|
|
|
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Czy szachy mogą być zabójczą grą? Czy szachownica może być narzędziem zbrodni? Ta spokojna gra nie wyzwala chyba w ludziach tak skrajnych emocji jak gniew, złość, nienawiść. Przecież szachista to nie bokser. Ale tak może się tylko wydawać. Już w średniowieczu wiadomym było, że i gra w szachy wyzwala najniższe ludzkie instynkty i prowadzi do zbrodni.
Z literatury tamtego okresu znamy wiele przykładów, kiedy szachy stawały się narzędziem zbrodni lub znajdowały się w centrum wydarzeń, które do zbrodni prowadziły. Jeden z francuskich romansów z XIII wieku mówi o zdarzeniu do którego doszło na dworze cesarza Karola Wielkiego. W Wielkanoc do partii szachów usiedli syn cesarza Cherlot i młody rycerz Baldwin, syn jednego z najlepszych cesarskich rycerzy Ogiera Duńczyka. Szachowy pojedynek wygrał Baldwin. Cesarski syn urażony porażką obrzucił Baldwina i jego ojca wyzwiskami, po czym chwyciwszy szachownicę, uderzył nią z całą siłą młodego Baldwina w skroń, zabijając go na miejscu. Wasal nie powinien był wygrywać z seniorem, gdyż to wzbudziło w nim niepohamowany gniew. Cesarski syn ukarał zuchwalca śmiercią, wykorzystując do tego nie miecz, ale szachownicę. Podobną historię „sfabrykował” w 1160 roku mnich z klasztoru Tegernsee, Metellius. Tym razem, syn Pepina króla Franków przegrał partię szachową z niejakim Okariusem, po czym chwycił szachową wieżę i uderzył nią w skroń przeciwnika kładąc go trupem na miejscu. Znów zginął ten, który złamał, przekroczył zasady feudalnego porządku.
Interesujący w tym względzie jest też angielski romans z końca XIV wieku opowiadający o kłótni królewicza Jana z niejakim Foukiem podczas gry w szachy. W wyniku kłótni, pomiędzy rycerzami doszło do bójki. Jan uderzył Fouka szachownicą w głowę, na co ten ripostował i kopnął królewicza w brzuch z taką siłą, że ten na chwilę zasłabł. Odzyskawszy siły, królewski syn poskarżył się ojcu na zachowanie rycerza. Henryk II zamiast stanąć po jego stronie, skarcił go za donosicielstwo i jeszcze dodatkowo ukarał. Jan znienawidził Fouka jeszcze bardziej i do końca życia tę nienawiść w sobie nosił. W przedstawionych sytuacjach szachy były narzędziem ofensywnym, przy ich pomocy dokonywano lub próbowano dokonać zbrodni. Były jednak również przypadki użycia szachów w obronie własnej. O tym także wspomina średniowieczna literatura. Ciężka szachownica i piony do gry były używane przez grających do obrony przed zagrożeniami zewnętrznymi. Jeden z karolińskich romansów mówi o tym, że podczas gry do komnaty hrabiego Normandii Ryszarda, wpadli rycerze z zamiarem aresztowania go. Nie udało im się to, gdyż Ryszard użył szachownicy jako broni, uderzając nią po kolei wszystkich napastników i „załatwił” ten sposób sprawę aresztowania.
Zdarzenia te nie były tylko i wyłącznie fikcją wymyśloną przez pisarzy średniowiecznych. Z ksiąg sądowych angielskiego sądu królewskiego czasów Henryka III (1216-1272) znamy dwie sprawy „kryminalne” związane z szachami. Pierwsza dotyczyła zdarzenia z 16 sierpnia 1254 roku. Tego dnia na partii szachów spotkali się dwaj rycerze: Wilhelm z Wendene i Robert syn Bernarda. Doszło miedzy nimi do kłótni. Do akcji wkroczył giermek Roberta chcący bronić swego pana, ale Wilhelm był szybszy i ugodził go nożem w brzuch. Giermek zmarł. Wilhelm zbiegł z miejsca zbrodni i nie został pojmany. Sąd nakazał ścigać rycerza-mordercę. Jeszcze gorzej było 5 lipca 1266 roku kiedy to rycerz Dawid z Bristolu rozgrywał partię szachów z Julianną żoną Ryszarda le Cordwaber. Podczas rozgrywki doszło do kłótni i Dawid ugodził nożem kobietę w udo. Doszło do uszkodzenia tętnicy i kobieta wykrwawiła się na śmierć. Sprawca zbrodni zbiegł. Sąd nakazał jego ściganie. W obu przypadkach do zbrodni doszło podczas gry w szachy. Nie wiadomo, czy kłótnie w konsekwencji których doszło do morderstw dotyczyły sytuacji na szachownicach, ale nie można tego wykluczyć.
Szachów używano również jako przynęty, gdy knuto różne intrygi, a ich celem mogła być zbrodnia. Angielski romans „Gui of Warwick” przytacza opowieść o rycerzu, który odwiedza dwór cesarza w Konstantynopolu i rozgrywa tu partię szachów z rządcą cesarskim, mściwym i podstępnym Morgadourem. Obecna przy rozgrywce była też piękna córka cesarza. Kiedy Morgadour przegrał kilka partii, postanowił się zemścić. Zostawił Gui’a z córką cesarza w komnacie i zawiadomił władcę, że rycerz zgwałcił jego córkę. Cesarz nie dał jednak wiary tym „rewelacjom”. Niezrażony rządca wmówił więc Gui’owi, że cesarz chce go zabić i ułatwił mu ucieczkę z zamku. W ten sposób pozbył się niewygodnego konkurenta na dworze. Szachy posłużyły też w XIV wieku sir Wilhelmowi de Graville do zdobycia miasta Evreux. Sir Wilhelm podczas pogawędki z francuskim zarządcą zamku zaproponował mu partię szachów wiedząc, że człowiek ten jest zagorzałym zwolennikiem tej gry. Francuz zgodził się i Wilhelm wysłał sługę po szachy (w rzeczywistości po zbrojnych mieszczan). Zarządca wpuścił Wilhelma na teren zamku i pozostawił otwartą bramę. Przez nią do zamku dostali się napastnicy i po krótkiej walce zdobyli umocnienia. W walce, Wilhelm zabił też zarządcę zamku, który dał się namówić na partię szachów.
Jak widać z tych przykładów, czasami szachy prowadziły ich miłośników do zguby. Mogły być narzędziem intrygi lub nawet zbrodni. Na szczęście, jak mawiał pewien rosyjski pisarz, każda zbrodnia ma swoją karę…
Średniowieczny władca idealny oprócz wszelkich przymiotów takich jak rycerskość, waleczność, odwaga, mądrość, powinien był umieć… grać w szachy. Partie szachowe należały do najpopularniejszych rozrywek królów i książąt. W szachy grywali rycerze, możni, ale przede wszystkim król i jego dwór. Władca, który nie grał w szachy był… ewenementem. Kto zatem z europejskich władców epoki średniowiecza należał do szachowych mistrzów?
Królowie grywali w szachy dla relaksu, towarzysko lub dla pieniędzy, czyli uprawiali hazard. Gra wypełniała im wolny czas, najczęściej popołudniami i wieczorami. Angielski franciszkanin Mikołaj Trevet podaje, że miłośnikiem szachów i kości był król Edward I (1272-1307). Kronikarz opisał zdarzenie do którego doszło podczas partii szachów z udziałem króla i jednego z jego rycerzy. Podczas gry, od sufitu komnaty oderwał się wielki głaz, który spadł i zmiażdżył rycerza grającego z królem. Nieszczęśnik poniósł śmierć na miejscu. Wiarygodności tej historii niestety nie sposób zweryfikować. Szachy były też związane z zabójstwem szkockiego króla Jakuba I. Według anonimowego kronikarza, król po kolacji zasiadł do partii szachów ze swoim szambelanem i księciem Athetelem. Po wyjściu z komnaty szambelana, wtargnęli do niej uzbrojeni napastnicy i zamordowali króla siedzącego przy szachownicy. Brak jest niestety innych zapisków wskazujących na to, jakim szachistą był Jakub I. Wielkim miłośnikiem szachów był natomiast wspomniany już przez mnie Edward I. Czy był dobrym szachistą? Chyba niezbyt, bo ze źródeł dowiadujemy się, że w 1278 roku przegrał sporo pieniędzy (wypłacono je z kasy królewskiej), a w 1286 roku z niejakim Robertem przegrał 5 denarów. W tym samym roku kasa królewska wypłaciła pieniądze za gry hazardowe (w tym zapewne i szachy) hrabiemu Lincolnowi – 16 szylingów i 5 denarów, Janowi z Brytanii – 15 szylingów i rycerzowi Botetourte – 20 szylingów.
Po ojcu miłość do szachów i hazardu odziedziczył syn Edwarda, królewicz Edward. W 1300 roku wydał on na gry hazardowe, w tym szachy, 10 szylingów. Rodzina królewska posiadała drogocenne zestawy do tej gry: z jaspisu i kryształu oraz z kości słoniowej. Zainteresowania Edward I podzielały również jego żony: pierwsza z nich Eleonora Kastylijska i druga Małgorzata z Francji. Obie panie były właścicielkami zestawów szachowych z jaspisu i bursztynu. Umiejętność gry w szachy posiadł też kolejny król Anglii Edward II. W 1299 roku wydał na ten cel 40 szylingów. W Boże Narodzenie 1303 roku przegrał w szachy i kości 32 funty z Reginaldem Grey, Henrykiem Beaumont i Wilhelmem z Leyburne. Jednak już w latach 1307-1308 wygrał w grach hazardowych ponad 80 funtów. Zamiłowanie do szachów wykazywali też Edward III, Edward Czarny Książę (1330-1370) oraz Henryk IV (1367-1413) i jego małżonka Maria de Bohun. Małżonkowie często grywali ze sobą w szachy (były one wykonane ze srebra). Henryk wydał na grę w szachy w 1390 roku 6 szylingów i 8 denarów, a w 1392 roku 20 szylingów. Miłośniczkami gry w szachy były również królowe Filipa z Hainault i Joanna z Nawarry. Spore sumy na hazard związany z szachami wydawała Elżbieta z Jorku, żona Henryka VII. W 1502 roku królowa przegrała 10 szylingów, a jej mąż – 13 szylingów i 4 denary. Czy było to dużo? Sam zestaw do gry w szachy zakupiony dla pary królewskiej w 1492 roku kosztował 56 szylingów i 6 pensów.
Jednym z największych zwolenników gry w szachy był król Kastylii i Leonu Alfons X Kastylijski (1252-1284). W 1283 roku napisał nawet dzieło pt. „Księga o grach w szachy, kości i tabula”. W szachach gustowała także rodzina francuskiego króla Karola VI Szalonego (1380-1422). W szachy grywał jego brat Ludwik Orleański i małżonka księcia Valentine Visconti oraz ich syn Karol Orleański i synowa Maria de Cleves. Czy był zatem w Europie władca, który nie lubił grać w szachy i nie przepadał za tą rozrywką? Oczywiście, że tak! Był nim król Francji Ludwik IX Święty (1226-1270). Nienawidził on wszelkich gier hazardowych, a za takie uważał m.in. szachy. W 1254 roku wydał zarządzenie zakazujące gry w szachy, tabula i kości i nakazał zamknąć warsztaty wyrabiające bierki szachowe. W 1256 roku zagroził infamią wszystkim, którzy będą grać w kości. Z drugiej jednak strony, sam Ludwik podczas IX krucjaty przyjął od sułtana Saladyna w podarku zestaw do gry w szachy wykonany ze złota i górskiego kryształu. Nie wiadomo, czy uczynił to ze względu na dyplomatyczną kurtuazję i czy zrobił jakiś użytek z tego cennego daru. Przeciwnikiem szachów był też syn Ludwika, Filip III Śmiały (1270-1285) oraz Karol V Mądry (1364-1380), który zabronił gier hazardowych. Gry w szachy zabronił swoim poddanym również król Aragonii Jan I Myśliwy (1387-1396).
Jak widać, mimo iż szachy uważane były za grę królewską, rozrywkę wysublimowaną i przynależną władcom, to nie wszyscy monarchowie akceptowali ten rodzaj relaksu, kojarzony często z hazardem. Mimo że zabraniano gry w szachy, to gra przetrwała, rozpowszechniła się w europejskich społeczeństwach i dziś należy do jednych z najpopularniejszych. Prawie w każdym domu znalazłby się zapewne zestaw do gry w szachy. I czy ktoś z czytelników, przynajmniej raz w życiu, nie grał w szachy lub warcaby…?
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Jakim człowiekiem w życiu prywatnym był Charles de Gaulle? Jako polityk był twardy, zdecydowany i konsekwentny. Najwybitniejszy Francuz ubiegłego stulecia, mąż opatrznościowy i mąż stanu, w życiu prywatnym był… odwrotnością de Gaulle’a – polityka.
Jednym z ulubionych filozofów, w których rozczytywał się de Gaulle, był Nietzsche (ulubiony cytat: „Nic niczego nie jest warte. Nie dzieje się nic. A jednak wszystko się zdarza, choć to jest bez znaczenia”). Nie był jednak generał nihilistą. Był natomiast człowiekiem zmiennych nastrojów. Czasami był bardzo aktywny, dynamiczny, pełen energii i zapału, a czasami załamany, rozczarowany i zrezygnowany. Potrafił stworzyć wokół siebie szczególny nastrój, klimat. Było w tym coś z mistyki i teatralnego widowiska. Towarzyszył temu pełen napięcia nastrój, dramatyzm. Miał de Gaulle talent reżyserski, który potrafił wykorzystać. Kiedy nie mógł czegoś przeforsować według własnych założeń, posługiwał się dramatyzacją. Potrafił opuścić Paryż, „uciec” do swojej posiadłości Colombey-les-deux-Eglises i całkowicie zamilknąć. Kiedy otoczenie nie mogło poradzić sobie z problemem, zwracało się o pomoc do niego. Wtedy de Gaulle-aktor wracał na scenę. Znów był głównym bohaterem, tylko jego głos się liczył.
