyli wojnę z Niemcami (co wobec blokady gospodarczej, traktowania Pomorza jako „korytarza”, a Polski jako „państwa tymczasowego” przez Republikę Weimarską oraz wobec zwycięskiej wojny na wschodzie i rozejmu ryskiego – było zrozumiałe).
Kompetencje DSM obejmowały również kwestie związane z lotnictwem morskim, 1 lipca 1920 roku utworzono bowiem Bazę Lotnictwa Morskiego, dla którego sprzęt dostarczyć miała MW. Szczęśliwie, pierwsze dwa samoloty złożone zostały ze zdobycznych wraków i 15 lipca wodnosamolot Friedrichshafen FF-33H, z banderą MW wymalowaną na burcie, odbył pierwszy lot nad Zatoką Pucką. Kolejne cztery maszyny zostały zakupione w WM Gdańsku w sierpniu 1920 roku z budżetu MW.
Na przełomie lat 1920/1921 udało się zasilić MW pierwszymi morskimi okrętami wojennymi. Stały się nimi zakupione w Finlandii kanonierki „Generał Haller” i „Komendant Piłsudski”.
Niepowodzeniem zakończyła się próba zdobycia okrętów od trzeciego z zaborców, czyli Rosji. W ramach traktatu pokojowego kończącego wojnę polsko-bolszewicką strona polska zażądała: 2 okrętów liniowych typu Gangut, 10 niszczycieli, 5 okrętów podwodnych, 10 trałowców, 21 jednostek pomocniczych i 2 nieukończonych krążowników typu Swietłana. Również zredukowana wersja tych żądań (5 niszczycieli, 5 okrętów podwodnych, 2 okręty pomocnicze i 1 nieukończony krążownik) nie znalazła się w podpisanym 18 marca 1921 roku w Rydze traktacie pokojowym.
Kilka miesięcy później doszło jednak do kolejnego wzmocnienia floty: w czerwcu PMW wcieliła 4 poniemieckie trałowce zakupione w początkach roku w Danii („Mewa”, „Jaskółka”, „Czajka”, „Rybitwa”), a we wrześniu udało się wreszcie sprowadzić do kraju z Anglii przyznane Polsce torpedowce.
Pogarszająca się sytuacja gospodarcza Polski, zwłaszcza na przełomie lat 1921/1922, była szczególnie niekorzystna dla MW. Minister Skarbu Jerzy Michalski postulował nawet zlikwidowanie marynarek wojennej i handlowej twierdząc, że nie przynoszą korzyści, a są kosztownym ciężarem.
W powyższym okresie Admiralicja brytyjska oferowała Polsce przejęcie 1 krążownika, 4 kontrtorpedowców i pewnej liczby kutrów, jednakże brak kredytów zahamował sfinalizowanie przedsięwzięcia, a po pewnym czasie Anglicy wycofali swoją ofertę.
Z dniem 1 stycznia 1922 roku PMW przeszła na tzw. organizację pokojową. Jednym z jej efektów było przekształcenie Departamentu dla Spraw Morskich w Kierownictwo Marynarki Wojennej (KMW), podlegające, tak jak DSM, ministrowi spraw wojskowych. Szefowi KMW – pierwszym został K. Porębski (od stycznia 1921 roku w stopniu generała porucznika, a po zmianie nazewnictwa stopni – wiceadmirała) – podlegała nie tylko Flota, ale też okręty rzeczne: w Toruniu mieściło się dowództwo Flotylli Wiślanej (z portami w Toruniu i Modlinie), a w Pińsku miała swoją siedzibę Flotylla Pińska.
Olbrzymia inflacja wciąż udaremniała jednak, na niemal dwa lata, jakiekolwiek próby rozbudowy floty. Mimo tego jeszcze w roku 1922 pojawiła się możliwość powiększenia jej stanu. USA zaproponowały bowiem przekazanie Polsce 6 okrętów (były to jednostki uzbrojone w działa 350, 210, 150 mm), które mogły być pływającymi bateriami o zasięgu ognia nawet do 40 km – w przypadku dział 350 mm. KMW opowiedziało się za przyjęciem tego daru, ale najwidoczniej skończyło się na rozważaniach, gdyż – jak wiemy – darowizna nie doszła do skutku.
Już po reformie walutowej w 1924 roku powstał kolejny, dwunastoletni program rozbudowy floty, mającej docelowo liczyć: 2 krążowniki, 6 kontrtorpedowców, 12 okrętów podwodnych, 12 torpedowców i szereg jednostek pomocniczych. Wskutek ograniczonych możliwości kadrowych, ekonomicznych i budżetowych przekreślono i ten plan. Kierownictwo Marynarki Wojennej przygotowało drugi wariant, będący fragmentem poprzedniego, tzw. wstępny program rozbudowy floty, obejmujący lata 1925–1928. Przewidywał on zakup we Francji: 9 okrętów podwodnych (po 600–900 ton), zdeklasowanego krążownika „Desaix” i doku pływającego mogącego przyjmować jednostki do 3000 ton wyporności. Duża ilość broni podwodnej spowodowana była m.in. takim spojrzeniem na sprawę: „łódź podwodna to broń słabego, a więc i nasza; powiedzmy więcej, to nasza jedyna broń, którą władać najskuteczniej możemy”. Jednocześnie coraz poważniej zaczęto przygotowywać się na tzw. wariant „R”, czyli wojnę z Rosją. Okręty podwodne miałyby w takim wypadku podwójne zadania: daleką osłonę konwojów ze sprzętem wojskowym dla Polski oraz minowanie wyjść z Zatoki Fińskiej i polowanie na radzieckie zespoły ciężkich okrętów (wzmiankowane już 4 okręty liniowe typu Gangut).
Efektem wspomnianego planu rozbudowy floty były podwodne stawiacze min („Wilk”, „Ryś”, „Żbik”) oraz hulk „D Entrecasteaux” (w miejsce krążownika „Desaix”, który miał być bazą dla załóg okrętów podwodnych), który jako pozbawiony maszyn i uzbrojenia był znacznie tańszy, a który po wcieleniu do PMW stał się „Bałtykiem”.
Poprawa wskaźników gospodarczych, która nastąpiła po zamachu stanu z maja 1926 roku, nie przełożyła się na inwestycję w rozbudowę floty. Przyczyną anulowania reszty zamówień mogła być niechęć Piłsudskiego, który zagadnienia wojenno-morskie traktował jako margines swych planów. Wyjaśnieniem tejże niechęci może być analiza sytuacji międzynarodowej dokonana przez Piłsudskiego we wrześniu 1926 roku. Marszałek twierdził, że przez najbliższe 5 lat Polsce nie grozi niebezpieczeństwo ze strony sąsiadów, a jeśli już, to ze strony ZSRR. Jasne więc było, że ewentualna przyszła wojna będzie konfliktem lądowym, a nie morskim – biorąc pod uwagę długości granic (zarówno bezpośredniej, jak i morskich) obu państw. Lekceważące natomiast wydaje się niedocenienie floty jako gwaranta dostaw materiałowych, chyba że Piłsudski spodziewał się, iż dokonywać się one będą drogą lądową (np. przez Niemcy, które właśnie otrzymały stałe członkostwo w Radzie Ligi Narodów – stawały się więc wiarygodnym partnerem w Europie).
Być może właśnie wspomniana niechęć Piłsudskiego do MW i ukierunkowanie armii na konflikt wschodni spowodowały, że w latach 1930–1935 KMW nie miało opracowanych programów rozbudowy floty, a decyzje podejmowano doraźnie w miarę uzyskiwania funduszy, na przykład w roku 1927, gdy podjęto decyzję o budowie dwóch kontrtorpedowców („Wicher” i „Burza”), w roku 1933, gdy zamówiono dwa okręty podwodne („Orzeł” i „Sęp”) i minowce („Jaskółka”, „Mewa”, „Rybitwa”, „Czajka”) – te miały jednak zastąpić starsze jednostki, a ponadto budowane były w stoczniach krajowych, oraz w roku 1934, gdy zaczęto budowę stawiacza min („Gryf”).
We wspomnianym okresie powstała tylko jedna, perspektywiczna koncepcja rozbudowy floty, przygotowana ad hoc dla polskiej delegacji na konferencję rozbrojeniową w Genewie w 1931 roku. Jako minimum dla floty polskiej przyjęto: 6 okrętów liniowych (po 15 000 ton), 4 krążowniki (po 8000 ton), 2 kontrtorpedowce (po 2000 ton), 10 kontrtorpedowców (po 1500 ton), 12 okrętów podwodnych (po 1000 ton), 24 okręty podwodne (po 600 ton) – łącznie ponad 160 tysięcy ton!
Wreszcie w 1936 roku powstał tzw. sześcioletni program rozwoju marynarki wojennej, jak się później okazało – ostatni plan rozwoju MW. W pierwszej wersji zakładał docelowo: 8 kontrtorpedowców, 12 okrętów podwodnych, 12 trałowców, 10 kutrów torpedowych i stawiacz min. Taki kształt floty nie został zaakceptowany przez Generalny Inspektorat Sił Zbrojnych (GISZ) i 5 marca 1937 roku specjalna komisja, powołana przez GISZ, opracowała zalecenia dla KMW, w wyniku których założenia planu zredukowano. W efekcie, po jego ukończeniu, flota polska składałaby się z: 6 kontrtorpedowców (4 dodane do 2 istniejących, przy czym budowa dwóch już się rozpoczęła – „Grom” i „Błyskawica”), 8 okrętów podwodnych typu Orzeł (dwa już w budowie – „Orzeł i „Sęp”), stawiacza min (już w budowie), 8 trałowców (do 4 minowców i dwóch kanonierek już istniejących powstać miały kolejne dwa minowce – „Czapla” i Żuraw”) oraz 3 kutrów torpedowych. Ten plan był najbliższy powodzenia: dokończenie jego realizacji (czyli budowę 2 niszczycieli, 2 okrętów podwodnych i kutrów torpedowych) przerwała wojna.
Ostatnie zalecenia Szefa KMW dla MW na wypadek wojny zakładały:
– zapewnienie bezpieczeństwa własnej komunikacji na Bałtyku, czyli przede wszystkim osłona konwojów ze sprzętem wojskowym i materiałami dla przemysłu wojennego,
– atakowanie linii komunikacyjnych nieprzyjaciela, mających bezpośredni wpływ na przebieg operacji,
– ewentualnie: współdziałanie z wojskami lądowymi w operacjach przeciwko terytorium nieprzyjaciela lub w obronie terytoriów własnych.
Wytyczne te, w sferze taktycznej przełożone na operacje: „Worek” (rozmieszczenie okrętów podwodnych wokół Helu), „Rurka” (zaminowanie Zatoki Gdańskiej) i „Peking” (wysłanie 3 niszczycieli do Anglii), jako głównego przeciwnika dla PMW uznały ponownie (jak w pierwszej połowie lat 20-tych) flotę III Rzeszy. Wcześniejsza rozbudowa floty ukierunkowana była chyba głównie przeciwko ZSRR: okręty podwodne typu Orzeł z potężnym uzbrojeniem torpedowym (12 wyrzutni i zapas 8 torped pozwalający na oddanie dwóch salw (4 wyrzutni na śródokręciu nie można było przeładowywać na morzu)), okręty podwodne typu Wilk mogące skrycie zaminować dalekie rejony (np. wyjście z Zatoki Fińskiej), niszczyciele typu Wicher i typu Grom (z dużą siłą ataku torpedowego) jako bezpośrednia eskorta konwojów idących do Polski. Jednakże należy równocześnie zauważyć, że okręty typu Orzeł posiadały dużą autonomiczność, a więc możliwość działań bez oparcia o bazy lądowe (spodziewano się odcięcia Gdyni i Helu po dwukierunkowym ataku przez Niemcy). ORP „Gryfa”, mogącego zabrać ponad 600 min, z powodu jego małej prędkości należy zaliczyć do jednostek mających działać w niewielkiej odległości od baz. „Ptaszki” – z jednej strony przewidywano ich użycie jako ścigaczy okrętów podwodnych (a największą flotą podwodną dysponował wówczas ZSRR), ale jednocześnie były to okręty raczej płytkich wód, o małym zasięgu, przeznaczone do trałowania. Te cechy polskich okrętów nasuwają więc wniosek budowania ich do działań w wypadku wojny z Niemcami.
Wydaje się że tezy o przemyślanym rozwoju MW, która osiągnęłaby swą pełną wartość, gdyby nie wybuch wojny, można dość łatwo zakwestionować. Żaden plan rozwoju floty nie został dokończony – co przeczy planowanemu rozwojowi. Żaden z planów nie brał pod uwagę realnych możliwości ekonomicznych kraju, co zresztą najczęściej było powodem ich zarzucenia – a to z kolei przeczy tezie o przemyślanych projektach rozwoju floty.
Trudno z dzisiejszej perspektywy ocenić rzeczywiste potrzeby II RP w zakresie składu floty, wiadomo jednak, że bez względu na jej wielkość i siłę, bez względu na przeciwnika flota odegrać miała rolę raczej drugorzędną. Nie może to dziwić, jeśli weźmie się pod uwagę długości granic z III Rzeszą i ZSRR oraz długość granicy morskiej, infrastrukturę i położenie strategiczne wybrzeża.
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Panzerfaust
Gwałtowny rozwój broni pancernej w trakcie drugiej wojny światowej wymusił metody jej niszczenia. Obok proporcjonalnego wzrostu grubości pancerza i zwiększania kalibru dział przeciwpancernych pojawiło się zapotrzebowanie na lekką broń piechoty mogącą unieruchomić czołg lub opancerzony pojazd nieprzyjaciela, a którą mógłby przenosić i obsługiwać pojedynczy żołnierz. Początkowo było to proste zadanie, któremu z powodzeniem mogły sprostać rusznice (karabiny) przeciwpancerne strzelające nabojem posiadającym wzmocniony ładunek prochowy i pocisk z utwardzonym, stalowym rdzeniem. Niestety, broń ta radziła sobie tylko z cienkim pancerzem czołgów i wozów bojowych używanych w początkowym okresie wojny. Wraz z wprowadzeniem do walki pojazdów o grubszych pancerzach broń tę modyfikowano poprzez powiększanie kalibru i wprowadzanie nowych odmian pocisków, ale, po kolejnym pogrubieniu pancerzy, znów stała się bezużyteczna, a zwiększanie kalibru niemożliwe ze względu na zbyt dużą wagę, którą musiałaby posiadać. Równolegle prowadzono prace badawcze- rozpoczęte w okresie międzywojennym- nad wykorzystaniem efektu kumulacji. Zjawisko to polega na koncentracji i ukierunkowaniu energii gazów wybuchowych powstających podczas detonacji materiału wybuchowego. Uzyskuje się je poprzez stożkowe wydrążenie czoła ładunku materiału wybuchowego albo zastosowanie stożkowej wkładki wykonanej z miedzi lub miękkiej blachy stalowej. Podczas detonacji, w przypadku wydrążonego ładunku, powstaje strumień gazów poruszający się z dużą prędkością i kruszący przeszkodę, a w przypadku ładunku z wkładką tworzy się tzw. rdzeń, który poruszając się z prędkościami rzędu 7000-15000 m/s, przebija przeszkodę. Zjawisko to znane już było w XIX w., a wykorzystane po raz pierwszy przez Niemców w pociskach burzących podczas wojny w Hiszpanii w latach 1936-1939.
Podczas II wojny zjawisko kumulacji zaczęto wykorzystywać powszechnie we wszystkich armiach. W latach trzydziestych wprowadzono do uzbrojenia armii niemieckiej granatnik karabinowy kalibru 30 mm (Schissbecher) nakładany na lufę standardowego karabinu mausera. Podczas wojny zaczęto do niego wytwarzać granaty przeciwpancerne o działaniu kumulacyjnym (Gewehr Panzergranate wz. 30, wz. 40, wz. 46 i wz. 61), które jednak okazały się nieskuteczne w walce z coraz grubszymi pancerzami czołgów radzieckich. Równocześnie podjęto produkcję ręcznych kumulacyjnych granatów przeciwpancernych typu Panzerwurfmine 1 kg Luftwaffe (PWM 1/L) i Panzerwurfmine 1 kg Luftwaffe kurz (PWM 1/L k) oraz kumulacyjnych magnetycznych ładunków saperskich – Panzerhandmine 3 kg (PHM 3), Panzerhandmine 4 kg (PHM 4), Hafthohlladung 3 kg (Haft. Hl. 3) powszechnie i mylnie nazywanych granatami i Hafthohlladung 3,5 kg (Haft. Hl. 3,5). Środki te mogły przebić grube pancerze, ale problem polegał na tym, że w granatach PWM 1/L trudno było uzyskać precyzję rzutu, a ładunki magnetyczne trzeba było umieścić bezpośrednio na pancerzu, co w warunkach bojowych przeważnie było niemożliwe lub zbyt niebezpieczne. Latem 1942 roku w zakładzie macierzystym firmy Hugo Schneider AG (HASAG) w Lipsku zespół badawczy pod kierunkiem dr. Heinricha Langweilera rozpoczął prace nad przenośną wyrzutnią przeciwpancerną. W ich efekcie skonstruowano prototypowy, nadkalibrowy pocisk kumulacyjny wystrzeliwany za pomocą ładunku prochowego z krótkiej wyrzutni rurowej. Projektowi temu nadano nazwę: „Gretchen”. Po pierwszych próbach prototyp zmodernizowano, wydłużając wyrzutnię i zmniejszając średnicę pocisku, do którego dodano mu krótki ogon z lotkami w celu stabilizacji lotu. Równocześnie na wyrzutni zamontowano prosty mechanizm odpalający i celowniczy. Pocisk składał się z nadkalibrowej głowicy kumulacyjnej przegrodzonej wkładką kumulacyjną, za którą znajdowała się zaprasowana mieszanina trotylu z heksogenem (HexTri 50:50, HexTri 54:46, HexTri 60:40 lub HTI 15). W ładunku głównym wstawiony był standardowy detonator pobudzający zawierający spłonkę inicjującą – kleine Zündladung 34. Za nim znajdował się zapalnik bezwładnościowy FPZ (Faustpatronezünder) 8001, FPZ 8002 lub FPZ 8003. Od tyłu do głowicy przymocowany był stabilizator lotu w postaci krótkiego, drewnianego trzonka z lotkami wykonanymi z cienkiej stalowej blachy. W wyrzutni lotki te były zawinięte na stabilizatorze i rozkładały się siłą sprężystości po wylocie pocisku z rury wyrzutni. Zespół wyrzutni składał się z rury-prowadnicy, wewnątrz której znajdował się prochowy ładunek miotający. Na wierzchu przymocowane były proste urządzenia odpalające i celownicze. Od tyłu wyrzutnię zabezpieczono tekturowym korkiem zapobiegającym przypadkowemu zapchaniu. Mechanizm odpalający składał się z dźwigni celowniczej, iglicy ze sprężyną, przycisku spustowego i bezpiecznika obrotowego. W celu oddania strzału należało wyjąć zawleczkę zabezpieczającą, podnieść dźwignię celowniczą, wcisnąć bezpiecznik w osadę tak, aby przycisk spustowy wyszedł do góry, co równało się z napięciem iglicy, złożyć się do strzału, ustawić bezpiecznik w pionie, przekręcając jego oś o 1/4 obrotu i nacisnąć przycisk spustowy. Ponieważ wyrzutnia nie miała dna, ładunek prochowy spalając się od strony pocisku wytwarzał gazy, które powodowały z jednej strony wyrzucenie pocisku w kierunku celu, zaś w drugą przesuwanie spalanego ładunku. W momencie opuszczania wyrzutni przez pocisk z jednej strony, z drugiej wydostawała się spora część gazów prochowych. Niwelowało to prawie całkowicie odrzut broni. Jakkolwiek było to doskonałe rozwiązanie, to jednak powstawała za wyrzutnią kilkumetrowa niebezpieczna strefa, o której musiał pamiętać strzelający. Podczas oddawania strzału należało przyjąć postawę klęczącą lub stojącą (strzelanie w pozycji leżącej było zbyt niebezpieczne) i pamiętać, aby w odległości minimum jednego metra od tylnego wylotu wyrzutni nie znajdowała się żadna przeszkoda, mogąca odbić gorące gazy prochowe i oparzyć strzelca. O niebezpieczeństwie przypominał duży napis na wyrzutni: „Achtung! Feuerstrahl!” („Uwaga! Strumień ognia!”), a w wersjach późniejszych: „Vorsicht! Starker Feuerstrahl!” (Zachować ostrożność! Silny strumień ognia!”). Jak podawała instrukcja, całkowicie bezpieczna strefa znajdowała się dopiero w odległości 10 metrów za wyrzutnią. Na początku 1943 roku broń poddano ostatecznym próbom poligonowym, które dały bardzo dobre rezultaty – głowica przebijała pancerz o grubości 150 mm. W sierpniu pierwsza seryjna partia 500 egzemplarzy zeszła z taśmy produkcyjnej. Broni nadano nazwę „Faustpatrone 1” („Nabój pięściowy”). W wyniku pierwszych strzelań w warunkach bojowych okazało się, że kształt głowicy powoduje częste rykoszety przy strzelaniu pod kątem do pancerzy radzieckich czołgów typu T-34. Problem ten udało się rozwiązać i w niedługim czasie podjęto produkcję wersji posiadającej nową, o zmienionym kształcie głowicę, zawierającą podwójną ilość materiału wybuchowego przez co grubość przebijanego pancerza wzrosła do 200 mm. Równocześnie w celu poprawienia dynamiki strzału powiększono średnicę wyrzutni z 33 do 44 mm (niektóre partie pierwszego wzoru posiadały wyrzutnie o średnicy 28 mm). Poprawioną wersję nazwano „Faustpatrone 2” i wdrożono do produkcji w październiku 1943 r. Po wprowadzeniu prototypów do produkcji seryjnej, nazwy obu pierwszych modeli zmieniono początkowo na „Faustpatrone 30 klein” i „Faustpatrone 30” (liczba przy nazwie odpowiadała zasięgowi strzału przy strzelaniu na wprost). Wraz z rozpoczęciem produkcji nowych wersji przyjęto propagandową nazwę: „Panzerfaust” („Pięść Pancerna”) i stare modele przemianowano ostatecznie na „Panzerfaust 30 klein” (lub „Panzerfaust 30 k”) i „Panzerfaust 30”. Broń pakowano w skrzynie drewniane po 4 sztuki z nieuzbrojonymi głowicami , ładunki pobudzające wraz ze spłonkami znajdowały się w osobnym pudełku. Żołnierze sami uzbrajali pociski przed walką. Wytwórcami kompletnych pancerfaustów były firmy: Hugo Schneider AG (HASAG) w Lipsku (oznaczenie kodowe „wa”), Hugo Schneider AG (HASAG) w Schlieben (oznaczenie kodowe „wk”), Warz u. Co. w Zella-Mehlis (oznaczenie kodowe „cq”), natomiast dostarczaniem komponentów i napełnianiem głowic zajmowały się m.in.: Richard Rinker GmbH, Iserlohn (oznaczenie kodowe „brb”), Werkzeugmaschinenfabrik Oerlikon, Buehrle u. Co., Zurich (oznaczenie kodowe „guy”), Deutsche Sprengchemie, Moschwig (oznaczenie kodowe „mog”). Oba wzory produkowano równolegle, z tym że o ile wzór „30” produkowano do sierpnia 1944 roku, kiedy to zastąpiono go nowoczesnym wzorem „60”, to wzór „30 klein”, ze względu na lekkość zestawu i prostotę produkcji, wytwarzano z powodzeniem do końca wojny. Dla celów szkoleniowych wszystkie modele pancerfaustów produkowano również w wersjach ćwiczebnych. Nie posiadały one materiału wybuchowego, a w celu oszczędności stali głowice pocisków wykonywano z drewna. Wyrzutnie ćwiczebne były grubościenne, umożliwiające wielokrotne ładowanie. Pociskami ćwiczebnymi strzelano do tarcz imitujących czołgi.
Panzerfaust cz. 2
W toku użytkowania nowej broni na froncie okazało się, że podchodzenie na odległość 30 metrów do nieprzyjacielskiego pojazdu, w celu oddania strzału, jest często wręcz niemożliwe. Również znajdowanie się zaraz po strzale w zbyt bliskiej odległości mogło skończyć się tragicznie dla strzelca w przypadku, gdy pocisk powodował detonację amunicji i rozerwanie kadłuba czołgu. Jednocześnie żołnierze skarżyli się, że brak punktu celowniczego na głowicy uniemożliwia w warunkach polowych precyzyjne wymierzenie broni (celowanie odbywało się poprzez linię otworu w kształcie dwóch trójkątów stykających się ze sobą wierzchołkami, znajdującego się w dźwigni napinająco-celowniczej, a najwyższym punktem na głowicy). W związku z tymi zastrzeżeniami podjęto prace mające na celu zwiększenie odległości skutecznego strzału. W ich wyniku zwiększono ładunek miotający uzyskując prędkość początkową pocisku 45 m/s (wcześniej 30 m/s) i zasięg 60 metrów przy strzelaniu na wprost. Przy okazji zmieniono średnicę rury wyrzutni na 50 mm. Głowica otrzymała nit celowniczy (spełniający rolę muszki karabinowej), który dla lepszej widoczności pokryto białą farbą. Dodano też blaszaną zapinkę łączącą głowicę ze stabilizatorem i zapobiegającą jej wypadaniu. Równocześnie w celu uproszczenia produkcji zastosowano zupełnie nowe urządzenia celownicze i odpalające składające się z prostych wytłoczek blaszanych w kształcie dźwigni. Przednia, podnoszona, spełniała rolę celownika i posiadała trzy wycięcia w kształcie prostokąta ze szczerbinką oznaczone cyframi 30, 60 i 80 oznaczającymi odległość do celu w metrach. Odcinek dźwigni z wycięciami celowniczymi pomalowano jasną farbą fosforyzującą, pozostawiając oznaczenia odległości czarne. Druga dźwignia pełniła rolę spustu. Po jej naciśnięciu następowało napięcie płaskiej sprężyny z przymocowanym do jednego końca bolcem, który w trakcie dalszego ruchu dźwigni zostawał zwolniony i uderzał z dużą siłą w spłonkę pobudzającą, powodując zapalenie ładunku miotającego. Pomiędzy dźwigniami znajdował się bezpiecznik, który w celu odbezpieczenia broni należało przesunąć do przodu. O pozycji bezpiecznika informowały napisy z boku wyrzutni. Dźwignie były nawzajem tak ustawione, że bez podniesienia celowniczej nie można było nacisnąć odpalającej ani przesunąć bezpiecznika. Przy okazji zmieniono również napisy ostrzegawcze i informacyjne, a na głowicę naklejono papierowe etykiety z instrukcją użycia. Nowy model otrzymał nazwę „Panzerfaust 60”.
W zakładach Hasag dalej pracowano nad rozwojem i poprawieniem możliwości słynnej już „Pięści Pancernej”. Wszystkie wysiłki kierowano w uzyskanie jak największej donośności pocisku. W efekcie, po zastosowaniu wzmocnionego ładunku miotającego podzielonego na dwie części oraz nowej prowadnicy o zwiększonej do 60 mm średnicy, uzyskano prędkość pocisku rzędu 60 m/s i zasięg strzału na wprost 100 metrów. Zmieniono oznaczenia celownika na 50, 100 i 150 m. Po przeprowadzeniu testów nowy wzór wprowadzono do produkcji seryjnej w listopadzie 1944 roku pod nazwą „Panzerfaust 100”. Wytwarzano go równolegle z modelem „60”. W związku z coraz większymi brakami materiałowymi przemysłu niemieckiego, w styczniu 1945 roku powstał projekt nowej wersji Pancerfausta, w której wyrzutnia miała być wielorazowego użytku. Zakładano zbieranie zużytych rur i ponowne ładowanie ich w warunkach polowych, konstrukcja wyrzutni była wzmocniona, przez co wytrzymywała około 10 strzałów. W celu łatwego powtórnego ładowania broni, spłonkę zapalającą wmontowano w ładunek prochowy. Ponieważ zakładano możliwość jednoczesnego rażenia celów żywych, zmieniono konstrukcję głowicy, zmniejszając jej średnicę i dodając zewnętrzną koszulkę odłamkową. Na wierzchu głowicy zamocowano obrotową blaszaną muszkę celowniczą. Pomimo zmniejszenia rozmiarów przebijalność pancerza nie uległa zmianie, za to w związku ze zmianą kształtu i wydłużeniu pocisku uległy poprawie jego właściwości aerodynamiczne i udało się uzyskać prędkość początkową 85 m/s oraz zasięg strzału na wprost 150 metrów. Broń otrzymała nazwę „Panzerfaust 150” Na ówczesne czasy była to najnowocześniejsza broń piechoty służąca niszczeniu czołgów i wozów pancernych przez pojedynczego żołnierza. Seryjną produkcję podjęto dopiero w marcu 1945 roku. Do końca wojny udało się wyprodukować około 100 000 sztuk, jednak tylko znikome ilości zostały wykorzystane na froncie. W toku działań bojowych wojska radzieckie zdobyły duże ilości gotowych egzemplarzy. Po przetestowaniu skopiowano konstrukcję i podjęto własną produkcję pod nazwą RPG 1. W wersjach rozwojowych broń ta istnieje do dziś.
W ostatnich miesiącach wojny konstruktorzy z zakładów Hasag pracowali jeszcze nad paroma nowymi wersjami, które nie zdążyły zostać wprowadzone do produkcji masowej. Jedną z nich był „Panzerfaust 250”, w którym zastosowano zupełnie nową wyrzutnię wielorazowego użytku zaopatrzoną w uchwyt pistoletowy. Wystrzelony z niej pocisk uzyskiwał prędkość początkową 150 m/s i zasięg skuteczny 250 metrów. Seryjną produkcję zamierzano rozpocząć we wrześniu 1945 r. W tym samym czasie prowadzono prace nad odmianą pocisku o działaniu odłamkowym przeznaczonym do rażenia siły żywej przeciwnika. Głowica wykonana była z lanego żeliwa ponacinanego w celu lepszej fragmentacji. Zapalnik czasowy powodował rozerwanie pocisku nad ziemią. Donośność wynosiła 400 metrów. Około 100 egzemplarzy tej broni, nazwanej „Splitterfaust” („Pięść Odłamkowa”), dostarczono na front celem przetestowania. W związku z pogłoską rozpuszczaną na początku 1945 roku przez radzieckich jeńców o rozpoczęciu w Rosji produkcji nowego, doskonale opancerzonego czołgu (chodziło o czołg „JS-3”) powstał projekt, któremu nadano nazwę „Grosse Panzerfaust” („Wielka Pięść Pancerna”). Głowica pocisku miała przebijać 400 mm pancerza i być wystrzeliwana z wyrzutni pancerfausta „250”. Planowano również konstrukcję pocisków przeciwpancerno-zapalających, zapalających i gazowych (zawierających środek łzawiący), ale koniec wojny przerwał prace nad tymi projektami.
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Niemieckie Pancerzownice rakietowe Raketenpanzerbüchse
Autor: Grzegorz Franczyk

W 1940 roku kapitan Leslie Skinner i porucznik Edward Uhl z armii Stanów Zjednoczonych opracowali projekt ręcznej pancerzownicy rakietowej, która do uzbrojenia armii weszła jako wzór M9A, popularnie zwany “Bazooka”. Po raz pierwszy użyto jej w 1942 roku przeciwko niemieckim wojskom pancernym podczas walk w Afryce północnej. Pierwsze egzemplarze dostały się w ręce Niemców podczas walk w Tunezji lub też zostały przechwycone na froncie wschodnim z dostaw alianckich dla Armii Czerwonej. Próby przeprowadzone przez naukowców niemieckich potwierdziły wysoką skuteczność broni w połączeniu z prostotą budowy. Postanowiono skopiować konstrukcję. Prace te podjęło biuro konstrukcyjne zakładów Hasag. W odróżnieniu od konstrukcji amerykańskiej Niemcy wprowadzili zmiany ulepszające – zwiększono kaliber pocisku z 60 do 88 mm uzyskując wzrost przebijalności pancerza oraz zastąpiono bateryjny system odpalający mechanizmem bijnikowym z cewką impulsową. Broń weszła do uzbrojenia armii niemieckiej jako Raketenpanzerbüchse 43. Propaganda nadała jej nazwę “Panzerschreck” (“straszydło na czołgi”), a wśród żołnierzy utarła się nazwa “Offenröhr” (“rura od piecyka”).