De Gaulle miał dużą odwagę cywilną i demonstrował ją na polach walki obu wojen światowych, a później w okresie pokoju. Gdy w 1962 roku w Paryżu, zamachowcy z OAS ostrzelali samochód, którym jechał de Gaulle, ten nic sobie z tego nie zrobił. Na lotnisku, gdzie dotarł podziurawiony kulami samochód z prezydentem, de Gaulle otrzepał mundur ze szkła, przyjął raport od wartownika, wsiadł do śmigłowca i odleciał. Nie zapomniał też zabrać z bagażnika rozbitego auta kurczaków na obiad, które przygotowała jego żona. Najbliższej rodzinie generał poświęcał tyle czasu, ile to było możliwe. Najczęściej jednak towarzyszyła mu samotność, którą akceptował. Uważał, że jest to nieuniknione u ludzi wielkich, a za takiego się uważał.
Miał niewielu przyjaciół. Do najwierniejszych należeli dawni koledzy z uczelni wojskowej. Wszyscy inni byli traktowani chłodno. De Gaulle często był twardy, zimny i obojętny nawet w relacjach z bliskimi współpracownikami. Ludzi traktował najczęściej instrumentalnie, utrzymywał wobec nich duży dystans. Swoich współpracowników często poddawał różnym próbom np.: prowokował ich w rozmowach wygłaszając skrajne opinie i słuchał jakie jest ich stanowisko w „drażliwych” sprawach. Swoją postawą de Gaulle budził namiętności. Mało kto był wobec niego obojętny. Miał zajadłych, zdecydowanych przeciwników, ale i zwolenników gotowych wykonać każdy jego rozkaz.
Generał dużo czytał. Sam uważał się za pisarza, miał dobre pióro, ale pisał ciężko, często skreślał i poprawiał swoje wystąpienia i wspomnienia. Lubił oglądać filmy, nie interesował się natomiast wcale muzyką i nie chodził do teatru. Był człowiekiem bardzo ambitnym. Mierzył wysoko i nie lubił przegrywać, przyznawać komuś racji. Jako polityk miał dar przewidywania przyszłości. Potrafił przewidzieć ciąg zdarzeń w przyszłej polityce. Często odwoływał się do historii i tam szukał analogii oraz rozwiązań na przyszłość. Potrafił wyciągać wnioski z przeszłości. Kierował się logiką, był racjonalistą. Widział świat globalnie, jako całość. Po części można go też nazwać wizjonerem, gdyż przewidział zjednoczenie Niemiec i Europy. Jako katolik, nie był zbyt gorliwym wyznawcą religii (rzadko bywał w kościele na mszy). Miał też generał ogromne poczucie godności osobistej i dumę. U podstaw jego mitu legły takie cechy charakteru jak: upór, energia, ambicja i wizjonerstwo.
O życiu rodzinnym de Gaulle’a niewiele wiadomo. Należał do ludzi, którzy ukrywają swoje życie prywatne, oddzielają je od polityki, sfery publicznej. Z tego co wiadomo, m.in. z listów i wspomnień de Gaulle’a, bardzo kochał żonę Yvonne, w domu był kochającym mężem i ojcem (uosobienie cnót mieszczańskich), nie wstydził się swoich uczuć. Kochał trójkę swoich dzieci i wnuki. Największą miłością obdarzył najmłodszą córkę Anne, która przyszła na świat w 1928 roku dotknięta mongolizmem. Dziecko wychowywało się w domu rodzinnym, a de Gaulle poświęcał córce bardzo dużo czasu. Anne nigdy nie nauczyła się mówić, a kontakt z nią był bardzo ograniczony. Zmarła po dwudziestu latach. Pochowano ją w grobie, w którym wiele lat później spoczął również jej ojciec.
W życiu rodzinnym był de Gaulle zwykłym człowiekiem, skromnym, sympatycznym, prostym. Nigdy wobec najbliższych nie występował w roli prezydenta, czy generała. Potrafił więc oddzielić sprawy prywatne od publicznych. W polityce odgrywał swoją rolę, w życiu prywatnym był sobą. Tutaj mógł pozwolić sobie na uczucie, słabostki, otwartość.
============================== =====
Sytuacja kryzysowa we Francji zaczęła narastać już pod koniec lat 50-tych. Liczba ludności kraju wzrosła, pojawiła się fala młodych ludzi urodzonych po wojnie. Na uczelniach studiowało w 1968 roku pół miliona studentów. To tutaj trafiały też rewolucyjne idee i prądy z Chin i Niemiec. Uaktywniła się lewica, doszło do zamieszek i studenckich manifestacji.
Wszystko zaczęło się w marcu 1968 roku w Nanterre, podparyskiej uczelni. 2 maja uniwersytet zamknięto, ale już następnego dnia studenci zdobyli Sorbonę. Na ulicach Paryża pojawiły się barykady, doszło do walk z policją. Premier Pompidou poszedł na ustępstwa, ale to tylko wzmogło protesty. Wybuchł strajk generalny, doszło do wielotysięcznych manifestacji. W Dzielnicy Łacińskiej Paryża młodzi ludzie na barykadach domagali się ustąpienia prezydenta de Gaulle’a. 24 maja prezydent wystąpił w telewizji, ale nikt go nie słuchał. Młodzież uważała, że stary prezydent powinien odejść i nie zamierzała słuchać tego, co ma do powiedzenia. Rząd Pompidou też nie był w stanie uspokoić sytuacji. Jego ustępstwa odczytywane jako słabość, tylko potęgowały niepokoje. Paryska ulica domagała się coraz więcej.
28 maja żona de Gaulle’a dokonująca zakupów w supermarkecie, została zaatakowana przez sprzedawczynię i kupujących! Przełomowym dniem okazał się dla prezydenta, dzień następny. De Gaulle był w złym nastroju. Od kilku dni źle sypiał, władza wymykała mu się z rąk, nie kontrolował wydarzeń, jego współpracownicy jawnie spiskowali przeciwko niemu, a Francois Mitterand zgłosił swoją kandydaturę na urząd prezydenta Republiki, gdyby de Gaulle zdecydował się na ustąpienie. Około 18.00 tego dnia, de Gaulle wezwał do Paryża generała Alaina de Boissieu z Miluzy (generał był zięciem prezydenta). Późnym wieczorem spotkał się ze swoim synem, komandorem Philippe de Gaulle’m i wręczył mu dwie koperty, z których jedna zawierała testament. Generał Lalande otrzymał rozkaz przewiezienia prezydenta wraz z żoną i dziećmi do Baden-Baden, do siedziby wojsk francuskich w Niemczech, do generała Massu. 78-letni de Gaulle miał plan wyjścia z kryzysu. Problem polegał jednak na tym, że Francuzi chcieli, aby „starzec” odszedł i przekazał ster władzy młodszemu Pompidou.
Następnego dnia, 29 maja, u prezydenta zjawił się generał de Boissieu, który zapewnił go o wierności armii i zasugerował, że prezydent może użyć jej do uspokojenia kraju. De Gaulle poprosił jednak generała, aby ten skontaktował się z „najwierniejszym żołnierzem” prezydenta, generałem Massu i zorganizował ich spotkanie. Premiera Pompidou de Gaulle poinformował, że wyjeżdża na kilka dni odpocząć, ale był to bluff. Przed południem śmigłowiec zabrał z Pałacu Elizejskiego prezydenta i jego żonę. Po 15.00 wylądował w Baden-Baden, w ogrodzie generała Massu. De Gaulle i Massu rozmawiali w cztery oczy przez godzinę, o czym, nie wiadomo. Około 16.00 prezydent postanowił wrócić do Paryża. Tymczasem nad Sekwaną, rząd premiera Pompidou dowiedział się już o „ucieczce” prezydenta i na wieczór Pompidou zapowiedział swoje wystąpienie w telewizji.
Dlaczego de Gaulle poleciał na kilka godzin do Baden-Baden, do Niemiec? Dlaczego pozostawił Paryż i Pałac Elizejski bez prezydenta? O czym rozmawiał z generałem Massu? Na te pytania zapewne nigdy nie poznamy już odpowiedzi. Czy był to wybieg, manewr de Gaulle’a? Czy prezydent działał według planu? Czy rzeczywiście był załamany i chciał się wycofać z czynnego życia politycznego? W każdym razie, wieczorem 29 maja de Gaulle był już w Paryżu. Premier Pompidou musiał odwołać swoje wieczorne wystąpienie telewizyjne. Następnego dnia, po dwugodzinnym oczekiwaniu, premier został przyjęty na audiencji u prezydenta. Podał się do dymisji, ale ta została odrzucona. Postanowiono rozpisać nowe wybory do Zgromadzenia Narodowego, które zakończyłyby kryzys (miała to być forma konsultacji społecznych). W przemówieniu radiowym tego samego dnia, de Gaulle poinformował całą Francję, ze nie zamierza wycofywać się z polityki.
78-letni „starzec” z Pałacu Elizejskiego raz jeszcze wyszedł obronną ręką z kryzysu politycznego i utrzymał władzę. Był to jednak „łabędzi śpiew” bohatera narodowego Francji. Nadchodziły nowe czasy i nowi ludzie, do których generał de Gaulle nie pasował…
============================== ==================
Generał de Gaulle interesował się Polską i znał problemy naszego kraju, nigdy też nie ukrywał swojej sympatii dla Polaków. Związki de Gaulle’a z Polską datowały się od 1919 roku. Ale po kolei…
Po zakończeniu wojny w 1918 roku, de Gaulle rozczarowany Francją, postanowił poszukać ciekawego zajęcia, poznać ludzi i świat, zdobyć doświadczenie. W maju 1919 roku wyjechał do Polski. Znalazł się w grupie oficerów francuskich, która miała pomagać w tworzeniu nowej armii polskiej. Uczestnicząc w misji wojskowej, najpierw prowadził wykłady w Modlinie, potem w Rembertowie. Polska rozczarowała go jednak. Jak sam pisał w pamiętnikach, był zaskoczony zacofaniem naszego kraju. Po krótkiej wizycie w Paryżu (został awansowany na majora i otrzymał „Legię Honorową”) powrócił w 1920 roku do Polski u boku generała Maxime’a Weyganda. Brał udział w wojnie z bolszewikami jako oficer zwiadu przy armii polskiej. Dotarł do Hrubieszowa, Chełma i Łucka.
Wojna zmieniła jego zdanie o Polakach. Zaczął cenić ich jako żołnierzy, był pod wrażeniem sukcesów polskiej armii. Jesienią 1920 roku jako szef gabinetu dowódcy misji francuskiej, zamieszkał w Warszawie. Tutaj zakosztował w ciastkach od Bliklego, wielkich balach i… Polkach… Jednak w styczniu 1921 roku powrócił do Francji, gdzie w listopadzie zaręczył się z Yvonne Vendroux, swoją późniejszą żoną. Potem przyszła II wojna światowa, ale sprawa polska nigdy nie pozostała dla de Gaulle’a obojętna. W grudniu 1944 roku, w czasie rozmów na Kremlu ze Stalinem, de Gaulle poparł radziecki plan przeniesienia granic Polski na zachód, na linię Odry i Nysy. Nigdy później w tej kwestii nie zmienił swojego zdania. Nie uznawał natomiast Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego za legalny polski rząd. Uważał go za całkowicie podległy Stalinowi.
Kolejny raz de Gaulle odwiedził nasz kraj we wrześniu 1967 roku (pierwotnie wizyta miała odbyć się w czerwcu, ale trzeba było ją przełożyć ze względu na wybuch wojny na Bliskim Wschodzie). W dniach 6-12 września de Gaulle odwiedził Warszawę, Gdańsk, Kraków i Śląsk. Była to wizyta wyjątkowa. Witał go wszędzie rozentuzjazmowany tłum ludzi. Dla Polaków był symbolem wolnej, niezależnej Francji, obrońcą praw człowieka, przyjacielem Polski i człowiekiem, który potrafił przeciwstawić się Amerykanom. Będąc w Zabrzu, de Gaulle złożył zaskakującą deklarację. Podczas wiecu powiedział: „Niech żyje Zabrze! Najbardziej śląskie ze wszystkich miast Śląska, a więc najbardziej polskie z całej Polski!”. Te słowa obiegły świat. Były konsekwencją decyzji generała z 1944 roku, kiedy poparł polską granicę na Odrze i Nysie. W Polsce de Gaulle mówił o zjednoczonej Europie od Atlantyku po Ural, co wówczas brzmiało dziwnie i niewiarygodnie. Proponował też Gomułce ścisłą współpracę francusko-polską, ale Gomułka nie mógł tego zrobić bez zgody Moskwy. Taka zgoda była jednak niemożliwa. De Gaulle mówił w Gdańsku: „(…) Francja ma nadzieję, że spojrzycie nieco dalej i szerzej wobec tego, co jesteście zobowiązani robić do tej pory. Wówczas przeszkody, które wydają się wam dziś nie do przezwyciężenia, zostaną bez wątpienia przezwyciężone. Wszyscy rozumiecie, co chcę powiedzieć (…)”.
Gdy de Gaulle wrócił z Warszawy do Paryża miał powiedzieć do oczekujących go na lotnisku członków rządu: „To było wspaniałe, panowie, to było wspaniałe!”. Dla de Gaulle’a, Polska była przykładem wyższości więzi narodowych nad ideologią. Relacje polsko-francuskie były też przykładem możliwości współpracy między narodami Europy i dawały nadzieję na stworzenie w przyszłości wspólnej, jednej Europy. Wizjoner jakim był de Gaulle, przewidział zjednoczenie Niemiec i zjednoczoną Europę. Widział w niej Polskę jako ważne ogniwo wzajemnego zrozumienia i współpracy.
============================== =======================
10 maja 1940 roku Wehrmacht uderzył na Belgię, Holandię i Francję. Wojska niemieckie wtargnęły do Francji. 11 maja de Gaulle objął dowództwo nieistniejącej jeszcze dywizji pancernej. 17 maja wyruszył do boju. Przez dwa tygodnie jego dywizja skutecznie walczyła z dywizjami Heinza Guderiana. 23 maja de Gaulle, mając 49 lat, został tymczasowo (sic!) mianowany generałem brygady. Dla Francji było już jednak za późno.