Pancerzownica rakietowa wz. 43 (Raketenpanzerbüchse 43). Broń składała się z rurowej wyrzutni o długości 1640 i średnicy 100 mm, wykonanej z blachy stalowej i posiadającej wytłoczone wzdłużnie trzy występy prowadzące pocisk. Grubość ścianek wynosiła 2 mm. Przy wylocie, po lewej stronie zamocowano muszkę w ramce tłoczonej z blachy. W pierwszych partiach muszka była stała, później wprowadzono muszkę przesuwaną mocowaną śrubami i pozwalająca na regulację w zakresie temperatury otoczenia od +20 do –25 stopni. Za nią w pewnej odległości umieszczono szczerbinkę. Dalej znajdowały się uchwyty służące do troczenia pasa nośnego, a na samym końcu zatrzask zapobiegający wysunięciu pocisku i pierścień wzmacniający z drucianym koszem zabezpieczającym przed dostaniem się obcych przedmiotów w strumień gazów z silnika pocisku i ułatwiającym ładowanie. Pod spodem wyrzutni, za szczerbinką przyspawano wykonane z płaskowników i osłonięte drewnianymi okładkami uchwyty służące do trzymania broni. Pomiędzy nimi znajdował się mechanizm bijnikowy z dźwignią napinającą i bezpiecznikiem oraz urządzenie spustowe. Dalej znajdowała się cewka impulsowa w blaszanej obudowie, do której przyspawano prowizoryczną kolbę w formie wygiętego płaskownika. Od cewki elektrycznej przebiegał izolowany kabel łączący ją z kontaktem znajdującym się przy końcu wyrzutni. Urządzenie bijnikowe wykorzystywało impuls elektryczny powstajacy w momencie uderzenia ruchomego trzpienia (bijnika) w rdzeń cewki elektrycznej. Jeden biegun cewki przylutowany był do masy wyrzutni, a drugi do kabla biegnącego do kontaktu.

Wyrzutnie malowano farbą ochronną w kolorach piaskowym, ciemnozielonym, oliwkowym lub szarym. Niekiedy stosowano malowanie w nieregularne plamy maskujące. Broń przenoszono przewieszoną przez ramię na parcianym pasie. Grupy niszczycieli czołgów używały również do transportu dwukołowe wózki zaopatrzone w drewniane stelaże i mieszczące sześć wyrzutni wraz z dziewięcioma skrzynkami amunicji. Wózki te ciągnięto ręcznie. Pierwsze egzemplarze testowe wysłano do oddziałów frontowych we wrześniu, zaś seryjną produkcję podjęto w październiku 1943 roku.

Amunicję pancerzownicy stanowiły kumulacyjne pociski rakietowe typu Raketenpanzerbüchsengranate 4322 (RPzB.Gr. 4322). Pocisk o średnicy 88 i długości 660 milimetrów składał się z głowicy kumulacyjnej z wkręconym zapalnikiem uderzeniowym typu AZ 5095 (Aufschlagzünder 5095) lub AZ 5095/1 (Aufschlagzünder 5095/1). Wewnątrz głowica przegrodzona była wkładką kumulacyjną, za którą znajdował się ładunek zaprasowanej mieszaniny trotylu z heksogenem (HexTri 60:40). W dnie ładunku mieścił się standardowy detonator pobudzający zawierający spłonkę inicjującą – kleine Zündladung 34. Do głowicy przykręcona była rura silnika rakietowego zawierająca ładunek miotający w postaci siedmiu lasek prochowych typu Digl.Rp.-9,5 [200-11,5/5,6] (Diglycol-Röhrenpulver, o energii 950 Kal/g, długość laski 200 mm, średnica zewnętrzna 11,5 mm, średnica otworu wewnętrznego 5,6 mm). Po obu stronach ładunku prochowego znajdowały się ruszty ułatwiające rozprzestrzenianie ognia i przepływ gazów prochowych. Przez środek przechodził lont detonujący dochodzący do podsypki prochowej, który w momencie odpalenia pocisku powodował jednoczesne zapalenie prochu na obu końcach i rozprzestrzenienie się ognia na cały ładunek. Rura silnika zakończona była mocowaną na gwint dyszą rakietową, w której osadzono elektryczny zapłonnik żarowy. Od zapłonnika wybiegały dwa kable, z których jeden przylutowany do ogona pocisku stanowiącego masę, a drugi przymocowany do metalowego bolca kontaktowego wstawionego w drewniany klocek pełniący rolę “wtyczki” wciskanej w gniazdo kontaktu elektrycznego na wyrzutni. Koniec pocisku zaopatrzono w sześć stateczników z zewnętrznym pierścieniem stabilizującym. Istniały dwa rodzaje pocisków bojowych różniące się rodzajem zastosowanego prochu – tzw. „letnie” (sommermunition) używane w zakresie temperatur –5 do +50 stopni i „zimowe” (wintermunition) z zakresem –40 do +30 stopni. Dla odróżnienia pociski zimowe oznaczano napisem “Arkt” malowanym na komorze silnika. W toku wojny wprowadzono nowy rodzaj pocisku oznaczony jako Raketenpanzerbüchsengranate 4992 (RPzB.Gr. 4992). Była to zmodyfikowana wersja wzoru 4322, w której dzięki zastosowaniu nowego prochu uzyskano kompletne spalanie się ładunku w wyrzutni, co spowodowało wzrost zasięgu praktycznego do 180 m. Umożliwiło to również powstanie skróconej wersji broni. Kompletne pociski pakowano po dwie sztuki w drewniane skrzynki z wiekiem i uchwytem transportowym. Typowym oznakowaniem skrzynki był napis na wieku malowany czarną farbą oznaczający typ amunicji – R Mun 4322 (Raketen Munnition 4322), a na przedniej ścianie, obok uchwytu transportowego, znak X określający amunicję „letnią” lub okrąg będący oznaczeniem pocisków „zimowych”. Na wewnętrznej stronie wieka naklejano etykietę producenta. Do przenoszenia amunicji na froncie używano drewnianych, plecakowych nosideł na trzy lub pięć sztuk pocisków umieszczonych pionowo. Oprócz pocisków bojowych produkowano do celów szkoleniowych pociski ćwiczebne (RPzB.Gr. 4322 Üb) nie zawierające materiału wybuchowego w głowicy i pociski szkolne (RPzB.Gr. 4322 Ex) pozbawione materiału wybuchowego i ładunku miotającego.

Działanie broni. W celu załadowania i przygotowania broni do strzelania należało odkleić przymocowany taśmą samoprzylepną klocek-wtyczkę od ogona pocisku, wyjąć zawleczkę zabezpieczającą z zapalnika, nacisnąć zatrzask na końcu wyrzutni, wsunąć pocisk tak, by krawędź ogona zrównała się z krawędzią wyrzutni i puścić zatrzask.

Następnie wkładano bolec wtyczki kontaktowej do otworu w gnieździe kontaktu elektrycznego. Następną czynnością było ściągnięcie do siebie dźwigni napinającej bijnik. Po ściągnięciu dźwigni zatrzask znajdujący się w niej zamykał się i utrzymywał ją w tej pozycji. Broń była zabezpieczona i gotowa do strzału. Aby oddać strzał, wystarczyło nacisnąć zatrzask puszczając dźwignię (w tym momencie występ bijnika opierał się już tylko na górnej krawędzi spustu), wycelować i nacisnąć spust. Wylatujący pocisk jeszcze na dystansie trzech metrów wyrzucał do tyłu gorący strumień gazów prochowych stanowiących zagrożenie dla strzelca. W związku z tym instrukcja użycia nakazywała stosować rękawice i specjalną pelerynę ochronną. W celu ochrony twarzy zakładano maskę przeciwgazową z odkręconym filtrem.

Pancerzownica rakietowa wz. 54 (Raketenpanzerbüchse 54). W toku pierwszych doświadczeń z użyciem nowej broni w walkach frontowych największym problemem stał się strumień gazów rażący strzelca i konieczność stosowania ubioru ochronnego. Na początku listopada 1943 roku Porucznik Riechers z 229 batalionu niszczycieli czołgów zasugerował zastosowanie blaszanej tarczy ochronnej zakładanej na wyrzutnię. Pomysł okazał się doskonały i podjęto produkcję. Tarcza wykonana była w formie prostokąta o zaokrąglonych bokach i miała wymiary 360 x 470 mm. Dla usztywnienia wykonano w niej wytłoczenia. Ponieważ zakładano ją między szczerbinką, a muszką, w miejscu na wysokości przyrządów celowniczych posiadała wycięty kwadratowy otwór przesłonięty początkowo mikową, a później szklaną szybką. W dolnej części znajdował się pojemnik na zapasowe szybki. Tarczę mocowano do rury wyrzutni przy pomocy pasa skórzanego. Równocześnie poprawiono konstrukcję samej broni, wprowadzając nową regulowaną szczerbinkę mającą możliwość celowania z kątem wyprzedzenia w stosunku do jadącego czołgu oraz dodano w przedniej części wyrzutni podpórkę ułatwiającą, umożliwiającą oparcie broni i wycelowanie. Po tych zmianach broń otrzymała nową nazwę – Raketenpanzerbüchse 54 i w rozpoczęto jej produkcję, zaprzestając wytwarzania starego wzoru.

Pancerzownica rakietowa wz. 54/1 (Raketenpanzerbüchse 54/1). W wyniku prac nad ulepszeniem pocisku i zastosowaniu amunicji typu 4992 możliwe stało się skrócenie wyrzutni i tym samym zmniejszenie wagi, która po zastosowaniu tarczy ochronnej wzrosła z 9,25 do 11 kg. Po skróceniu broń miała 1350 mm długości i ważyła 9,5 kg. Nowy model otrzymał oznaczenie Raketenpanzerbüchse 54/1 rozpoczęto jego seryjną produkcję 20 grudnia 1944 roku.

Pancerzownica rakietowa wz. 10,5 cm (Raketenpanzerbüchse 10,5cm). W sierpniu 1944 roku podjęto prace nad wzmocnieniem działania pancerzownicy. W ich efekcie powstała wersja o kalibrze pocisku 105 mm. Prototyp miał długość 2400 mm i ważył 18 kg. Nowy pocisk kumulacyjny miał masę 6,1 kg i zdolność przebicia pancerza o grubości 180 mm (przy kącie nachylenia 60 stopni). Wojsko odrzuciło ten projekt, sugerując zmniejszenie wagi i zwiększenie przebijalności pocisku. Powstał kolejny prototyp, w którym skrócono wyrzutnię do 2000 mm i zastosowano nowy pocisk ważący 6,3 kg mogący przebić pancerz 220 mm. Jednak sytuacja na froncie i koniec wojny uniemożliwiły wprowadzenie tej odmiany do seryjnej produkcji.

Pod koniec wojny przeprowadzano również próby z pancerzownicą, w której wyrzutnia wykonana była z prasowanej i impregnowanej tektury, co istotnie zmniejszało jej wagę oraz oszczędzało coraz bardziej deficytową stal. Projekt ten jednak nie wyszedł poza ramy doświadczeń.
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Miny niemieckie
1.Mina przeciwpiechotna wyskakująca typu typu S. Mi. 35 (Schützenmine 35)
Chyba najsłynniejsza niemiecka mina przeciwpiechotna. Bardzo chętnie i najczęściej używana przez saperów w polach minowych. Przy zastosowaniu rozdzielacza możliwe było zastosowanie w niej aż trzech zapalników (przy przełożeniu spłonek w dwóch kanałach spłonkowych i wkręceniu zapalników Z. Z. 42 w miejsce korków ilość zapalników wzrastała do pięciu – z tak uzbrojoną miną spotkałem się osobiście). Mina składała się metalowej puszki (będącej rodzajem wyrzutni) otwartej od góry, w którą wsunięte były dwa cylindry blaszane – większy i mniejszy, umieszczone jeden w drugim i przykryte dnem i pokrywą górną. W przestrzeni pomiędzy cylindrami mieściły się odłamki (początkowo były to odlewane kulki żeliwne, w późniejszych partiach spotyka się rdzenie do pocisków pistoletowych lub karabinowych, jak również kawałki drutu stalowego o przekroju ok. 7 mm), natomiast wewnątrz mniejszego cylindra znajdował się materiał wybuchowy w formie granulatu lub cienkich płytek. W centrum znajdowała się rurka zapłonowa z nakręconą nakrętką scalającą obie tuleje, pokrywę górną i dno. Rura posiadała u góry gwint zewnętrzny pozwalający na nakręcenie zapalnika S. Mi. Z. 35 lub rozdzielacza zapalników, oraz gwint wewnętrzny, w który można było wkręcić zapalniki posiadające gwint zewnętrzny (czyli praktycznie większość zapalników armii niemieckiej). Na dole wylot rurki zapłonowej zakończony był metalową wkrętką z przechodzącym kanałem zapłonowym kończącym się w komorze ładunku miotającego. Była to przestrzeń w dnie, w której znajdował się ładunek prochowy wyrzucający minę do góry na wysokość ok. 1 m. W dnie również znajdowały się trzy opóźniacze prochowe z nasuniętymi rurkami kartonowymi nad którymi znajdowały się spłonki detonujące. Od góry spłonki zabezpieczone były wkręconymi, metalowymi korkami i drewnianymi kołeczkami centrującymi. W pokrywie górnej znajdował się jeszcze dodatkowy, większy otwór zakręcony metalowym korkiem służący do napełniania miny materiałem wybuchowym w wytwórni. Oba cylindry połączone pokrywą górną i dnem przymocowane były do zewnętrznej puszki trzema aluminiowymi śrubkami. W momencie zadziałania zapalnika ogień z jego spłonki przechodził poprzez rurkę zapłonową i wkrętkę denną do komory z ładunkiem miotającym i zapalał go. Podczas spalania gazy prochowe wytwarzały ciśnienie powodujące zerwanie aluminiowych śrubek łączących i wyrzucenie do góry cylindrów z pokrywą górną i dnem. Równocześnie z ładunkiem miotającym następowało zapalenie opóźniaczy prochowych, które w momencie gdy mina znajdowała się już na wysokości klatki piersiowej żołnierza, powodowały zapłon spłonek detonujących i wybuch miny.
Mina przeciwpiechotna wyskakująca typu typu S. Mi. 44 (Sprengmine 44)
Późniejsza wersja miny S. Mi. 35. W odróżnieniu od swojej poprzedniczki zlikwidowano dwie rurki ze spłonkami detonującymi i pozostałą przesunięto w środek, w związku z czym rurka zapłonowa znalazła się z boku. Główna modyfikacja polegała jednak na zrezygnowaniu z opóźniacza prochowego, który nie pozwalał na wybuch miny na dokładnie zadanej wysokości (zależało to od temperatury otoczenia, wilgotności ścieżki opóźniającej i precyzji wykonania). Zamiast niego zastosowano zrywny mechanizm igliczny połączony z puszką-wyrzutnią za pomocą linki o długości ok. 1m. W momencie zadziałania ogień ze spłonki zapalnika zapalał ładunek prochowy mieszczący się w rurce zapłonowej. Podczas spalania ciśnienie gazów prochowych powodowało zerwanie aluminiowych śrubek łączących i wyrzucenie do góry cylindrów z pokrywą górną i dnem. Podczas lotu następowało rozwinięcie linki zapalnika, która po naprężeniu zwalniała napiętą iglicę powodując jej uderzenie w spłonkę zapalająca, a ta z kolej powodowała zapłon spłonki detonującej i wybuch miny.
1.Mina przeciwpiechotna drewniana typu S. Mi. 42 (Schützenmine 42)
Kolejna z pospolitych min niemieckich używanych podczas II wojny światowej. Mina składała się z pudełka drewnianego z pokrywą zamocowaną na zawiasie kołkowym zachodzącą na korpus. W pudełku znajdował się ładunek materiału wybuchowego z wkręconym zapalnikiem Z. Z 42. Zawleczka zapalnika wysunięta była poza pudełko. O jej ramiona opierała się pokrywa miny. W momencie nadepnięcia przez żołnierza na minę pokrywa naciskając na ramiona zawleczki wyciągała ją zwalniając napiętą iglicę, która pod wpływem sprężyny uderzała w spłonkę inicjującą, a ta powodowała zapłon spłonki detonującej i wybuch materiału wybuchowego.
2.Mina przeciwpiechotna drewniana typu S. Mi. 44 (Schützenmine 44)
Była to zmodyfikowana wersja miny S. Mi. 42 pozwalająca na użycie oprócz zapalnika Z. Z. 42 również bardzo popularnego w armii niemieckiej zapalnika Z. Z. 35. Podobnie jak mina S. Mi. 42 składała się z pudełka drewnianego z pokrywą zamocowaną na zawiasie kołkowym zachodzącą na korpus. Różnica polegała na skośnym ustawieniu czołowej ściany pokrywy (opierającej się o zawleczkę) i na dodatkowym otworze w górnej ścianie przez który przechodziła linka do wyciągania zawleczki zabezpieczającej z zapalnika. Zapalnik Z. Z. 35 zakładano w ten sposób, że zawleczka zabezpieczająca znajdowała się pod pokrywą, a przez otwór w iglicy przekładano kawałek drutu, który opierał się ramionami o czołową ściankę pokrywy. Po założeniu miny w ziemi za pomocą linki usuwano zawleczkę zabezpieczającą. W momencie nadepnięcia na minę przednia ścianka wysuwała osadę iglicy z zapalnika powodują zwolnienie napiętej iglicy i w konsekwencji wybuch miny.
3.Mina przeciwpiechotna drewniana typu S. Mi. 400g (Schützenmine 400g)
Kolejna modyfikacja miny S. Mi. 42. Zastosowano tutaj podwójny ładunek materiału wybuchowego (400 g). Tak jak poprzednie składała się z pudełka drewnianego z pokrywą zamocowaną na zawiasie kołkowym zachodzącą na korpus. Zapalnik wraz z elementem wyciągającym zawleczkę umieszczono wewnątrz korpusu. Dodatkowo zastosowano wyciąganą zawleczkę zabezpieczającą pokrywę przed przypadkowym wciśnięciem. Równocześnie połączono pokrywę z korpusem cienkim gwoździem, który zapobiegał wysunięciu zawleczki w odbezpieczonej minie przez przypadkowy wstrząs itp. W momencie nadepnięcia na pokrywę przez człowieka gwóźdź ten zostawał przerwany i następowało wyciągnięcie zawleczki zapalnika.
1.Mina przeciwpiechotna z tworzywa sztucznego typu Schü. Dmi. K-stoff. (Schützen Dosenmine Kunststoff )
Mała mina stosowana jako pułapka lub mina niespodzianka. Korpus składał się z dwóch bakelitowych pojemników zachodzących na siebie. W momencie nadepnięcia na minę górna pokrywa przesuwając się w dół początkowo ściskała sprężynę igliczną, następnie następowało zerwanie drutu zabezpieczającego i zwolnienie napiętej iglicy, która z dużą siłą uderzała w spłonkę detonującą.
2.Mina przeciwpiechotna metalowa typu Schü. Mi. 44 (Schützenmine 44)
Mała mina stosowana jako pułapka lub mina niespodzianka. Korpus składał się z dwóch pojemników wykonanych z blachy stalowej zachodzących na siebie. Podobnie jak w przypadku miny S. Dmi. K-stoff. – w momencie nadepnięcia na minę górna pokrywa przesuwając się w dół początkowo ściskała sprężynę igliczną, następnie następowało zerwanie drutu zabezpieczającego i zwolnienie napiętej iglicy, która z dużą siłą uderzała w spłonkę detonującą.
3.Mina przeciwpiechotna z tworzywa sztucznego typu Schü. Dmi. (Schützen Dosenmine)
Duża mina przeciwpiechotna. Korpus składał się z bakelitowego pojemnika z pokrywą spełniającą rolę elementu naciskowego. W momencie nadepnięcia na pokrywę następowało wyłamanie jej wewnętrznej części, która naciskając na korpusy zapalników, przesuwała je w dół. Zawleczki zabezpieczające, będąc podparte o wycięcia w korpusie, wysuwały się z iglic powodując ich zwolnienie, uderzenie w spłonki detonujące i wybuch miny.
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Miny niemieckie cz.2
Autor: Grzegorz Franczyk
1.Mina przeciwpiechotna metalowa typu Schü. Mi. 44 (Schützenmine – metal 44)
Mina przeciwpiechotna będąca odpowiednikiem radzieckiej miny POMZ. Składała się z odlanego z żeliwa, żeberkowanego korpusu z pokrywą mieszczącego ładunek materiału wybuchowego. W pokrywie wykonany był otwór, w który wstawiano zapalnik o działaniu naciągowym. Uzbrojoną minę przywiązywano do drzewa lub kołka wbitego w ziemię na wysokości około 1 metra nad ziemią. Do zawleczki przywiązywano drut odciągowy, który z drugiej strony mocowano do innego drzewa. Przechodzący żołnierz zahaczał nogą o drut odciągowy wyciągał zawleczkę zabezpieczającą z zapalnika co powodowało zwolnienie napiętej iglicy, która uderzała w spłonkę detonującą.
materiał: odlew żeliwny zapalnik: Z. Z. 35, Z. Z. 42, ładunek: 75 g materiału wybuchowego, średnica: 45 mm, wysokość (bez zapalnika): 90 mm.

2.Mina przeciwpiechotna betonowa typu Schützenmine 43 /Stockmine 43/ (Betonmine)
Mina przeciwpiechotna o działaniu odciągowym. Składała się z betonowego korpusu z wtopionymi metalowymi odłamkami. W górnej części znajdował się otwór na zapalnik o działaniu odciągowym, zaś w dolnej otwór na kołek na którym ustawiano minę. Uzbrojoną nasadzano na drewniany kołek wbity w ziemię. Od zawleczki zapalnika przeprowadzano drut odciągowy, który przywiązywano do drugiego kołka, lub innego drzewa. Przechodzący żołnierz zahaczał nogą o drut odciągowy wyciągał zawleczkę zabezpieczającą z zapalnika co powodowało zwolnienie napiętej iglicy, która uderzała w spłonkę detonującą. Następował wybuch miny.
materiał: beton z wtopionymi odłamkami metalowymi, zapalnik: Z. Z. 35,Zu. Z. 35, Z. Z. 42, SMi. Z. 44 ładunek: 100 g materiału wybuchowego (1 x 100 lub 2 x 50 g), średnica: 70 mm, wysokośæ (korpusu): 160 mm.


3.Mina przeciwpiechotna betonowa kulista typu Ballmine
Duża mina przeciwpiechotna o działaniu odciągowym, lub naciskowym. Składała się z kulistego korpusu wykonanego z betonu, w który wtopiono metalowe odłamki. W gniazdo wykonane w korpusie wstawiano ładunek materiału wybuchowego składający się z trzech dwustugramowych kostek trotylu i unieruchamiano go przy pomocy drewnianych klinów. W górną kostkę wkręcano zapalnik o działaniu odciągowym. Uzbrojoną minę wkopywano w ziemię lub maskowano, a do zawleczki zapalnika mocowano drut odciągowy, którego drugi koniec mocowano do drewnianego kołka, lub drzewa. Przechodzący żołnierz zahaczał nogą o drut odciągowy wyciągając zawleczkę zabezpieczającą z zapalnika co powodowało w konsekwencji wybuch miny.
materiał: beton z wtopionymi odłamkami metalowymi, zapalnik: Z. Z. 35,Zu. Z. 35, Z. Z. 42 ładunek: 600 g materiału wybuchowego (3 x 200 g), średnica: waga: ok. 17 kg.


4.Mina przeciwpiechotna szklana typu Glassmine 43 (Schützenküstenmine).
Słynna mina przeciwpiechotna o działaniu odłamkowym. Składała się ze szklanego, cylindrycznego korpusu mieszczącego 200-gramowy ładunek trotylu wraz z zapalnikiem o działaniu naciskowym (mechanicznym lub chemicznym). Od góry korpus zamykała pokrywa szklana z umieszczonym na niej dodatkowym elementem naciskowym wykonanym w formie grubej, okrągłej płyty szklanej. Uzbrojoną minę zakopywano w ziemi tak, by pokrywa wraz z elementem naciskowym znajdowały się na poziomie gruntu. W momencie nadepnięcia przez przechodzącego żołnierza na element naciskowy powodował on rozbicie cienkiej pokrywy szklanej i nacisk na dźwignię zapalnika, która z kolej wyciągała zawleczkę zabezpieczającą z iglicy. W przypadku zapalnika chemicznego następowało zgniecenie szklanej ampułki zawierającej kwas, który przy zetknięciu z mieszaniną chemiczną znajdującą się w korpusie zapalnika powodował zapłon spłonki detonującej. Minę produkowano w trzech wariantach. Warianty A i B posiadały płytę blaszaną która była podtrzymywana przez zwężenie korpusu i zapobiegała skruszeniu materiału wybuchowego przy nadepnięciu na minę. W związku z tym oba te warianty były wykrywalne przez wykrywacze metalu (oczywiście mogło zdarzyæ się, że saper niemiecki celowo nie założył płyty metalowej aby uniemożliwiæ wykrycie miny, ale było to działanie niezgodne z instrukcją użycia miny, chociaż zapalniki i detonatory posiadały korpusy metalowe). Natomiast wariant C posiadał zapalnik chemiczny SF-18 wykonany całkowicie ze szkła którego kształt eliminował zastosowanie płyty metalowej. W związku z tym wariant ten był (I JEST DO TEJ PORY) całkowicie niewykrywalny przez wykrywacze elektryczne. Dodatkowo trzeba pamiętaæ, że miejsce osadzenia pokrywy w korpusie miny uszczelnione było specjalnym smarem co czyniło minę wodoszczelną, a ponieważ korpus wykonany był z materiałów niekorodujących więc znalezienie obecnie uzbrojonej miny może byæ szczególnie groźne dla poszukiwaczy.

materiał: szkło zapalnik: wariant A – Hebelzünder 44, wariant B – SF 5 lub SF 6, wariant C – SF 18, ładunek: 200 g materiału wybuchowego, średnica: 152 mm, wysokośæ: 114 mm (korpusu 97 mm), waga: 1,5 kg.

5.Mina przeciwpiechotna porcelitowa.
Mina przeciwpiechotna o działaniu odciągowym. Składała się z porcelitowego korpusu przypominającego grzyb, którego górna częśæ była lakierowana na brązowo (dół biały, niemalowany). Wewnątrz mieścił się sypki materiał wybuchowy w ilości około 100 g. Od góry wstawiano zapalnik typu Z. Z. 42. Uzbrojoną minę wkopywano w ziemię tak, że opierała się górną, szeroką częścią o grunt. Od zawleczki zapalnika przeprowadzano drut odciągowy, który przywiązywano do wbitego w ziemię kołka, lub drzewa. Przechodzący żołnierz zahaczał nogą o drut odciągowy wyciągał zawleczkę zabezpieczającą z zapalnika co powodowało zwolnienie napiętej iglicy, która uderzała w spłonkę detonującą. Następował wybuch miny.
materiał: porcelit, zapalnik: Z. Z. 42, ładunek: ok. 100 g sypkiego materiału wybuchowego średnica: 80 mm, wysokośæ (korpusu): 205 mm.


6.Mina przeciwpiechotna typu Behelfs-Schützenmine S 150 (Pot-Mine).
Mała mina przeciwpiechotna często używana jako mina-niespodzianka. Korpus w postaci walcowej puszki był wykonany z blachy aluminiowej i mieścił 150 g materiału wybuchowego. W górnej części korpusu znajdowało się gniazdo na zapalnik chemiczny typu SF 5 “BUCK” lub SF 6 (faktycznie można było użyæ do jej uzbrojenia także innych zapalników znajdujących się na wyposażeniu armii niemieckiej). Zapalnik wkręcano w dodatkową pokrywę zapobiegającą wgnieceniu korpusu miny. W momencie nadepnięcia na główkę zapalnika z siłą około 20 kg następowało zgniecenie szklanej ampułki zawierającej kwas, który przy zetknięciu z mieszaniną chemiczną znajdującą się w korpusie zapalnika powodował zapłon spłonki detonującej.
materiał: blacha aluminiowa, zapalnik: SF 5 “BUCK”, SF 6, ładunek: 150 g materiału wybuchowego, średnica: 63 mm, wysokośæ korpusu: 50 mm, waga: 250 g.