Kiedy klęska była już nieunikniona, 2 czerwca 1940 roku de Gaulle zwrócił się do naczelnego wodza, aby powierzył mu dowództwo nad korpusem pancernym. Dzień później napisał list do premiera, w którym skrytykował generalicję francuską (Petaina, Weyganda) i obarczył ich odpowiedzialnością za klęskę Francji. Zażądał też od premiera dowództwa korpusu pancernego i stanowiska podsekretarza stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej. Stanowisko to objął 6 czerwca. Podczas gdy większość generalicji chciała zawieszenia broni, a nawet kapitulacji, de Gaulle opowiadał się za dalszą walką i nie chciał się poddawać. 9 czerwca spotkał się z Churchillem w Londynie. Po raz drugi przybył tutaj 16 czerwca, gdy w Paryżu górę wzięli już zwolennicy kapitulacji. W czasie gdy on uzgadniał pomoc Anglii dla Francji, w Paryżu premierem został Petain, a to oznaczało kapitulację. Generał de Gaulle musiał wówczas podjąć jedną z najważniejszych i najtrudniejszych decyzji w życiu: pozostać nad Sekwaną, czy udać się do Londynu. Postanowił wyruszyć do Londynu, aby tam kontynuować walkę.
Było to złamanie zasad legalności, złamanie prawa i bunt wobec przełożonych. De Gaulle opuścił Francję, gdy państwo francuskie rozpadało się. Postanowił szukać pomocy w Anglii. Czy była to ucieczka z pola walki? Czy raczej próba szukania ratunku dla Republiki? 18 czerwca wieczorem de Gaulle za pośrednictwem BBC zwrócił się z apelem do Francuzów. Zaapelował do rodaków o kontynuowanie walki i nie poddawanie się. Nakłaniał ich do walki u boku Anglików. Jako pierwszy, w swoim przemówieniu użył określenia „wojna światowa”, przeczuwając, że konflikt europejski wkrótce rozleje się na cały świat, a ogromne siły, które zostaną przez to wyzwolone, przyniosą Francji i innym narodom wolność i niepodległość. Co ciekawe, apel de Gaulle’a zachował się na piśmie, natomiast słowa generała wyemitowane przez radio, nigdy nie zostały zarejestrowane (nagrane).
Przebywając w Londynie i nakłaniając Francuzów do walki poprzez radiowe przemówienia, de Gaulle stał się przywódcą Francuzów. Nie miał do tego formalnego prawa, gdyż istniał legalny rząd francuski na czele z marszałkiem Petainem, który podpisał zawieszenie broni (w rzeczywistości kapitulację) i rozpoczął współpracę (kolaborację) z hitlerowskimi Niemcami. Wielu ludzi we Francji nie poparło de Gaulle’a i odrzuciło jego apel (m.in. Antoine de Saint-Exupery). Nie uzyskał on też poparcia Roosevelta i Stanów Zjednoczonych. Jedynie Churchill od początku wspierał francuskiego generała. Można powiedzieć, że na niego postawił, chociaż później obaj panowie nie żywili do siebie wielkiej sympatii. 23 czerwca 1940 roku de Gaulle odciął się od Petaina i zerwał stosunki z Vichy. Powołał Komitet Wolnej Francji. 28 czerwca rząd brytyjski formalnie uznał de Gaulle’a szefem wszystkich Francuzów. Tego samego dnia Trybunał Wojskowy Francji wydał nakaz aresztowania de Gaulle’a i nakazał mu w ciągu 5 dni stawić się w więzieniu w Tuluzie. Siedem dni później, trybunał skazał go zaocznie na karę śmierci i degradację.
30 czerwca w rozmowie z dziennikarzem Marice Schumannem, de Gaulle powiedział: „Myślę, że Rosja włączy się do wojny przed Ameryką, ale obie do niej się włączą (…) Hitler myśli o Ukrainie. Nie odmówi sobie przyjemności załatwienia się z Rosją, i to będzie początek jego końca (…) Jeśli miałby trafić do Londynu, już by tu był. Bitwa o Anglię rozegra się teraz w powietrzu (…) W sumie ta wojna jest straszna, ale i przesądzona. Pozostaje ustawić Francję z właściwej strony (…)”. Przypomnijmy, był 30 czerwca 1940 roku! Szkoda, że nasi przywódcy nie rozumieli tego, co się wokół nich działo, tak dobrze, jak francuski „tymczasowy” generał brygady Charles de Gaulle…
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Bogactwo i wpływy templariuszy stały się przyczyną ich upadku. Zbyt duże znaczenie braci zakonnych było „solą w oku” wielu europejskich władców. Człowiekiem, który postanowił zlikwidować zakon i przejąć jego bogactwa był król Francji Filip zwany Pięknym.
Był to mężczyzna niepospolitej urody (gęste blond włosy, jasnoniebieskie, zimne oczy). Był skryty i nieobliczalny, nawet dla swoich najbliższych współpracowników. Dążył do wywyższenia Francji ponad cesarstwo. Potrzebny był mu do tego papież i pieniądze templariuszy. Bardzo szybko doszło do konfliktu z „urzędującym” papieżem Bonifacym VIII. Zakończył się on śmiercią głowy Kościoła pojmanej przez francuskich rycerzy. Nowy papież, Klemens V, wcześniej arcybiskup Bordeaux, w 1305 roku przeniósł dwór papieski z Rzymu do Awinionu. Przez 70 lat tutaj znajdowała się nowa siedziba papieża uzależnionego od króla Francji. Decyzję o zniszczeniu templariuszy podjął zapewne kanclerz Filipa, Guillaume de Nogaret nienawidzący papiestwa i braci zakonnych (jego rodzice zostali spaleni na stosie jako albigeńscy heretycy).
W 1305 roku de Nogaret pozyskał do współpracy renegata z szeregów templariuszy niejakiego Esquina. Został on usunięty z zakonu za morderstwo. Człowiek ten dostarczył Francuzom pierwszych „rewelacji” na temat templariuszy. W 1306 roku do zakonu wstąpiło 12 francuskich szpiegów, aby zbierać informacje o tym, co działo się w jego wnętrzu. W 1307 roku mistrz templariuszy Jakub de Molay przybył do Europy, aby przedyskutować z papieżem kwestię nowej krucjaty do Ziemi Świętej. Flota zakonna zawitała do Marsylii. 60 rycerzy zakonnych przywiozło ze sobą 12 kufrów ze złotem i srebrem w tym 150 tysięcy złotych florenów. Ubodzy rycerze zatrzymali się w swej świątyni w Paryżu. W czwartkową noc 12 października 1307 roku oddziały Filipa wdarły się do świątyni i aresztowały mistrza zakonu templariuszy oraz 60 rycerzy zakonnych.
Rankiem, 13 października w piątek, w więzieniach we Francji znalazło się 15 tysięcy ludzi związanych z templariuszami (z tego co najwyżej 500 było członkami zakonu, a 200 z nich rycerzami po ślubach zakonnych). Oskarżono braci zakonnych o zaparcie się Chrystusa, czczenie bożków, plucie na krzyż i homoseksualizm. Zaczęły się przesłuchania i tortury. Wkrótce 30 rycerzy zmarło, a ze 138 przesłuchanych aż 123 przyznało się do plucia na krucyfiks. Pod wpływem tortur do homoseksualizmu przyznał się Jakub de Molay, a skarbnik templariuszy przyznał się do czczenia bożka. Do tego czynu przyznało się też dwóch innych członków zakonu. Trzech braci przyznało się też do praktyk homoseksualnych. Czy była to prawda?
Papież Klemens V poparł, aczkolwiek z wahaniem i niedowierzaniem, aresztowania templariuszy (był poza tym uzależniony od Filipa, jego pieniędzy i wsparcia polityczno-militarnego). W 1308 roku aresztowano templariuszy w Anglii (w sumie 135 ludzi). Uciekli jedynie dwaj bracia szkoccy. W Aragonii trzeba było oblegać i zdobywać zamki templariuszy, którzy nie chcieli się poddać. Co ciekawe, sądy biskupie w Aragonii i Portugalii uznały ubogich rycerzy za niewinnych! Nie dokonano aresztowań na Cyprze. Tutaj książę Amalryk, regent Cypru, ostrzegł braci zakonnych przed grożącym im niebezpieczeństwem. Włos z głowy nie spadł templariuszom również w Niemczech.
W czerwcu 1308 roku, 72 rycerzy zakonnych potwierdziło swoje winy przed papieżem. W Anglii na przeszło 200 braci zakonnych przesłuchiwanych i torturowanych w latach 1310-1311, tylko 4 przyznało się do plucia na krzyż. W sierpniu 1309 roku w Paryżu odbył się proces templariuszy. Jakub de Molay odmówił obrony zakonu (czuł się niewinny) i prosił o spotkanie i rozmowę z papieżem. Były to dwa błędy wielkiego mistrza. Odmowa obrony zakonu załamała wielu z więzionych braci, a papież nie zamierzał spotykać się z de Molay’em, gdyż był przekonany o winie templariuszy. 54 rycerzy wydano władzom świeckim i spalono na stosie. Do końca maja 1310 roku spalono na stosach we Francji 120 templariuszy. W 1312 roku Stany Generalne zażądały potępienia zakonu. W kwietniu tego roku papież Klemens V rozwiązał zakon przekonany o jego winie, mimo iż przyznano, że w świetle dowodów procesowych, bracia zakonni byli niewinni. Bulla papieska konfiskowała też cały majątek zakonu (jego część przekazano szpitalnikom).
Ci spośród templariuszy, którzy przyznali się do zarzucanych im czynów, zostali zwolnieni z więzień i skończyli jako żebracy. Ci którzy nie przyznali się do winy, pozostali w lochach do końca życia. 14 marca 1314 roku przed katedrą Notre Dame ogłoszono wyrok dożywotniego więzienia dla czterech najwyższych rangą templariuszy. Dwóch z nich, wielki mistrz Jakub de Molay i komandor Normandii Geoffroy de Charnay nie przyznało się do winy i wybrało śmierć. Następnego dnia spalono ich na stosie na wyspie, na Sekwanie. Papież Klemens V zmarł w niecały miesiąc po tym wydarzeniu, a król Filip Piękny jesienią tego roku (został przypadkowo trafiony strzałą przez łucznika podczas polowania). Trzej synowie Filipa i następcy tronu także zmarli bardzo młodo.
============================== ============
Bohaterem dzisiejszej notki jest francuski rycerz Gotfryd de Charny. Kto orientuje się w historii ten musi znać tego rycerza. Była to dość znacząca persona i to nie tylko, jeśli idzie o wojowanie. Przyjrzyjmy mu się bliżej.
W czasie o którym mówimy, między Francją i Anglią toczyła się wojna zwana stuletnią. Wówczas to, w 1355 roku rycerz Gotfryd de Charny po raz drugi został chorążym królewskim. Dzierżył sztandar Francuzów, czyli Oriflamme (łac. auri flamma – złoty płomień) aż do śmierci. Przyszła ona zaskakująco szybko, bo już rok później. W 1356 roku w bitwie pomiędzy armią królewską, a Anglikami sprzymierzonymi z Gaskończykami, chorąży de Charny poległ. Do końca dzielnie bronił sztandaru Francji. Po bitwie ciało chorążego królewskiego złożono w kościele Franciszkanów w Poitiers. Jednak już w 1370 roku za sprawą króla Karola V Mądrego jego ciało przeniesiono do Paryża i uroczyście pochowano w klasztorze Celestynów.
Bohaterska śmierć Gotfryda, chorążego królewskiego, skomplikowała jednak sytuację jego rodziny. Wraz ze śmiercią głowy rodziny, pojawiły się problemy finansowe. Jego żona, Joanna de Vergy uzyskała od króla potwierdzenie wszelkich dóbr, które należały do małżonka (miały przypaść ich synowi), ale „płynność finansowa” została utracona. Nie wpływał do rodzinnej kasy żołd i nagrody od króla za waleczność Gotfryda, brak było nowych łupów. Aby ratować się przed bankructwem, wdowa po Gotfrydzie sięgnęła do rzeczy i dóbr, które jej małżonek pozostawił Kościołowi. Jako że był to człowiek pobożny i wierzący, darów dla Kościoła nie szczędził. W 1343 roku ufundował kościół Najświętszej Marii Panny w Lirey. Mimo, że kościół był mały i drewniany, już w 1356 roku stał się kolegiatą i nekropolią rodziny de Charny. Pełnił też rolę rodzinnego skarbca, miejsca gdzie przechowywano najcenniejsze rzeczy.
Z tego skarbca wdowa po Gotfrydzie zabrała jeden, niezwykle cenny przedmiot złożony tam przez męża. Odtąd, wraz z księżmi, pokazywała go za opłatą wszystkim pielgrzymom przybywającym do Lirey. Wkrótce miasto stało się miejscem peregrynacji tysięcy ludzi. „Proceder” ten zaczął przynosić zyski. Wzbudziło to zaniepokojenie biskupa Troyes, ale mimo jego zakazu, relikwia wciąż była odpłatnie pokazywana pielgrzymom. W 1390 roku papież, który najpierw stwierdził, że relikwia jest fałszywa, w końcu zaakceptował jej prawdziwość. Co to był za przedmiot, relikwia, którą można było zobaczyć w małym kościółku w Lirey? Był to… całun turyński. Relikwia ta w 1418 roku opuściła Lirey i z wnuczką Gotfryda de Charny - Małgorzatą, trafiła do Varambon, a stamtąd do Turynu, do rąk książąt Sabaudii (1578). Przez wielu ludzi, ten kawałek płótna uznawany był za autentyczny całun, w który zawinięto ciało Chrystusa zdjętego z krzyża (do dziś Kościół oficjalnie nie potwierdził jednak jego autentyczności).
W jaki sposób całun stał się własnością Gotfryda? Hipotez jest wiele. Być może de Charny wszedł w jego posiadanie podczas krucjaty do Smyrny? Mógł też otrzymać go w darze od króla lub przejął go z posagiem którejś z żon. Problem polega na tym, że brak dowodów na to, aby Gotfryd przywiózł całun z Bliskiego Wschodu. Jego żona, Joanna de Vergy była prapraprawnuczką Ottona de la Roche, księcia Aten, który po zdobyciu Konstantynopola przez czwartą krucjatę, podobno zdobył całun. Podobno… Źródła jednak na ten temat milczą. Być może to król Francji Filip VI lub Jan II przekazali fragment całunu Gotfrydowi (w 1247 roku Ludwik IX Święty miał jakoby otrzymać całun od ostatniego cesarza Romanii – Baldwina II).
Nie wiemy niestety, czy de Charny zdawał sobie sprawę z tego co posiada. Może wiedział, że to całun, ale przez skromność i pobożność milczał? Zapewne nigdy już nie poznamy odpowiedzi na to pytanie. Dla ówczesnych ludzi Gotfryd de Charny był wybitnym wojownikiem i rycerzem, nam kojarzy się dziś tylko (lub aż) z całunem turyńskim…
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Kto założył państwo polskie? Wiadomo – Polanie. Takiej odpowiedzi udzieli co drugi Polak. Od Polan wywodzi się Polska. Kolebką „naszej państwowości” były ziemie pomiędzy Odrą, Wisłą i Notecią. Tu się wszystko zaczęło. Problemy pojawiają się, kiedy zadajemy więcej pytań: kto i kiedy, dlaczego, w jaki sposób założył, zorganizował państwo polskie?
Łacińska nazwa Polski – „Polonia” prawdopodobnie wywodzi się od plemienia Polan. Taką nazwę naszego kraju podał w swojej „Kronice” niemiecki kronikarz Thietmar w XI wieku. Tyle, że w IX wieku Geograf Bawarski na ziemiach pomiędzy Wisłą, Odrą i Notecią, nie odnotowuje żadnych Polan wśród plemion zamieszkujących te tereny. Albo Polan jeszcze wówczas tutaj nie było, albo byli małoznaczącym, niegodnym odnotowania plemieniem. Na temat Polan nie ma też nic w czeskich kronikach. Znajdujemy natomiast wzmiankę o nich u ruskiego kronikarza Nestora („Powieść minionych lat”). Według Nestora, plemię Polan przybyło ze wschodu w rejon Kijowa i stąd w IX wieku odeszło dalej na zachód wyparte przez normańskich władców Rusi. Dokąd powędrowali więc Polanie? Nad Wisłę i Odrę? Dlaczego osiedlili się w Wielkopolsce, a nie na Mazowszu, czy w Małopolsce? W jaki sposób podporządkowali sobie plemiona zamieszkujące te ziemie przed nimi? Jak doszło do nagłego wzrostu potęgi Polan, którzy sami musieli uciekać z Rusi przed silniejszymi Normanami? Czy kiedykolwiek poznamy odpowiedzi na te pytania?
Zagadką pozostanie już chyba na zawsze, w jaki sposób tak szybko (około 100 lat) Polanie stali się na tyle silni i zaborczy, że podporządkowali sobie inne plemiona mieszkające na ziemiach dzisiejszej Polski. Jedno zdaje się być pewne: Polanie nie byli spokojnymi, pracowitymi rolnikami. Rolnicy nie podbijali nowych ziem i nie podporządkowywali sobie innych plemion. Byli więc Polanie zdobywcami. Przybyli na Kujawy i do Wielkopolski prawdopodobnie na przełomie IX i X wieku i siłą wywalczyli sobie miejsce do osiedlenia się. Wszystko odbyło się zapewne na drodze podbojów, na pewno nie na drodze pokojowej. Na to nie było czasu. Twórcy państwa polskiego byli zatem brutalnymi najeźdźcami i zdobywcami. Prawdopodobnie w podbojach pomagali im Normanowie. Być może istniał wówczas pierwszy sojusz słowiańsko-normański, właśnie pomiędzy Polanami i Wikingami.
Wiele wskazuje na to, że Polanie stworzyli nasze państwo właśnie przy współudziale Wikingów. Sprzyjała im sytuacja „międzynarodowa”. Najsilniejsze plemiona słowiańskie, które mogły stawić im skuteczny opór tj. Lędzianie, Wiślanie i Ślężanie, byli wówczas podporządkowani Świętopełkowi morawskiemu. Każde z tych plemion było na tyle silne, że mogło stworzyć własne państwo. Również na zachodzie sytuacja była dla Polan korzystna. Napór Niemców powstrzymywały plemiona po zachodniej stronie Odry: Połabianie i Łużyczanie. Na wschodzie Ruś Kijowska uwikłana była w wojny z Bizancjum, więc i stamtąd nie groziło Polanom niebezpieczeństwo. Była to świetna chwila, aby pokusić się o zorganizowanie własnego państwa.
Od początku X wieku Polanie rozpoczęli gwałtowny podbój Wielkopolski i zachodniego Mazowsza. Palono grody, mordowano ludzi. W ich miejsce powstawały nowe grody i osady. Wszystko to nosiło znamiona z góry założonego planu… Znać było rękę normańską… Takie hipotezy w swojej książce wysuwa A. Zieliński („Legendy polskie…”). Tyle, że są to tylko hipotezy. Nowe państwo przez obcych kronikarzy (niemieckich, czeskich) nazywane było różnie, ale najczęściej „krajem Mieszka”, rzadziej „Licicaviki”. Nazywano je też Schinesghe (Dagome iudex – 991 r) i Wintlandia (sagi skandynawskie). Co ciekawe, nigdy nie nazywano państwa Polan, krajem Piastów, piastowską ziemią etc. Określenie Polska – „Polonia”, pojawiło się dopiero po roku 1000, a praktycznie odnosiło się do kraju rządzonego przez Mieszka II. Jak zatem należałoby nazywać państwo Polan? Jak określać mieszkańców państwa Mieszka? Wciąż więcej pytań, niż odpowiedzi…
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Jednym z najtrwalszych mitów w polskiej historiografii jest mit polskich powstań narodowych w XIX wieku. Wiadomo, że bez tych powstań Polska nie odzyskałaby niepodległości, że były one niezbędne, a bohaterstwo powstańców przybliżyło nas do wolności. Była to też wspaniała karta w polskiej historii. Tyle mit powstańczy.
Ostatnio coraz częściej pojawiają się jednak głosy krytyczne wobec XIX-wiecznych zrywów niepodległościowych, ale na razie są one odosobnione. Pierwszymi głosicielami i twórcami mitu powstańczego, byli sami powstańcy. Napisali oni sporo prac poświęconych powstaniom, w których brali udział, przy okazji dając w nich wykład z ideologii przez siebie wyznawanych. Ziarno padło na podatny grunt. Walkom powstańczym zaczęto przypisywać szczególną rolę w historii i stały się czymś wyjątkowym, niemalże świętym. Kolejne pokolenia Polaków żyły w ich cieniu czcząc bohaterskich powstańców.
Siłą mitu powstańczego było odwoływanie się do uczuć i emocji, a nie faktów (te był niekorzystne dla mitu – wszystkie powstania zakończyły się klęską). Porażki powstańcze można było jednak przekuć na zwycięstwo… moralne. Poza tym stały się one kamieniami milowymi na drodze do… ostatecznego zwycięstwa. I tak oto, z klęsk zrodziło się zwycięstwo. Wielka jest siła mitu i wiary. Kiedy otworzymy podręcznik do historii na XIX stuleciu widzimy, że osią wydarzeń dotyczących naszej historii były powstania. Wskazuje się głównie na ich „pozytywne” dla dziejów narodu skutki, milczeniem zbywa się to, co było złe i negatywne. Kształtuje to w nas obraz powstań widzianych tylko przez pryzmat tego, co było w nich dobre. Kiedy dowiadujemy się, że coś było w nich złe, natychmiast to odrzucamy i negujemy. Nie wierzymy, że tak mogło być, skoro wychowano nas na innej historii, na micie.
Interesującym jest też fakt, że opisując dzieje narodu polskiego w XIX wieku, rzadko która synteza historyczna oprócz powstań i walki zbrojnej poświęca uwagę… pracy organicznej. Na ogół jest ona pomijana milczeniem lub marginalizowana, jakby była czymś wstydliwym, gorszym niż walka z bronią w ręku. Śmierć w imię wzniosłych ideałów to było coś! Romantyczne, ale niezbyt mądre. Wielu ludzi ma do dziś co najmniej pobłażliwy lub ironiczny stosunek do pracy organicznej (niektórzy nawet do pracy w ogóle) i do Wielkopolan, którzy jej się głównie poświęcili i na nią w okresie zaborów postawili. Mit powstańczy polega więc na pozalogicznej argumentacji odwołującej się do kategorycznych, jednoznacznych stwierdzeń. Nie ma tu miejsca na wątpliwości i rozmyślania. Powstania w XIX wieku są więc najczęściej przedstawiane jako niezbędne dla powstania nowoczesnego narodu i dla kształtowania świadomości narodowej, a jednocześnie jako wydarzenia integrujące naród. Jednak niektórzy badacze (np.: J. Benyskiewicz) uważają, że powstania bardziej dezintegrowały nasz naród, a nie go scalały. Są to jednak głosy wciąż nieliczne. Rzadko kto zastanawia się nad tym, czy negatywne skutki powstań przypadkiem nie przerosły ich „pozytywów”. Może represje popowstaniowe nie rozwinęły, ale ograniczyły, wyhamowały rozwój nowoczesnego narodu i utrudniły narodziny nowoczesnej kultury gospodarczej i politycznej…
Z powstaniami łączy się jeszcze emigracja polityczna i narodziny polskiego mesjanizmu, wykształcenie się pewnych specyficznych cech naszego narodu: romantycznego nacjonalizmu i przekonaniu o wyjątkowej roli, posłannictwie Polaków. Wtedy też narodził się mit o narodzie polskim broniącym cywilizacji przed wschodnim barbarzyństwem i mit o konieczności odbudowy Polski w przedrozbiorowych granicach. Skutki tego typu myślenia odczuwaliśmy jeszcze długo w XX stuleciu. I tu pozwolę sobie na małą dygresję. Oto bowiem, nasi przywódcy polityczni podczas II wojny światowej wciąż posługiwali się ideą Polski w granicach przedwojennych nawiązując po części do mitu o przedrozbiorowych granicach Polski z XIX wieku. Tak mocno trzymali się tej idei, że trudno było iść na kompromisy i przystać na inne rozwiązania. Ludzie ci nie mogli zrozumieć, że rzeczywistość wokół nich była już inna, że nie uda się przeforsować swoich racji. Śmiem twierdzić, że byli „romantycznymi rycerzami” w świecie całkowicie pozbawionym romantyzmu, wzniosłości, w świecie twardej, nieludzkiej walki na śmierć i życie. Po części, stali się ofiarą mitu powstańczego z XIX wieku i mitów mu pochodnych…
Na zakończenie, warto poświęcić kilka słów przeświadczeniu o tym, że powstania te (zwłaszcza listopadowe) mogły zakończyć się sukcesem, bo to także łączy się z powstańczym mitem. Dyskusje na temat możliwości zwycięstwa któregoś z powstań są odbiciem dyskusji toczonych po ich zakończeniu na temat przyczyn klęsk powstań. Często argumentujemy, że powstanie listopadowe odniosłoby zwycięstwo, gdyby jego przywódcy postąpili inaczej. Tyle, że nie bierzemy pod uwagę, iż musieliby postąpić tak, jak my chcemy tego dzisiaj, mając wiedzę o późniejszych wydarzeniach. Tymczasem ówcześni ludzie nie mogli tak postąpić, gdyż to przekraczało ich horyzonty myślenia i wartościowania, ich wiedzę. Byli innymi ludźmi, niż my dzisiaj. Trzeba wczuć się, stać się nimi, aby zrozumieć, że inaczej wówczas nie można było postąpić (jest to typowy przykład na to, jak często przypisujemy przeszłości cechy i wartości teraźniejszości, co nie może prowadzić do jej zrozumienia i wyjaśnienia).
Mit powstańczy ma się dobrze i długo jeszcze tak będzie. Jesteśmy wychowywani przez mity i dzięki nim m.in. istnieje nasza tożsamość. Niektórych z nich nie jesteśmy w stanie obalić, a walka z nimi przypomina walkę z wiatrakami. Mit powstańczy należy do tych, które powoli kruszeją pod naporem nowych argumentów, faktów i dyskusji. Oby tak było z innymi mitami w naszej historii. Więcej faktów, mniej mitów i stereotypów…
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Od lat ten sam problem. Co było pierwszą stolicą Polski: Poznań, czy Gniezno? A może Giecz? Na te pytania zapewne nigdy nie znajdziemy odpowiedzi satysfakcjonującej wszystkich. A może żadnej stolicy, przynajmniej na początku, nie było? Ilu badaczy, tyle hipotez. Spróbujmy prześledzić dyskusję toczącą się w ostatnich latach wśród historyków i archeologów na temat pierwszej stolicy Polski.
Czy w ogóle możemy mówić o istnieniu stolicy w państwie pierwszych Piastów? Stolica w dzisiejszym tego słowa rozumieniu, czyli miejsce stałego przebywania władz państwa (w tamtym czasie: księcia lub króla), według mnie wówczas nie istniała. Mediewiści twierdzą, że jednego, stałego i centralnego ośrodka władzy w państwie pierwszych Piastów nie było. Tak też twierdził Gall Anonim: „(…) stację swoją przenosił [książę] z jednego miejsca do drugiego (…)”. Stolicą, ośrodkiem władzy centralnej był wówczas ten gród, w którym aktualnie przebywał władca i jego dwór. Książę, czy król, podróżował po kraju, aby doglądać wszystkiego osobiście, sprawować sądy, dzielić urzędy i stanowiska, nadawać przywileje, pozyskiwać sojuszników, utrzymywać i zacieśniać relacje z ludźmi mu podległymi. Poza tym, dwór książęcy nie mógł przebywać stale w jednym miejscu z tego prostego powodu, że żaden gród wraz z okolicą nie był w stanie przez dłuższy czas żywić i utrzymywać licznego dworu władcy. Książę przemieszczał się „objadając” kraj i żyjąc „w gościnie” u swoich poddanych. Czy więc dyskusja na temat tego, który gród był stolicą w państwie Mieszka I ma sens? Okazuje się, że ma i to ogromny. Głównie propagandowy. Są badacze, których taka dyskusja „rozpala do czerwoności”. Przyjrzyjmy się teraz polemikom i dyskusjom.