7.Mina przeciwpiechotna typu Behelfs-Schützenmine A 200 (Senftopf).
Mina przeciwpiechotna o działaniu fugasowym. Podobna konstrukcyjnie do miny S 150. Korpus wykonany z blachy stalowej mieścił 200 g materiału wybuchowego. Zapalnik chemiczny typu SF 5 “BUCK” lub SF 6 wkręcano w gniazdo znajdujące się w górnej pokrywie miny. Działanie miny następowało poprzez nacisk na główkę zapalnik z siłą około 20 kg.
materiał: blacha stalowa, zapalnik: SF 5 “BUCK”, SF 6, ładunek: 200 g materiału wybuchowego, średnica: 75 mm, wysokośæ korpusu: 50 mm, waga: 370 g.

8.Mina przeciw narciarzom typu Ski-Mine (Schneemine)
Mina przeciwpiechotna przeznaczona do ustawiania na w zimie na trasach przejazdu narciarzy. Korpus miny wykonany był z rury stalowej o średnicy 3,5 i długości 40 cm. Jeden koniec rury zamknięty był metalowym korkiem w kształcie ostrza ułatwiającym ustawianie miny w zmarzniętym śniegu lub ziemi. W drugi koniec wstawiano kołek drewniany z otworem, w którym mocowano zapalnik typu S. Mi. Z. 35. Wewnątrz korpusu mieściły się 2 lub trzy standardowe ładunki materiału wybuchowego (75– lub 100–g). Minę wbijano w śnieg pod kątem ok. 45O pochyloną zapalnikiem w kierunku spodziewanego ukazania się żołnierzy nieprzyjaciela. W momencie najechania nartą na wąsy zapalnika z siłą około 2,5 kg następowało jego zadziałanie wybuch miny.
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Ręczny karabin maszynowy wz.28
Ręczny karabin maszynowy wz.28
Rkm wz.28 jest jednym z najłatwiej rozpoznawalnych wzorów broni maszynowej używanej przez żołnierza polskiego we wrześniu 1939 r. Przyjęty w wyniku zakupu licencji zagranicznej, na skutek problemów z realizacją umowy stał się bronią niemal od podstaw skonstruowaną w Polsce.
Geneza
Karabin maszynowy był wytworem amerykańskiej rewolucji przemysłowej, Amerykanami byli wszyscy liczący się pionierzy tej broni (Maxim, Lewis, Browning, Benet), a mimo to Armia Stanów Zjednoczonych przystąpiła 6 kwietnia 1917 roku do wojny światowej uzbrojona w zaledwie 1305 sztuk automatycznych karabinów maszynowych (w tym 665 rkm Benet-Mercier wz.09) oraz około setki ręcznie napędzanych kartaczownic Gatlinga. Benet-Mercier był koszmarną pomyłką. Kiedy meksykańscy rebelianci Pancho Villi zaczęli najeżdżać pograniczne miasteczka za Rio Grande, w jednej z nocnych potyczek okazało się, że broni tej nie sposób obsługiwać po zmroku. Nikt tego wcześniej nie sprawdził, co jest wyraźnym dowodem na to, jak marginalną pozycję w taktyce Armii Stanów Zjednoczonych zajmował karabin maszynowy, który po drugiej stronie Atlantyku niepodzielnie panował nad polem bitwy na wszystkich frontach. W roku 1916 przynajmniej niektórzy co światlejsi oficerowie zaczęli zdawać sobie sprawę z dysproporcji w uzbrojeniu armii amerykańskiej i europejskich. Kiedy w ślad za grasantami Pancho Villi wyruszała do Meksyku ekspedycja karna generała Pershinga, interwencyjnie zakupiono w firmie Savage w Utica 350 produkowanych tam dla Anglików karabinów maszynowych Lewisa na brytyjski nabój .303, byle tylko wojsko nie musiało iść w pole bez broni maszynowej.
Rozpaczliwemu brakowi broni maszynowej mógł zaradzić tylko cud – albo interwencja Johna M. Browninga. Geniusz jak zwykle nie zawiódł i na początku 1917 roku przedstawił prototypy od razu dwóch karabinów, które z nawiązką wyrównały amerykańskie zacofanie w kwestii broni maszynowej: ciężkiego chłodzonego wodą, potem nazwanego wz.1917 oraz Automatic Machine Rifle. Los zrządził, że obie te konstrukcje trafiły potem w ręce żołnierza polskiego, jako – odpowiednio – ciężki karabin maszynowy wz.30 i ręczny karabin maszynowy wz.28.
AMR był bronią nowej klasy, nazywanej w Europie ręcznym karabinem maszynowym, za której prekursora uważa się duńskiego Madsena. Broń, rozmiarami zbliżona do karabinu piechoty, obsługiwana była i przenoszona przez jednego żołnierza, zdolnego prowadzić z niej ogień w każdej postawie: leżąc, klęcząc i stojąc z ramienia oraz z biodra, a dzięki zasilaniu z magazynków pudełkowych także w ruchu. AMR działał na zasadzie odprowadzania gazów prochowych z przewodu lufy, z zamkiem ryglowanym przez kolankową dźwignię ryglującą, wprowadzaną w oporę ryglową tylnej części okna wyrzutowego i strzelał z zamka zamkniętego. Konstruktor wkrótce doszedł jednak do wniosku, że w broni przeznaczonej do strzelania seriami, a chłodzonej powietrzem strzelanie z zamka zamkniętego nie jest najszczęśliwszym pomysłem. Gdy w marcu i kwietniu w zakładach Colta powstała pierwsza modelowa partia AMR na próby wojskowe wyznaczone w maju 1917 r., konstruktor dokonał w ich konstrukcji zasadniczej zmiany – karabiny te strzelały już z zamka otwartego. Dzięki tej zmianie broń pozostająca z zamkiem w tylnym położeniu mogła się chłodzić pomiędzy seriami, likwidując zagrożenie samozapłonu naboju wprowadzonego do komory nabojowej rozgrzanej lufy.
Zanim erkaem Browninga trafił do seryjnej produkcji, dokonano kolejnej zmiany – umieszczone u góry komory zamkowej okno wyrzutowe przeniesiono na prawą stronę i znacznie zmniejszono, by zminimalizować ilość zanieczyszczeń dostających się tą drogą. W tej formie, bez chwytu pistoletowego i dwójnogu, karabin wszedł do uzbrojenia Armii Stanów Zjednoczonych jako Browning Automatic Rifle (BAR) wz.1918. A dalej to już zupełnie inna historia...
Ręczne karabiny maszynowe w WP
Odradzające się w 1918 roku Wojsko Polskie odziedziczyło po zaborcach, otrzymało w ramach pomocy wojskowej lub zakupiło ręczne i lekkie karabiny maszynowe wielu typów, wzorów i kalibrów. Powodowało to spore kłopoty zaopatrzeniowe. Większość tej broni miała za sobą trudy wojny światowej, co nie pomagało zachować jej w sprawności technicznej. Kiedy państwo i wojsko już jako tako okrzepło, zaczęto się rozglądać za jakimś nowoczesnym ręcznym karabinem maszynowym zdolnym zastąpić barwną, lecz dokuczliwą mozaikę przestarzałych typów. W tym celu ogłoszono konkurs, który odbył się w Warszawie w lipcu 1924 roku. Nie przyniósł on decydującego rozstrzygnięcia, ale pozwolił wyłonić uczestników zaproszonych do drugiego konkursu na początku roku 1925. Wśród uczestników tej pierwszej odsłony był również zgłoszony przez belgijską Fabrique Nationale z Herstal koło Liège „Fusil Mitrailleur Mle 1924 (FML 1924)”, czyli Colt Model 1924 Automatic Rifle, produkowany przez Colta. Colt i FN, po okresie walki o prawa do sprzedaży konstrukcji Browninga, po wojnie pogodziły się bardzo szybko i FN została jednym z najlepszych klientów giganta z Hartford, bardzo skutecznie sprzedając karabiny maszynowe produkcji Colta. Współpraca dotycząca pochodnych BAR, opartych na gruntownie przekonstruowanym eksportowym karabinie Model 1919, datuje się od listopada 1920 roku. Podpisano wtedy umowę licencyjną dotyczącą ich produkcji i eksportu do kontynentalnej Europy. Najważniejszym z punktu widzenia dalszej części tej historii postanowieniem było, że do czasu uruchomienia własnej produkcji FN będzie otrzymywać od Colta karabiny z 10-procentowym upustem. Wobec takiego zapewnienia Belgom nie spieszyło się uruchamiać własnej produkcji do czasu otrzymania naprawdę dużych zamówień.
Jedna z uroczystości wręczania broni zakupionej z funduszy FON, tym razem w pułku ułanów. Wśród broni czekającej na wręczenie widoczny rkm wz28 późnej serii produkcyjnej, kawaleryjskie kbk wz.98 i ckm wz.30 na kawaleryjskiej podstawie wz.36.
Wbrew temu, co się do tej pory pisywało o roli FN w produkcji erkaemu i polskich konkursach, dostawy karabinów Colta do Belgii trwały aż do września roku 1928 – dopiero wtedy ruszyła ich produkcja na miejscu. Ogółem Colt dostarczył Belgom 829 sztuk, z tego przytłaczającą większość stanowiła partia 703 karabinów kalibru 6,5 mm dla Szwecji. Karabiny te (Kulsprutagevär m/21) wykonane były w wymiarach calowych i potem, kiedy Szwedzi przejęli ich wytwarzanie (udoskonalone Kg m/37 z wymienną lufą produkowała już Carl Gustaf Stads Gevärfaktori w Eskilstunie), zachowali je, dzięki czemu do dziś mają one części wymienne z karabinami amerykańskimi. Wśród pozostałych jest łącznie 1 M1922, 2 M1924 i 36 karabinów M1925 w wymiarach calowych na nabój 7,92x57 mm, zamówionych przez Polskę. M1924 różnił się znacznie od amerykańskiego wojskowego BAR. Sprężynę powrotną przeniesiono w nim z wnętrza suwadła, gdzie poddana była nadmiernej temperaturze, do kolby, gdzie osadzono ją wewnątrz tulei przeprowadzonej przez zderzak suwadła. Dodano chwyt pistoletowy, a w wersji M1925 (znanej również jako Colt R 75 i Colt Monitor) także ciężką, żebrowaną lufę, pokrywki gniazda magazynka i otworu wyrzutowego oraz dwójnóg. Te ostatnie zmiany wynikały z różnic doktrynalnych. Amerykańskie BAR wz.1918 nie miały chwytów i dwójnogów, gdyż amerykańska doktryna przewidywała używanie ich jako karabinów automatycznych, z których strzela się we wszystkich trzech postawach z klasycznego złożenia karabinowego, z oparciem kolby o ramię i podtrzymywaniem broni lewą ręką. Większość armii europejskich traktowała ją jednak jak ręczny karabin maszynowy i zakładała postawę leżąc z oparciem na dwójnogu jako zasadniczą do prowadzenia z niego ognia. O ile układ klasycznej kolby z szyjką bez chwytu pistoletowego ułatwia strzelanie z wolnej ręki, o tyle do strzelania z podparciem znacznie wygodniejszy jest wydzielony chwyt pistoletowy, wiszący niemal pionowo pod komorą zamkową. Gruba lufa z żebrowaniem ułatwiającym chłodzenie pozwalała zaś na prowadzenie znacznie intensywniejszego ognia seriami niż konfiguracja amerykańska.
Zbadany w 1924 roku karabin eksportowy Colta oferowany przez FN zwrócił na siebie uwagę i zdaniem fachowców dobrze rokował na przyszłość. Przed kolejną edycją zespół pod kierownictwem majora Tadeusza Felsztyna z Centralnej Szkoły Strzelniczej w Toruniu przeprowadził serię badań. Poddano im dwa egzemplarze erkaemu o różnych długościach lufy (M1922 z lufą 500 i M1924 z lufą 600 mm), przy czym jeden z nich (M1922) miał mechanizm opóźniacza zmniejszający szybkostrzelność. Dwójnóg M1922 zamontowany był u wylotu lufy, a broń miała ponadto amerykańską obudowę mechanizmu spustowego, bez chwytu pistoletowego. Karabin w tej wersji uznano za nadmiernie i bez żadnej potrzeby skomplikowany, faworyzując M1924. Jego konkurentami byli Duńczycy (Madsen M/24) Brytyjczycy (Farquhar Mk I i Vickers-Berthier Mk I), Francuzi (Hotchkiss Mle1922, Lewis Mle1923, Chatellerault Mle1924) i Czesi (Praha I-23), a poza konkursem zaprezentowano włoski A.L.A. i szwajcarski Furrer. Do kolejnego etapu zakwalifikowano erkaemy Browninga, Hotchkissa i Lewisa. Rozpatrując uzyskane wyniki, Komitet do Spraw Uzbrojenia i Sprzętu (KSUS) zalecił rezygnację z kolejnego etapu prób, zamknięcie konkursu i wprowadzenie erkaemu systemu Browninga, z zakupem egzemplarzy do prób wojskowych. Tego zalecenia nie wprowadzono jednak w życie z braku w budżecie wojska 5 milionów złotych na zakup partii próbnej. Rok później znalazły się pieniądze i zamówiono 36 sztuk ulepszonego karabinu M1925 na nabój Mausera. Karabiny te przydzielono – po tuzinie – wraz z podobną liczbą konkurencyjnych karabinów Hotchkiss Mle1922 i Lewis Mle1923 trzem pułkom piechoty do prób poligonowych. Na podstawie uzyskanych w trakcie tych prób doświadczeń w roku 1927 podjęto ostateczną decyzję o wyborze rkm Browninga jako zasadniczego typu lekkiej broni maszynowej dla WP i zakupie liczącej kilka tysięcy sztuk partii wstępnej, a w perspektywie – licencji na ich wytwarzanie w kraju.
Rkm wz.28
Kiedy do Herstal przyszła wiadomość o decyzji Warszawy, w dyrekcji koncernu zapanował lekki popłoch. Pośpiesznie zaczęto uruchamiać produkcję karabinu, wprowadzając od razu zażądane przez Polaków zmiany. Z dwóch przedstawionych im modeli, z lufami 500 i 600 mm, wybrali ten z dłuższą lufą, a potem wersję M1925. Polscy żołnierze nie byli jednak przyzwyczajeni do celowników przeziernikowych i chcieli mieć celownik ze szczerbiną. Zachowanie właściwego odstępu od oka wymusiło odwrócenie ramienia celownika, co z kolei skróciło linię celowniczą. Żeby zachować jej długość, przedłużono lufę do 611 mm. Niezbędnych przeliczeń koniecznych do zaprojektowania odwróconej krzywizny podstawy celownika dokonała Centralna Szkoła Strzelnicza w Toruniu. Dwójnóg miał być przesunięty z wylotu lufy na rurę gazową tuż za regulatorem, jak w M1925, ale jego ostrogi zastąpione płozami.
Dnia 10 grudnia 1927 roku podpisano kontrakt, na mocy którego zamówiono w Belgii 10 000 sztuk broni z polskimi poprawkami. Kontrakt ten był bardzo ważną cezurą w historii FN. Polacy zamówili pierwszą liczącą się partię karabinów, co pozwoliło Belgom na uruchomienie własnej produkcji i zakończenie importu z Ameryki. Uruchomienie produkcji wymagało jednak konwersji rysunków z wymiarów calowych na metryczne, co okazało się zadaniem znacznie trudniejszym, niż pierwotnie przypuszczano. Według postanowień kontraktu Belgowie mieli dostarczyć zamówione erkaemy do końca września 1929 roku, jednocześnie przekazując za osobną opłatą dokumentację techniczną, umożliwiającą podjęcie produkcji licencyjnej.
Problem tylko w tym, że aż do podpisania kontraktu z Polakami FN nie miała w ogóle praw do odsprzedaży licencji, której w dodatku sama jeszcze nie wdrożyła! Dopiero w lutym 1928 roku wywiązała się na ten temat korespondencja między Herstal a Hartford. W jej toku ustalono, że FN miała płacić jedynie 10 dolarów tantiem za każdy sprzedany do Polski wyprodukowany erkaem (za amerykańskie należało się 50 USD), ale na razie nadal nie było zgody na przekazanie licencji. Dzięki temu porozumieniu możemy się jednak dowiedzieć, jak były realizowane dostawy z polskiego kontraktu. Do tej pory we wszystkich opracowaniach na ten temat powtarzano informację, że pierwsza partia, od razu 8500 sztuk, dotarła w listopadzie 1929 roku. Prawda wygląda nieco inaczej, co możemy prześledzić zaglądając do przelewów bankowych FN dla Colta. Tantiemy należały się od chwili przekazania karabinów polskim władzom, więc daty przelewów dość wiernie oddają daty i liczebność dostaw.
|
Dostawy rkm wz.28 produkcji FN według rozliczeń z Coltem
|
|
Data
|
16.07.1929
|
9.12.1929
|
4.01.1930
|
5.02.1930
|
26.02.1930
|
12.03.1930
|
|
Liczba
|
1474
|
2827
|
2682
|
1350
|
1303
|
364
|
Pół roku opóźnienia w dostawach karabinów i dostarczenie niepełnej dokumentacji licencyjnej spowodowały zrozumiałe iskrzenie na linii Warszawa–Herstal. Fabryka Karabinów Państwowych Wytwórni Uzbrojenia (PWU-FK) powołała specjalny zespół konstrukcyjny, który zajął się analizą pomiarową dostarczonych wcześniej karabinów produkcji amerykańskiej i konwertowaniem, a w dużej części odtwarzaniem dokumentacji. W jego skład weszli znani z późniejszych lat konstruktorzy i technolodzy PWU-FK: Bolesław Jurek, Jan Skrzypiński, Wacław Przybyłkowski i Tadeusz Wasiliew. Belgowie wpadli we własne sidła. Od początku wprowadzali stronę polską w błąd, przedstawiając się jako producent dostarczanych do Polski egzemplarzy modelowych, a tymczasem sami, jak się okazało, nawet do tej pory nie zweryfikowali otrzymanej z Ameryki dokumentacji. Zawierała ona sporo błędów, które powielono przy konwertowaniu na miary metryczne, tak że w końcu Polacy zażądali dokumentacji oryginalnej i cały blef wyszedł na jaw. Oburzeni kontrahenci wypowiedzieli umowę w części dotyczącej opłat za dokumentację, płacąc jedynie za dostarczone karabiny. Zanosiło się na międzynarodowy skandal, ale w końcu doszło do ugody poza sądem. Polacy zapłacili 125 000 USD za dostarczoną część dokumentacji produkcyjnej, oszczędzając ponad 200 000 USD, za które dokończono prace prowadzone w Warszawie.
Produkcja krajowa
Pierwsze dwa modelowe egzemplarze rkm wz.28 wykonane w całości w kraju były gotowe w styczniu 1929 roku. W marcu zmontowano trzy kolejne, które poddano intensywnym próbom. W ich następstwie wykazano, że dorównują one jakością produktom belgijskim. Od początku 1930 roku rozpoczęła się produkcja seryjna, początkowo na małą skalę, bo wojsko zamówiło jedynie 600 sztuk. W kolejnych latach WP kupowało już więcej, ale nadal nie były to oszałamiające ilości.
|
Dostawy rkm wz.28 produkcji PWU-FK odebrane przez Wojsko Polskie
|
|
Rok
|
1931
|
1932
|
1933
|
1934
|
1935
|
1936
|
1937
|
1938
|
1939 (I kw.)
|
|
Liczba
|
2400
|
860
|
1355
|
1550
|
1500
|
580
|
650
|
900
|
315
|
?ącznie wojsko zakupiło w PWU-FK 10 700 ręcznych karabinów maszynowych wz.28. Nawet jeśli PWU-FK była przeciążona zamówieniami na ciężkie karabiny maszynowe, co spowodowało w 1932 roku przeniesienie przygotowań produkcji Visa do PWU-FB w Radomiu, to erkaemów mogła wyprodukować zdecydowanie znacznie więcej. W 1938 roku kierownictwo PWU-FK oceniało zdolność produkcyjną w pierwszym kwartale 1939 roku na 1800 egzemplarzy, z których WP odebrało tylko 315, a więc 17,5%!
Inne formacje uzbrojone o charakterze paramilitarnym, jak Policja Państwowa i Straż Graniczna, także zamawiały rkm wz.28, ale były to ilości śladowe. Straż Graniczna w 1930 roku zakupiła 9 sztuk dla Centralnej Szkoły SG w Rawie Ruskiej, ale potem już nie kupowała rkm wz.28 z własnych środków. Społeczeństwo wielkopolskie zakupiło łącznie kilkadziesiąt Browningów dla placówek SG na swoim terenie. W związku z zaostrzeniem sytuacji politycznej w marcu 1939 roku, gdy w ramach SG tworzono plutony wzmocnienia, mające wspierać załogi najbardziej zagrożonych placówek, Straż otrzymała dla nich partię 67 sztuk tej broni z zapasów wojskowych.
Policja Państwowa także nie była liczącym się nabywcą rkm wz.28. Niewielkie ilości trafiły do wybranych komend wojewódzkich – wiadomo na przykład, że sześć egzemplarzy przydzielono Komendzie Głównej Policji Województwa Śląskiego w Katowicach.
By utrzymać zdolność produkcyjną, PWU-FK usiłowała pozyskiwać zamówienia zagraniczne. Za pośrednictwem syndykatu Stowarzyszenie Przemysłu Wojennego (SEPEWE) sprzedano za granicę 1880 rkm wz.28. Najwięksi odbiorcy to republikańska Hiszpania w czasie wojny domowej i niektóre kraje Bliskiego Wschodu.
?ącznie więc do roku 1939 w PFK w Warszawie powstało między 12 a 13 tysięcy rkm wz.28.
Rozwój rkm wz.28
Od pierwszych dni trwały prace zmierzające do udoskonalenia konstrukcji broni. Z początku udoskonalenia dotyczyły regulatora gazowego i tłoka, wprowadzenia nowego wyrzutnika i zmiany konstrukcji sprężyny zaczepu kurkowego. Wzmocniono też połączenie lufy z komorą zamkową, a większość wspomnianych udoskonaleń zaprojektował mjr Władysław Ostrowski z CSS w Toruniu.
Ręczne karabiny maszynowe (od tyłu): amerykański BAR wz.1918A2 z okresu wojny koreańskiej z dodanym dwójnogiem, oporą ramieniową i plastikową oprawą, belgijski FN FML 1930 i polski wz.28.
W dalszej kolejności przystosowano broń do strzelań przeciwlotniczych, zaopatrując ją w podstawę do muszki kołowej wz.29. Pozwalało to, przy wykorzystaniu podstawy trójnożnej wz.29 lub specjalnych uchwytów montowanych na tankietkach i pojazdach, zwalczać nisko lecące samoloty.
W celu lepszego przystosowania do strzelania leżąc zmieniono kształt kolby, tak by broń opierała się wyżej na ramieniu. Z jakiegoś powodu nie chciano bowiem w tym celu skopiować rozwiązania belgijskiego – rozkładanej opory ramieniowej. Po kilku latach okazało się jednak, że nie był to najlepszy pomysł i w rozwojowych wersjach z szybkowymienną lufą wprowadzono jednak rozkładaną oporę ramieniową.
Doświadczenia poligonowej eksploatacji wykazały konieczność zaopatrzenia muszki w pierścieniową osłonę, chroniącą przed uszkodzeniami mechanicznymi.
Rozważano możliwość wprowadzenia wersji szkoleniowej rkm dostosowanej do amunicji .22 Long Rifle bocznego zapłonu. Inżynier Józef Maroszek z PWU-FK zaprojektował nawet odpowiedni prototyp, ale ostatecznie produkcji nie podjęto.
Po dziesięciu latach od powstania broni przyszedł czas na zakrojoną na szeroką skalę modernizację erkaemu. Centrum Wyszkolenia Piechoty w Rembertowie wytyczyło dwa kierunki działania: zwiększenie celności i opracowanie systemu szybkiej wymiany lufy. To pierwsze zamierzano osiągnąć poprzez wzmocnienie konstrukcji dwójnogu, zastąpienie kolby z „rybim ogonem” kolbą z rozkładaną oporą ramieniową i podpórką o regulowanej wysokości, wreszcie przez zastosowanie hamulca wylotowego łagodzącego odrzut broni. Większość naszych autorów zarzuca Belgom, że w konstrukcji rkm FML 1930 dla własnej armii skopiowali część modyfikacji wprowadzonych przez Polaków przy okazji uruchamiania produkcji rkm wz.28. Abstrahując już od tego, że ten zarzut stawiany przez Wilniewczyca jest po prostu nieprawdziwy, jak – co trzeba stwierdzić z bólem – większość jego opinii, to i tak przy tworzeniu rkm wz.28/38B i 28/39T wzięliśmy na nich odwet, gdyż jego konstrukcja miała wiele wspólnego z wówczas stworzonym przez Dieudonne Saive’a FN Modèle D. Prototypy różniły się sposobem wymiany lufy – jeden miał zatrzask wzorowany na belgijskim Mle D, drugi na szwedzkim karabinie Kg m/37. PFK wykonała odpowiednie egzemplarze, do prób nad nimi przystąpiono na wiosnę 1939 roku. Niestety, z powodu wojny żaden nie zdążył już wejść do produkcji.
Rkm wz.28 nie był jednak jedyną konstrukcją produkowaną w Polsce opartą na BAR lub jego pochodnych. W połowie lat 30. Wawrzyniec Lewandowski z PWU-FK stworzył nowy karabin maszynowy obserwatora (czyli ruchomy, w odróżnieniu od „karabinu maszynowego pilota”, zabudowanego na stałe), zasilany z dyskowego magazynka na 91 nabojów, biorąc za punkt wyjścia rkm wz.28. Z uwagi na wymaganą w walce powietrznej dużą szybkostrzelność broni, znacznie większą niż stosowana powszechnie w broni piechoty tego okresu, konstrukcja broni musiała ulec dość poważnym zmianom. Przy szybkostrzelności teoretycznej rzędu 1100 strz./min., a więc dwukrotnie większej niż w rkm wz.28, 20-nabojowy magazynek tego ostatniego wystarczałby na zaledwie sekundę prowadzenia ognia, toteż trzeba było do zasilania użyć magazynka o większej pojemności. Użycie magazynka dyskowego, wówczas jedynego rozwiązania umożliwiającego osiągnięcie zakładanej pojemności, wymusiło zasadniczą przebudowę całego karabinu. Magazynek taki działa korzystając z zasilania grawitacyjnego – podaje naboje w dół – co wymagało odwrócenia kierunku zasilania i wyrzucania łusek (wz.28 – z dołu do góry, km obserwatora – z góry do dołu). Najprościej byłoby po prostu odwrócić mechanizm karabinu maszynowego do góry nogami, tak jak to zrobiono w Anglii z Maximem, tworząc ckm Vickersa. Ponieważ jednak w celu uproszczenia i potanienia produkcji komora zamkowa miała być jak najmniej zmieniona, przy odwracaniu zasilania trzeba było zachować kierunek ryglowania. Innym problemem było to, że karabin obserwatorski nie miał kolby, jak erkaem, lecz tylce ze spustem. Zmiana konstrukcji mechanizmu spustowego była prosta, ale pozostawał problem urządzenia powrotnego. W pochodnych handlowego amerykańskiego Modelu 1919 zmieniono rozwiązanie użyte w wojskowym BAR, umieszczając sprężynę powrotno-uderzeniową w kolbie, skąd poprzez żerdź popychacza napędzała zamek. Jeśli karabin obserwatora miał nie mieć kolby, trzeba było wymyślić jakieś inne miejsce na sprężynę. Wawrzyniec Lewandowski musiał w tym celu wykonać krok w tył w rozwoju erkaemu Browninga i przywrócił sprężynę powrotną wewnątrz suwadła, podobną jak w BAR wz.1918. Po dwóch latach wytężonych prac karabin maszynowy obserwatora wz.37 został przyjęty do uzbrojenia. Popularnie nazywany „szczeniakiem”, był montowany na najnowocześniejszych samolotach bojowych produkowanych przed wojną, w tym na obserwacyjnych LWS-3 Mewa, oraz bombowcach PZL-46 Sum i PZL-37B ?oś. Karabin obserwatora wz.37 był jedyną na świecie specjalizowaną lotniczą wersją ręcznego karabinu maszynowego Browninga.
Życie wewnętrzne rkm wz.28
Rkm wz. 28 jest bronią automatyczną o lufie nieruchomej, działającą na zasadzie wykorzystania energii gazów prochowych odprowadzanych z lufy i z zamkiem ryglowanym dźwignią kolankową. Chłodzony jest powietrzem i zasilany z wymiennego magazynka pudełkowego o pojemności 20 nabojów 7,92x57 mm.
Po załadowaniu broni strzelec odciąga rękojeść napinania umieszczoną nietypowo dla broni z tego okresu – po lewej stronie komory zamkowej. Napinacz odciąga suwadło w tylne położenie, aż zaskoczy ono na zaczep spustowy. Po odciągnięciu zamka rękojeść należy ręcznie popchnąć w położenie wyjściowe, gdzie będzie w czasie strzelania spoczywać nieruchomo, utrzymywana zatrzaskiem.
Ściągnięcie spustu zwalnia suwadło z zaczepu spustowego i rusza ono naprzód pod wpływem umieszczonej w kolbie sprężyny powrotno-uderzeniowej, działającej za pośrednictwem żerdzi (popychacza). Podajnik zamka połączonego dwuczęściową dźwignią ryglową z suwadłem wysuwa nabój ze szczęk magazynka i dosyła go do komory nabojowej lufy. W trakcie domykania zamka zgrubienia wodzideł powodują częściowe uniesienie („złamanie”) zawiasu łączącego obie części dźwigni ryglowej. Dalszy ruch suwadła po oparciu czółka zamka o wlot lufy powoduje uniesienie dużej dźwigni ryglującej do momentu wprowadzenia jej występu w oporę ryglową wyciętą w górnej ściance komory zamkowej i zaryglowanie zamka. Uniesienie rygla odsłania iglicę, w którą uderza posuwający się wraz z suwadłem kurek, powodując odpalenie naboju.
Gazy prochowe wydostające się z lufy do komory gazowej, gdy pocisk minie otwór odprowadzający w lufie, działają na tłok gazowy, odrzucając go do tyłu. Tłok popycha do tyłu suwadło. Jałowy skok suwadła trwa akurat tyle, by pocisk zdążył opuścić lufę, po czym kurek suwadła, pociągając za dolną (małą) dźwignię ryglową, wysuwa górną (dużą) dźwignię ryglową z opory komory zamkowej. Odryglowanie pozwala teraz cofnąć zamek, który wyciąga z komory nabojowej lufy łuskę, wyrzucaną przez okno umieszczone w górnej części prawej ścianki komory zamkowej.
Cofające się suwadło za pośrednictwem żerdzi napina sprężynę powrotno-uderzeniową w tulei wewnątrz kolby i w końcu swej drogi uderza w pierścienie amortyzatora otaczającego gniazdo sprężyny.
Jeżeli dźwignia bezpiecznika-przełącznika ognia ustawiona jest na ogień maszynowy, cykl powtarza się do zwolnienia spustu lub wyczerpania amunicji. Jeżeli na ogień pojedynczy – przerywacz zatrzymuje zamek w tylnym położeniu, a po zwolnieniu spustu suwadło zwolnione z przerywacza opada na zaczep spustowy i broń jest gotowa do oddania następnego strzału. Konstrukcja mechanizmu spustowego sprawia, że przy strzelaniu ogniem pojedynczym trzeba pamiętać o ściąganiu spustu do końca jego drogi, gdyż w przeciwnym przypadku suwadło może się zerwać z przerywacza i broń będzie strzelać dalej.
Podsumowanie
Browning wz.28 był podstawową bronią wsparcia drużyny piechoty i z tej roli wywiązywał się wedle relacji współczesnych dobrze, choć z pewnością niewielka pojemność magazynka znacznie ograniczała jego siłę ognia. Użytkownicy oceniali go niezwykle wysoko za jego walory użytkowe, zwłaszcza za niewielką – w porównaniu z innymi ówczesnymi karabinami maszynowymi – masę, dobrą manewrowość ogniową i jakość wykonania. Podkreślano zwłaszcza zalety użycia masywnej ciężkiej lufy i dobre wyważenie broni. Celność rkm była zgodna z ówczesnymi standardami, choć sztywniejszy dwójnóg na pewno mógłby ją poprawić. Według mjr. Władysława Ostrowskiego, eksperta w dziedzinie broni maszynowej, który od początku postulował przyjęcie Browninga, jest to broń prosta w obsłudze i tak niewrażliwa na zacięcia i uszkodzenia, że jak pisał w swojej wydanej w roku 1930 książce Karabiny maszynowe: „nie wymaga zaopatrzenia oddziału w dużą ilość części zapasowych, co wpływa na zmniejszenie kosztu wyrobu, nieprzeciążanie obsługi i warsztatów”. „Regulowanie regulatora gazowego w czasie strzelania [jest] zupełnie zbędne, podczas gdy w innych systemach odgrywa poważną rolę”. „Za ujemną cechę uważać należy trudniejsze niż w innych systemach rozbieranie i składanie, co jednak wobec braku zacięć nie ma większego znaczenia”.
Technologia wykonania erkaemu byłaby dzisiaj uznana za nadmiernie praco- i materiałochłonną. Proces technologiczny, w którym niemal wszystkie podzespoły powstawały w wyniku żmudnej obróbki wiórowej odkuwek, był jednak wówczas normą. Najbardziej pracochłonnym podzespołem wszystkich ówczesnych erkaemów była zawsze komora zamkowa. Spory blok doskonałej stali o masie 7–10 kilogramów za sprawą kilkuset operacji na maszynach różnych typów przeistaczał się w około półtorakilogramową skorupę, a reszta wyjściowego bloku w postaci wiórów zaściełała podłogę hali. Taka jednak była wówczas technologia i w broni tak niewielkich rozmiarów niewiele można było na to poradzić, jeśli miała być trwała. Sam Browning zdawał sobie z tego sprawę i powstający równolegle z BAR ckm wz.1917 miał znacznie tańszą w produkcji nitowaną komorę zamkową – ale też jego rozmiary pozwalały na tę oszczędność. Rozrzutna technologia produkcji rkm wz.28 sprawiała, że w PWU-FK kosztował on 2060 zł za sztukę – na owe czasy fortunę. Dla porównania można podać, że produkowany w tej samej wytwórni ckm wz.30 kosztował 3600 zł wraz z podstawą trójnożną, a karabinek wz.29 – zaledwie 214 zł. Moja babcia jako nauczycielka zarabiała wówczas 120 zł miesięcznie – ale nauczyciele zawsze biedowali.
Rozkładanie rkm wz.28 wymagało obrócenia i wyciągnięcia dwóch „zakrętek śrubowych” – kołków z występem mocującym, zaopatrzonych w ramię, ułatwiające obracanie i wyciąganie. Ramiona były lutowane do kołków, co powodowało, że często dochodziło do ich ukręcenia. Żadna zmiana technologii nie pozwalała usunąć tej wady w sensowny ekonomicznie sposób, więc w końcu producent skapitulował i po prostu dokładał do rusznikarskiego przybornika odpowiedni ich zapas.
Niewymienna lufa stanowiła spory mankament w broni przeznaczonej do prowadzenia dość intensywnego ognia, nawet strzelającej z otwartego zamka. Wadę tę spostrzeżono i próbowano usunąć, ale zabrakło już czasu na wprowadzenie do produkcji unowocześnionego wariantu z wymienną lufą. W braku szybkowymiennej lufy żołnierze radzili sobie, jak mogli. W czasie przerw w prowadzeniu ognia lufę zalecano okrywać mokrymi szmatami, a przy ogniu ciągłym nawet polewać wodą – pilnując jednak przy tym, by nie zalać otworów regulatora gazowego.
Wysoka jakość użytych materiałów i wykonania sprawiały, że właściwie konserwowany rkm wz.28 jest bronią niemal niezniszczalną. Sporadyczne zacięcia wynikały zwykle z zabrudzenia mechanizmu, wad nabojów lub deformacji magazynka. O jakości użytych materiałów świadczy liczba i stan zachowanych egzemplarzy, które spędziły nieraz wiele lat w „banku ziemskim”, czyli zakopane przez kapitulujące we wrześniu 1939 roku oddziały.
Polskie Browningi docenili obaj okupanci, używając zdobycznych egzemplarzy w swoich armiach. U Niemców nosił on z początku oznaczenie lMG 28(p), później zaś, gdy zaczęto odchodzić od oznaczeń rocznikowych, zmieniono mu oznaczenie na lMG 154(p). Rosjanie nie nadawali mu specjalnego oznaczenia, ale kronika filmowa z listopada 1941 roku relacjonująca słynną defiladę obrońców Moskwy w drodze na front pokazuje wyraźnie, że robotnicze bataliony ochotników uzbrojone są w zdobyczne na „białopolakach” francuskie Berthiery Mle 1907/15 M16 i właśnie rkm wz.28.
W WP era Browninga dobiegła końca wraz z zakończeniem II wojny światowej, gdy złożyły broń ostatnie oddziały partyzanckie, ale przykład innych armii dowodzi, że nie był to wcale kres jego przydatności. BAR przetrwał w Armii Stanów Zjednoczonych do lat tuż przed wojną wietnamską, a w Gwardii Narodowej stanowił powszechne uzbrojenie jeszcze w latach 70.!
Dane techniczne:
kaliber: 7,92 mm
nabój: 7,92 mm x 57
długość broni: 1110 mm
długość lufy: 611 mm
prędkość początkowa pocisku: 815–850 m/s
szybkostrzelność teoretyczna: 600 strz./min
szybkostrzelność praktyczna: 80 strz./min
pojemność magazynka: 20 nabojów
nastawy celownika: 300–1600 m
zasięg ognia skutecznego: 800–1200 m
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Gdańskie monety oblężnicze.
Artykuł ten ukazał się pierwotnie na stroniePoszukiwanieSkarbów.com
Monety oblężnicze w historii polskiej numizmatyki są bardzo rzadkim zjawiskiem. W całej numizmatyce polskiej znamy tylko dwa takie epizody. Pierwszym przypadkiem polskich monet oblężniczych są gdańskie monety oblężnicze z roku 1577, drugim monety oblężonego Zamościa 1813. Są to bardzo ciekawe numizmaty, dlatego chciałbym je krótko opisać. Niniejszy artykuł poświęcony jest pierwszym polskim monetom oblężniczym – Gdańsk 1577r.
Rys historyczny
W roku 1576 Gdańsk jako jedyny nie uznał Stefana Batorego (1576-1586) królem, składając deklarację wierności cesarzowi Maksymilianowi II. Odpowiedzią króla na ten akt nieposłuszeństwa był zakaz handlu. Cały przepływ towarów na Wiśle skierowano do Elbląga. 17 kwietnia 1577r. wojska królewskie dowodzone przez hetmana nadwornego Jana Zborowskiego w liczbie 2.000 żołnierzy wygrały bitwę nad jeziorem Lubieszowskim, z 14.000 żołnierzy wojsk Hansa Winkelbrucha, wspieranymi przez 30 okrętów eskadry duńskiej. Klęska ta jeszcze bardziej zdeterminowała mieszczan do obrony Gdańska. 11 czerwca 1577r. osiemnastotysięczna armia polska przystąpiła do oblężenia miasta. Okazało się jednak że zbuntowane miasto było dobrze przygotowane do obrony. Przeciągające się walki – prawie dziesięć miesięcy - nie dały wyraźniej przewagi żadnej ze stron i uzmysłowiły obu walczącym stroną konieczność szukania innego rozwiązania tej trudnej sytuacji. Z jednej strony król kierował swą uwagę na wojnę z Rosją (ofensywa moskiewska), z drugiej strony Gdańsk ponosił ogromne straty w wyniku blokady handlowej. Dlatego też 12 grudnia 1577r. doszło do układu zadawalającego obie strony. Król w ramach kontrybucji wojennej otrzymał 200.000 złotych, odstąpił jednak od realizacji tzw. Statutu Karnkowskiego1 dając tym samym pewną niezależność miastu zachowując dotychczasowe przywileje i autonomie. Miasto złożyło królowi hołd.
Monety oblężnicze
Przeciągające się oblężenie a w związku z tym rosnące koszty działań wojennych (inwestycje obronne, opłacenie zaciężnego wojska itp.) zmusiły Radę Miasta do podjęcia decyzji do wybicia monet w czasie oblężenia. Już rok wcześniej senat gdański zaczął gromadzić srebro na żołd. Wielokrotnie zwiększano podatki, korzystano z rezerw srebra i złota zamożnych cechów. Gdy zgromadzone rezerwy okazały się niewystarczające sięgnięto nawet po rezerwy kościelne2. W 1577r. uruchomiono więc mennicę gdańską, nieczynną od wielu lat z wyjątkiem krótkiego okresy bezkrólewia w roku 1573. Na cele mennicy stanął Kacper Goebel. Był to przedsiębiorca handlowy i posesjonat miejski, będący również przywódcą cechów i pospólstwa miejskiego. Opowiadał się za protekcją duńską. Monety bite za jego zarządu nie posiadały żadnego znaku. Goebel został on jednak uwięziony w krótkim czasie pod zarzutem zdrady stanu. Zarzucono mu bicie większej ilości talarów niż to wynikało z rozliczeń kasą miejską, oraz bicie groszy po zaniżony stopie. Mimo prób oczyszczenia się z zarzutów nie dano wiary wyjaśnieniom Goebela, a on sam uciekł do obozu królewskiego szukając opieki i łaski. Jego następcą został w dniu 14 września Walter Tallemann z Lubeki, który piastował to stanowisko przez cały czas trwania oblężenia. Według zawartej umowy ustalono bicie talarów po 7 sztuk na 11,5 - łutową grzywnę, półtalarów tej samej stopy, groszy po 96 sztuk z 4 łutowej grzywny i szelągów po 148 sztuk z 2 - łutowej grzywny. Ustalono, iż Tellemann miał otrzymać za przekucie grzywny czystego srebra na talary i półtalary - 14 groszy, za przekucie na grosze - 34 grosze, za szelągi - 68 groszy. Monety bite przez Tallemanna mają znak ptaszka (kawki) na końcu legendy na rewersie.
Za bicie monet złotych odpowiadał Włoch Gracjan Gonsalo na mocy decyzji rady z 31 sierpnia. Miał on nadzorować bicie złotych dukatów na stopę węgierską po 54 sztuki z grzywny złota o dobroci 23 karaty 12 gramów. Według podpisanego kontraktu wynagrodzenie miało wynosić 1 grosz od sztuki3.
W czasie oblężenia Gdańska bito pięć rodzajów monet: szelągi, grosze, półtalary, talary i dukaty. Wszystkie wymienione monety bito ze słabego srebra, wyjątkiem są pełnowartościowe dukaty4. Monety oblężnicze wbite są z datą 1577, na awersie zawierają herb Gdańska i legendę otokową, na rewersie widnieje natomiast popiersie, półpostać lub cała postać Chrystusa oraz napis "DEFENDE NOS CHRISTE SALVATOR5" (" broń nas Chryste Zbawicielu"). Wybór rewersu miał podkreślać niezależność zbuntowanego miasta od króla, tylko od osoby stojącej ponad nim, do Chrystusa.
SZEL?GI GDAńSKIE OBLęŻNICZE średnica: 20 mm; waga: 1,13; metal: srebro (1 pozycja – Kopicki6,Kurpiewski7) Są to szelągi ze stempla Kacpra Goebela.
 