Archeolog, pani prof. Hanna Kóćko-Krenz uważa, że centralnym grodem państwa pierwszych Piastów i stolicą Polski w X wieku był Poznań. Wnioskuje tak na podstawie m.in. odkryć archeologicznych poczynionych w ostatnich latach na Ostrowie Tumskim. To tutaj znajdowało się książęce palatium i kaplica (najstarsze murowane budynki w Polsce), to Poznań otoczony był największymi fortyfikacjami drewniano-ziemnymi spośród wszystkich grodów Wielkopolski, tutaj zbudowano też katedrę. W tym czasie w Gnieźnie była tylko kamienna rotunda z aneksem grobowym dla św. Wojciecha. Tak twierdzi pani archeolog. Przychodzi jej w sukurs prof. Przemysław Urbańczyk z Instytutu Archeologii i Etnologii PAN. Twierdzi on, że dominująca rola Gniezna, o której wspominają źródła pisane, „wymyślili” w celach propagandowych późniejsi kronikarze. Pan profesor uważa, że Piastowie pochodzili z Giecza, mieszkali w Poznaniu, a Gniezno (dopiero pod koniec X wieku) uczynili swoim ośrodkiem religijnym.
Przeciwnikiem tych tez i zwolennikiem tezy o stołeczności Gniezna jest z kolei prof. Gerard Labuda. Według profesora należy zwrócić uwagę na źródła pisane (mamy w nich do czynienia z „państwem Mieszka” lub „państwem gnieźnieńskim” – II połowa X wieku). Ważny jest przede wszystkim dokument „Dagome iudex” (990/991 r.). Mówi on o stolicy państwa Mieszka I - „Schignesne”. Mieszko i jego przodkowie według prof. Labudy nie pochodzili wcale z Poznania, jak chcą tego archeolodzy. Poza tym, w Gnieźnie złożono w 997 roku zwłoki św. Wojciecha, a w 1000 roku odbył się tutaj słynny zjazd i spotkanie Chrobrego z cesarzem Ottonem III. Samo powstanie i zabudowę Gniezna, podobnie jak Ostrowa Tumskiego, można datować na lata 40-te X wieku. Według Labudy nie może też być mowy o chrzcie Mieszka w Poznaniu na Ostrowie Tumskim. Profesor zwraca uwagę, iż wielkie obwarowania Poznania nie były oznaką stołeczności, ważności grodu, ale pełniły funkcję ochrony, zabezpieczenia od zachodu Gniezna – prawdziwej stolicy państwa pierwszych Piastów. Także Gniezno, a nie Poznań dostarczało w czasach Chrobrego większej ilości wojska: Poznań – 1300 pancernych i 3000 tarczowników, Gniezno – 1500 pancernych i 5000 tarczowników (według Galla Anonima). Siła militarna również mogła świadczyć o znaczeniu i ważności ośrodka.
W tym kontekście, ciekawe wydają się także wyniki badań dendrochronologicznych przeprowadzonych w ostatnim czasie w kilku miejscowościach Wielkopolski. Okazuje się, że spośród piastowskich grodów, najstarszy był ten w Gieczu, zbudowany w latach 860-870, gród w Grzybowie w latach 915-922, w Gnieźnie zbudowany około 940 roku, w Bninie około 938-940 roku i w Poznaniu około 940-941 roku. Wydaje się, że z naukowego punktu widzenia nie ma sensu toczyć sporów o to, czy Gniezno, czy Poznań był pierwszą stolicą Polski. Taka dyskusja i „spór” ma jedynie sens propagandowy. Jest to ważne dla miast i ich władz, które mogą w ten sposób „promować się” poprzez historię i starać się przypisać sobie status stołeczności i kolebkę państwowości.
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Kto przemierzył całą Afrykę z północy na południe? Zapewne jakiś Brytyjczyk lub Francuz, może Niemiec. Taka byłaby odpowiedź większości z nas. Tymczasem okazuje się, że pierwszym człowiekiem, który przemierzył kontynent afrykański z północy na południe był… Polak – Kazimierz Nowak. Niemożliwe? Ale prawdziwe!
Kazimierz Nowak urodził się 11 stycznia 1897 roku w miejscowości Stryj na Podolu. Po I wojnie światowej przeprowadził się do Poznania, gdzie zaczął pracować w towarzystwie ubezpieczeniowym. Od dzieciństwa marzył o tym, aby podróżować po Afryce. Póki co, podróżował rowerem i z aparatem w ręku po Polsce. W marcu 1922 roku ożenił się. Wkrótce rodzina Nowaków powiększyła się i na świat przyszła córka Emilka i syn Romuald. Wszyscy zamieszkali w podpoznańskim Boruszynie. W 1925 roku, gdy do Polski dotarł kryzys gospodarczy, Kazimierz Nowak postanowił opuścić kraj i jako korespondent prasowy i fotograf, zarabiać na utrzymanie rodziny. Rozpoczął swoje podróże. Rowerem przemierzył Węgry, Austrię, Włochy, Belgię, Holandię, Rumunię, Grecję i Turcję. W 1928 roku dotarł do Trypolitanii w Afryce Północnej. Odwiedził też Francję.
4 listopada 1931 roku Nowak wyruszył z Boruszyna na południe. Celem była Afryka i przemierzenie jej z północy na południe. Trasa wiodła autobusem z Boruszyna do Poznania, stąd pociągiem do Rzymu, dalej rowerem do Neapolu, następnie statkiem przez Morze Śródziemne do Trypolisu. 26 listopada z Trypolisu polski podróżnik wyruszył w głąb Czarnego Lądu. W Wielkanoc 1932 roku Nowak na swoim wysłużonym, 7-letnim rowerze, zjawił się w oazie Maradah w środku pustyni. Włosi zawrócili go i skierowali przez Benghasi do Aleksandrii. Stąd Polak powędrował dalej na południe. Posuwał się wzdłuż Nilu szlakiem Wielkich Jezior Afrykańskich na południe. Podróżował samotnie. Po drodze poznał Tuaregów, Szilluków, lud Watussi, Pigmejów, Burów z Transwalu, Hotentotów, karłów Babingo i wielu innych egzotycznych mieszkańców Afryki.
W swojej podróży Nowak trafił też do domów polonii afrykańskiej i do stacji misyjnych. Czasami zatrzymywał się w domach białych kolonizatorów: Francuzów i Brytyjczyków. W kwietniu 1934 roku osiągnął Przylądek Igielny, czyli południowy kraniec Afryki. Z Kapsztadu polski podróżnik postanowił wrócić do domu raz jeszcze przemierzając cały afrykański kontynent, tym razem inną trasą. „Towarzyszami” jego powrotnej wyprawy zostały dwa konie: Ryś i Żbik. Jednego kupił za własne pieniądze, a drugiego otrzymał od „polskiego tubylca” Mieczysława Wiśniewskiego. Kolejne 3 tysiące kilometrów Kazimierz Nowak przebył więc konno. Po drodze, odwiedził m.in. majątek hrabiego Zamoyskiego w Angoli. Dotarłszy do rzeki Kassai, Nowak przesiadł się do czółna (nazwał je „Poznań I”) i ruszył dalej.
W trakcie podróży stracił jednak łódź. Nie załamał się jednak i dalej maszerował pieszo. Potem znów przesiadł się do łodzi (nazwał ją „Maryś” na cześć swojej małżonki) i dotarł nią w 1935 roku do Leopoldville (dziś Kinszasa w Republice Kongo). Do jeziora Czad podróżował dalej rowerem. Saharę przemierzył na wielbłądzie wraz z poganiaczem i małą karawaną. Podróż przez pustynię trwała 5 miesięcy! Ostatnie tysiąc kilometrów do Algieru, podróżnik przejechał na rowerze. W listopadzie 1936 roku zakończył podróż liczącą 40 tysięcy kilometrów. Za ostatnie pieniądze kupił bilet na prom do Marsylii. Stamtąd przez Paryż, Belgię i Niemcy wyruszył do Polski. W nocy z 22 na 23 grudnia 1936 roku zjawił się na granicy polsko-niemieckiej. Do Poznania przybył pociągiem.
W czasie podróży Kazimierz Nowak zrobił około 10 tysięcy zdjęć (aparatem Contax otrzymanym od poznańskiego fotografa Kazimierza Gregora). Po powrocie do kraju nie opromieniła go sława podróżnika. Wygłosił kilka odczytów w poznańskim kinie „Apollo” poświęconych podróży, zaprezentował też swoje zdjęcia. Prasa i dziennikarze nie zainteresowali się jednak polskim podróżnikiem. 13 października 1937 roku Kazimierz Nowak zmarł zapomniany w swoim domu przy ul. Lodowej w Poznaniu na zapalenie płuc. Przyczyną było ogólne wycieńczenie organizmu i przebyte choroby.
O Kazimierzu Nowaku i jego podróży po Czarnym Lądzie można przeczytać w dwóch książkach: „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931-1936”, Poznań 2000 i „Przez Czarny Ląd”, Warszawa 1962. W listopadzie 2006 roku na dworcu kolejowym Poznań-Główny, Ryszard Kapuściński odsłonił pamiątkową tablicę poświęconą polskiemu podróżnikowi. W Muzeum im. Arkadego Fiedlera w podpoznańskim Puszczykowie można natomiast zobaczyć wystawę zdjęć z wyprawy do Afryki.
Kim był Janko z Czarnkowa wie prawie każdy uczeń, który w szkole uczęszczał na lekcje historii. Jeden z najważniejszych polskich kronikarzy średniowiecznych, mieszczanin i Wielkopolanin z pochodzenia, jeden z najlepiej wykształconych wówczas ludzi w Polsce. Janko z Czarnkowa miał jednak też „drugą twarz”…
W ostatnich latach panowania Kazimierza Wielkiego, Janko piastował wysoki urząd podkanclerzego. W stosunku do nowego króla Ludwika Węgierskiego był nastawiony opozycyjnie. Niechętny nowemu monarsze Janko, należał do stronnictwa opozycjonisty biskupa Andrzeja Zaremby. Afera, w którą wplątał się kronikarz była dość osobliwa. W swojej „Kronice” Janko tłumaczył się z tego co zrobił i stwierdził, że padł ofiarą intryg Zawiszy i Mikołaja z Kurnika. Panowie ci oskarżyli bowiem Janka z Czarnkowa o to, że po śmierci Kazimierza Wielkiego, zabrał ze skarbu królewskiego dużą kwotę pieniędzy, a już za życia tegoż króla prowadził się niemoralnie i swoimi działaniami doprowadził do nadużyć finansowych.
Królowa Elżbieta, której przedstawiono zarzuty przeciwko kronikarzowi, początkowo nie dawała im wiary, ale po pewnym czasie uległa podszeptom przeciwników Janka i odebrała mu urząd podkanclerzego (otrzymał go Zawisza). Na tym się jednak nie skończyło. Janka aresztowano. Na szczęście arcybiskup gnieźnieński Jarosław pod jurysdykcję którego kronikarz podlegał, uznał go za niewinnego. Uznanie za niewinnego Jankowi nie wystarczyło. Postanowił zaatakować swoich przeciwników i wytoczył im proces w kurii papieskiej. Ci jednak znów okazali się silniejsi, a za ich namową królowa Elżbieta odebrała Jankowi dobra prywatne oraz kościelne i nakazała opuścić kraj. Janko z Czarnkowa, pozbawiony stanowisk i majątku został wygnany z Polski! Wyjechał do Wrocławia, a stamtąd do Pragi. Wkrótce jednak powrócił do kraju i żył na swoich włościach, jak gdyby nigdy nic się nie stało.
W całej tej historii najbardziej interesujący jest wyrok na Janka z Czarnkowa, który wydał 10 czerwca 1372 roku w Poznaniu sędzia poznański Przecław z Rusinowa. Dokument ten zachował się do naszych czasów i wiele wyjaśnia w sprawie kronikarza. Wynika z niego, że Janko przyznał się przed królową, iż usiłował wykraść z grobu Kazimierza Wielkiego insygnia królewskie tam złożone (prawdopodobnie chciał je przekazać Władysławowi Białemu, którego był zwolennikiem). Na rozprawę sądową Janko się nie stawił. Wyrok był jednoznaczny: winny zbrodni obrazy majestatu, konfiskata majątku, pozbawienie wszelkich godności i banicja! Okazało się więc, że słynny średniowieczny kronikarz został oskarżony o najcięższe zbrodnie, w tym profanację grobu królewskiego! Oskarżony sam przyznał się do zarzucanych mu czynów.
Co ciekawe, sądzili go Wielkopolanie, także opozycyjnie nastawieni wobec nowego króla Ludwika, a poza tym zwolennicy Janka. Nie znaleźli jednak żadnych argumentów na jego obronę, skoro zapadł wyrok skazujący. Także wśród duchowieństwa (biskup poznański) uchodził on za winnego. W swojej „Kronice” Janko z Czarnkowa nic nie wspomina o tym procesie i wyroku. To też świadczy przeciwko niemu. Po okresie banicji powrócił do kraju, ale tylko dzięki wstawiennictwu u królowej ludzi mu życzliwych m.in. arcybiskupa gnieźnieńskiego Jarosława, który zachował dla niego nawet godności i beneficja kościelne.
Dlaczego na taki czyn poważył się człowiek tak znaczny i zamożny? Zapewne jako przeciwnik Andegawena na tronie polskim, chciał Janko doprowadzić do oddania korony któremuś z Piastowiczów, być może Władysławowi Białemu. Być może też Janko był członkiem opozycyjnej grupy Wielkopolan, która chciała osadzić na tronie w Krakowie księcia gniewkowskiego. Plany te jednak szybko się „rozsypały”, a Janko próbujący wykraść dla nowego króla insygnia monarsze „wpadł”. Stąd zapewne cała afera z kronikarzem i podkanclerzym z Czarnkowa, który po 1372 roku stracił cały swój autorytet i stał się zwykłym złodziejem i świętokradcą.
Dziś o ciekawym, a mało znanym epizodzie z historii Polski. W 1370 roku po śmierci ostatniego Piasta, Kazimierza Wielkiego, na tronie polskim zgodnie z wcześniejszymi umowami, zasiadł Ludwik Węgierski z dynastii Andegawenów. Zaakceptowali go panowie krakowscy i Małopolanie. Król z Węgier nie uzyskał jednak poparcia możnych z Wielkopolski. Wielkopolanie chętniej widzieli na tronie kogoś z piastowskich książąt, niż przedstawiciela potężnej dynastii andegaweńskiej. Postanowili więc przeprowadzić dość karkołomny plan.
Członkiem rodu Piastów spokrewnionym z Kazimierzem Wielkim był książę gniewkowski Władysław Biały. Jedyny żyjący przedstawiciel kujawskiej linii Piastów przebywał wówczas w klasztorze w Dijon we Francji. Kazimierz Wielki nie brał go pod uwagę przy spisywaniu testamentu politycznego (wolał adoptować Kaźka słupskiego i powierzyć mu tron polski). Jednak część panów wielkopolskich postanowiła Władysławowi przekazać koronę polską. W 1370 roku, jak pisze Długosz, powiadomili oni Władysława Białego o śmierci Kazimierza i zaproponowali mu tron polski oraz swoje wsparcie w osiągnięciu tego celu.
Na tę wieść, Władysław porzucił klasztor w Dijon i szybko udał się do kurii papieskiej, aby uzyskać dyspensę papieską (wcześniej złożył śluby klasztorne) i zgodę na koronację. Tutaj jednak spotkał go zawód, gdyż papież nie zamierzał oddawać korony polskiej nikomu poza Ludwikiem Węgierskim. Po tym niepowodzeniu Władysław Biały udał się do Bazylei (lub do Strassburga), gdzie spotkał się z innymi „uczestnikami spisku” tj. panami z Wielkopolski: Przedpełkiem ze Stęszewa, Stefanem z Trląga i Wyszotą z Kurnika. Stąd wszyscy Polacy udali się na Węgry do Ludwika. Król węgierski i polski zgodził się oddać Władysławowi księstwo gniewkowskie, ale nie koronę polską. Wysłał więc Władysława do papieża z prośbą o zgodę na dyspensę i powrót księstwa gniewkowskiego w jego ręce. Papież takiej zgody jednak nie udzielił (prawdopodobnie za wiedzą i wolą Ludwika). To spowodowało, że rozczarowany Władysław Biały wrócił do Polski, aby zbrojnie upomnieć się już nie tylko o swoje księstwo, ale i o całą Polskę.
Poparcia Władysławowi udzieliły wielkopolskie rody Łodziów, Pomianów, Nałęczów i Zarembów. Nie jest do końca jasne, czy ludzie ci chcieli osadzić Władysława Białego na tronie polskim, czy tylko wielkopolskim (odrywając Wielkopolskę od Korony). W każdym razie, we wrześniu 1373 roku Władysław zajął Inowrocław, Gniewków, Złotoryję oraz zamek Szarlej. Przeciwko buntownikowi wystąpił Sędziwój z Szubina i rycerstwo Kujaw oraz Wielkopolski. Inowrocław został zdobyty. Władysław Biały zdał się na łaskę króla Ludwika. Chciał dla siebie tylko Gniewkowo, ale nawet na to nie uzyskał zgody królewskiej. Uciekł więc i schronił się w Drdzeniu u panów de Ost, spokrewnionych z Nałęczami.
Książę nie poddał się jednak całkowicie. Zebrał wojsko i ruszył na Kujawy i Wielkopolskę. Został rozbity pod Gniewkowem, ale zajął Złotoryję. 1 czerwca 1376 roku rozpoczęło się dwumiesięczne oblężenie miasta. W trakcie tej bitwy, śmiertelną ranę odniósł m.in. Kaźko słupski. W końcu, z braku środków do prowadzenia dalszej walki, Władysław Biały rozpoczął pertraktacje z Ludwikiem Węgierskim. Trwały one długo i dopiero w marcu 1377 roku Władysław zrzekł się swego księstwa gniewkowskiego za sumę 10 tysięcy florenów i opactwo w Pannonhalma.
„Zamach” nie udał się z powodu braku szerszego poparcia w Wielkopolsce dla akcji księcia gniewkowskiego. Większość rycerstwa wielkopolskiego zbyt obawiała się gniewu króla, aby otwarcie przeciwko niemu występować. Co innego było „spiskować”, a co innego czynnie działać. Ludwik Węgierski dalej sprawował rządy w Polsce, aż do swojej śmierci w 1382 roku. Nie doszło więc do otwartego buntu Wielkopolski, a plany (jeśli w ogóle takowe były) odłączenia tej dzielnicy od Polski, spełzły na niczym.
Wydawnictwo „Universitas” wznowiło książkę Jana Dąbrowskiego traktującą o ostatnich latach życia i panowania w Polsce i na Węgrzech, Ludwika Węgierskiego. Jest to kolejna pozycja z serii „Władcy polscy”. Mimo, iż praca Dąbrowskiego powstała przed prawie stu laty, wciąż w wielu aspektach jest aktualna. Dobrze się więc stało, że „Universitas” zdecydował się na jej wznowienie.
Autor książki podjął się trudnego zadania przedstawienia polityki Ludwika Węgierskiego, jego decyzji i działań, w ostatnim okresie panowania tj. w latach 1370-1382. Był wówczas Ludwik królem Węgier i Polski. Dąbrowski opisuje go na tle ówczesnej Europy, przedstawia cele i rezultaty jego polityki na Węgrzech i w Polsce, omawia też politykę zagraniczną króla Węgier i Polski. Książka dotyczy głównie spraw politycznych, czasami tylko, jeśli jest to niezbędne, autor nawiązuje do spraw gospodarczych i ustrojowych. Dąbrowski bardzo dokładnie przygląda się polityce Ludwika Węgierskiego, zwłaszcza odnośnie Polski. Z pewnością jest jego książka zbiorem dokładnych, szczegółowych informacji o tym królu i jego panowaniu w Polsce i na Węgrzech od 1370 do 1382 roku.
Zaletą książki jest bardzo solidna podbudowa źródłowa (patrz liczne i rozbudowane przypisy). Przedstawione jest tu także szerokie tło społeczno-polityczne ówczesnej Polski i Węgier. Autor nie naciąga też faktów, a warsztatowo praca jest poprawna. Jest jednak kilka uchybień i niedociągnięć, których można się dopatrzeć w pracy Dąbrowskiego. Przede wszystkim dość skomplikowany i pogmatwany sposób w jaki autor tłumaczy pewne wydarzenia. Opisuje je w szerokim (za szerokim!) kontekście ogólnohistorycznym. Język jest dość hermetyczny, skomplikowany. Dla niewprawnego czytelnika, miłośnika historii, ale niekoniecznie po studiach historycznych, może być niezrozumiały. Wszystko to więc wymaga od czytającego większej uwagi, a czasami sięgnięcia do „pomocy” typu: słownik, encyklopedia.
Niestety, Dąbrowski przyjął tak szeroki kontekst, tło, na którym umiejscawia i opisuje wydarzenia dotyczące tematu, że trzeba naprawdę wykazać się dużą wiedzą historyczną, aby zrozumieć tekst i nadążyć za tokiem myślowym autora (np.: zależności i wpływ polityki „bałkańskiej” i „włoskiej” (neapolitańskiej) Andegawenów na „sprawę polską”, stosunek Ludwika do Rusi i Litwy, a jego węgierska polityka „wschodnia” itp.). Wydaje się, że czasami można było zawęzić tło społeczno-polityczne i obyłoby się to bez uszczerbku dla poprawności wykładu. Z pewnością uczyniłoby natomiast bardziej zrozumiałą i przejrzystą historię opowiadaną przez autora.
Zasadniczy tekst pracy poprzedzony jest przedmową autora i wstępem, w których wprowadzeni zostajemy w temat. Tutaj też autor przedstawia podstawowe założenia badawcze, jakie stawia sobie przy pisaniu pracy. W pierwszym rozdziale Dąbrowski przybliża nam pochodzenie dynastii Andegawenów i politykę dynastyczną Karola Roberta – ojca Ludwika. Jego wywody wsparte są tablicą genealogiczną Andegawenów węgierskich. Następnie autor analizuje rządy andegaweńskie na Węgrzech, przedstawia dwór węgierski i życie dworskie, najważniejszych ludzi i rody, na których opierała się polityka Andegawenów. Omawia też system rządów dynastii, społeczeństwo węgierskie i jego organizację. Przygląda się też kulturze tamtych czasów. Wszystko to po to, aby dać ogólną charakterystykę Andegawenów, ukazać szerszą perspektywę, płaszczyznę na której rozgrywać się będzie „sprawa polska” pozostająca wtedy w rękach Ludwika.
W kolejnym bowiem rozdziale, Dąbrowski dokładnie opisuje politykę Andegawenów wobec Kazimierza Wielkiego do 1370 roku. Mamy więc tutaj do czynienia z ustawiczną grą dyplomatyczną w trójkącie: Kazimierz Wielki – Andegawenowie (Karol Robert i Ludwik) – Luksemburgowie. Autor omawia szczegółowo wszystkie układy, traktaty i porozumienia wokół sprawy sukcesji w Polsce po Kazimierzu, przedstawia jak zmieniały się relacje polsko-węgierskie, jak ewoluowała postawa Andegawenów wobec Polski i jej króla. W następnym rozdziale Dąbrowski omawia wstąpienie na tron polski Ludwika Węgierskiego i związane z tym faktem okoliczności tj. sprawę Kaźka słupskiego, rolę Elżbiety Łokietkówny faktycznej regentki w Polsce oraz stosunek polskiego rycerstwa wobec nowego monarchy.
Właśnie relacjom nowego króla z polskimi poddanymi autor poświęca kolejne rozdziały książki. W nich to przedstawia stosunek rycerstwa małopolskiego, panów krakowskich oraz rycerstwa wielkopolskiego wobec Ludwika. Na tym tle wyraźnie widać duży rozdźwięk, do jakiego wówczas doszło w Polsce pomiędzy Małopolską i Wielkopolską. Powodem wewnętrznego konfliktu był stosunek do nowego króla i relacje z nim (Małopolanie popierali Ludwika, Wielkopolanie byli mu niechętni). Dąbrowski przedstawia osie konfliktu wielkopolsko-andegaweńskiego i omawia główne rody rycerskie Małopolski i Wielkopolski, które miały wówczas wpływ na to, co działo się w kraju. Tutaj mamy do czynienia z prowadzoną przez autora analizą „gry politycznej” jaka toczyła się wtedy w Polsce pomiędzy różnymi stronnictwami politycznymi. Celem tej gry był udział we władzy i profity z tym związane. Wzajemnie zwalczały się wówczas stronnictwa prowęgierskie i antywęgierskie, to ostatnie wspomagane przez Luksemburgów. Pojawiły się nowe koncepcje polityczne (Władysław Biały królem Polski, Piastowie mazowieccy królami Polski itp.). Wszystkie te zawiłości polityczne, knowania i spiski świetnie wychwycił i przedstawił na kartach swej książki Jan Dąbrowski. To wielka zaleta tej pracy.
Dwa rozdziały poświęcił również autor polityce gospodarczej Ludwika, zwłaszcza wobec miast i mieszczaństwa polskiego (w sprawach tych decydowały względy polityczne) oraz sprawie Rusi i Litwy. Ostatnie dwa rozdziały poświęcone są końcowemu okresowi rządów Ludwika na Węgrzech i w Polsce. Wtedy to zapadały ostateczne decyzje co do sukcesji w Polsce. Dąbrowski z dużą dokładnością, krok po kroku, odtwarza i omawia procesy decyzyjne, układy, plany i narady, które w konsekwencji doprowadziły do decyzji, że tron polski przypadnie córce Ludwika. Na końcu mamy podsumowanie rządów Ludwika w Polsce. Według autora, bilans rządów Andegawena w naszym kraju był dodatni, lata 1370-1382 przygotowały Polskę na przyszłe wydarzenia, starcie z Krzyżakami i wkroczenie na scenę wielkiej, europejskiej polityki pod przywództwem Jagiellonów, stały się podstawą przyszłej potęgi Korony Królestwa Polskiego. Trzeba też wspomnieć, że uzupełnieniem tekstu jest spis aktów dotyczących sukcesji andegaweńskiej w Polsce oraz indeks osób.
Wydanie książki, podobnie jak całej serii „Władcy polscy” jest dobre. Miękkie okładki i klejony grzbiet nie powinny nas zniechęcać. W tekście nie dostrzegłem błędów (dobra korekta). Zabrakło jednak ilustracji (np.: głównych „bohaterów” wydarzeń, o których pisze autor), mapek które uzupełniłyby wywody autora, a przede wszystkim bibliografii. Niestety, zabrakło też przedmowy do nowego wydania książki, w którym można było przedstawić cel wznowienia pracy, omówić aktualny stan badań w temacie podejmowanym przez autora (minęło prawie 100 lat od pierwszego wydania), wyjaśnić różnice językowe w tekście (był on pisany na początku ubiegłego stulecia). Wydawnictwo „Universitas” ograniczyło się jedynie do wznowienia samego tekstu pióra Dąbrowskiego, nie opatrując go swoją przedmową, która czytelnikom mogłaby kilka spraw wyjaśnić. Szkoda.
Książka robi dość dobre wrażenie. Nie czyta się jej szybko i płynnie, trzeba bowiem włożyć trochę wysiłku w zrozumienie tekstu, ale na pewno będzie to z korzyścią dla czytelnika, który chce się czegoś więcej dowiedzieć, a nie tylko „zaliczyć” kolejną lekturę. Jest to książka interesująca, godna polecenia zwłaszcza historykom-mediewistom. Pasjonatom, miłośnikom historii, jeśli tylko „przyłożą się” do jej lektury, też z pewnością przypadnie do gustu. Gwarantuję, że można dowiedzieć się z niej wielu ciekawych rzeczy o naszej przeszłości (np.: o „planach” oderwania Wielkopolski od Królestwa Polskiego przez grupę polskich możnych, o roli jaką odegrali w historii Władysław Biały, Kaźko słupski i Władysław Opolczyk). O tych ludziach i wydarzeniach niewiele dowiemy się z podręczników do historii i encyklopedii.