Szeląg oblężniczy 1577, Gdańsk
GROSZE GDAńSKIE OBLęŻNICZE średnica: 23mm; waga: 1,90; metal: srebro, złoto (6 pozycji srebrnych, 1 złota – Kopicki; 13 pozycji srebrnych, 1 złota - Kurpiewski) Grosze Kacpra Goebela z gwiazdą i krzyżem, wykonane starannie z walców. Grosze Waltera Tallemanna z rozetką i ptakiem (kawką), wykonane nierówno, ze zwykłych maszyn.
 
Grosz oblężniczy 1577, Gdańsk, moneta stempla K. Goebla na rewersie rozetka kończy napis
 
Grosz oblężniczy 1577, Gdańsk, moneta autorstwa K. Goebla
 
Grosz oblężniczy 1577, Gdańsk, moneta autorstwa K. Goebla, na awersie przerywniki w postaci kropek, na rewersie brak przerywników
 
Grosz oblężniczy 1577, Gdańsk, moneta autorstwa W. Tallemanna z kawką na rewersie
 
Grosz oblężniczy 1577, Gdańsk, moneta autorstwa W. Tallemanna z kawką na rewersie
 
Grosz oblężniczy 1577, Gdańsk, odmiana z kawką na awersie i na rewersie, ale nieco inna interpunkcja, bardzo rzadka odmiana grosza oblężniczego
PÓŁTALARY GDAŃSKIE OBLĘŻNICZE średnica: 35mm; waga: 13,75; metal: srebro, złoto. (1 pozycja srebrna, 1 złota – Kopicki; 1 pozycja srebrna, 2 złote - Kurpiewski) Bite z kawką przez Waltera Tallemanna
 
Półtalar (czterodukatowy) oblężniczy 1577, Gdańsk, moneta autorstwa W. Tallemanna z kawką na rewersie8
TALARY GDAŃSKIE OBLĘŻNICZE średnica: 41mm; waga: 27,50; metal: srebro, złoto. (2 pozycje srebrne, 3 złote – Kopicki; 3 pozycje srebrne, 2 złote - Kurpiewski) Występują tu zarówno odmiany bite przez Goebela jak i Tallemanna

Talar oblężniczy 1577, Gdańsk, odmiana z walca autorstwa K. Goebla
 
Talar oblężniczy 1577, Gdańsk, odmiana z kawką - autorstwa W. Tallemanna
 
Talar oblężniczy 1577, Gdańsk, odmiana z kawką - autorstwa W. Tallemanna
DUKATY GDAŃSKIE OBLĘŻNICZE średnica: 22mm; waga: 3,57; metal: złoto. (1 pozycja (odmiany) – Kopicki, Kurpiewski)
Bite przez Gonsala na stopę węgierską po 56 sztuk z grzywny 23,5 karatowego złota, a więc jako pełnowartościowe monety.
 
Dukat oblężniczy 1577, Gdańsk9
PIĘCIODUKATY GDAŃSKIE OBLĘŻNICZE średnica: 41mm; waga: 17,85; metal: złoto. (1 pozycja – Kurpiewski – moneta bita stemplem talara)
Z ciekawostek dotyczących gdańskich monet oblężniczych można przytoczyć jednostronną odbitkę gdańskiego talara oblężniczego w złocie opisaną w artykule Jacka Tylickiego "Trzy rzadkie numizmaty gdańskie w zbiorach prywatnych" opublikowanym w Biuletynie Numizmatycznym Nr 3 (339) 2005 PTN. Jest to wyjątkowy unikat, stempla K. Goebla gdyż wszystkie dotychczasowe gdańskie talary oblężnicze bite były dwustronnie. Przypuszcza się że wykonano je w XVIII lub XIX wieku na zamówienie kolekcjonerów. Potwierdzono również istnienie jednostronnej odbitki w miedzi10.

Jednostronna odbitka gdańskiego talara oblężniczego (1577) w złocie11
Oprócz bicia własnej monety podczas oblężenia mennica gdańska ostemplowała (kontrasygnowała) monety obce znajdujące się w obiegu – głównie monety pruskie12 ale i obu ostatnich Jagiellonów, węgierskie, siedmiogrodzkie, ziębickie, wrocławskie a nawet monety angielskie takie jak ryal czy rosenobel13. Monety srebrne znaczono symbolami haczyków, monety złote natomiast herbem miasta. O ile użycie herbu miasta jest symbolem oczywistym, to symbol haczyków jest sprawą sporną. Według Vossberga związane jest to z osobą Gonzalo, który na swej pieczęci użytej podczas sporządzanie umowy z miastem posiadał między innymi symbol haka. Bahrfeldt natomiast w tym symbolu dostrzega znak mennicy14

Kontrasygnatury wybijane w Gdańsku na monetach w czasie oblężenia miasta w 1577r.15
 
Gdańsk w oblężeniu 1577, dukat austriacki Ferdynanda I z kontrasygnatą oblężniczą - herb Gdańska w owalnej tarczy, złoto
 
Gdańsk w oblężeniu 1577, Ferdynand I - dukat 1562, Krzemnica z kontrasygnatą oblężniczą - herb Gdańska w owalnej tarczy, złoto
 
Gdańsk w oblężeniu 1577, Ferdynand I -dukat 1563, Krzemnica z kontrasygnatą oblężniczą -herb Gdańska w owalnej tarczy, złoto
Mennica gdańska zakończyła bicie monet oblężniczych z chwilą ustania konfliktu z królem. Nakazano wycofanie monet znajdujących się w obiegu w ciągu trzech miesięcy, drobne monety przetapiano. Stefan Batory nakazał przebicie wszystkich gdańskich monet wybitych po śmierci Zygmunta Augusta. Pomimo tego w obiegu jeszcze przez długi czas krążyły kontrasygnowane monety16.
Jak widać, mimo że oblężenie Gdańska było historycznie bardzo krótkim okresem, to zaowocowało ono bardzo ciekawymi numizmatami Pierwsze oblężnicze monety polskie są wyjątkowo starannie wykonane17 (zwłaszcza pod nadzorem Kacpra Goebela), o ciekawych i bogatych rysunkach. Gdańsk zawdzięczał to posiadaniu własnej mennicy, oraz wybitnym medalierom. Dlatego też gdańskie monety oblężnicze należą na najpiękniejszych monet tego typu. Obecnej stanowią prawdziwą ozdobę każdej kolekcji numizmatycznej.
Wszystkie przedstawione w artykule fotografie monet (z wyjątkiem gdzie podano inne źródło) pochodzą z aukcji Warszawskiego Centrum Numizmatycznego i są udostępnione za zgodą i wiedzą WCN.
Artykuł ten w swojej formie jest tylko ogólnym nakreśleniem tematu i z racji swojego charakteru nie wyczerpuje przedmiotowego zagadnienia.
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Problem amatorskich odkryć przez tzw. "poszukiwaczy skarbów" w naszym kraju, jest bardzo złożony. Przede wszystkim mówimy o bardzo dużej ilości znalezisk przypadkowych, o których, ze względu na zawiłości prawne, nie dowiaduje się nikt poza najbliższym kręgiem znalazcy. Przypuszczam, że dla znacznej części osób na tej sali, znaleziony zabytek pozbawiony swojego archeologicznego kontekstu jest bezwartościowy. Moim zdaniem jest to zbyt daleko idące uproszczenie.
Bez wątpienia idealną metodą lokalizacji zabytków są regularne prace archeologiczne, ale zabytek odkryty w inny sposób, np. metodami eksploracyjnymi, także może służyć rozwojowi naszej wiedzy historycznej i być praktycznie wykorzystany przez archeologię. Przykładem niech będzie choćby cała seria publikacji, wydanych przez Muzeum Londyńskie, dotyczących różnych aspektów życia codziennego średniowiecznego domostwa, w tym zabawek dziecięcych, o których wcześniej mieliśmy jedynie bardzo skąpe informacje źródłowe. Wszystkie one powstały w oparciu o początkowo przypadkowe, a w późniejszej fazie już planowe znaleziska wykrywaczem metali. Innym przykładem niech będzie znaleziona w ubiegłym roku rzymska moneta z wizerunkiem mało znanego galijskiego uzurpatora, Domitiana. Mówimy także o co najmniej podwojeniu liczby cmentarzysk anglo-saksońskich, i odkryciu wielu nieznanych dotąd typów monet celtyckich. Te ostatnie to także przykład już z naszego podwórka, gdyż dzięki zgłoszeniom przez poszukiwaczy, znalezisk, w Polsce podwoiła się ilość monet celtyckich wybijanych lokalnie. Weźmy również pod uwagę zabytki z okresu wędrówek ludów, które najczęściej znajdowane są bez kontekstu. Za przykład niech posłużą też znaleziska monet rzymskich na terenach Polski, o których była już mowa, a które w znaczący sposób kształtują obraz stosunków panujących w epoce żelaza, gdy weźmiemy pod uwagę lokalizację geograficzną poszczególnych monet oraz chronologię ich napływu na nasze ziemie.
Oczywiście, moneta rzymska, która trafia do kieszeni poszukiwacza, i o której dowie się jedynie żona lub kolega, dla nauki jest bezużyteczna i ma jedynie wartość materialną bądź estetyczną. Dziś, tak się dzieje w olbrzymiej większości przypadków, choć dzięki inicjatywie wielu poszukiwaczy i kolekcjonerów, coraz więcej znalezisk jest zgłaszanych i opisywanych w półoficjalnie tworzonych bazach danych. Wiedza i korzyści, które możemy czerpać z takich przypadkowych znalezisk jest ogromna, co udowodnił wprowadzony w 1995 roku w Wielkiej Brytanii, schemat dobrowolnego zgłaszania zabytków ruchomych. Schemat ten pokazał dobitnie, że materiał znajdowany w ziemi ornej przez poszukiwaczy, stanowi często niezwykle istotne źródło informacji na temat dawnej ludzkiej działalności, pod warunkiem, że zostaną spełnione pewne określone kryteria. Jednym z nich jest podanie podczas zgłaszania, precyzyjnej lokalizacji znaleziska, tak, aby w razie potrzeby móc ustalić jego pełen kontekst. Czy podobna metoda przyniosłaby pozytywne rezultaty także i w naszym kraju? Moim zdaniem, odpowiedź brzmi twierdząco, zwłaszcza, gdy weźmiemy pod uwagę ilość poszukiwaczy w Polsce oraz fakt, że podejście restrykcyjne do tego problemu, nie sprawdziło się w żadnym państwie, a spowodowało jedynie powstanie szarej strefy, oraz doprowadziło do rozwoju czarnego rynku obrotu przedmiotami i obiektami zabytkowymi i kulturowymi.
Jak więc sprawić, by przypadkowe znaleziska zabytków z terenów Polski, także i u nas nie ginęły bez śladu a stanowiły cenną bazę danych i poszerzały naszą wiedzę o przeszłości?
Poniższe propozycje są wynikiem osobistych przemyśleń autora oraz dyskusji, jaka toczyła się w ostatnim czasie w środowisku polskich poszukiwaczy.
Pierwszą i podstawową sprawą powinna być możliwość prowadzenia legalnych poszukiwań przy pomocy wykrywacza metali, za zgodą właściciela gruntu i bez konieczności każdorazowego uzyskiwania pozwolenia od konserwatora zabytków. Obecne przepisy, dotyczące zagadnień związanych z podejmowaniem amatorskich poszukiwań, są prawną fikcją i nie ma możliwości ich skutecznego egzekwowania. Akceptacja prowadzenia poszukiwań za zgodą właściciela gruntu a nie konserwatora, nie będzie bowiem żadną rewolucją, a jedynie usankcjonowaniem stanu faktycznego. Poszukiwacze muszą przede wszystkim przekonać archeologów i konserwatorów o swojej dobrej woli i absolutnym poszanowaniu zasady nienaruszalności stanowisk archeologicznych. Oczywiście, z góry należy przyjąć, że, zawsze znajdą się ludzie, którzy obojętnie, jakie przepisy nie zostałyby wprowadzone, dla samej zasady i wrodzonej przekory nie podporządkują się im. Tak się dzieje w przypadku każdej działalności, każdego środowiska, każdej grupy zawodowej. Detektoryści nie są tu żadnym wyjątkiem. Jednak legalizacja poszukiwań, spowoduje w moim odczuciu, większe zdyscyplinowanie naszego środowiska i coraz bardziej konsekwentne wychwytywanie osób, które łamią ustalone zasady i prawo. Uważam, że za tymi działaniami musi pójść silna penalizacja naruszania prawa. Byłem aktywnym świadkiem takiego właśnie procesu w Wielkiej Brytanii, gdzie na początku współpracy, istniała bardzo duża nieufność i wrogość archeologów do poszukiwaczy i odwrotnie. Dzisiaj, po ponad dekadzie działania schematu dobrowolnego zgłaszania znalezisk, choć zdarzają się wciąż "czarne owce", zdecydowana większość poszukiwaczy współpracuje z archeologami, ku obopólnej korzyści i zadowoleniu.
Podobnie jak tam, powinniśmy spróbować w większym stopniu przekazać odpowiedzialność za ochronę stanowisk archeologicznych, właścicielom gruntów. Oficjalnie są przecież właścicielami tych stanowisk na swoim terenie. Uważam, że tylko świadomy właściciel będzie w stanie skutecznie chronić stanowiska archeologiczne. Nie mamy możliwości innej formy ich ochrony, bo przecież nie postawimy na każdym z nich policjanta, dlatego powinniśmy przekazać odpowiedzialność za ich protekcję w ręce właścicieli terenu. W chwili obecnej, mało który właściciel ma pełną świadomość tego co znajduje się na terenie jego gruntów i dlatego często nie reaguje na rabunkową eksplorację stanowisk archeologicznych, o ile ta eksploracja nie koliduje na przykład z pracami rolnymi. W chwili, gdy zwiększy się jego odpowiedzialność za ochronę stanowiska, z pewnością zacznie baczniej obserwować, kto i gdzie porusza się po jego włościach. Żeby zachęcić właścicieli do aktywniejszej ochrony stanowisk, można by wprowadzić pewien rodzaj rekompensaty, na przykład poprzez jakąś formę ulg podatkowych. Poszukiwacz zgłaszałby się bezpośrednio do właściciela, który miałby prawo odmówić udzielenia zgody na eksplorację a w przypadku wyrażenia zgody, wskazywałby, w jakim rejonie poszukiwania są możliwe a w jakim absolutnie niedopuszczalne.
Należałoby przy tym określić, jaki rodzaj poszukiwań wciąż pozostawałby w gestii konserwatora zabytków. Myślę, że można by sporządzić listę takich lokalizacji pod "specjalną ochroną", które dodatkowo wymagałyby autoryzacji na poziomie WKZ. Korzyści dla archeologii płynące z legalizacji poszukiwań i uproszczeniu procedury uzyskiwania pozwoleń są wielorakie.
Po pierwsze, kończymy z hipokryzją i akceptujemy stan faktyczny, co spowoduje już na samym początku poprawę atmosfery pomiędzy poszukiwaczami a archeologami. Po drugie, właściciel może posiadać u siebie kopię pisemnej zgody na poszukiwania na swoim terenie, co w przypadku naruszenia stanowiska, mogłoby usprawnić proces ukarania winnego. Po trzecie, jest to zgodne z tendencjami budowania w Polsce społeczeństwa obywatelskiego, gdyż właściciel przejmuje w ten sposób obowiązek dbania o własne dziedzictwo kulturowe. Oczywiście, WKZ powinien mieć też możliwość kontroli konserwatorskiej, podczas poszukiwań prowadzonych za zgodą właściciela terenu.
Pragnę tu jeszcze raz podkreślić, że zdeklarowana większość poszukiwaczy nie ma najmniejszej intencji używać wykrywacza metali na stanowiskach archeologicznych, chyba, że jako część regularnych badań, we współpracy i pod nadzorem archeologów. W takiej sytuacji, doświadczonych użytkowników wykrywaczy metali, można też uznać za pomocników podczas badań geofizycznych danego stanowiska.
Kolejną bardzo istotną rzeczą jest możliwość zgłaszania znalezisk odpowiednim służbom, które miałyby je katalogować i weryfikować. Mówimy tu zarówno o znaleziskach metalowych, jak i innych. Tylko spełnienie tego warunku sprawi, że akceptacja poszukiwaczy przez archeologów będzie miała jakikolwiek sens, bo tylko wtedy znalezienie ruchomego zabytku może przynieść realne korzyści archeologom i historykom. Tu również posłużę się dobrze mi znanym przykładem brytyjskim, ponieważ wierzę, że po ponad dziesięciu latach funkcjonowania, stanowi on sprawdzony i godny do naśladowania wzór, który z pewnymi modyfikacjami, uwzględniającymi polską specyfikę, można by zastosować w naszym kraju. Schemat ten jest wielkim, wspólnym sukcesem tamtejszych amatorów i profesjonalistów i przyniósł do tej pory ogromne korzyści wszystkim zainteresowanym stronom, aktywnie poszerzając wiedzę o przeszłości wysp brytyjskich. Jednym z przykładów tych efektywnych działań i wypływających z nich korzyści, oprócz tych, które wymieniłem już wyżej, jest projekt, w którym miałem także przyjemność brać udział, a który dzięki znaleziskom zgłaszanym przez poszukiwaczy, całkowicie zmienił dotychczasowy obraz dotyczący zasięgu osadnictwa Wikingów we wczesnym średniowieczu na terenie centralnej i wschodniej Anglii.
W Wielkiej Brytanii postawiono na budowę zaufania do siebie obu środowisk i kreatywną współpracę. Już w pierwszej fazie wprowadzania schematu zauważono, że tam gdzie odpowiedzialne za rejestrację znalezisk osoby, wykazywały zrozumienie i zainteresowanie problemami detektorystów, tam procent zgłoszeń ruchomych zabytków do weryfikacji był zdecydowanie wyższy, od miejsc, gdzie do sprawy podchodzono stricte urzędowo. Wydaje się, że w naszych warunkach można by użyć energii i zaangażowania wybranych konserwatorów, pracowników muzeów i archeologów, którzy mieli już wcześniejsze kontakty z poszukiwaczami.
Podstawowym pytaniem jest, czy zgłaszanie znalezisk miałoby być dobrowolne, czy obowiązkowe?
Wydaje mi się, że pewną odpowiedzią byłoby wprowadzenie tego schematu na zasadach pilotażowych w kilku, zróżnicowanych archeologicznie częściach kraju, takich jak Dolny Śląsk, Małopolska, Mazowsze i Pomorze. W niektórych z tych rejonów można by spróbować wprowadzić dobrowolne zgłaszanie znalezisk, a w innych obowiązkowe i obserwować efekty w praktyce. Wydaje się, że połączenie dobrowolności zgłaszania z uzyskaniem, po przejściu weryfikacji, certyfikatu z numerem identyfikacyjnym, dopuszczającym możliwość dysponowania zabytkiem przez znalazcę/właściciela, byłoby rozwiązaniem najbardziej praktycznym. Zasadą powinno być zgłaszanie zdecydowanej większości swoich znalezisk z uwagi na możliwość nie rozpoznania przez poszukiwacza potencjalnie ciekawego zabytku. Z czasem ten proces uległby pewnie poprawie i detektoryści nauczyliby się samodzielnie rozpoznawać część znalezisk oraz automatycznie informować o odkrytym stanowisku archeologicznym. W tym celu można by zainicjować program szkoleń i edukacji dla poszukiwaczy, szeroko dostępnego dla całego środowiska. W moim przekonaniu, szkolenia te powinny być dobrowolne i mogłyby być finansowane w dużej mierze przez samych zainteresowanych poszukiwaczy.
Ze względu na to, że przynajmniej w pierwszej, pilotażowej fazie schematu nie można by liczyć na duże wsparcie finansowe tego projektu, należy spróbować wykorzystać już funkcjonujące instytucje. Punktami, w których można by zacząć zbierać zabytki od poszukiwaczy, mogłyby więc być lokalne, regionalne muzea, delegatury Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków czy nawet w pewnych przypadkach, ośrodki akademickie. Wybór lokalizacji punktu zbiorczego byłby zależny od kompetencji osób w danym miejscu, dostępności, czy możliwości magazynowych. Możliwe byłoby także rejestrowanie znalezisk bezpośrednio wśród poszukiwaczy, choćby na organizowanych często zlotach i spotkaniach. W miarę wzrostu popularności schematu, konieczne byłoby utworzenie specjalistycznych etatów dla osób zajmujących się katalogowaniem i weryfikacją znalezisk. Niezbędne będzie stworzenie systemu koordynacji między punktami zgłoszeń oraz szczegółowej, dostępnej w większej części w internecie, ujednoliconej bazy danych, podobnej do tej, jaka z powodzeniem funkcjonuje na przykład w Norwegii. Środki na uruchomienie bazy danych, można by z całą pewnością pozyskać z Unii Europejskiej. Istnieje też możliwość współdziałania z istniejącymi już forami internetowymi, na których poszukiwacze prezentują swoje znaleziska. Precyzyjna lokalizacja znaleziska powinna być dostępna jedynie w celach naukowych. Zdaję sobie sprawę, że taki rozwój schematu, w przyszłości pociągnie za sobą wzrost kosztów. Jeśli jednak schemat zacznie spełniać swoje zadanie, podobnie jak w Wielkiej Brytanii, uzyskanie dodatkowych funduszy nie powinno nastręczać trudności. Przykładowo: można wziąć pod uwagę fundusze ze środków Unii Europejskiej, środki z totalizatora sportowego, czy inne źródła, w tym także prywatne jak np. przekazywanie 1% podatku na fundusz, który miałby statut organizacji użyteczności publicznej. Ponieważ taki schemat zakłada także poszanowanie dla własności prywatnej, część znalezisk, którymi zainteresowane byłyby polskie muzea, powinny być wykupywane od poszukiwaczy za równowartość ceny rynkowej. Zdaję sobie sprawę, że częstym argumentem przeciwników takiego rozwiązania było stwierdzenie, że przecież Państwa nie stać na wykup zabytków z rąk prywatnych. Uważam jednak, że muzea byłyby zainteresowane tylko stosunkowo niewielkim procentem znalezisk, ponieważ reszta, z racji na ich katalogowanie, byłaby i tak dostępna w celach badawczych. Fundusze na wykup znalezisk mogłyby pochodzić z podobnych źródeł, co fundusze na schemat zgłaszania znalezisk ruchomych.
Najważniejsze by skończyć z wywodzącym się z ideologii marksistowskiej przekonaniem, że jedynie Państwo może być właściwym strażnikiem dóbr kultury i przywrócić poszanowanie własności prywatnej, przy jednoczesnym nacisku na edukację w kwestii dziedzictwa archeologicznego.
Fakt, że zgłaszający znalezisko zostanie potraktowany uczciwie i znaleziony przez niego przedmiot zostanie mu albo zwrócony, albo zaproponowana za niego cena rynkowa sprawi, że poszukiwacze z zaufaniem zaczną korzystać ze schematu i współpracować z archeologami. W tym samym celu dobrze by było, gdyby znalazca otrzymywał od weryfikujących ciekawy opis swojego znaleziska ze wskazaniem na aspekt edukacyjny, tak by zaszczepić w zgłaszających istotę archeologicznego kontekstu i precyzyjnej lokalizacji. Z rozmów w środowisku poszukiwawczym wynika też, że spora część detektorystów z chęcią przekazałaby część swoich znalezisk, gdyby miała możliwość ich legalnego zgłoszenia i wiedziałaby, że zostaną wykorzystane w celach badawczych, obalając tym samym stereotypowe postrzeganie naszego środowiska jako grupę złodziei lub w najlepszym razie wandali.
W fazie planowania schematu pilotażowego, należy założyć kryteria czasowe dla zatrzymywania znalezisk w punktach zbiorczych oraz dla całości projektu. O ile w tym pierwszym wypadku, okres kilku tygodni wydaje się być adekwatny, o tyle w drugim, należy założyć kilkuletni okres przygotowawczy, zanim zostanie wypracowana wersja ostateczna schematu.
Czynnikiem, który bez wątpienia miałby wpływ na wprowadzenie w życie schematu i jego prawidłowe funkcjonowanie byłoby też wprowadzenie zasady amnestii dla wszystkich zabytków znalezionych od 1945 roku. Wprawdzie w większości przypadków nie da się już prawdopodobnie odtworzyć kontekstu znaleziska, ale być może niektóre ze zgłaszanych przedmiotów naprowadzą archeologów na nowe i ciekawe stanowiska. Amnestia dla posiadaczy zabytków dałaby asumpt do zbliżenia obu środowisk - poszukiwaczy i archeologów, zdobycia zaufania obu stron, oczyszczenia atmosfery między środowiskiem poszukiwaczy, kolekcjonerów a archeologami, historykami kultury materialnej i muzealnikami. Podobnie jak w przypadku poszukiwaczy, skończymy z udawaniem, że w Polsce wszystko należy do Państwa i otworzymy drogę do skutecznej współpracy i wymiany informacji między amatorami a profesjonalistami.
Przy jednoczesnej liberalizacji prawa, powinniśmy wykazać determinację w eliminowaniu nielegalnego handlu zabytkami i przemytu za granicę. Schemat, w którym obowiązywać będzie swoisty numer identyfikacyjny, przypisany do każdego zabytkowego przedmiotu, powinien stopniowo zlikwidować te niepożądane zjawiska. Przede wszystkim przedmiot zarejestrowany będzie cenniejszy także dla kolekcjonerów, gdyż w odróżnieniu od zabytku nielegalnego, będzie miał udowodnioną proweniencję. W połączeniu z zaostrzeniem przepisów wobec osób łamiących zapisy ustawy, powinno to skutecznie zniechęcać do wprowadzania na rynek zabytków o prawdopodobnym, nielegalnym pochodzeniu.
Karygodne są też praktyki tak zwanych "hien cmentarnych", czyli osób bezczeszczących groby poległych żołnierzy. Te działania godne najwyższego potępienia, są obce wszystkim uczciwym poszukiwaczom, także tym zajmującym się poszukiwaniem przedmiotów związanych z historią wojskowości. Należy podkreślić dobrą wolę zdecydowanej większości środowiska eksploratorskiego i chęć do aktywnej współpracy w tworzeniu rozwiązań korzystnych dla ochrony dziedzictwa archeologicznego.
Między innymi, poszukiwacze, którzy specjalizują się w tzw. "militariach" posiadają niejednokrotnie bardzo duży zasób wiedzy i doświadczenia, który z powodzeniem mogliby wykorzystać archeolodzy, choćby przy powierzchniowych pracach rozpoznających pola bitwy. Tego typu badania, prowadzone przy współpracy z poszukiwaczami, zmieniły już dotychczasowe wyobrażenia o wielu sławnych bitwach na całym świecie. Nie ma żadnych przeciwwskazań by nie stało się tak także i w Polsce, zwłaszcza biorąc pod uwagę liczbę poszukiwaczy zainteresowanych archeologią pól bitewnych i ich gotowość do bezinteresownej współpracy. Musimy zdać sobie wreszcie sprawę z faktu, iż szczupłość środków finansowych w naszym kraju ogranicza prace badawcze, gdy tymczasem swoje usługi oferuje archeologii bardzo duża rzesza wolontariuszy, całkowicie pochłoniętych pasją odkrywania historii swojego kraju. Warto na moment zatrzymać się nad kwestią ilości poszukiwaczy w Polsce, gdyż niechęć do liberalizacji przepisów, wiąże się u niektórych archeologów z obawą o znaczne zwiększenie liczby aktywnych posiadaczy wykrywaczy metali. Biorąc pod uwagę to, co działo się w innych krajach w podobnej sytuacji, uważam te obawy za nieuzasadnione. Nawet, jeśli liczba poszukiwaczy uległaby nieznacznemu zwiększeniu, to będzie się to już odbywać na zupełnie nowych warunkach. Nie będzie rosła liczba osób rabujących stanowiska, ale raczej przybywać będą osoby świadome nowych przepisów, które pomogą je wprowadzać w życie i egzekwować. W tym celu nasze środowisko powinno ustalić wspólny z archeologami kod postępowania odpowiedzialnego użytkownika wykrywacza metali, zapoznanie z którym byłoby wymagane na przykład przy zakupie detektora. Kod ten powinien być też szeroko popularyzowany w mediach i stanowić gwarancję właściwego zachowania się detektorysty. Kod zawierałby zalecenia w kwestii właściwego postępowania podczas eksploracji, zalecałby dalszą edukację i szkolenia, a także wskazywał właściwy tryb postępowania po dokonaniu odkrycia.
Jeśli powyższe propozycje spotkałyby się z aprobatą środowisk archeologicznych i konserwatorskich, poszukiwacze powinni wypracować odpowiednią formułę umożliwiającą wprowadzenie przyjętych rozwiązań oraz poprowadzić aktywną akcję edukacyjną. Najważniejsze jest by dostrzec, że nasze środowiska są sobie potrzebne i że wszystkich nas łączy pasja odkrywania historii i ochrony wspólnego dziedzictwa narodowego. Podstawowym argumentem przemawiającym za zmianami niech pozostanie fakt, że codziennie tracimy wiedzę o setkach i tysiącach przedmiotów znajdowanych bez kontekstu. Jeśli uda się nam pracować razem i przyjęte zostaną uczciwe reguły tej współpracy, to już wkrótce ta sytuacja ulegnie diametralnej zmianie. Tylko wtedy prawo dotyczące ochrony zabytków, przestanie być w Polsce fikcją a zrodzony w ten sposób duch porozumienia zaowocuje nowymi, ważnymi odkryciami.
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Reprezentuję tutaj Instytut Badań Historycznych i Krajoznawczych - wydawcę miesięcznika "Odkrywca" i kwartalnika "Gazeta Rycerska". Wyrażone w niniejszym opracowaniu poglądy i opinie są wynikiem obserwacji i analiz poczynionych przez naszych redaktorów, współpracowników i czytelników. Nie staramy się wypowiadać w imieniu całego środowiska poszukiwaczy choć nasze poglądy są w wielu kwestiach zbieżne.
Na początku spróbujmy zdefiniować kto jest poszukiwaczem? W mediach i niektórych środowiskach akademickich panuje pewien stereotyp. Błędnie poszukiwaczy utożsamia się jedynie z ubranymi w moro, kopiącymi w lesie i uzbrojonymi w detektor młodymi ludźmi. Jest to pogląd zniekształcający obraz i wprowadzający w błąd, gdyż środowisko poszukiwaczy jest nie tylko różnorodne pod względem form działania ale także zainteresowań, wieku, stawianych sobie celów czy obszaru działania. Nie ulega wątpliwości, że znaczną część stanowią osoby posługujące się wykrywaczem. Nie należy jednak zapominać o osobach poszukujących podziemnych budowli, sztolni czy zasypanych piwnic. Liczni poszukiwacze szukają w ścianach budynków, obiektach przemysłowych, studniach, ziemiankach, umocnieniach wojennych. Niemniej istotną grupę stanowią osoby przeszukujące archiwa, zbierające relacje świadków, poszukujące zaginionych dokumentów czy zdjęć. Wielu z poszukiwaczy łączy swoje zainteresowanie z kolekcjonowaniem znalezisk, w szczególności różnego rodzaju sprzętu i wyposażenia wojskowego, monet, czy zabytków sztuki. Tak jak zainteresowania, tak i różnorodne jest wykształcenie i zasobność portfela. Od kierowcy autobusu przez wykładowców akademickich po przedsiębiorców wyposażonych w sprzęt do poszukiwań o jakim można tylko pomarzyć. Jeśli jest to tak zróżnicowana grupa to można zapytać: co w takim razie nas łączy? Łączy nas to, że wszyscy w najlepszym sensie tego słowa jesteśmy amatorami, miłośnikami historii, pasjonatami szukania i odkrywania. Dla naszej pasji poświęcamy własny czas i pieniądze, mieszkania zamieniamy w muzea, a piwnice w ośrodki konserwacji.
Z drugiej strony, w moim mniemaniu, nie każdy człowiek z wykrywaczem może być uznany za poszukiwacza, gdyż nie będzie nim osoba szukająca monet i obrączek na plaży, nie będzie nim osoba ograbiająca groby czy cmentarzyska ze złotych zębów. Według mnie, aby uznać kogoś za poszukiwacza muszą zajść trzy przesłanki. Dana osoba musi aktywnie szukać, po drugie powinna być zainteresowana kontekstem historycznym a nie tylko materialną wartością znalezisk po trzecie powinna dbać o zachowanie w należytym stanie znalezionych zabytków.
Zdecydowany rozwój ruchu poszukiwawczego dokonał się w zasadzie w ciągu kilkunastu ostatnich lat. Być może miało na to wpływ upowszechnienie wykrywaczy i innych środków technicznych. Bez wątpienia też, coraz większa ilość wydawnictw książkowych i periodyków, a także, zauważalna w ostatnim czasie, pewnego rodzaju moda na historię. Faktem pozostaje, że tereny Polski, szczególnie tzw. Ziemie Odzyskane są po prostu swoistym rajem do uprawiania tego hobby. Wojny, liczne batalie i potyczki, ucieczki ludności, pozostałości niemieckich konstrukcji i budowli, a także zasadniczy brak dokumentacji wielu obiektów rozpalają wyobraźnię. Do tego liczne publikacje, ukazujące się w mediach najczęściej w tzw. sezonie ogórkowym, czyli w wakacje, historie wielokroć powtarzane w klimacie sensacji, np. "złoto Wrocławia", Bursztynowa Komnata czy skarby na Wilhelmie Gustloffie powodują, że coraz więcej młodych ludzi zaczyna szukać. Wielką rolę w propagowaniu poszukiwań odgrywają fora dyskusyjne, liczne fachowe strony internetowe, wydawane w coraz większych nakładach książki i periodyki. Dzięki mediom coraz więcej ludzi interesuje się historią zarówno swojej okolicy, jak i poznaje wielkie historyczne wydarzenia, które rozgrywały się na terenie Polski.
W mediach podawane są różne cyfry dotyczące liczby osób zajmujących się poszukiwaniem. Cyfry te nie mają jednak jakichkolwiek podstaw racjonalnych. Podstawową przyczyną dla której nie istnieją wiarygodne statystyki pozostaje fakt, że poszukiwacze zdecydowanie unikają ujawniania się i zrzeszania. Zapewne z tego też powodu ruch eksploratorski pozbawiony jest jakiejkolwiek reprezentacji na szczeblu krajowym. Nie istnieje niestety żadne stowarzyszenie, związek, czy formacja polityczna, która mogła by się poszczycić zasięgiem ogólnokrajowym i odpowiednią ilością członków. Istnieje za to wiele stowarzyszeń lokalnych, mających na celu poszukiwanie zaginionych zabytków czy militariów. Zrzeszają one wg naszego rozeznania jednak nie więcej niż 1000 do 2000 aktywnych członków. Pozostaje nam więc próba oszacowania liczebności środowiska poprzez ilość uczestników forów internetowych, liczbę czytelników specjalistycznych magazynów i wielkość sprzedaży wykrywaczy. Bazując na tych kruchych podstawach można pokusić się o stwierdzenie, że w Polsce poszukiwaniem zajmuje się aktywnie od 20 do 40 tysięcy osób.
Wracając do kwestii dlaczego poszukiwacze nie lubią się zrzeszać. Przyczyn należy upatrywać w obecnych regulacjach prawnych, pełnych niekonsekwencji i braku realizmu, a czasem działających wręcz na niekorzyść nie tylko poszukiwaczy, ale ochrony zabytków w ogóle. Należy sobie uświadomić, że przepisy ustawy o zabytkach, o broni i amunicji, o muzeach - w imię zresztą słusznej i celowej koncepcji ochrony stanowisk archeologicznych czy zapobieganiu działaniom przestępczym - spowodowały wzrost szarej strefy jaka bezsprzecznie rozwinęła się wokół idei amatorskich poszukiwań, zepchnęły do podziemia kilkadziesiąt tysięcy osób zajmujących się na co dzień swoją pasją poszukiwawczą oraz, co gorsza, rozwinęły czarny rynek obrotu przedmiotami i obiektami zabytkowymi i kulturowymi. Zamiast stworzyć spójny system zachęcający obywateli do ochrony zabytków, ich konserwowania i kolekcjonowania, i w efekcie - poszerzaniu o nich wiedzy, bo w końcu do tego prowadzi nasza pasja, stworzono represyjny system służący bezczynności i monopolowi służb państwowych nad obywatelami. Bardzo kosztowne i czasochłonne procedury otwierania prywatnego muzeum skutecznie powodują, że w zasadzie takowe muzea nie powstają. Kolekcjonerzy broni za posiadanie zabytkowych egzemplarzy są prześladowani i traktowani jak przestępcy. Tu zresztą mała dygresja na temat paradoksów obecnego prawa. A mianowicie, zgodnie z ustawą o broni i amunicji, aby posiadać kolekcje, należy pozbawić każdy egzemplarz cech użytkowych, czyli innymi słowy uszkodzić eksponat. Jeśli jest to okaz cenny, zabytkowy, takie uszkodzenie jest ewidentnym niszczeniem zabytku, czyli podlega surowej karze z wiezieniem włącznie. Tak naprawdę więc, nie istnieje możliwość spełnienia sprzecznych regulacji.
Wracając do kwestii systemu opieki nad zabytkami należy zauważyć, że obecnie znalazca drogocennych przedmiotów nie może ich w zasadzie legalnie ujawnić, gdyż prowadził poszukiwania bez zezwolenia, czyli zgodnie z obowiązująca ustawą popełnił wykroczenie. Zgłaszając znalezisko naraża się na konsekwencje karne ze strony administracji państwowej. Więc po co miał by je zgłaszać? Dwa lata temu miesięcznik "Odkrywca" pośredniczył w przekazaniu sztandaru rosyjskiego pułku, uczestniczącego w bitwie pod Tannenbergiem, gdyż znalazcy panicznie bali się konsekwencji spotkania z konserwatorem. Na szczęście służby konserwatorskie w tym przypadku działały bardzo odpowiedzialnie i fachowo, dzięki czemu obywatelska postawa znalazców została nagrodzona. Są jednak przykłady mniej optymistyczne... grupa poszukiwaczy przekazała konserwatorowi np. monety i została przez niego oskarżona o nielegalne poszukiwania. Proszę mi wierzyć, nauczeni tym doświadczeniem, na pewno więcej nic nie zgłoszą. Zresztą, to jest szerszy temat dotykający nie tylko wzmiankowanych ustaw, ale np. kodeksu cywilnego decydującego o tym, że rzeczy znalezione należą do skarbu Państwa, a nie do znalazcy czy właściciela terenu. Takie podejście jeszcze bardziej zniechęca do współpracy. Tak wiec poszukiwacze wolą pozostawać w cieniu, nie afiszując się ze swoja działalnością, tworząc małe, autonomiczne i zamknięte kręgi zainteresowań. Dzieje się tak z niewątpliwą szkodą dla samych poszukiwaczy, jak i ochrony zabytków.
Czego szukamy i co znajdujemy? Tak jak wspomniałem zainteresowania środowiska są bardzo szerokie. Najczęstszą zdobyczą poszukiwaczy są drobne elementy wyposażenia militarnego, broń, guziki, łuski, elementy umundurowania, czasem większy sprzęt militarny, kawałki pojazdów, samolotów. Drugą, bardzo istotną grupę znalezisk stanowią tzw. depozyty, czyli mienie osób prywatnych ukryte podczas wojen, powstań, czy innych sytuacji zagrożenia. Do takich znalezisk należą monety, biżuteria, porcelana, rzadziej dzieła sztuki, dokumenty czy książki. Zupełnie innym znaleziskiem, czy może odkryciem, są podziemne obiekty w postaci zasypanych schronów, sztolni pokopalnianych, podziemi budynków przemysłowych i mieszkalnych. Należy jeszcze wspomnieć, że poszukiwania odbywają się nie tylko na lądzie, ale także w akwenach, zarówno słodkowodnych, jak i morskich. Wbrew opinii środowiska archeologicznego znaleziska archeologiczne są znikomą częścią zdobywanych przedmiotów, i raczej zostają pozyskane w wyniku przypadku niż celowego działania.
Trudno ocenić jaka ilość przedmiotów zabytkowych jest znajdowana corocznie. Należy pamiętać, że obecnie definicja zabytku jest bardzo nieostra, powodując iż wiele osób jest wręcz nieświadoma czy to, co znajdują lub posiadają jest zabytkiem. Zresztą nie istnieje też jasna wykładnia przepisów, a stanowisko różnych środowisk akademickich i administracji państwowej jest często sprzeczne. Można zaryzykować jednak twierdzenie, że w ciągu roku odnajdowanych jest co najmniej kilkadziesiąt tysięcy zabytkowych przedmiotów. Trafiają one do prywatnych kolekcji w większości nieujawnionych. Poszukiwacze te przedmioty kolekcjonują, konserwują i dokładnie opisują. Często tworzona jest dokładna dokumentacja miejsca znaleziska i samych artefaktów. Takie opisy zawierają zdjęcia, rysunki, plany sytuacyjne. Wiele z tych przedmiotów trafia na wolny rynek będąc przedmiotem obrotu handlowego. I tu dochodzimy do pierwszej i podstawowej różnicy w postrzeganiu ochrony naszego dziedzictwa. Z punktu widzenia poszukiwaczy czy prywatnych kolekcjonerów, zabytki gromadzone w rękach prywatnych i tamże konserwowane, są tak samo zachowane dla przyszłych pokoleń, jak zabytki gromadzone przez oficjalne muzea czy instytucje naukowe. Fakty są takie, że pomijając zabytki archeologiczne, służby państwowe, a wręcz cały system ochrony zabytków ruchomych pozostaje bierny. Zapytam wprost: ile akcji poszukiwawczych, poza działaniami ściśle archeologicznymi, przeprowadziły służby państwowe? O ile mi wiadomo, przez kilkanaście ostatnich lat nie zbadano żadnego nowożytnego pola bitwy, nie szukano ukrytych podczas wojny dzieł sztuki, czy innych zabytkowych przedmiotów. A takich akcji za własne, niejednokrotnie znaczne środki, poszukiwacze przeprowadzili tysiące. Na ich podstawie powstało dziesiątki książek i opracowań w doskonały sposób uzupełniając oficjalna literaturę naukową. Co ciekawe, wydaje się, że w obecnym systemie ochrony zabytków istnieje spora luka, bo w zasadzie zainteresowanie archeologów kończy się na pewnym okresie, a co później? Kto powinien badać pola bitew, architekturę wojenną czy inne obiekty powstałe na przykład między XVII a XX wiekiem? Tak więc w oczach poszukiwaczy, ich działalność uzupełnia i wzbogaca oficjalne działania mające na celu ochronę zabytków. Dlaczego więc powołane ku temu instytucje nie postrzegają poszukiwaczy jako społecznego wsparcia swoich działań? Jest to dla mnie niezrozumiałe i nielogiczne. Jesteśmy raczej postrzegani jako grabieżcy grobów, stanowisk archeologicznych, czy w najlepszym razie, niszczyciele leśnej ściółki... a nie jako partnerzy. Zresztą, wbrew panującej w mediach i niektórych kołach naukowych opinii, to nie poszukiwacze są największym problemem ochrony zabytków. Oczywiście bardzo łatwo i wygodnie jest wskazać palcem na ubranego w zielony mundur gościa chodzącego z wykrywaczem. Łatwo jest powiedzieć - to on rabuje nasze dziedzictwo narodowe! To on niszczy bezcenne pamiątki przeszłości! Ale prawda jest bardziej brutalna, i jak to często bywa mało wygodna, a mianowicie największe straty w polskich zasobach obiektów zabytkowych spowodowała w ostatnich latach zarówno władza ustawodawcza, jak i kolejne rządy ustanawiające złe prawo i przeznaczające zbyt mało środków na ten cel. Następnymi w kolejności są tzw. złomiarze systematycznie rozkradający najcenniejsze obiekty ze wszystkiego, co metalowe. Bierność i bezczynność organów ścigania wobec nich jest zastanawiająca. W końcu winne są także władze lokalne, które wbrew panującej ustawie o zabytkach, pasywnie przyglądają się niszczejącym na ich terenie obiektom. Czy ktoś z Państwa słyszał, aby pozwano do sądu wójta czy burmistrza za to, że pozwolił zawalić się kolejnemu zabytkowemu pałacykowi? Zawsze pada ten sam argument - brak środków. Jest on bez wątpienia istotny, ale nie może stanowić argumentu na indolencję władz. Wielokrotnie na łamach miesięcznika "Odkrywca" opisywano smutny los niszczejących, zabytkowych pałaców czy dworów, często przedstawiano sytuację prywatnych właścicieli zabytkowych obiektów, którzy w konfrontacji z machiną urzędniczą i obowiązującym prawem, swój osobisty los upodabniali do stanu obiektów, w których posiadanie weszli. Czy tak musi być? Mało kto zauważa działania poszukiwaczy, którzy dzięki swojej pasji, często za ostatnie, własne pieniądze odnaleźli i odrestaurowali tysiące mniejszych i większych zabytkowych obiektów. Nie czujemy się czarnymi owcami, i nie chcemy być kozłami ofiarnymi.
Kolejnym powodem wzajemnej niechęci między środowiskiem archeologicznym i służbami państwowymi a poszukiwaczami, jest głoszona teza, jakoby poszukiwacze szczególnie byli zainteresowani stanowiskami, grodziskami czy kurhanami? Prawda jest taka, że zdecydowana większość poszukiwaczy omija szerokim łukiem wszelkie obiekty archeologiczne. Niestety, brak ogólnie dostępnej informacji o ich lokalizacji powoduje, że często są one naruszane nieświadomie. Co więcej, brak takich naniesień jak stanowiska archeologiczne na mapy geodezyjne dostępne w urzędach gminnych, powoduje, że często sami właściciele terenu żyją w nieświadomości. Oczywiście jest pewna grupa osób, która za swoje źródło utrzymania czy przedmiot działalności handlowej obrała pozyskiwanie, innymi słowy okradanie z cennych przedmiotów stanowisk archeologicznych czy grobów wojennych, często dopuszczając do ich bezpowrotnego zniszczenia i profanacji. Czy można jednak te osoby nazwać poszukiwaczami - czy raczej przestępcami? Wbrew głoszonym opiniom, poszukiwacze mają swój niepisany "honorowy kodeks postępowania", który nie pozwala na rozkopywanie mogił, rozbrajanie niewypałów, niszczenie zabytków i nakazuje usuwanie śladów swojej działalności. To, że nie wszyscy go stosują nie oznacza, że środowisko poszukiwaczy akceptuje takie postawy. Wręcz przeciwnie, ludzie naruszający pewne zasady - spotykają się z ostracyzmem środowiska.
Błędny jest również pogląd, jakoby większość członków naszego środowiska szukała z chęci zysku. Raz jeszcze powtórzę - oczywiście są osoby utrzymujące się z sprzedaży militariów czy sporadycznie znajdowanych precjozów. Jednak jest to niewielki odsetek . Należy mieć świadomość, że jeśli chodzi np. o broń białą, to znacznie więcej napływa jej do Polski np. z Niemiec czy z krajów WNP niż jest znajdowanych na naszych terenach. Należy też pamiętać, że znaleziska są zwykle w bardzo słabym stanie technicznym i nie przedstawiają najczęściej znacznej wartości. Z pełnym przekonaniem stwierdzam, że większość osób szukających, czyni to z chęci szukania, kolekcjonowania czy wymiany znalezisk, a nie chęci zysku.
Reasumując należy powiedzieć, że w naszej opinii środowisko poszukiwaczy jest skłonne do współpracy z przedstawicielami administracji państwowej, muzeami i innymi instytucjami naukowymi. Zresztą w wielu regionach taka współpraca odbywa się na co dzień, z korzyścią dla wszystkich stron. Jednak dopiero zdecydowane i śmiałe zmiany w prawie i podejściu do zagadnień związanych z amatorskimi poszukiwaniami mogą zachęcić eksploratorów do współpracy i wyjścia z podziemia, zachęcić tysiące ludzi, którzy co weekend wychodzą w teren, aby prowadzić swoje badania. Nie do zaakceptowania jest sytuacja, w której poszukiwaczom i właścicielom terenu odmawia się prawa do posiadania znalezionych przedmiotów, nie wypłaca się pieniędzy za przekazane znaleziska, piętrzy się administracyjne trudności w dziedzinie szukania i kolekcjonowania, czy postrzega się odkrywców jako przestępców. Zdecydowane jest oczekiwanie by środowisko poszukiwaczy i kolekcjonerów stało się równorzędnym partnerem dla administracji państwowej, policji czy samorządów.
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Zjawisko korozji metali, a szczególnie żelaza jest bardzo obszernym problemem i wiele jego aspektów nie zostało jeszcze do końca wyjaśnionych. Sama definicja tego zjawiska nastręcza badaczom wiele trudności. Dla większości z nich korozja oznacza wszystkie wzajemne oddziaływania metalu i jego otoczenia.
żelazo bardzo łatwo i szybko pod wpływem czynników zewnętrznych przechodzi ze stanu atomowego (metalicznego) w związki chemiczne. Każdy metal w zetknięciu z elektrolitem, a więc także w styczności z zewnętrznym środowiskiem korozyjnym wykazuje dążność do przechodzenia do roztworu w postaci jonowej. łatwość przechodzenia poszczególnych metali w stan jonowy wiąże się bezpośrednio z ich potencjałami normalnymi. Doświadczalne wyznaczenie potencjałów (mierzonych względem elektrody wodorowej i metalu zanurzonego w jego soli) pozwala na zestawienie metali w tak zwany szereg napięciowy.