Do dziś funkcjonuje legenda o złotym tronie, który podarował cesarz Otton III Bolesławowi Chrobremu. Jest to tylko legenda, ale jak w każdej legendzie jest i w tej trochę prawdy… Niestety nie wiemy co jest tutaj prawdą, a co wymysłem ludzi. Przyjrzyjmy się zatem legendzie o złotym tronie.
Według podań i relacji pochodzących ze średniowiecza, cesarz Otton III zachwycony przyjęciem go w Gnieźnie w 1000 roku przez Chrobrego, jakiś czas po tym wydarzeniu obdarował księcia polskiego… złotym tronem należącym wcześniej do Karola Wielkiego! Tron ten, podobnie jak włócznia św. Maurycego, uważany był za symbol władzy królewskiej. Otrzymanie przez Chrobrego podczas zjazdu gnieźnieńskiego kopii włóczni św. Maurycego, oraz w późniejszym terminie być może tronu Karola Wielkiego, nie oznaczało jednak, że stał się on królem Polski (nastąpiło to dopiero w 1025 roku).
Co do tronu cesarza Karola Wielkiego, to sprawa jest dość skomplikowana. Po zjeździe gnieźnieńskim, Bolesław Chrobry wraz z cesarzem Ottonem III udał się do Akwizgranu, gdzie otwarto grobowiec Karola Wielkiego (pisałem o tym w notce: WŁAMANIE DO GROBOWCA). Z grobowca nie zabrano jednak złotego tronu na którym siedział zmarły cesarz! Żadne źródło średniowieczne nic o tym nie wspomina. I tutaj rodzi się legenda. Według niej, tron ten został z grobowca Karola Wielkiego zabrany przez Ottona III i podarowany Chrobremu (niektórzy historycy twierdzą, że mógł to być mały fragment tego tronu podarowany księciu polskiemu jako swoista relikwia).
W każdym razie, „podarunek” cesarza przybył wraz z Chrobrym do Polski. Gdzie został umieszczony? Prawdopodobnie w rezydencji polskiego władcy na wyspie Jeziora Lednickiego. Podobno był tutaj aż do 1038/1039 roku, gdy na Polskę spadł najazd czeskiego księcia Brzetysława (rządził wtedy w Polsce Mieszko II). Co stało się z tronem? Prawdopodobnie, aby uchronić go przed rabunkiem, został ukryty w sekretnym miejscu. Ludzie, którzy tego dokonali zginęli później walce z Czechami i słuch po tronie Karola Wielkiego zaginął. Do dziś nikt nie wie, gdzie został ukryty. Oczywiście to tylko prawdopodobny scenariusz zdarzeń.
Jeśli jednak przyjmiemy taki tok rozumowania to należy zastanowić się, gdzie mógł zostać ukryty złoty tron. Ludzie którzy tego dokonali nie mieli zbyt dużo czasu i możliwości ukrycia „obiektu”. W grę wchodziły najbliższe okolice Ostrowa Lednickiego. Najważniejszy był tutaj szlak komunikacyjny z Ostrowa do Poznania (Ostrowa Tumskiego). Na tym szlaku rzek i jezior znajdował się… Swarzędz. Być może gdzieś w okolicach tej miejscowości, w lasach, na dnie Jeziora Swarzędzkiego lub na małej wysepce znajdującej się na tym jeziorze ukryto tron Karola Wielkiego. Niestety do dziś nie znaleziono tu jego śladu (z dna Jeziora Swarzędzkiego wydobyto za to dłubankę z X-XI wieku, znaleziono tu też wiele mieczy, hełmów, grotów strzał i włóczni z XI wieku). Jeszcze w XIX wieku miejscowa ludność przekazywała sobie z pokolenia na pokolenie legendę o złotym tronie zatopionym w jeziorze.
Zapewne jest to tylko legenda, a złoty tron Karola Wielkiego nigdy nie znalazł się w posiadaniu Bolesława Chrobrego i nie trafił do Polski. Zapewne istniał, ale wielce prawdopodobne, że pozostał w Akwizgranie w grobowcu Karola. A może w tym wypadku nie chodziło wcale o złoty tron cesarza, ale o „zwykły” kamienny lub drewniany tron, na którym zasiadali Bolesław Chrobry, a po nim Mieszko II i który to tron znajdował się w rezydencji książęcej na Ostrowie Lednickim?
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
W 1331 roku doszło do bitwy pod Płowcami, w której starli się Polacy z Krzyżakami. Zakończyła się ona militarnym sukcesem Polaków. Tyle wiemy z podręczników do historii. Studenci historii wiedzą już jednak, że nie było to zwycięstwo, a wynik bitwy można uznać za „remisowy”, gdyby w militarnych starciach padały „remisy”. Czy była to więc bitwa nierozstrzygnięta, czy może zwyciężyli w niej… Krzyżacy?
Opinie w tej sprawie są wśród historyków podzielone. W powszechnym odczuciu był to sukces polskiego oręża i Łokietka, który pokonał armię zakonną i powstrzymał agresję krzyżacką na Polskę. Bitwa-legenda doczekała się nawet kopca usypanego w 1961 roku w miejscu, gdzie do niej doszło. Cofnijmy się zatem w przeszłość… We wrześniu 1331 roku wybuchła wojna polsko-krzyżacka. Armia zakonna pod wodzą komtura chełmińskiego Ottona von Lutterberga złupiła Kujawy i zachodnią Wielkopolskę. Krzyżacy zdobyli Pyzdry, skąd uciekł królewicz Kazimierz i pokonali wielkopolskie rycerstwo pod wodzą Wincentego z Szamotuł. Pod Kaliszem mieli spotkać się z Czechami, aby wspólnie ruszyć na Łokietka. Czesi jednak nie przyszli z pomocą Krzyżakom (Jan Luksemburski był zajęty sporem z cesarzem o Karyntię), a ci nie zdobyli Kalisza. Rozpoczęli powolny odwrót, obarczeni taborami ze zdobyczami. W tym czasie wojska Łokietka połączyły się z Wielkopolanami Wincentego z Szamotuł i ruszyły za Krzyżakami.
Siły polskie były zbyt słabe, aby zmierzyć się z armią zakonną na otwartym polu. Obie armie spotkały się jednak pod Koninem i to dość przypadkowo. Polacy rozłożyli się obozem niedaleko Krzyżaków nic o tym nie wiedząc (zaniedbano rozpoznania). Gdy doszło do spotkania z Krzyżakami, zaczęła się bitwa. Polacy zostali jednak zmuszeni do wycofania się. Nadchodząca noc przeszkodziła obu stronom w kontynuowaniu walki. Tu pozwolę sobie na małą dygresję i słów kilka poświęcę Wincentemu z Szamotuł. Położył on wiele zasług dla Łokietka, za co został… pozbawiony przez króla urzędu wojewody. Rozgoryczony tym faktem rycerz wycofał się z życia politycznego. Długosz posądził go o zdradę i działanie w interesie Krzyżaków. Uważał nawet, że Wincenty wspierał działania armii Ottona von Luttenbegra. Aby wytłumaczyć udział wojsk wielkopolskich pod wodzą Wincentego w walkach z Krzyżakami po stronie Łokietka, nasz dziejopis napisał, że Wielkopolanin nawrócił się jak Judasz i uzyskał przebaczenie króla polskiego. Czy jednak rzeczywiście Wincenty był zdrajcą? Przecież uratował w Pyzdrach królewicza Kazimierza…
Tymczasem Krzyżacy w drodze powrotnej z Polski postanowili zdobyć Brześć Kujawski. Aby nie opóźniać marszu, pozostawiono w tyle tabory z łupami i jeńcami pod strażą piechoty i części rycerstwa pod dowództwem wielkiego marszałka Zakonu Dietricha von Altenburga. Reszta armii ruszyła na Brześć. Krzyżacy nie spodziewali się kontrakcji Polaków. 27 września 1331 roku w gęstej mgle wojska polskie niespodziewanie weszły na krzyżacką kolumnę z wozami. Zaskoczenie było obopólne. Polacy wycofali się, sformowali szyki i ruszyli na krzyżackie tabory. To dało czas braciom zakonnym na przygotowanie obrony i zawiadomienie armii, która pomaszerowała na Brześć. Po 3-godzinnej bitwie Polacy zdobyli tabory. Do niewoli wzięto wielkiego marszałka Zakonu, 3 komturów i 52 rycerzy zakonnych. Łokietek kazał stracić większość jeńców, zachowując przy życiu tylko co znaczniejszych rycerzy i dostojników krzyżackich. Nie było to zachowanie godne rycerza i króla.
Tymczasem armia krzyżacka spod Brześcia już zmierzała z odsieczą dla swoich taborów. Pod Płowcami doszło do spotkania oddziałów krzyżackich pod dowództwem Henryka Russ von Plauena z polskimi wojskami. Polacy świętujący jeszcze zwycięstwo, nie byli przygotowani na kontruderzenie. Doszło do bitwy, w której przeważyły wojska krzyżackie. Łokietek kazał opuścić plac boju swojemu synowi królewiczowi Kazimierzowi (krzyżacka propaganda wykorzystywała później ten fakt oskarżając Kazimierza o tchórzostwo i ucieczkę z pola walki). Część polskiego rycerstwa zaczęła uciekać widząc wycofującego się Kazimierza. Pod wieczór, z pola bitwy wycofał się też Łokietek. Krzyżacy z zemsty wymordowali wszystkich polskich jeńców, w tym wielu rycerzy. Bracia zakonni nie świętowali jednak zwycięstwa, ale jeszcze przed zapadnięciem zmroku wyruszyli z odzyskanymi taborami w drogę powrotną do Torunia. Nie ścigali też uciekającego rycerstwa Łokietka.
Odwrót Krzyżaków uznano w polskiej historiografii za dowód zwycięstwa Polaków, milczeniem pomijając fakt, że wojska Łokietka pierwsze wycofały się z pola bitwy. Część badaczy uznała bitwę za nierozstrzygniętą (obie strony wycofały się w różnym czasie i z różnych powodów z pola bitwy, zwycięzcy więc nie było). Straty natomiast były bardzo duże po obu stronach (Krzyżacy stracili 1/3 armii, Polacy połowę). Jedni i drudzy nie zabrali swoich poległych z pola bitwy. Kto więc zwyciężył w tym starciu? Zdaniem wielu historyków bitwa była nierozstrzygnięta, ponieważ Polacy zwyciężyli w porannej walce o tabory, ale po południu stracili wszystko i przegrali na otwartym polu. Krzyżacy odzyskali to, co utracili. Nie można więc wskazać zwycięzcy. Czyżby? Przecież to, że wygrywa się pierwszą część batalii, a potem traci się wszystko co się zdobyło i wycofuje się (tzn. ucieka) z pola bitwy, czy to oznacza, że bitwa jest nierozstrzygnięta?
Czy taki przebieg walki wskazuje na zwycięstwo Łokietka? Przecież pierwszy zrejterował królewicz i król Polski, a dopiero, gdy Polacy wycofali się, Krzyżacy zabrali łupy i odjechali w swoją stronę do Torunia. Czy to oznaczało, że to oni przegrali? Czy rzeczywiście nie sposób wskazać tu zwycięzcę i przegranego? Jeśli to było „świetne zwycięstwo oręża polskiego”, jak chce tego część polskich historyków, to jak nazwać nieudaną próbę zdobycia przez Polaków w 1410 roku Malborka? Też zwycięstwem? „Zwycięstwo” Łokietka pod Płowcami zaowocowało w następnym roku utratą Kujaw na rzecz Krzyżaków i śmiercią walecznego Wincentego z Szamotuł. W 1332 roku Jan Luksemburski król polski (sic!) przyznał Kujawy Zakonowi.
Legenda bitwy pod Płowcami trwa. Mit ma się dobrze. Nie pierwszy on i nie ostatni w naszej historii. No cóż, mity też są potrzebne społeczeństwu. To one, paradoksalnie, budują i cementują naszą tożsamość. Można z nimi walczyć, ale wiele wskazuje na to, że rezultat tej walki może być taki jak pod Płowcami: w pierwszym momencie zwycięstwo, ale w końcowym rozrachunku porażka…
Dziś kilka słów o słynnych mieczach wręczonych Władysławowi Jagielle na polach Grunwaldu przez posłów krzyżackich. Wszyscy doskonale pamiętamy tę scenę z sienkiewiczowskich „Krzyżaków”. Jaki był los dwóch mieczy, które w 1410 roku otrzymał Jagiełło? Co się z nimi działo po grunwaldzkiej wiktorii?
Zacząć trzeba od tego, że miecze na grunwaldzkim polu wręczyli polskiemu królowi dwaj posłowie krzyżaccy: jeden był rycerzem króla węgierskiego, drugi księcia szczecińskiego. Miecze prawdopodobnie były własnością komtura tucholskiego Heinricha von Schwelborn, który miał w zwyczaju nosić je przed sobą na znak swoich rycerskich umiejętności. Miecze darowane Jagielle pod Grunwaldem były zaproszeniem do walki i wyzwaniem rzuconym Polakom. U Sienkiewicza stały się symbolem krzyżackiej pychy i buty. Jagiełło miecze przyjął i wkrótce rozpoczęła się bitwa. Jaki był ich dalszy los?
Od końca XV wieku stały się symbolami, insygniami władzy. Zostały podniesione do rangi mieczów ceremonialnych. Były niesione przed królem w czasie koronacji i symbolizowały Koronę i Litwę. W skarbcu koronnym były przechowywane razem ze Szczerbcem i mieczem Zygmunta Starego „Sigismuntis Iustus”. W skarbcu tym, miecze znajdowały się do 1795 roku. W nocy z 3 na 4 października tego roku, do skarbca weszli Prusacy i zrabowali polskie insygnia koronacyjne. Trafiły one do skarbca Hohenzollernów, a dekretem Fryderyka Wilhelma III, zostały w 1811 roku zniszczone. Tyle, że los ten nie spotkał mieczy grunwaldzkich. Nie zostały one wyniesione z krakowskiego skarbca. Pozostały tutaj wraz z innymi przedmiotami.