Rys. 1 Szereg napięciowy (przerywaną linią są zaznaczone metale występujące w obiektach zabytkowych w formie czystej bądź jako składniki stopów).
Przedstawiony szereg napięciowy metali pozwala przewidzieć ich odporność korozyjną. Szereg potencjałów normalnych wyraża kolejność, w której metale wykazują zdolność do wypierania się na wzajem z roztworów. Im dalej leżą od siebie metale tym pełniejsze będzie wypieranie metalu o wyższym potencjale przez metal o niższym potencjale. Tak więc przez łączenie dwóch różnych metali wytwarzamy pewnego rodzaju ogniwo, w którym (w elektrolicie) biegunem dodatnim będzie zawsze metal znajdujący się bliżej końca szeregu napięciowego, biegunem dodatnim � będący bliżej początku. Należy pamiętać w tym miejscu, że niewłaściwe połączenie metali mogą doprowadzić do dodatkowych, niszczących procesów korozyjnych.
Z konserwatorskiego punktu widzenia jako korozję należy rozumieć zespół procesów chemicznych powodujących zmianę powierzchni oraz struktury substancji zabytkowej. Rezultatem tych procesów są zmiany barwy, struktury, tekstury, własności wytrzymałościowych i technologicznych oraz deformacje. Długotrwałe działanie korozji prowadzi do całkowitego zniszczenia obiektu!
Możemy wyróżnić kilka procesów korozyjnych, wywołujących charakterystyczne zniszczenia żelaza :
ˇ Korozja wżerowa
ˇ Międzykrystaliczna
ˇ Warstwowa
ˇ Kanalikowa
ˇ Atmosferyczna
ˇ Ziemna
ˇ Wodna
ˇ Bakteryjna
ˇ Kruchość wodorowa
ˇ Psywacyjno-aktywacyjna
ˇ Naprężeniowa
ˇ Gazowa
ˇ Korozja w elektrolitach
W zależności od rodzaju zniszczeń możemy wyróżnić :
ˇ Korozję równomierną � jest najmniej szkodliwą z wymienionych poniżej
ˇ Plamistą � występuje w różnych miejscach powierzchni, w postaci plam o niewielkiej głębokości wżeru. Ten rodzaj zniszczeń jest podobny do korozji równomiernej
ˇ Wżerową � występują duże zagłębienia w jednym miejscu na powierzchni metalu
ˇ Podpowierzchniową � powstaje i rozprzestrzenia się pod powierzchnią metalu, gdzie gromadzą się produkty korozji, co prowadzi do rozwarstwiania się metalu.
ˇ Międzykrystaliczną � rozprzestrzenia się w głąb żelaza po przez ziarna kryształu
ˇ Szczelinową � uwidacznia się w miejscach nieszczelnych połączeń żelaza, np. gwinty, nity

W większości żelazne obiekty ulegają zniszczeniu w wyniku przebywania w środowiskach: atmosferycznym, ziemnym i wodnym. Z racji tego, iż większość poszukiwaczy �skarbów� ma do czynienia z obiektami wyciągniętymi z ziemi, niniejszym opracowaniu skupiono się na środowisku ziemnym z pominięciem środowiska wodnego i atmosferycznego.
Procesy korozyjne, którym ulegają obiekty z żelaza w złożonym środowisku zimnym, uzależnione są od: wilgotności gleby, kwasowości, napowietrzenia, temperatury, drobnoustrojów oraz od tekstury gleby. Różnice w nawilgoceniu gleby uzależnione są od opadów atmosferycznych oraz stopnia zdolności zatrzymania przez nią wilgoci. W miarę wzrostu wilgotności gleby jej korozyjna aktywność wzrasta aż do momentu osiągnięcia pozornych wartości optymalnych (krytycznych), przy których aktywność ta maleje. Spowodowane jest to tym, iż przy dużych wilgotnościach zmniejsz się dostęp tlenu do obiektu, który jest niezbędnych czynnikiem depolaryzacji katodowej żelaza (proces korozji).
Gleby wykazują pH w granicach od 6 do 7,5, a więc mają odczyn zbliżony do obojętnego. Jednak spotyka się także gleby o odczynie alkalicznym (7,5 � 9 pH) należą do nich głównie gleby gliniaste, oraz gleby kwaśne (3 � 6 pH) do nich należą gleby bagniste i humusowe. Wraz ze zmniejszeniem pH gleby wzrasta jej aktywność korozyjna, co przejawia się dużymi zniszczeniami obiektów. Odczyn alkaliczny wiąże się z ilością występujących w glebie rozpuszczonych w wodzie soli. Szczególnie szkodliwe są sole chlorkowe, aktywizujące procesy korozyjne żelaza. W glebie spotyka się najczęściej kationy wapnia, potasu, sodu i magnezu. Mogą one tworzyć w ziemi nierozpuszczalne tlenki i węglany, których osady bardzo często spełniają rolę warstewek ochronnych na powierzchni metalu, zmniejszając aktywność korozji. Jednak znajdujące się w glebie sole mogą prowadzić do wzrostu aktywności biologicznej mikroorganizmów, wpływając tym na przyśpieszenie korozji.
Stopień napowietrzenia gleby jest jednym z najważniejszych czynników przyczyniających się do zwiększenia szybkości korodowania obiektu. Badania udowodniły, iż wraz ze wzrostem głębokości maleje szybkość korozji.
W źle napowietrzanych glebach, zawierających duże ilości siarczanów może nastąpić wzrost biologicznej aktywności korozyjnej bakterii anaerobowych. Tlen zawarty w anionie siarczanu uwalniany jest w wyniku działalności bakterii redukujących siarczany. Powstały w ten sposób tlen przyśpiesza proces korozyjny. Obok uwalniania tlenu, następuje zakwaszanie gleby w skutek tworzenia się siarkowodoru. Co z oczywistych względów dodatkowo przyczynia się do przyśpieszenia procesów korozji.
Problem usuwania nawarstwień korozyjnych z powierzchni żelaza jest równie obszerny i skomplikowany jak zagadnienia zachodzących na niej procesów korozyjnych. W przypadku żelaznych obiektów zabytkowych najczęściej mamy do czynienia z przedmiotami o skomplikowanych kształtach, połączeniach, nitowaniach, zachodzących na siebie płaszczyzn metalu, pokrytych bardzo grubymi nawarstwieniami produktów, których usunięcie nastręcza wiele trudności. Obiekty te często są zdobione lub też mają połączenia z materiałami organicznymi, co w znacznym stopniu ogranicza stosowanie danej metody oczyszczającej.
Konserwację metalu można podzielić ogólnie na dwa procesy. Pierwszy to proces oczyszczania powierzchni metalu, drugi to zabezpieczanie przedmiotu przed dalszym niszczeniem. Oba procesy są równie ważne i jeśli mówimy o konserwacji przedmiotu to nie można się skupić tylko na oczyszczeniu przedmiotu i pominąć proces zabezpieczenie przed dalszym niszczeniem.
Oczyszczanie powierzchni metalu.
Proces oczyszczania skorodowanych powierzchni można podzielić na 5 metod :
1 � mechaniczne
2 � chemiczne
3 � redukcyjne
4 � termiczne
5 � fizyczne
Metody mechaniczne.
Mechaniczne oczyszczanie nawarstwień korozyjnych jest najstarszą ze stosowanych metod usuwania produktów korozji. Ręczne oczyszczanie mechaniczne przeprowadza się najczęściej przy użyciu takich narzędzi jak: igły, skrobaki, przecinaki, szczotki itp., które umożliwiają rozkruszenie i odrywanie produktów korozji. Stosuje się również szlifierki, wiertarki dentystyczne, pozwalające na usuwanie korozji z miejsc trudno dostępnych wżerów. Oczyszczanie mechaniczne umożliwia zastosowanie innej metody (chemicznej lub redukcyjnej), dzięki której osiąga się znaczne rozluźnienie lub spulchnienie produktów korozji.
Wśród tych metod można wyróżnić :
a. Piaskowanie � polega na rzucaniu pod ciśnieniem na skorodowaną powierzchnię odpowiedniego materiału ściernego, np. piasku rzecznego, drobnego szkła, korundu lub śrutu żeliwnego.,
Piaskowanie jest dość dobrą metodą usuwanie nawarstwień z powierzchni żelaza, ale jak w każdym przypadku metoda ta jest uzależniona od rodzaju przedmiotu i stopnia jego zniszczenia. Należy także dobrać odpowiednie ścierniwo i ciśnienie robocze. Piaskowanie niestety nie usuwa z powierzchni przedmiotu soli agresywnych, które inicjują procesy korozji. Nie usuwa także produktów korozji z porów i wżerów.
Metody termiczne.
Oczyszczanie termiczne polega na poddawaniu skorodowanej powierzchni działaniu wysokich temperatur. Zabieg ten najczęściej przeprowadza się przy użyciu palnika gazowego lub acetylenowo-tlenowego. Rdzę nagrzewa się silnie, ale w taki sposób, aby nie podwyższać znacznie temperatury żelaza (rdzenia obiektu). W skutek gwałtownego przechodzenia w parę wilgoci zawartej w produktach korozji oraz różnej rozszerzalności termicznej, następuje spękanie i odrywanie się rdzy od podłoża. W tym procesie następuje także przeistoczenie się częściowe rdzy w czarne tlenki żelaza. Jest to dobry i szybki sposób na oczyszczanie dużych powierzchni żelaznych, i przygotowanie ich pod pokrycie powłoką ochronna. Jednak nie jest to dokładna metoda i nie pozwala na precyzyjne oczyszczenie bardziej skomplikowanych przedmiotów, a zbyt długie wygrzewanie może prowadzić do odwęglania obiektu, co w znaczny sposób przyczyni się do kruchości obiektu. Procesu odrywania nie da się kontrolować, i czasami się zdarza, że rdza odrywa się z kawałkami powierzchni metalu, niszcząc ją w ten sposób. Ogólnie można stwierdzić, iż tą metodę należy stosować do obiektów o zdrowym rdzeniu! Metoda ta nie nadaje się do zdobionych inkrustacjami przedmiotów!! Nie należy jej także stosować do obiektów nie oczyszczonych wstępnie z piasku i gliny (np. obiektów archeologicznych), gdyż wysoka temperatura powoduje twardnienie wszelkich nalotów z gliny i krzemionki i jednoczesne zespolenie ich z rdzą, przez co stają się praktycznie nie rozpuszczalne dla wielu środków chemicznych.
Metody redukcyjne.
3. Redukcyjne metody usuwania produktów korozji oparte są na wykorzystaniu zjawiska redukcji elektrochemicznej lub redukcji elektrolitycznej. Oprócz wyżej wymienionych metod istnieje jeszcze redukcja za pomocą gazowego wodoru. We wszystkich wymienionych tu metodach redukcji czynnikiem ułatwiającym oczyszczenie jest gazowy wodór, wydzielający się podczas zachodzących redukcji. Działanie wodoru polega na mechanicznym spulchnianiu i rozluźnianiu produktów korozji.
a. Redukcja elektrochemiczna (autoliza)
W redukcji elektrochemicznej oczyszczany obiekt żelazny traktowany jest najczęściej jako katoda. Wydziela się na niej gazowy wodór w wyniku redukcji metalicznego cynku, ołowiu, glinu (aluminium), w wyniku działania elektrolitu. Oczyszczanie obiektu można też prowadzić traktując obiekt jako anodę, wówczas na skorodowanej powierzchni wydzielać się będzie tlen, powodując rozluźnianie produktów korozji. Proces oczyszczania można przyśpieszyć przez zwiększenie kontaktu redukowanego metalu z oczyszczanym obiektem, po przez podniesienie temperatury oraz zwiększenie stężenia elektrolitu. Jako elektrolity stosuje się roztwory wodorotlenku sodu, kwasów organicznych, oraz soli tych kwasów.
Oto 3 sposoby zastosowania autolizy:
- wg Kreftinga
Przedmiot, oczyszczony do czystego metalu, owinięto taśmą cynkową o grubości 0,2-0,3 mm i o szerokości 0,5-1 cm, w ten sposób, żeby cynk ściśle przylegał do oczyszczonego miejscami metalu. Tak przygotowany obiekt przeniesiono do 3% roztworu ługu sodowego, wolnego od chloru. Na średni skorodowanym obiekcie zabieg ten trwał 24 godziny. Po zakończeniu redukcji obiekt wyjęto z kąpieli i mechanicznie usunięto rozluźnione warstwy rdzy.
- wg Rhousopoulosa
Taśmę cynkową nakłada się bezpośrednio ma skorodowaną powierzchnię, bez wykonywania miejsc styku z czystym metalem, pomiędzy taśmę a rdzę upycha się sproszkowany cynk. Redukcje na tak przystosowanym obiekcie prowadzi się w 10% roztworze ługu i powtarza się ją dwukrotnie.
- wg Plenderleitha
Przy obiektach bardziej skorodowanych zaleca stosowanie wodorotlenku sodu z cynkiem granulowanym, a jednocześnie w podwyższonej temperaturze.
Do redukcji elektrochemicznej można stosować jak elektrolity także: wodorotlenek potasu, cjanek potasu, kwas octowy, kwaśny węglan amonu, wodorotlenek sodu o stężeniu dochodzącym nawet do 20% (jednak przy mniejszych obiektach i bardziej wartościowych zaleca się stosowanie roztworu 10%, gdyż wolniejszy przebieg procesu oczyszczania pozwala na lepszą jego kontrolę), winian sodu-potasu. Należy pamiętać, iż użycie cynku i wodorotlenku sodu w procesie oczyszczania jest reakcją burzliwą i egzotermiczną (wydziela ciepło) i zaleca się dużą ostrożność!!!
Innym sposobem zastosowania autolizy w procesie oczyszczania jest zastosowanie pas odrdzewiających (oczyszczających). Sporządza się je z pyłu cynkowego i kwasu siarkowego. Pasty pozwalają na miejscowe oczyszczenie skorodowanej powierzchni.
b. Redukcja elektrolityczna
W redukcji elektrolitycznej wykorzystuje się zjawisko przepływu prądu elektrycznego przez elektrolit, który przyśpiesza proces oczyszczania. Podobnie jak i przy redukcji elektrochemicznej, czynnikiem spulchniającym i rozluźniającym rdzę jest gazowy wodór lub tlen, w zależności od sposobu prowadzenia elektrolizy. Podczas procesu anodowego oczyszczany przedmiot taktowany jest jak anoda, katodą jest natomiast płyta (płyty) cynkowe, miedziane lub żelazne. Wydzielający się na obiekcie tlen gazowy działa mechanicznie na warstwy tlenków, spulchniając je i rozluźniając, ale też w dużym stopniu rozpuszczając również metal, i powodując dość duże ubytki metalu. Z tego to powodu, po mimo znacznie szybszego procesu oczyszczania, nie należy stosować anodowej redukcji elektrolitycznej.
Znacznie lepsze efekty osiąga się po przez zastosowanie katodowego traktowania oczyszczanego żelaza. Czynnikiem spulchniającym i rozluźniającym korozję jest burzliwie wydzielający się wodór na powierzchni oczyszczanego przedmiotu. Przy oczyszczaniu stosuje się prąd stały , o napięciu około 12 V. Jednak najważniejszym czynnikiem w tym procesie jest natężenie prądu, uzależnione od rodzaju elektrolitu i wielkości elektrod. Dlatego też przy elektrolizie operuje się pojęciem gęstości prądu. Przyjmuje się, że gęstość stosowanego prądu powinna wynosić około 10 amperów na decymetr kwadratowy katody, co zapewnia stałe i silne wydzielanie się wodoru.
Występujące na początku zabiegu nawarstwienia na powierzchni metalu (katody) powodują, że opór wewnętrzny układu jest dość wysoki, należy wówczas stosować wyższe natężenie prądu. Po pewnym czasie opór wewnętrzny maleje (w wyniku częściowego usunięcia nawarstwień), wzrasta więc natężenie prądu. Aby utrzymać stała gęstość prądu, należy w tym momencie zwiększyć opór zewnętrzny układu. Najlepsze rezultaty uzyskuje się przy zastosowaniu dwóch anod, zawieszonych w równej odległości od katody (obiektu).
Do przeprowadzenia elektrolizy stosuje się elektrody anodowe wykonane ze różnych metali. Jednak należy pamiętać, że nie wszystkie są odpowiednie. Anody żelazne niszczeją podczas elektrolizy , odrywają się od nich dość duże kawałki z tlenków metalu, ponadto na anodach osadzają się produkty połączeń chlorkowych, jeżeli obiekt zawierał jony chlorkowe (sole). Elektrody grafitowe lub węglowe powodują powstawanie w środowisku alkalicznym trwałe, trudno usuwalne osady na oczyszczanym obiekcie. Najodpowiedniejsze są anody ołowiane lub ze stopu ołowiu z antymonem. Jako elektrolitu można używać roztworów kwasów, zasad lub soli. Elektroliza w środowisku alkaliczny przebiega znacznie wolniej, ale jest wówczas bardziej bezpieczna i dokładniejsza.
Miejsce styku przewodu miedzianego (doprowadzającego prąd) z obiektem musi być mechanicznie oczyszczone do rdzenia metalicznego. Grubość przewodu uzależniona jest od wielkości przedmiotu. średni czas oczyszczania średnio skorodowanego przedmiotu wynosi 48 godzin. Po upływie tego czasu, obiekt opłukuje się w kąpielach wodnych, a spulchnione nawarstwienia usuwa się przez pocieranie szczotką. Jeżeli obiekt nie został oczyszczony, zabieg można powtórzyć.
Przy wyjmowaniu obiektów między kolejnymi kąpielami należy zmieniać bieguny źródła prądu, pozostawienie obiektów w stanie wyjściowym powoduje osadzanie się na katodzie (obiekt) zanieczyszczeń pochodzących z elektrolitu bądź z anody.
c. Redukcja gazowym wodorem
Stosowanie redukcji gazowym wodorem jest bardzo niebezpieczną metodą zarówno dla osoby przeprowadzającej ten zabieg, jak i dla samego oczyszczanego przedmiotu. Metoda ta nazywana jest metodą Hertwicha. Polega na wytworzeniu gazowego wodoru w aparacie Kippa, który jest następnie przepuszczany przez ogrzewaną rurkę (palnikiem), w którym znajduje się oczyszczany przedmiot. Metoda ta praktycznie nie jest stosowana w konserwatorstwie.
Metody redukcji elektrochemicznej i elektrolitycznej uznawane są za jedne z najskuteczniejszych metod oczyszczania skorodowanych przedmiotów. Jednak zakres ich wykorzystania w dużym stopniu uzależniony jest od wielkości przedmiotu. Trwałe połączenia z innymi metalami także w dużym stopniu utrudniają ich stosowanie.
Przy użyciu metod redukcyjnych mogą jednak występować zjawiska niekorzystne. Na skutek zachodzącego wydzielania się wodoru następuje nawodornienie powierzchni oraz głębszych partii żelaza. Prowadzi to do korozji wodorowej, wywołującej kruchość wodorową metalu, przy której obserwuje się znaczne obniżenie własności wytrzymałościowych metalu., bez widocznych zmian na powierzchni. Proces ten dotyczy w dużej mierze przedmiotów o zwiększonych własnościach wytrzymałościowych, przedmiotów które były wcześniej specjalnie nawęglane alby zwiększyć ich wytrzymałość mechaniczną (np. miecze). Przy tego typu przedmiotach należy przeprowadzić badania czy taki rodzaj oczyszczania nie spowoduje zbyt dużego zniszczenia i osłabienia przedmiotu.
Metody fizyczne.
W fizycznej metodzie usuwania nawarstwień z powierzchni metalu stosowane są ultradźwięki, wywołujące w cieczach intensywne mechaniczne ruchy mieszające i wstrząsające, umożliwiające usuwanie zanieczyszczeń z powierzchni obiektu. Z wielu badań przeprowadzonych nad wykorzystaniem ultradźwięków do oczyszczania wynika, że w zabiegach tych można stosować zarówno ultradźwięki o małej częstotliwości � 25 kHz, jak i o wielkiej, rzędu 300 � 1000 kHz. Działanie praktyczne tych częstotliwości jest różne, ultradźwięki o małych częstotliwościach nadają się do usuwania nawarstwień twardych. Natomiast o częstotliwościach dużych mogą być stosowane do usuwania cząsteczek brudu, warstewek tłuszczu i lakierów. Przy doborze częstotliwości ważna jest wielkość przedmiotu. W przypadku przedmiotów większych lepsza jest niższa częstotliwość ultradźwięków, ponieważ wypromieniowana wiązka nie jest równoległa i dlatego dzięki załamaniu lub ugięciu dźwięku łatwiej dochodzą do wszystkich oczyszczanych miejsc.
Obok mechanicznego działania ultradźwięków, do usuwania nawarstwień konieczne jest stosowanie środków chemicznych, które wspomagają działanie mechaniczne. Jako substancje wspomagające można stosować kwasy, zasady lub ich sole. Czynnikiem przyśpieszającym oczyszczanie jest też wyższa temperatura. Ultradźwięki pozwalają na bardzo dobre oczyszczenie z produktów korozji lub też wyciągnięcie użytych substancji chemicznych ze szczelin i wżerów.
Metody chemiczne.
Czyszczenie metali środkami chemicznymi, przede wszystkim kwasami, w celu uzyskania powierzchni wolnej od produktów korozji oraz innych zanieczyszczeń, jest jednym z najstarszych zabiegów oczyszczani powierzchni metalu. Podobnie jak i pozostałe metody tak i ta ma swoje wady: narażenie metalu na możliwość rozpuszczania się oraz trudności w usunięciu resztek stosowanych środków chemicznych z powierzchni oczyszczonego metalu, które powodować mogą korozję wtórną. Jednak w pewnych przypadkach, ze względu na rodzaj i charakter zabytku, jego stan zachowania, wielkość czy rodzaj połączeń z innymi metalami, nie można odstąpić od działania chemicznego. Dość często zdarza się, że stan obiektu jest bardzo zły i trzeba usunąć z niego zanieczyszczenia wtórne w postaci farb czy lakierów. Metody chemiczne są tez bardziej dostępne i ekonomiczne, nie wymagają specjalistycznych urządzeń i są stosunkowo proste do wykonania. Co jest bardzo dużym atutem na rzecz tych metod.
Najczęściej do rozpuszczania rdzy stosowane są roztwory rozmaitych kwasów o różnych stężeniach. Ich działanie sprowadza się głównie do rozpuszczania i usuwania produktów korozji, rozpuszczania metalicznego żelaza oraz do spulchniania i rozluźniania produktów korozji. Rozpuszczanie żelaza w skorodowanym obiekcie przez działanie kwasu następuje w wyniku reakcji katodowej, oczyszczane żelazo stanowi katodę a rozpuszczane produkty korozji są biegunami ujemnymi.
Najważniejszym czynnikiem na który musimy zawsze zwracać uwagę podczas stosowania tej jak i innych metod jest stopień zachowania przedmiotu. Od tego zależy rodzaj kwasu i jego stężenie. Przy przedmiotach pokrytych grubymi nawarstwieniami i zdrowym rdzeniu możemy zastosować kwasy o dużych stężeniach, jednak zalecane jest zawsze mniejsze stężenie, gdyż obiekt jest w mniejszym stopniu narażony na trawienie.
Stosuje się kąpiele odrdzewiające zawierające kwasy nieorganiczne i organiczne, takie jak: siarkowy, solny oraz ortofosforowy, który jest najczęściej stosowanym środkiem do usuwania rdzy, kwas szczawiowy, cytrynowy, winowy. Używa się także innych związków jak: kwaśny węglan sodu, kwaśny węglan amonu oraz chlorek amonu.
Bardzo istotnym elementem w konserwacji obiektów metalowych jest zabezpieczenie go przed dalszym niszczeniem. Proces ten jest dwu etapowy. Pierwszym etapem jest zastosowania inhibitora korozji, który stabilizuje procesy korozyjne, po przez stworzenie na powierzchni metalu cieniutkiej warstewki nierozpuszczalnych związków żelaza. Najlepszym i najbardziej popularnym na rynku środkiem do pasywacji żelaza jest Tanina. Tanina nie tylko pasywuje produkty korozji, ale także wiąże je z podłożem metalicznym przez co w znacznym stopniu przyczynia się do wzmocnienia skorodowanego obiektu. Wiązania tanatów bazują na wiązaniach żelowych. Dlatego nie wolno podgrzewać obiektów pokrytych tanina, gdyż zetnie się tanina i straci swoje właściwości wzmacniające i stabilizujące. Drugim etapem jest odcięcie powierzchni metalu od warunków atmosferycznych. Najskuteczniejszą ochronę moim zdaniem daje pokrycie cieniutką warstewką 10 % Paraloidu B 44 w Ksylenie. A następnie nałożenie na nią warstwy wosku w postaci pasty Cosmoloid 80H w benzynie lakowej. Paraloid B44 daje trwała i odporną na działania niekorzystnych warunków środowiskowych. Warstwa ta jest dość elastyczna więc nie pęka w wyniku starzenia się. Wosk uzupełnia wszelkie niedociągnięcia i daje hydrofobową warstwę dla wody. Wosk nie powoduje osadzania się na obiekcie kurzu i innych brudów.
Kilka uwag o domowych metodach.
Większość z nas zastanawia się ja oczyścić swój przedmiot i jakiej użyć metody. Niestety bardzo często aby oczyścić nasze skarby zmuszeni jesteśmy do przetworzenia specjalistycznych konserwatorskich metod na domowe warunki. Zazwyczaj pozbawieni jesteśmy większości odczynników i środków chemicznych a także specjalistycznego sprzętu. Dlatego też poszukuje się innych środków opartych na zasadach konserwatorski, które umożliwią oczyszczenia naszych obiektów. Ogólnie mówiąc domowe metody są bardzo zbliżone do tych specjalistycznych, ale zazwyczaj oparte są na tańszych środkach i mniej specjalistycznych urządzeniach. Należy jednak pamiętać, że nie istotne jest jakim sposobem oczyścimy przedmiot, ale istotne jest to czy nasz przedmiot nie straci swojej wartości i czy uda nam się go zachować dla kolejnych pokoleń. Nie sztuką jest tylko oczyścić przedmiot, który niezabezpieczony przed dalszym niszczeniem po kilku latach rozpadnie się albo straci swoją wartość. Jeśli tylko możemy powinniśmy stosować jak najbardziej bezpieczne środki aby, sam proces oczyszczenie nie spowodował z czasem dalszego niszczenia obiektu.
Najbardziej rozpowszechnionym domowym sposobem jest użycie elektrolizy. Z racji, niewielkich kosztów zakupienia prostownika i niewielkich kosztów na elektrolit jest to najbardziej skuteczna metoda oczyszczania i najbardziej rozpowszechniona. Stosując prostowniki o napięciu 12 V i o natężeniu ok. 7 A uzyskuje się bardzo dobre wyniki. Niestety elektroliza powoduje delikatne zżeranie metalu, czego efektem są nieraz dużo większe wżery niż przed oczyszczeniem. Dlatego należy kontrolować proces oczyszczania! Często zdarza się, że nie cała powierzchnia zostanie oczyszczona. Należy się wtedy zastanowić czy nie zmienić metody na inną i czy nie zastosować np. pasy zamiast dalej trawić obiekt, czego efektem będzie nierównomiernie nadżarta powierzchnia.
Jako elektrolity w domowych warunkach używa się praktycznie tylko dwóch roztworów. Roztworu soli kuchennej i roztworu NaOH (a raczej roztworu z Kreta). Każdy z tych środków ma swoje wady i zalety. Sól kuchenna jest najtańszym elektrolitem i mało szkodliwym dla ludzi. Niestety nie można powiedzieć tego samego o obiekcie. Sól jest największym wrogiem każdego metalu, korozja z udziałem jonów chlorkowych jest praktycznie najgroźniejszą i czyniącą największe szkody przedmiotom wykonanym z metalu i nie tylko. Jeśli jednak już stosujemy sól kuchenna jako elektrolit pamiętajmy o możliwie jak najdłuższym płukaniu obiektu pod bieżącą wodą lub o ile to możliwe wodą destylowaną. W ten sposób wypłuczemy znaczną ilość soli, która wniknęła w metal. O destruktywnym wpływie soli możemy się przekonać dość szybko jeśli tylko warunki przechowywania zmienią się na bardziej niekorzystne ( np. z większą wilgotnością). Roztwór NaOH jest pod tym względem bardziej bezpieczny dla obiektu i stosowanie jego daje lepsze efekty w procesie oczyszczania. Niestety jest droższy i żrący.
Dość często ostatnimi czasy zaczyna się stosować autolizę. Jest to też dość skuteczna i szybka metoda. Jako elektrolitu używa się najczęściej NaOH (czyli w naszym przypadku Kreta). Można używać także kwasów ale ich reaktywność jest mniejsza i proces oczyszczania zachodzi wolniej. Do autolizy stosuje się najczęściej taśmę aluminiową lub też popularną folię aluminiową do pieczenia (niestety szybko się rozpuszcza, gdyż jest za cienka). Autoliza jest dobrym sposobem na oczyszczanie mniejszych przedmiotów, gdyż mamy większą kontrolę nad procesem oczyszczania i jest to proces bardziej dokładny.
Bardzo dobrą metodą choć mniej popularna jest piaskowanie. Większość z nas, nie posiada niestety piaskarek, jednak warto jest zainwestować w tego rodzaju urządzenie. Wystarczy dokupić specjalny pistolet do piaskowania i podłączyć do kompresora i zbiornika na kruszywo. Koszt kompresora waha się od 600 zł wzwyż, cena zależna jest od rodzaju kompresora. Piaskowanie daje znakomite efekty przy powierzchniowym oczyszczaniu przedmiotu z produktów korozji. Należy pamiętać, że nie ma idealnej metody na oczyszczenia każdego przedmiotu i o ile do jednego obiektu piaskowanie mogłoby być dobrą metodą to wcale nie znaczy, iż będzie nadawać się do innych obiektów. Piaskowanie daje dobre efekty przy oczyszczaniu wszelkiego rodzaju hełmów, broni, bagnetów i wielu innych przedmiotów. Nie powoduje pogłębiania się wżerów w obiektach i powierzchnia przedmiotu nie wygląda jak �powierzchnia księżyca�, pełna kraterów, po użyciu elektrolizy. Nie zawsze jednak w pełni można usunąć wszystkie nawarstwienia, dlatego trzeba użyć dodatkowo innej metody. Piaskowanie nie wyciąga produktów korozji z porów i wżerów, co powoduje że niezpasywowane stanowią ogniska dalszej korozji, ale po zabezpieczeniu obiekt wygląda dużo lepiej niż po elektrolizie. Należy pamiętać, że każdy ma swoje ulubione metody i każda ma swoich zwolenników i przeciwników, ale najważniejsze jest to aby wybrać najlepszą metodę do oczyszczenia danego obiektu, co czasami wiąże się z zastosowaniem kilku metod do oczyszczenia jednego przedmiotu.
Drugą równie ważna rzeczą jest zabezpieczenie przedmiotu przed dalszą korozją. Niestety w tym wypadku domowe sposoby są najbardziej narażone na niepowodzenie lub też na krótkotrwałe działanie. Najpopularniejszymi metodami są malowanie farbami antykorozyjnymi, pokrywanie powierzchni lakierami, smarami, olejami lub też pozostawianie obiektu bez jakiegokolwiek zabezpieczenia. Niestety każdy z tym sposobów jest bardzo niewystarczający.
Pokrywanie wszelkiego rodzaju farbami o ile obiekt nie był pierwotnie pokryty farbą jest posunięciem bardzo nieestetycznym. Bardzo często spotyka się pomalowane na czarno hełmy, broń czy bagnety, które wyglądają dość paskudnie. Jedyne czym można się pocieszyć w tym momencie jest to, że przedmiot chociaż w pewnym stopniu jest zabezpieczony przed korozją. Smarowanie olejami i samarami jest o tyle skuteczne i ile w miarę często naciera się dany przedmiot. Stanowią one hydrofobową barierę dla wody, a znaczna ich gęstość ogranicza dostęp tlenu do powierzchni metalu. Niestety oleje są niewdzięczne dla konserwacji ponieważ, szybko ściekają i z czasem się utleniają, przez co powłoka z czasem staje się coraz cieńsza i bardziej przepuszczalna. Czasami zdarza się, że użyte oleje czy smary wnikają w metal i go przebarwiają przez co obiekty tracą swą estetykę. Smary i oleje mają jeszcze jedna nieszczęsną wadę, gdyż łapią tony kurzu i brudu, przez co obiekt wygląda niezbyt estetycznie. Chyba najlepszym sposobem dostępnym w domu i sklepie, jest pokrywanie cienką warstwa lakieru. Niestety tak jak poprzednie sposoby tak i ten ma szereg wad. Najbardziej denerwującą i krytykowaną przez większość osób wadą jest połyskliwość powłoki lakierowej. Aby chociaż w pewnym stopniu zmniejszyć połyskliwość można nieco rozcieńczyć lakier, nie za bardzo aby nie stracił swych ochronnych właściwości. Lakier odcinając dostęp tlenu i wilgoci chroni obiekt przed dalszą korozją. Jednak używanie zwykłych lakierów wiąże się z tym że nie są to produkty przeznaczone do metalu. Z czasem ich powłoki utleniają się i starzeją, co prowadzi do pękania i złuszczania się ich z powierzchni metalu, co w dalszej kolejności powoduje odsłonięcie i narażenie na korozję. Istnieje wiele innych domowych sposobów na zabezpieczanie ich przed niszczeniem, ale żaden tak naprawdę nie zabezpiecza ich w większym stopniu, przed dalszą korozją. Wiele osób może powiedzieć, iż mają zakonserwowane obiekty w przedstawiony powyżej sposób lub jakiś inny i że nic im się nie dzieje. Jednak przy takim sposobie zabezpieczania i przy większej zmianie wilgotności w dość szybkim czasie w mniejszym lub większym stopniu zaczęły by korodować.
Bardzo popularne są także metody chemiczne. Paleta dostępnych środków jest bardzo duża a pomysłowość ludzi jeszcze większa, dlatego też nie sposób wymienić wszystkich stosowanych środków. Stosuje się wszystko od słabych kwasów cytrynowego czy octowego po mocne kwasy azotowy czy siarkowy (czytałem o przypadkach stosowania kwasu ogórkowego i mlekowego co potwierdza fakt, że wyobraźnia ludzka nie zna granic). Stosuje się także wszelkiego rodzaju dostępne zasady, najczęściej używa się jednak NaOH zawartego w popularnym Krecie. Popularne są także wszelkiego rodzaju kąpiele w ropie, nafcie, benzynie czy preparatach penetrujących jak np. WD-40. Należy jednak pamiętać, że większość z tych środków tak naprawdę nie powinna być stosowana do oczyszczania metalu. Bardzo często środki te zawierają bardzo dużo szkodliwych substancji, które bardzo niekorzystnie wpływają na metal i mogą powodować wtórna korozję. Należy starać się używać jak najbardziej czystych odczynników chemicznych, gdyż przyczyni się to do większej żywotności naszych obiektów.
Nie ma dobrych domowych sposobów na pasywację produktów korozji przed dalszym niszczeniem obiektów. Tylko stosowanie inhibitorów korozji pozwoli na wstępne zabezpieczenie i �dezaktywowanie� korozji. Najlepszym i najbardziej popularnym na rynku środkiem do pasywacji żelaza jest Tanina. Tanina nie tylko pasywuje produkty korozji, ale także wiąże je z podłożem metalicznym przez co w znacznym stopniu przyczynia się do wzmocnienia skorodowanego obiektu. Tanina nie wiąże jak większość impregnatów, jej wiązania polegają na wiązaniach żelowych. Dlatego nie wolno podgrzewać obiektów pokrytych tanina, gdyż zetnie się tanina i straci swoje właściwości wzmacniające i pasywujące.
Najistotniejsze jest dla nas to aby uzmysłowić sobie i wybrać jak najlepszą metodę dla zabezpieczenia obiektu. Czasami pomalowanie farbą będzie w stu procentach satysfakcjonującą metodą np. w przypadku malowania hełmów czy elementów pojazdów itp. Tak jak smarowanie elementów broni czy głowic bagnetów będzie także dobrym posunięciem to nie znaczy że będzie dobrze wyglądało na innych przedmiotach.
Przykłady konserwacji przedmiotów żelaznych.
Przedmiotem konserwacji jest płyta kominkowa z XVII/XVIII w..
Płytę żeliwną o wymiarach 1,20 m x 0,90 m pokrywała gruba i zwarta warstwa produktów korozji. Miejscami widoczne były rdzawe naloty, złuszczenia warstw korozyjnych i zabrudzenia warstwą cementu, co wyraźnie zmniejszało wartość estetyczną obiektu. Z racji wielkości obiektu i bardzo zwartych nawarstwień najbardziej odpowiednią metodą ich usunięcia było piaskowanie. Metody chemiczne okazały się niezbyt skuteczne z racji ich powolnego i niedokładnego działania (miejsca zagłębione oczyszczały się bardzo źle). Jako ścierniwo zastosowano piasek szklarski. Oczyszczanie trwało łącznie ok. 14 godzin. Po oczyszczeniu z nawarstwień korozyjnych całą płytę przecierano watą stalową, aby zmniejszyć powstałe zmatowienie powierzchni płyty (ścierniwo powoduje powstanie na powierzchni przedmiotu szeregu mikrorys, co powoduje zmatowienie obiektu). Przy tak dużym obiekcie przecieranie watą trwało ok. 2 godzin. Na tak przygotowaną powierzchnię nałożono warstwę Taniny. Co spowodowało znaczne ściemnienie obiektu. Nadmiar tanatów (produkty reakcji wiązania taniny z metalem) usunięto z powierzchni przy użyciu waty stalowej, dzięki czemu powierzchnia nabrała bardziej połyskliwego charakteru i delikatnego połysku metalicznego. Ostatnim etapem było zabezpieczenie powierzchni płyty po przez nałożenie cienkiej warstwy lakierowej Praloidu B 44. Etapem wieńczącym proces zabezpieczania przed powtórną korozją było nałożenie wosku mikrokrystalicznego (Cosmoloid) i wypolerowanie powierzchni przy użyciu gazy lub szmatki.
Element kopii zbroi wykonanej w XIX w. (Nakarczek)..
Do oczyszczenia tego przedmiotu zastosowano także piaskowanie z użyciem piasku szklarskiego. Przedmiot pokryty był łuszczejącą warstwą farby (poprzednia konserwacja z lat 60 ). Miejscami pod warstwą farby tworzyły się ogniska korozji, widoczne jako rdzawe miejsca z odpadającą warstwą farby. Obiekt dodatkowo był powyginany miejscami (chyba z nieudolnej próby dopasowania do pozostałych elementów zbroi). W pierwszej kolejności należało wyprostować pogięte miejsca. Najlepszy efekty przynosiło wyklepywanie drewnianym lub gumowym motkiem, gdyż nie pozostawiały śladów po uderzeniach na powierzchni metalu. Następnie oczyszczono powierzchnię z korozji i resztek farby po przez piaskowanie, całość oczyszczania trwała ok. 1 godziny. Dalsze prace postępowały według schematu w jakim został oczyszczony obiekt powyżej, czyli przetarcie watą stalową, nałożenie Taniny, ponowne przetarcie watą stalowa, nałożenie Paraloidu B 44 i wosku.
Dla poniższych powyższych przypadków najlepszą metodą było piaskowanie, gdyż dawało maksimum efektu i minimum zniszczenia materiału zabytkowego. Nie jest to reklamowanie jednego sposobu oczyszczania, bo dla jednych obiektów piaskowanie jest zabójcze a dla innych najlepsza metodą. Kluczem tego artykułu jest propagowanie wyboru metody, która jest najlepsza w danym przypadku, a nie to która z metod jest w ogóle najlepsza, gdyż takich nie ma. Każda z metod ma swoje wady i zalety i tylko wybór najwłaściwszej metody daje nam gwarancję jak najlepszego zabezpieczenia obiektu.
Istnieje bardzo wiele metod konserwacji, ale najważniejszą zasadą jest jej dobór w zależności od rodzaju obiektu. Daje to gwarancję że obiekt nie zatraci swoich wartości i przetrwa długi okres czasu a o to właśnie chodzi!!! Dbajmy o nasze przedmioty bo tworzą one historię o nas i naszych przodkach.
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Przedmioty wykonane z miedzi, mosiądzu oraz innych stopów w których głównym składnikiem jest miedź należą do jednych z najczęściej znajdowanych przedmiotów podczas wędrówek z wykrywaczem metalu. Mogą to być monety, guziki, łuski, odznaczenia, elementy biżuterii, naczynia i wiele innych rodzajów przedmiotów użytkowych i dekoracyjnych. Często spotykam się z pytaniem zadawanym przez szczęśliwego znalazcę: - No dobrze, znalazłem fajną rzecz tylko jak ją teraz oczyścić?
Przede wszystkim należy starać się nie szkodzić! Najpierw należy właściwie ocenić stan zachowania znalezionego przedmiotu aby móc wybrać odpowiednią metodę konserwacji. Stopy miedzi to materiał korodujący różnorodnie w zależności od czasu i warunków w jakich się znajduje. Wpływ ma przede wszystkim rodzaj gleby i jej wilgotność. Najczęściej jednak w stopach miedzi występuje tak zwana korozja selektywna � korozji ulega jeden ze składników stopu (np.: cynk w mosiądzu) co powoduje zwiększenie kruchości metalu a objawia się nieregularnymi wżerami na powierzchni przedmiotu. Po odnalezieniu takiego przedmiotu jest on najczęściej pokryty grubą warstwą tlenków oraz poprzyklejanych do nich drobinek ziemi, dlatego, żeby należycie ocenić jego stan najpierw trzeba go dobrze wymyć szczotką ryżową w ciepłej wodzie. Po osuszeniu możemy już przystąpić do oceny stanu zachowania przedmiotu. Wymaga to co prawda nieco wprawy ale w dwóch słowach można powiedzieć, że: im powierzchnia przedmiotu jest gładsza tym lepszy jest jego stan zachowania.
 |
|
 |
Klamra węgierska tuż po wykopaniu i po wstępnym umyciu celem oceny stanu zachowania.
Gdy już wiemy co mamy, możemy przystąpić do usunięcia produktów korozji pokrywających nasze znalezisko. Wiele osób do czyszczenia wykopanych przedmiotów mosiężnych stosuje środki chemiczne takie jak np.: odrdzewiacz �Fosol�, rozcieńczone kwasy czy wreszcie ocet. Są to jednak agresywne środki żrące które oprócz tlenków uszkadzają także osłabiony korozją metal powodując powiększanie istniejących już wżerów oraz powstawanie brzydkich żółto-czerwonych plam na powierzchni metalu. Co więcej przy czyszczeniu przedmiotów, które stanowią znaleziska archeologiczne użycie chemii niszczy je, uniemożliwiając później przeprowadzenie ewentualnych badań fizykochemicznych. Ja preferuję mechaniczne metody czyszczenia przy użyciu różnego rodzaju szczotek drucianych. Jest to metoda bardziej pracochłonna niż czyszczenie za pomocą środków chemicznych ale dająca jednocześnie o wiele lepsze efekty! Najlepiej do tego celu zaopatrzyć się w dwa rodzaje szczotek: zwykłą z grubego mosiężnego drutu do kupienia w sklepach budowlanych oraz delikatną przeznaczoną do czyszczenia butów zamszowych, do zakupienia w sklepach obuwniczych. Nie używajmy do czyszczenia drobnych, ozdobnych przedmiotów mosiężnych szczotek drucianych na wiertarce � szczotki takie mają bardzo dużą �siłę rażenia� co może doprowadzić do uszkodzenia powierzchni przedmiotu. Szczotki zamocowanej na wiertarce można użyć w ostateczności do czyszczenia dużych gładkich powierzchni takich jak łuski artyleryjskie czy powierzchnie naczyń miedzianych. Czyścić najlepiej pod bieżącą ciepłą wodą po uprzednim namydleniu szczotki. Mydło użyte podczas czyszczenia powoduje polaryzację cząstek na powierzchni metalu co pomaga usunąć warstwę tlenków oraz nadaje przedmiotowi głęboki i jednolity brązowy kolor. Czasami zdarza się, że produkty korozji pokrywające nasz zabytek są bardzo twarde i nie da się ich usunąć samą szczotką. W takim wypadku można podgrzać nad ogniem przedmiot a następnie wrzucić do zimnej wody. Szok termiczny i wywołane nim gwałtowne rozszerzanie i kurczenie się metalu spowodują odpadnięcie większości tlenków a pozostałe będą już bardzo łatwe do usunięcia. Można również spróbować delikatnie podprostować ewentualne zagięcia i wgniecenia przedmiotu jednak należy zachować tutaj bardzo daleko idącą ostrożność ponieważ po latach leżenia w ziemi metal jest kruchy i bardzo łatwo może pęknąć!
 |
Podręczny zestaw do czyszczenia i konserwacji.
Gdy nasze znalezisko jest już należycie wyczyszczone, należy jeszcze raz umyć je wodą z mydłem a następnie dobrze jest zabezpieczyć powierzchnię przed kurzem i innymi zabrudzeniami. Ja stosuję do tego celu bardzo rozcieńczony lakier nitrocelulozowy �Capon� �zabrudzony� niewielką ilością czarnego lakieru. Zabezpieczenie w ten sposób powierzchni przedmiotu uwypukli kolor szlachetnie spatynowanej powierzchni metalu oraz wzmocni nieco jego strukturę (zwłaszcza przedmiotów bardzo skorodowanych i w złym stanie). Aby przedmiot wyglądał estetycznie lakier użyty do pokrywania musi być bardzo rzadkiej konsystencji i nie może tworzyć widocznej warstwy na powierzchni przedmiotu. Najlepiej natychmiast po pomalowaniu, zanim lakier zdąży wyschnąć zetrzeć jego nadmiar suchą bawełnianą szmatką. Lakieru ma pozostać tylko tyle, ile wsiąknie w pory na powierzchni przedmiotu podczas malowania!
 |
Ta sama klamra już oczyszczona i zakonserwowana.
Tak przygotowane przedmioty mogą już zająć należne im miejsce w naszych kolekcjach.
Niewątpliwie opanowanie wszystkich tajników konserwacji wykopanych przedmiotów wymaga prób i nic nie zastąpi nam własnych doświadczeń. Początkującym polecam czyszczenie znalezionych łusek. Są to bardzo często znajdowane przedmioty, o niewielkiej wartości tak, że jak coś zniszczymy lub nie będziemy zadowoleni z osiągniętego efektu to nie będzie nam żal. Można wtedy eksperymentować zarówno z czyszczeniem chemicznym jak i mechanicznym za pomocą rożnych środków i wybrać najbardziej odpowiadającą nam metodę.
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Jedno z tych miejsc Wrocławia, które od lat wywołują gorączkę wśród eksploratorów i .... dziennikarzy. Dlaczego? Co takiego jest w tym ogromnym obiekcie, że od lat przyciąga wszystkich zainteresowanych poszukiwaniami? Odpowiedź nie jest łatwa, ale spróbujmy ją odnaleźć.
Stadion powstał w latach 1926 - 1928, ponownie rozbudowywano go od roku 1936, prace odbywały się pod nadzorem znanego architekta Richarda Konwiarza. Prawdopodobnie w tym momencie zaczyna się legenda (lub połączenie legendy i rzeczywistości), bierze się to z faktu, że był on budowniczym obiektów wojskowych i bunkrów, w tym także tych, z którymi wiążą się inne podziemne legendy. Wróćmy jednak do samego stadionu, podczas przebudowy zmieniono nie tylko bramę główną, tak by mogły swobodnie przechodzić przez nią kolumny marszowe SA i sportowców, wybudowano wiele obiektów żelbetowych oraz ..... długi wał ziemny w miejscu przebiegu starej Alei Olimpijskiej. Dobudowano wieżę zegarową (kolejny sztandarowy punkt każdej legendy), prawdopodobnie w okresie wojny funkcjonowały także linie kolejki wąskotorowej, a pozostawione wolne przestrzenie (boiska) umożliwiały starty małych samolotów (zapewnie łacznikowe). Stadion nosił imię Hermana Goeringa, a odchodząca od niego ulica otrzymała nazwę Adolfa Hitlera. Do końca oblężenie stadion był pilnie strzeżony przez wojsko, posterunki wartownicze wystawiono w pewnej odległości od obiektu, ruch regulowano na podstawie imiennych przepustek.
Tyle bezspornych faktów, fakt z nimi się nie dyskutuje, jednak pojawia się bardzo wiele znaków zapytania. Zajmijmy się nimi jednak po kolei.
Pierwsza sprawa to nazewnictwo ulic. Rzeczywiście stadion zlokalizowano w znacznym oddaleniu od centrum, więc dlaczego nagle mała uliczka otrzymała imię "wodza"? Może jednak ulica nie była taka mała, przecież prowadziła do jednego z reprezentacyjnych obiektów miasta, co więcej miejsca gdzie odbywać się mogły (i odbywały) wiece, może właśnie dlatego taka nazwa? Kolejną sprawą jest legendarna wieża zegarowa. Z nią wiąże sie najwięcej przekazów. Jest jednym z miejsc, które wskazuje się jako wejścia czy wjazdy do podziemi. Czy rzeczywiście jest coś co może potwierdzać takie podejrzenia? Koronnym argumentem ma być wymieniona posadzka, zresztą jest to jedyne miejsce gdzie przed zakończeniem oblężenia dokonano takiej wymiany. Kontrargumenty? Owszem wielokrotnie pojawia się stwierdzenie, że teren na którym stoi większość obiektów jest zbyt grząski, że bliskość Odry powoduje niski poziom wód gruntowych i silne nasiąkanie ziemi. Niby wszystko jasne, tylko jest małe ale, po pierwsze jeśli ktoś chce, powiedzmy szczerze, bardzo chce coś wybudować pod ziemią, to nawej w sytuacji gdy wody gruntowe przeszkadzają to można sobie z tym poradzić, chociażby za pomocą systemu pomp. Drugim ale jest pływanie gruntu i jego niestabilność, jednak to też nie do końca jest problem, od lat znany jest system wzmacniania gruntu, jego stabilizacji, prosty i praktycznie niezawodny. jaki? :) Larseny, długie "pale" ze stali wprowadzane za pomocą kafarów w ziemię. Mały dowód? Owszem już prezentuję. Jeśli ktoś dobrze popatrzy w niektórych miejscach stadionu, w tym także w okolicy wieży zegarowej można odnaleźć ślady właśnie po takich Larsenach.

W bezpośrednim sąsiedztwie wieży znajduje się budynek WOS (nie wiem czy pod tą nazwą jeszcze funkcjonuje). W latach 70 - tych w jego pobliżu prowadzono prace związane z budową nitki do elektrociepłowni. W trakcie prac przypadkowo natrofiono na szeroką rurę odciętą tuż pod poziomem ziemi, tuż obok niej biegł przewód telefonoczny, który w trakcie prac został przecięty, ot taka mała pomyłka nie do końca poinformowanych pracowników. Wszystko jesne, ale.... ale nikt nie zgłosił awarii telefonów, po dokładniejszych oględzinach stwierdzono, że jest to jeszcze przewód kładziony przez poprzednich budowniczych, co więcej biegł on w stronę... no właśnie już pewnie domyślacie się, w stronę wieży zegarowej. Drugi koniec podążał w stronę kotłowni WOS i kończył się w jej murze. Nikt nigdy nie ustalił co łączył ów przewód, dlaczego przewody biegły od kotłowni do wieży, oraz czym była obcięta rura. Owszem można podejrzewać, że była ona tylko masztem, ale (jak lubię to słowo :)) ale by przeciąć ją tuż pod powierzchnią ziemi należało najpierw odkopać jej fragment, odciąć, a następnie zasypać, dlaczego tyle pracy wkładano by w nic nie znaczący maszt? Kolejną sprawą, o której także nie można zapomnieć to pogłoska, mówiąca, że po wojnie odnaleziono kilku podziemnych wejść, niestety zalanych wodą, co więcej, według tych samych przekazów po wojnie pojawiali się Niemcy, którzy usiłowali sprzedać za dość znaczne kwoty, informacje o podziemiach jakoby zlokalizowanych na głębokości 20-40 m pod płytą główną stadionu.
Wróćmy jednak do samego stadionu. Jest jeszcze jedno miejsce, które może nasuwać pewne pytania, Co więcej także w niedalekiej odległości od wieży. Otóż pomiędzy samym głównym obiektem a Odrą znajdują się pozostałości po pewnym obiekcie. Niestety jego przeznaczenie jest trudne do odczytania, został z niego praktycznie tylko fundament, ale jeden ze świadków twierdzi, że obiekt ten do złudzenia przypomina budowlę hydrotechniczną lub fragment oczyszczalni ścieków. Ładnie prawda, po co na terenie stadionu budować oczyszczalnię. Co więcej rury biegnące do rzeki, które odprowadzają wodę ze stadionu są wyjątkowo małe, a co więcej powyżej odprowadzenia jest przewód czerpania wody zdecydowanie większy. Wszystko sprawia wrażenie ujęcia wody, którą dostrczano do obiektu o jej sporym zapotrzebowaniu, a małym zwrocie.
Równie interesujący jest park otaczający stadion. Do końca lat 50-tych pełnił prawdopodobnie funkcję poligonu, zresztą jakoby miał się tu znajdować poligon przeciwlotniczy Wehrmachtu. W jednej z jego części ma się znajdować nawet płyta betonowa nieznanego przeznaczenia (choć przyznam szczerze pomimo poszukiwań nie udało mi się jej zlokalizować) z której kiedyś wystawały konstrukcje przypominające kominki. Do owej płyty prowadzić miała szeroka droga dojazdowa, która ma być widoczna do dnia dzisiejszego. Jedno z domniemanych wejść miało się właśnie znajdować w parku, niestety zalane tworząc jeziorko w jego centralnej części (niestety także nie jest zlokalizowane).
W całej historii stadionu pojawia się także kilka osób. Jedną z nich jest Stanisław Derkacz przed wojną zastępca okręgowego inspektora ochrony skarbowej w Stanisławowie. Po zakończeniu wojny znalazł się we Wrocławiu, gdzie zajmował się zabezpieczaniem mienia ukrytego przez Niemców.Według jego opowieści jedna z autochtonek opowiedziała mu, że jej mąż pracował w czasie wojny w podziemiach stadionu (prawdopodbnie pod płytą główną). Według jej opowieści na głębokości 40 metrów miał się znajdować podziemny magazyn, z windą prowadzącą z wieży zegarowej. Zbadano teren wokół stadionu i odnaleziono bunkier i szyb windy, niestety zasypany. Wokół samej wieży teren po wojnie pokrywały kretownice z desek, które zasypano ziemią, całość wyglądem miała przypominać ogromną szachownicę. Deski miały zabezpieczać tunel (wcześniej wspominano o windzie) zjazdowy do podziemi, przed osypywaniem się ziemi. Derkacz wspominał także o jednopiętrowym budynek w pobliżu, w którym widział poodrywane instalacje. Miały się w nim także znajdować agregaty, maszyny, przewody nieznanego przeznaczenia, stanowiska sterowania. Później prawdopodobnie Rosjanie usunęli te przewody, mogły mieć one związek z windą. Derkacz wspomina także o bunkrze zlokalizowanym pomiędzy stadionem a Zalesiem, a także o wejściu w pobliżu bramy nr 24. W czasie wojny widywano tu niemieckich żołnierzy, którzy mieli zjeżdżać do podziemnego magazynu windą. Zaraz po wojnie bunkier został wysadzony, potem resztki systematycznie zasypywano śmieciami. Ponoć nawet przez jakiś czas widywano Niemców, którzy usiłowali dostać się do ukrytego pod płytą stadionu magazynu. Derkacz w rozmowie z powojennym kierownikiem stadionu (młodym porucznikiem) usłyszał o Niemcach z walizkami próbujących dostać się do tuneli przy wieży. Porucznik przepędził ich i sam zaczął szukać. Niestety ów porucznik miał wypadek, całkiem możliwe, że próbował dostać się do podziemi. Derkacz został w międzyczasie przeniesiony na inne stanowisko i do sprawy nie wracał.
Jest jeszcze jedna osoba związana z opowiesciami o stadionie, jest to Andrzej Skrzypczak - po wojnie główny energetyk stadionu. Część informacji o podziemiach miał otrzymać od ..... syna projektanta obiektu, Konwiarza. Według tych informacji pomieszczenia dla komendantury stadionu i orkiestry zlokalizowano pod ziemią. Podczas pracy oczywiście poszukiwał tych pomieszczeń, ale niestety bezskutecznie, choć przepraszam był jeden skutek, podczas poszukiwań odkryto pod płytą piłkarską kable zasilające, wiodące .... w głąb ziemi.
Lech Gołembiewski były przedstawiciel Miejskiego Inspektoratu Obrony Cywilnej we Wrocławiu, próbował weryfikować gromadzone informacje dotyczące stadionu, co więcej przeprowadzono nawet pewne prace poszukiwawcze w wieży zegarowej. Po kilku godzinach wierceń udało się przebić przez posadzkę o grubości 1,20 m, zrobioną ze zbrojonego betonu. Pod nią znaleziono piasek, co jest o tyle dziwne, że nie występuje on w innych miejscach na tej głębokości, całkiem możliwe, że zrobili to Rosjanie, ale ... ale tych ale jest zbyt wiele by coś percyzyjnie wyjaśnić.
Na koniec należy zadać sobie podstawowe pytanie "dlaczego stadion?". Odpowiedź jest całkiem prosta, jako teren neutralny stanowił doskonały kamuflaż dla obiektu magazynowego lub produkcyjnego. A prace związane z rozbudową stadionu stanowiły dobrą przykrywkę do głębszych "modernizacji".
Co zostało z dawnego stadionu? Cóż przykro powiedzieć, ale niestety stadion ginie, owszem odbudowany, ale niestety powoli popada w ruinę, a szkoda.
Cóż jeszcze można dodać? Tylko tyle, że obojętnie czy rzeczywiście coś jest w podziemiach, czy może są one tylko wymysłem powojennych "klimatów" w stadionie jest to "coś". Coś co powoduje, że jest doskonałym miejscem spacerów, spotkań, czy po prostu miejscem, gdzie można odetchnąć od zgiełku miasta. Szczególnie polecam go w nocy, gdy praktycznie nikt już nie urzęduje, kończą się ostatnie spotkania przy piwie, pozostaje tylko noc, nieliczne latarnie i gwiazdy, oczywście nie należy zapomnieć, że zawsze towarzyszy nam tam tajemnica, ale jak każda kobieta jest pociągająca i niechetnie zdradza swoje sekrety, natomiast zawsze w jej towarzystwie czujemy się wyśmienicie ;)
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Kolejna próba odnalezienia sztolni nad tunelem, dobry poszukiwacz ze mnie :), tyle razy już tu byłem, tyle razy szukałem i nic, ale tym razem nie popuszczę. Uzbrojony w bardzo orientacyjny opis i niby mapkę terenu udałem się w towarzystwie równie doświadczonego poszukiwacza, czyli mojej lepszej połowy, w masyw Wołowca z mocnym postanowieniem odnalezienia czegoś, czego chyba tylko przedszkolaki jeszcze nie widziały. Po w miarę bezproblemowym dojeździe (większy kawałek trasy po Wałbrzychu znam już chyba na pamięć) i zostawieniu samochodu na pastwę działkowiczy wyruszyliśmy uzbrojeni w źródła światła, nieodłączne kaski i coś cieplejszego na kark.
Droga całkiem przyjemna w bardzo wielu miejscach połacie lub całe fragmenty asaltu (swoją drogą ciekawe jak kiedyś podjeżdżały tędy samochody, przecież nachylenie jest dość znaczne), mijamy kolejne odcinki ostro rozgladajac się wokół szukając pierwszego znaku, którym miał być plac porośnięty trawą. Kolejne metry podejścia a placu, a co najgorsze śladów sztolni ani widać. W ten oto sposób pokonując kolejne odcinki dotarliśmy do ...wielkiego placu porośniętego trawą, w pierwszej chwili wyrwało mi się "bingo!!! jest pierwszy trop" tylk odlaczego po jednej stronie mam plac z trawą, a z drugiej konstrukcję do zsypywania kamienia na pojazdy? Chwila konsternacji, coś niepokojącego zaczyna kiełkować mi w głowie, rzut oka na mapę i mam odpowiedź.
To nic innego jak ..... kamieniołom. Wrrrr... kamieniołom według mapy znajduje się już po drugiej stronie tunelu, czyli znów przeszliśmy nie dostrzegając naszego celu. Chwila przerwy i wracamy, znów dokładnie spoglądamy na boki, czasami zejdę gdzieś z drogi by przeszukać pobliskie zagłębienia, ale jedynym efektem jest.. garść poziomek i liczne ślady po pokrzywach, niestety lato, choć bardziej powinienem powiedzieć wczesna wiosna, nie są dobrym okresem na zmagania się z zielskiem porastającym obficie zbocza. Docieramy do pewnego miejsca, które zdaje się być obiecujące, wyciągam plan i to coś na czym miałem zaznaczone orientacyjną lokalizaję sztolni. Niby część się zgadza, jest parów, jest przepust, wprawdzie w innym miejscu, ponieważ przecina drogę a nie powinien, ale sprawdzimy. Wybieram drogę w górę w zdłuż parowu, idzie się trochę gorzej, teren grząski, ostro pod górę, niby nie są to przeszkody, ale zaczyna kiełkować pytanie, jeśli pieszo idzie się dość opornie, to jak wniesiono sprzęt niezbędny do budowy i co zrobiono z urobkiem, przecież nikt go nie wynosił w plecakach czy kieszeniach? Niestety parów kończy się ślepo, nigdzie śladu sztolni, nawet najmniejszego. Wracamy, niestety pozostaje wrócic do początku drogi, tylko co dalej, znów pod górę tą samą drogą, przecież robię to nie pierwszy raz i do tej pory nie znalazłem śladów sztolni, ale nic to, wracamy. Po raz kolejny ostro rozglądamy się na boki, moje Szczęście Ślubne przez lata przyzwyczajone i wyszkolone w wynajdywaniu betonowych pozostałości w terenie także pilnie przepatruje okolice co rusz schodząc z drogi na lewo i prawo, niestety bez efektu.
W taki oto sposób znaleźliśmy się prawie na samym początku i nagle, małe olśnienie, przecież to na co patrzę to pagórek z wybraną jedną stroną, rzeczywiście prowadzi do niego coś na kształt drogi, tylko że wąskiej. Szybka decyzja i już przedzieram się przez gąszcz badyli porastających skraj drogi, chwila cierpienia (niestety były wysokie pokrzywy, których nie zauważyłem) i już jestem na ścieżce, po lewej stronie widzę przepust wodny, a po prawej.... scieżkę zakończoną jamą w ziemi, tuż przed nią leży kawałek kamionkowej rury. Jest, nareszcie, choć wystarczyło spytać każdego tubylca lub przedszkolaka, może było by łatwiej ale co tam, nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, najważniejsze, że znaleźliśmy.
Decyzja oczywiście jedna, wchodzę, brzmi jakbym po raz pierwszy zagłębiał się w niezbadane wnętrza piramid, a nie w miejsca gdzie bywają nawet dzieci. Ale nic to wchodzę, a właściwie wpełzam do środka i już po pierwszych krokach znajduję !!!!.... ślady pobytu degustatorów tanich win i innych napojów wysokoenergetycznych. We wnęce wykutej w skale leży pusta flaszka. Kolejne kroki, tym razem bez tego typu znalezisk i rzeczywiście sztolnia wygląda interesująco. Nigdy nie służyła do wydobycia urobku, zresztą w tym miejscu nie ma specjalnie czego wydobywać, jej przeznaczenie musiało być zupełnie inne. Kolejne kroki stawiane mimo wszystko ostrożnie i nagle przed oczami mam na stropie znak, z odległości i słabym świetle czołówki przypomina raczej symbol Templariuszy lub innego zakonu, jednak dokładniejsze oględziny rozwiewają marzenia, to pozostałość po zagłębieniu wiertła. Dochodzę do końca korytarza, do miejsca owianego legendą, że oto w tym bajorku jest rozwiązanie zagadki zaginionej centrali Rudiger. Oczywiście zagadka dalej pozostała nierozwiązana, ale przynajmniej mogłem przyjrzeć się jej z bliska, zobaczyć to o czym pisują nawet dość podrzędne gazetki.
Sztolnia wykonana jest w litej skale, gdzieniegdzie na ścianach i stropie można zobaczyć pęknięcia i zarysowania, ale generalnie cały obiekt sprawia wrażenie bezpiecznego. Za wyjątkiem bocznych komór i oczywiście pionowego szybu zalanego wodą nie ma w niej innych śladów. Pewne zastanowienie może budzić fakt obłożenia cegłą odcinka znajdującego się tuż przy wejściu, ale wyjaśnienie wydaje mi się dość proste, prawdopodobnie by zabezpieczyć wejście przed osypywaniem się gruntu fragment łączący wejście z samą sztolnią został w ten sposób zabezpieczony. Dość ciekawie natomiast wygląda sama okolica, po pierwsze w terenie można znaleźć pozostałości rur kamionkowych, możliwe że służących do odwodnienia, po drugie tuż obok parowu, który powstał podczas drążenia sztolni są słupki granitowe, które mogą świadczyć o istnieniu w tym miejscu odgałęzienia drogi, a co najciekawsze tuż obok sztolni znajduje się miejsce noszące ślady wybrania gruntu, co może wskazywać na próby drążenia jeszcze jednego chodnika lub .... na fakt zasypania już istniejącego fragmentu. Ale cóż tą kwestię pozostawiam do zbadania miejscowym zapaleńcom (ukłony chociażby dla WGS:) ).
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Wracam z uporem maniaka do mojego miasta rodzinnego :). Tak Wrocław od lat budzi emocje nie tylko wśród eksploratorów, ale także ludzi zajmujących sie profesjonalnie historią i archeologią. Dlaczego? Odpowiedź wydaje mi się dość prosta, miasto od wielu wieków rozwijało się bardzo dynamicznie, tworząc nie tylko ośrodek ekonomiczny ale także administracyjny. Logiczną konsekwencją było pojawienie się kolejnych teatrów i miejsc rozrywki, wszystko to pozostawiło swój ślad, nie zawsze widoczny na pierwszy rzut oka, ale wystarczy dobrze rozglądnąć się wokół by dostrzec pozostałości świetności miasta. Dodajmy do tego liczne wojny, wprawdzie nie wszysttkie na szczęście zawitały do miasta, ale które zawsze w jakiś sposób odcisnęły swoje piętno na jego wyglądzie. Doskonale widać jak zmieniała się koncepcja obrony miast, jak kolejne nowinki techniczne doprowadzały do zmian w budownictwie fortyfikacyjnym, oczywiście nie wszystko pozostało do naszycjh czasów, niekiedy kolejny władcy sami burzyli poszczególne dzieła obronne, nie kiedy zaś zdobywcy postanawiali osłabić potencjał obronny miasta.
Samo miasto na przestrzeni ostatnich 150 lat najbardziej ucierpialo w okresie ostatniej wojny długotrwałe walki doprowadziły wiele dzielnic do kopletniej ruiny do tego stopnia, żeoglądając stare fotografie niekiedy nawet trudno rozpoznać niektóre miejsca Kolejnym etapem zniszczenia była odbudowa kraju ze zniszczeń wojennych i sprawnie organizowana akcja odbudowy Warszawy. Tak to właśnie spowodowało, że niszczono kolejne budynki w celu pozyskania cegieł, wywozono dzieła sztuki, owczywiście te które pozostały po wizytacji "zaprzyjaźnionej armii czerwonej" nawet napływający osadnicy traktowali miasto bardzo tymczasowo, obawiając się powrotu niemieckich osadników. Dodajmy do tego genialne pomysły socjalistycznych budowniczych, którzy próbowali z różnym skutkiem połączyć swoje koncepcje z zabytkową zabudową. Na swoisty deser wypada zostawić pomysły ostatnich 20 - 30 lat ze "wspaniałymi" wieżowcami (przykładem niech będzie plac Grunwaldzki). Ale materiał nie miał być o architekturze, a o fortyfikacjach, dlatego już wracam do tematu. Tym razem chciałby opowiedzieć o pozostałościach wzniesionych na przełomie XIX i XX w, praktycznie w przededniu I wojny światowej.
Generalne złożenie fortyfikatorów opracowujących plany obrony miasta sprowadzało sie do zatrzymania ewentualnego przeciwnika na dalekich przedpolach lub na naturalnych przeszkodach zlokalizowanych w terenia. Wrocław jest otoczony rzekami, których przebieg w sposób naturalny skłania do wykorzystania ich jako ewnetualne rubieże obronne. Od Północy i wschodu płynie rzeczka Widawa, miasto przecina Odra, natomiast na południu i zachodzie położona jest Ślęza. To właśnie w oparciu o tnie budowano liczne dzieła obronne, zarówno fortyfikacje jak i urządzenia hydrotechniczne, które miały pomóc w podniesieniu poziomu wody i zalaniu podejść pod stanowiska. Właśnie Lisia Góra jest przykładem takiego budownictwa.
Zlokalizowana na północno wschodnim krańcu miasta, tuż przy Widawie, Zlokalizowanu tu fort piechoty, wybudowany około 1910 roku, w jego składzie znajduje się chron głównego, który powstał wcześniej bo już około 1890 roku, oraz schrony wartowni i schronu obsługi. Całość otoczona przygotowanymi żelbetowymi stanowiskami strzeleckimi.
Lokalizacja, oddzielenie obiektów od potencjalnego przeciwnika przeszkodą wodną, oraz odpornośc obieku powodowały, że był on niezwykle trudny do zdobycia. Ale życie oczywiście potrafi robić niespodzianki. W czasie pierwszej wojny światowej Wrocław nie byl areną działań wojennych. Zniszczenie nadeszło dopiero wiele lat po wybudowaniu stanowisk. Jednak także wtedy, gdy do granic miasta zbliżały się wojska rosyjskie umocnienia Lisiej góry nie przydały się do obrony. Psie Pole zostało zajęte szybkim marszem przez przeciwnika, który wbrew oczekiwaniom dowództwa obrony Wrocławia nie próbował przerwać się przez linię umocnień na Widawie, tylko zaczął wykonywać manewr oskrzydlający miasto. Na nic zdały się pieczołowicie rozbudowywane schrony i bunkry, na nic zdała się ewakuacja mieszkańców wschodnich dzielnic, która przeprowadzona naprędce pociągnęła za sobą liczne ofiary mrozu, pomimo tych wszystkich środków północno wschodni skraj obrony nie był atakowany.
Do dnia dzisiejszego cały obiekt przetrwał w całkiem dobrym stanie, przez wiele lat będąc pod kuratelą wojska, a następnie OC, stopniowo zaczął popadać w ruinę, stając się lokalnym wysypiskiem śmieci, doskonałym miejscem do konsumpcji wykwintnych 'win', a od wielu lat także doskonałym źródłem zaopatrzenia w materiał dla złomiarzy. W chwili obecnej wejścia są albo zamurowane, albo mają wstawione kraty przypominające te z MRU.
============================== ============================== ====
Mam szczęście mieszkać w miejscu, w pobliżu którego, podczas II wś nastąpiło przełamanie frontu. Z okien domu widzę las, w którym do dziś można zobaczyć pozostałości minionej wojny w postaci betonowych schronów piechoty, stanowisk karabinów maszynowych i umocnień ziemnych. Kilka minut szybkiego marszu od mojego miejsca zamieszkania znajduje się krawędź pradodoliny Wisły w postaci skarpy długości kilkunastu kilometrów. Poniżej rozciąga się widok na zakole Wisły i wzgórza zamykające pradolinę po drugiej stronie rzeki. Widok jest piękny. Niekiedy staram się wyobrazić sobie to miejsce kilkadziesiąt lat wcześniej. Widzę wówczas kilka radzieckich dywizji okopanych na przyczółku wielkości kilku kilkunastu kilometrów kwadratowych, mających za osłonę tylko rowy odwadniające pola i nieliczne drzewa wzdłuż dróg. Widzę również kilkanaście tysięcy niemieckich żołnierzy okopanych na naprzeciwległych wzgórzach i próbujących ciągłymi atakami zepchnąć Rosjan do Wisły...
Na początku stycznia 1945 r. dla radzieckiego dowództwa było jasne, że aby zająć Pomorze, niezbędne jest opanowanie terenów wokół Grudziądza i zdobycie, do tej pory niezwyciężonej, Festung Graudenz. Tylko raz w swej całej historii twierdza była o krok od zdobycia - podczas wojen napoleońskich. Od całkowitej zagłady uratowało ją wówczas podpisanie traktatu pokojowego pomiędzy Francją a Prusami (w 1807 r.). Dowództwo radzieckie zakładało okrążenie twierdzy i jej blokadę; tym samym planowano stosunkowo niewielkimi siłami związać sporych rozmiarów garnizon niemiecki ukryty wewnątrz cytadeli. Aby tego dokonać, wojska 65 Armii musiały sforsować Wisłę i zamknąć pierścień okrążenia po obu stronach rzeki. 25 stycznia 1945 r. oddziały 354 DP z marszu, po lodzie, przekroczyły Wisłę na południe od Grudziądza i okopały się na niewielkim przyczółku, jednocześnie wypierając stamtąd oddziały 252 dywizji niemieckiej. Niemcy widząc nadciągające ogromne zagrożenie ściągnęli w rejon przeprawy kilka tysięcy dodatkowych żołnierzy, w tym oddziały pancerne. Rozpętało się piekło. Przez kilka kolejnych dni na pozycje radzieckie wychodziły atak za atakiem. Rosjanie mając do dyspozycji tylko lekką artylerię i karabiny maszynowe odparli kilka pancernych ataków i nie dali się zepchnąć do Wisły. W tym czasie saperzy z 14 armijnej brygady inżynieryjnej w 30-stopniowym mrozie ścinali drzewa w pobliskich lasach i organizowali kolejne przeprawy lodowe. Na zamarzniętej rzece układano ścięte drzewa i polewano je wodą z przerębli � konstrukcja ta była zadziwiająco wytrzymała, do tego stopnia, że możliwa była przeprawa cięższego sprzętu. W 56 godzin saperzy zbudowali pierwszy prowizoryczny most, po którym mogły się przeprawić czołgi T-34. Przeprawy były ostrzeliwane 24 godziny na dobę. Dodatkowo wiał silny wiatr, padał gęsty śnieg i temperatura spadała poniżej 30 stopni. A Rosjanie szli do przodu...
Wszystko to widział jeden z tysięcy niemieckich żołnierzy siedzący w stosunkowo bezpiecznym stanowisku strzeleckim na krawędzi górującego nad doliną wzniesienia. Widok był niesamowity. Jak tylko okiem sięgnąć, na dnie doliny, widział tysiące czarnych punkcików. Obiekty te doskonale odcinały się na nieskazitelnej bieli śniegu. Niemieccy snajperzy nie mieli większych problemów ze znalezieniem celu. Rosjanie nie mieli praktycznie żadnej osłony. Z godziny na godzinę na przyczółek ściągano dodatkowe radzieckie pułki, które były stłoczone na stosunkowo niewielkim obszarze. Niemieccy artylerzyści również zbierali obfite żniwo. 29 stycznia nagle nastąpiło gwałtowne ocieplenie. Część prowizorycznych przepraw zniosła wezbrana Wisła; jednak radzieccy saperzy właśnie kończyli budowę drugiego masywnego mostu (wbijając pale ręcznymi kafarami w dno rzeki na głębokość 6 m.); 31 stycznia przez ten most przejechały pierwsze 45 tonowe czołgi IS-2. Również 31 stycznia ruszyło potężne natarcie niemieckich oddziałów wspartych przez jednostki pancerne. Natarcie to załamało się jednak. Obserwujący to wszystko wspomniany wyżej niemiecki żołnierz piechoty, zaczął wątpić w swój szczęśliwy powrót do domu. To, co jeszcze kilkanaście dni temu wydawało się niemożliwe, stało się faktem. Rosjanie wdzierali się na skarpę. Wokół padali kolejni jego koledzy, z którymi przeżył wiele bitew, sytuacja wydawała się beznadziejna.. bo była beznadziejna. Nie wiedział tylko, ze jeden z tysięcy wystrzelonych w jego kierunku radzieckich pocisków kal. 7,62 przeznaczony jest dla niego. Nagle coś nim szarpnęło, powoli ucichły dźwięki i zapadła ciemność; wszystko, co działo się wokół przestało być istotne..
2 listopada tego roku wybrałem się na mały rekonesans do pobliskiej miejscowości. Doszły mnie do mnie informacje o nowych krzyżach w pobliżu skarpy, chciałem zobaczyć jak to wygląda w terenie. Po przybyciu na miejsce okazało się jednak, że nie przybyło nowych mogił. Rozejrzałem się wokół i coś mnie tknęło.. Na długości kilku kilometrów, przy krawędzi skarpy, można znaleźć setki stanowisk i rowów strzeleckich. W tym miejscu, gdzie stałem jednak ich nie było, nie znalazłem ani jednego.. Wyciągnąłem wykrywacz, wiedząc, że teren jest wyjątkowo dokładnie przeszukany - w końcu po coś go zabrałem, może coś się trafi, i się trafiło.. Po znalezieniu kilku magazynków do G43 i niemieckiej maski przeciwgazowej pomyślałem, że wystarczy szukania na ten dzień; podszedłem jeszcze do krawędzi skarpy i nagle wyłapałem słaby sygnał. Sygnał był słaby, ale �głęboki�. Po dłuższej chwili kopania, na głębokości 0,5 m., wyłonił się charakterystyczny kształt niemieckiego pojemnika na maskę, po chwili światło dzienne ujrzał kolejny pojemnik. Pamiętam, miałem wówczas przeczucie, że nie znajdę tam tylko pojemników. Przeczucie mnie nie zawiodło; po chwili na dnie dołu ukazały się ludzkie kości. Pierwszy raz (po kilku latach szukania) znalazłem szczątki niemieckiego żołnierza. Po dłuższej chwili zastanowienia i telefonicznej rozmowie ze znajomym podjąłem decyzję. Jeżeli ja tego nie zrobię, zrobi to ktoś inny, i to najprawdopodobniej w mniej subtelny sposób. W zasadzie wiedziałem jak przeprowadza się podobne �prace�, kilka razy byłem świadkiem odsłaniania pochówków niemieckich żołnierzy podczas prowadzonych niedaleko robót na trasie przyszłej autostrady. Zasada jest jedna � należy odsłonić cały grób, aby uniknąć sytuacji, w której możliwe byłoby zdekompletowanie szkieletu. Część ludzi znajdujących groby niemieckich żołnierzy po prostu wyciąga kości �jak leci� z grobu, a potem ponownie tam je wrzuca.. Pomijam tutaj fakt, że pewne kości są bardzo małe i łatwo jest je przeoczyć, w tym momencie chodzi przede wszystkim o moralny aspekt całej sprawy. Po prawie dwóch godzinach odsłoniłem cały grób i co ujrzałem.. Na dnie leżał szkielet w pozycji wyprostowanej, na wznak; ręce miał ułożone mniej więcej wzdłuż tułowia, lekko zgięte w łokciach; głowa położona była wyżej od kończyn dolnych. W rejonie stóp znajdowały się dwa otwarte pojemniki na maskę przeciwgazową w pozycji zbliżonej do pionowej; po lewej stronie miednicy leżała wyciągnięta z jednego z pojemników maska. Na wysokości szyi, przesunięty w lewą stronę, znajdował się nieśmiertelnik (zachowały się na nim resztki materiału). W pobliżu nieśmiertelnika znajdowała się stalowa odznaka za rany, na której również zachowały się resztki materiału. Powyżej miednicy, po prawej stronie, leżał drugi nieśmiertelnik w skórzanym etui, zachowany w doskonałym stanie; w jego pobliżu znajdował się stalowy nóż i pęknięty w połowie gwizdek z tworzywa sztucznego. W rejonie czaszki znalazłem kilkanaście regulaminowych guzików do munduru niemieckiego (groszkowe). Na długości całego szkieletu znalazłem duże jasno-szare guziki, najprawdopodobniej od płaszcza.
I co z tego wynika.. Odkrycie przy zmarłym gwizdka najprawdopodobniej świadczy o tym, że był dowódcą plutonu/drużyny. żołnierz ten zmarł na skutek postrzału w głowę � dziura po kuli kal. 7,62 mm znajdowała się centralnie w szczytowej partii czerepu (innymi słowy na środku głowy, z góry). Został ułożony przez kogoś na dnie stanowiska; najprawdopodobniej nie został tam wrzucony; zabrano mu buty (buty w grobach zachowują się z reguły dobrze, tutaj nie znalazłem nawet śladu po butach). Najprawdopodobniej miał pod głowa złożoną bluzę mundurową � stąd znalezione w rejonie czaszki guziki (wyłącznie w rejonie czaszki, w całym grobie znalazłem tylko jeden guzik w innym miejscu). Ciało najprawdopodobniej zostało przykryte płaszczem - stąd duże, szare guziki znalezione na długości całego szkieletu. Po złożeniu ciała wewnątrz stanowiska wrzucono tam również dwa pojemniki z maskami. Te najprawdopodobniej zostały stamtąd wyciągnięte i sprawdzono, co znajduje się w środku (oba były otwarte i z jednej wyciągnięto maskę), najprawdopodobniej ktoś znalazł obok ciała pojemniki, po otwarciu pierwszego znalazł tam maskę, wyjął ją, zobaczył, że nic poza tym nie ma w środku i wyrzucił obok ciała; otworzył również drugi pojemnik � zobaczył, ze w środku również jest maska i rzucił nie wyciągając maski. Przed zasypaniem grób wnikliwie �ograbiono�. żołnierz nie miał broni, hełmu, bagnetu, pasa, ładownic, chlebaka i jak już wspomniałem � butów. Dziwi mnie jednak jeden szczegół - jeżeli ułożono ciało �intencjonalnie�, tj. nie wrzucono je tam byle jak i ułożono pod głową bluzę mundurową (lub �coś� co miało przyszyte niemieckie guziki) to wszystko wskazuje, że ułożono tam rannego. Na to, że w dole ułożono rannego wskazuje również fakt znalezienia przy szkielecie nieśmiertelnika (w kilkunastu grobach niemieckich żołnierzy znalezionych przy pracach na pobliskim pasie autostrady znaleziono tylko jeden nieśmiertelnik � świadczy to o zabieraniu zmarłym blaszek pośmiertnych, i to w całości � nie przełamywano ich). Ranny jednak nie jest człowiek postrzelony od góry w sam środek czaszki � jest od razu martwy. Ułożenie szkieletu pośrednio świadczy, że żołnierz ten został najprawdopodobniej postrzelony z góry; nawet gdyby wychylił się z okopu i został trafiony to najprawdopodobniej postrzelony by został w czoło lub część twarzową głowy. Wiele śladów przemawia za tym, że człowieka tego dobito z góry w momencie, gdy już ranny leżał na dnie stanowiska. Wewnątrz pokrowca, w którym znajdował się drugi nieśmiertelnik znajdował się odcięty kosmyk włosów koloru brązowego. Włosy te wyglądały, jakby je odcięto kilka dni temu.. Najprawdopodobniej nieśmiertelnik został zabrany innemu poległemu, być może bliskiemu koledze - mocno sugestywny jest tutaj odcięty kosmyk włosów, tylko tyle mógł zabrać ze sobą poległy za życia..
Być może zastanawiacie się, dlaczego w opisywanym miejscu znalezienia grobu nie ma czytelnych w terenie stanowisk.. W/g mnie są tam, jest ich tam mnóstwo, tyle że są zasypane. Na początku lutego 1945 r. ziemia była mocno zmarznięta, nie kopano wtedy grobów, ponieważ Niemcy sami je sobie wykopali � zostali pochowani we własnych stanowiskach. Patrząc dzisiaj na dolinę Wisły z krawędzi skarpy nie mogę uwierzyć, że Rosjanie przedarli się przez tą niemiecką zaporę; w dole do dziś nie widać nic poza rowami odwadniającymi, pojedynczymi gospodarstwami i drzewami wzdłuż dróg i rowów. Na górze natomiast krajobraz z roku na rok się zmienia. Co jakiś czas wyrasta tam nowy krzyż.
Znaleziony przeze mnie niemiecki żołnierz został oczywiście ponownie pochowany; kości zostały złożone do pojemników, usypana została mogiła i postawiony został krzyż. Wyżej napisane słowa powinny wielu z was uświadomić, jak ważne jest prawidłowe podejście do pochówku, w kontekście późniejszej ewentualnej interpretacji pewnych faktów, które dla rodzin poległych mogą być bezcenne. W kilka dni później do niemieckiej organizacji (WAST) wysłałem wiadomość o znalezieniu grobu, następującej treści:
Szanowni Państwo
Dnia 2.11.2003 r. w miejscowości (X) koło Grudziądza;
woj. Kujawskopomorskie (Polska) (X, Graudenz, Polen)
zostały znalezione zwłoki niemieckiego żołnierza.
Na wysokości szyi znajdował się nieśmiertelnik:
2194
Stamm Kp. I.E.B. 82
A
(nieśmiertelnik ten należał do pochowanego)
Przy zwłokach znaleziono też drugi nieśmiertelnik koło kości miednicy w skórzanym pokrowcu:
St. Kp. / Kf. Ers. Abt. 2
2349
0 (wybite w tylnej części)
Wewnątrz pokrowca poza nieśmiertelnikiem znajdowała się zniszczona kartka papieru oraz kosmyk włosów koloru ciemny brąz. Nieśmiertelnik ten nie należał do pochowanego; najprawdopodobniej został zabrany innemu poległemu żołnierzowi.
Na miejscu znalezienia zwłok została usypana mogiła i postawiony krzyż; proszę o kontakt w celu ewentualnego przeniesienia zwłok na cmentarz wojenny.
e-mail:
i tu mój podpis + zdjęcia
Odpowiedzi do dziś nie otrzymałem, podobno wymaga to czasu z ich strony.
W znalezionym przeze mnie grobie spoczywa żołnierz z kompani kadrowej 82 zapasowego batalionu piechoty; jego kolega służył w sztabie 2 zapasowego batalionu samochodowego.
Dziś po przeprawie pozostał olbrzymi podjazd, �wyrobiony� przez radzieckie pojazdy pancerne, ciężarówki i działa. W okolicznych gospodarstwach można zobaczyć elementy mostów pontonowych i radziecką ciężarówkę z czasów wojny. W styczniu i lutym 1945 r. w okolicach Grudziądza poległo ok. 5-6 tysięcy żołnierzy niemieckich. Większość z nich nie leży na cmentarzach wojennych. Od czasu znalezienia pierwszego grobu odkryłem dwie kolejne mogiły żołnierzy niemieckich. Nie mieli nieśmiertelników. Szanse przeniesienia ich na cmentarze wojenne, w świetle niemieckich przepisów, są zerowe.
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|