Za zgodą cesarza Franciszka II Habsburga, Tadeusz Czacki zabrał je ze skarbca i przekazał do puławskich zbiorów Izabeli Czartoryskiej. Tam trafiły do zbioru „Szkatuły królewskiej” w świątyni Sybilli. Przekazanie mieczy do muzeum Czartoryskich prawdopodobnie było błędem. Gdyby zostały w skarbcu krakowskim, być może przetrwałyby zabory i po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku, byłyby bezpieczne. Habsburgowie nie interesowali się zbytnio krakowskim skarbcem i nie mieli zakus na to, co się w nim znajdowało. Stało się jednak inaczej. Po klęsce powstania listopadowego, muzeum Czartoryskich w Puławach zostało zlikwidowane. Tutaj tropy mieczy grunwaldzkich zaczynają się rwać i plątać.
Według przedstawiciela księcia Andrzeja Zamoyskiego, niejakiego Jaszuńskiego, niektóre przedmioty z muzeum zostały zakupione (zabrane?) przez proboszcza Józefa Dobrzyńskiego i trafiły do parafii we Włostowie. Czy były wśród nich grunwaldzkie miecze? Nie wiadomo. W każdym razie, w 1848 roku na skutek denuncjacji, na plebanii u księdza pojawili się Rosjanie i zarekwirowali część przedmiotów, w tym chorągwie zdobyte na Szwedach i Tatarach. W maju 1853 roku po śmierci księdza Dobrzyńskiego, Jaszuński jako przedstawiciel księcia Zamoyskiego będącego spadkobiercą puławskiego muzeum, zjawił się we Włostowie, aby zabrać przedmioty pochodzące z muzeum Czartoryskich. Jednak zastępca wójta we Włostowie, nie zezwolił zabrać stamtąd m.in. „broni starożytnej” wśród, której podobno były dwa grunwaldzkie miecze. Wywieziono je do Zamościa i wszelki ślad po nich zaginął.
Dziś na Wawelu, wystawiany jest jeden XV-wieczny miecz pochodzący z pola grunwaldzkiej bitwy, ale nie jest to „miecz grunwaldzki”. Prawdopodobnie, oba miecze przepadły, chociaż niektórzy uważają, że przetrwały zawieruchy dziejów i znajdują się w magazynach rosyjskich muzeów. Jeśli rzeczywiście tak jest, to być może na fali „odwilży” w relacjach polsko-rosyjskich, nasi sąsiedzi ze wschodu, przekażą nam odnalezione w ich muzeach, dwa grunwaldzkie miecze…
Wokół grunwaldzkiej bitwy narosło wiele mitów i legend. Z naszej niepełnej wiedzy o tym wydarzeniu wzięła się ich zdecydowana większość. Ograniczona liczba źródeł spowodowała, że sami „dopowiedzieliśmy” sobie, jak to było naprawdę. Co więc w tej bitwie jest prawdą, a co zostało „zmyślone” przez historyków i publicystów?
Zacząć trzeba od początku, czyli ustawienia wojsk przed bitwą i ich liczebności. Długosz twierdził, że armia Jagiełły rozbiła przed bitwą obóz nad Jeziorem Łubień, z kolei „Kronika konfliktu” podaje, że wojska Jagiełły rozbiły się obozem niedaleko wsi Wierzbica. Wynikałoby z tego, że Jagiełło z wojskiem na pole grunwaldzkie przybył nie od południa jak chciał Długosz, ale od zachodu. W ten sposób armia polsko-litewska zwrócona byłaby w stronę Stębarka, a bitwa rozegrałaby się w pobliżu wsi Grunwald, a nie jak pisał Długosz, w pobliżu wsi Stębark i Łodwigowo. Oczywiście, dziś jest to już niemożliwe do rozstrzygnięcia.
Potrzebne i możliwe natomiast jest stwierdzenie, że żadnych wilczych dołów na polu bitwy nie było. Obie armie zbyt późno dowiedziały się o swoim wzajemnym położeniu, aby zdążyć przygotować wilcze doły. Obie armie zajęte były przed bitwą ustawianiem się w odpowiednich szykach i zajmowaniem pozycji przed walką. Nie było czasu na kopanie dołów. Co do liczebności obu walczących w bitwie stron, to należy odrzucić fantastyczne liczby podawane przez kronikarzy (setki tysięcy walczących). Faktem jest, że liczebna przewaga była po stronie wojsk polsko-litewskich. Niestety, brak w tym względzie źródeł powoduje, iż jesteśmy skazani na hipotezy wysuwane w oparciu o różne metody liczenia, szacowania wielkości obu armii. To prowadzi do dużych rozbieżności w uzyskiwanych przez historyków, wynikach. Najczęściej mówi się o tym, że von Jungingen miał do dyspozycji armię liczącą od 11 do 32 tysięcy ludzi. Najnowsze badania mówią o 15 tysiącach zbrojnych. Jeśli chodzi o armię Jagiełły, to jej liczebność szacuje się na 11 do 20 tysięcy wojsk koronnych i około 10 tysięcy Rusinów, Tatarów i Mołdawian.
Teren bitwy był lekko pofałdowany. Front wojsk miał około 3 kilometrów długości, a odległość między wrogimi armiami nie wynosiła więcej jak 200-250 metrów (odległość jednego strzału z łuku). Przed rozpoczęciem bitwy, do Jagiełły przybyli heroldowie krzyżaccy, którzy zaoferowali królowi polskiemu dwa miecze jako zachętę do walki. Zaoferowali też, że armia Zakonu cofnie się, aby dać Jagielle więcej miejsca na atak. Była to krzyżacka prowokacja. Jagiełło nie dał się jednak sprowokować i spokojnie czekał. Chciał osłabić Krzyżaków stojących na otwartym polu, w słońcu. Tymczasem polskie rycerstwo stojące na skraju lasu, oczekiwało na sygnał do natarcia.
Armia polsko-litewska liczyła 51 chorągwi koronnych i 40 chorągwi litewskich. Na prawym skrzydle stali Litwini, dalej w lewo, 3 pułki smoleńskie, chorągiew św. Jerzego złożona z zaciężnych z Czech i Moraw i chorągiew gończa. Centrum to chorągwie małopolskie (m.in. krakowska, sandomierska, halicka i wieluńska) oraz zaciężni ze Śląska. Na lewym skrzydle stali Wielkopolanie i oddziały z centralnej Polski. Z tyłu, na wzgórzu, stanął król Jagiełło, aby obserwować i kierować bitwą. Dla zabezpieczenia króla, w przypadku porażki (a więc liczono się z taką możliwością!), umieszczono rozstawne konie, które miały pomóc Jagielle szybko opuścić pole bitwy. Natomiast Wielki Książę Litewski Witold osobiście wziął udział w bitwie. Siły Zakonu składały się z 51 chorągwi (mało wiadomo o ich ustawieniu). Przed rycerstwem zakonnym stało też kilka bombard z których na początku bitwy oddano dwukrotnie salwy, ale nie wyrządziły one większej szkody nacierającym wojskom.
Bitwa rozpoczęła się od ataku prawego skrzydła (Litwini) i lewego (Wielkopolanie) wojsk Jagiełły. Na lewym skrzydle zwyciężali Polacy, ale na prawym, Krzyżakom udało się rozbić Litwinów, którzy rzucili się do ucieczki. Krzyżacy ruszyli za nimi w pościg. Niektórzy rycerze zakonni dotarli w tej pogoni aż na Litwę, gdzie przynieśli informacje o klęsce wojsk Jagiełły i Witolda. Część z uciekających Litwinów powróciła później na pole bitwy i wzięła jeszcze w niej udział. Do dziś toczy się wśród historyków spór, czy była to prawdziwa ucieczka przed przeważającymi siłami krzyżackimi, czy też celowe wycofanie się, które miało odciągnąć część sił zakonnych od głównego teatru działań. W każdym razie, rozbicie prawego skrzydła wojsk Jagiełły spowodowało krytyczną sytuację w centrum „frontu”. W trakcie naporu Krzyżaków, Maciej z Wrocimowic upuścił chorągiew ziemi krakowskiej. Był to najważniejszy sztandar wojsk polskich (biały orzeł w koronie na czerwonym tle). Sytuację opanował jednak Zawisza Czarny na czele najlepszych polskich rycerzy. Sztandar podniesiono, a walka przybrała na intensywności.
Krzyżacy zaczęli wycofywać się pod naporem zdeterminowanego rycerstwa polskiego. W tym momencie Ulryk von Jungingen zdecydował się wprowadzić do walki wszystkie pozostałe mu odwody. Ruszył do natarcia na czele 15-16 chorągwi. Wówczas to jeden z rycerzy niemieckich, Dypold von Köckritz odłączył się od kolumny i zaatakował króla polskiego stojącego na wzgórzu. Jagiełło ruszył mu naprzeciw i strącił go z konia raniąc Niemca kopią w twarz. Rannego dobił Zbigniew Oleśnicki. W tym czasie von Jungingen uderzył na prawe skrzydło wojsk polskich. Jagiełło wysłał przeciwko niemu polski odwód. Na tyły Krzyżaków uderzyli też Litwini powracający na pole walki. Zginął wielki mistrz, a niedobitki Krzyżaków zaczęły uciekać. Po krótkiej walce zdobyto też obóz krzyżacki. Polskie rycerstwo ruszyło w pościg za uciekającymi Krzyżakami.
W bitwie zginęło około 8 tysięcy ludzi z armii krzyżackiej, w tym co najmniej 203 rycerzy zakonnych (z 250 biorących udział w bitwie). Zginął Ulryk von Jungingen, wielki komtur Kunon von Lichtenstein, marszałek Fryderyk von Wallenrode. Do niewoli dostało się około 2-4 tysięcy walczących po stronie krzyżackiej. W sumie więc, zginęło lub dostało się do niewoli około 10 do 12 tysięcy ludzi z 15-tysięcznej armii zakonnej (80% stanu osobowego). Straty strony polskiej były zaskakująco niskie. Podobno nie zginął żaden znaczniejszy rycerz (niektóre źródła mówią o 12 polskich rycerzach, którzy zginęli).
W katedrze w Kwidzynie odsłonięto kryptę, w której pochowano w XIV i XV wieku trzech wielkich mistrzów krzyżackich: Wernera von Orselna (wielki mistrz w latach 1324-1330), Ludolfa Koeniga (wielki mistrz w latach 1342-1345) oraz Heinricha von Plauena (wielki mistrz w latach 1410-1413). Na uroczystości obecny był aktualny wielki mistrz zakonu krzyżackiego biskup Bruno Platter.
Kryptę przykryto przezroczystą taflą i wstawiono do niej trzy wykonane współcześnie i stylizowane na średniowieczne, trumny. Wieka trumien są uchylone, dzięki czemu można obejrzeć leżące w nich manekiny przedstawiające trzech wielkich mistrzów. Figury mają na sobie repliki strojów w jakich pochowano mistrzów. Obok trumien umieszczono relikwiarze z prawdziwymi szczątkami zakonników.
Skąd wiemy jak wyglądali krzyżacy? Ich wizerunki zostały odtworzone na podstawie badań szczątków szkieletów oraz znajdujących się w kwidzyńskiej katedrze – XVI-wiecznych fresków przedstawiających wielkich mistrzów. Szaty zakonników odtworzono w oparciu o fragmenty tkanin odkrytych w miejscu pochówku.
Szczątki wielkich mistrzów znaleziono przypadkowo w 2007 roku w krypcie w prezbiterium kwidzyńskiej katedry. Szukano wówczas miejsca ostatniego spoczynku błogosławionej Doroty z Mątowów, a natrafiono na trzy trumny. W nich znajdowały się szkielety oraz charakterystyczne zapinki od płaszczy i fragmenty szat z jedwabiu. Wszystko wskazywało na to, że odkryto trumny ze szczątkami wysokich dostojników krzyżackich. Przeprowadzono badania DNA szkieletów. Wyniki ogłoszono w 2008 roku. Ekspertyzy potwierdziły, że szkielety należały do trzech wielkich mistrzów krzyżackich.
Najpełniejszą relację o bitwie grunwaldzkiej pozostawił Jan Długosz. Mimo, iż nie jest ona w pełni obiektywna (kronikarz był niechętny Litwinom, dynastii Jagiellońskiej i Jagielle, był za to stronnikiem biskupa Oleśnickiego i grupy możnych wokół niego skupionych), to jest to pierwszorzędne źródło do poznania przebiegu bitwy. Oto jak bitwę pod Grunwaldem opisuje Długosz:
„Król Władysław... przybył nad Wisłę powyżej klasztoru w Czerwińsku, do miejsca gdzie był ustawiony na łodziach most sporządzony w Kozienicach i dnia tego król przeprawił się przez most i rzekę, a całe wojsko królewskie szło za nim w ustalonym porządku z czterokonnymi wozami, wszystkimi bombardami, mnóstwem żywności i innymi ciężarami... Przy wejściu na most król Władysław postawił wyborowy oddział zbrojnych rycerzy, by zapobiegali tłokowi i zamieszaniu wśród wchodzących. Nadto boki mostu zabezpieczył potężnymi belkami zwanymi kobyleniami, aby nikt się do brzegów nie przybliżał. Wszyscy musieli wchodzić na most w najlepszym porządku z wozami, ludźmi i końmi. Potem, gdy już całe wojsko królewskie przeszło po moście przez rzekę Wisłę, na rozkaz króla most ten natychmiast rozebrano i spławiono do Płocka celem przechowania na powrót króla i wojska.
(…) Kiedy więc rozpięto namiot kapliczny... przybył rycerz Hanek z Chełmu, herby Ostoja, donosząc, że widział wojsko wrogów o parę kroków od siebie. Król przeto włożywszy zbroję dosiadł konia i pozostawiwszy wszystkie insygnia królewskie oprócz niesionego przed nim proporca z wyhaftowanym białym orłem, udał się na znaczne wzniesienie celem ocenienia sił wrogów. Przybył na położony między dwoma gajami pagórek... z którego można było mieć pełny wgląd w szeregi wrogów (…).
Zapowiedziano nagle dwóch heroldów, z których jeden, króla rzymskiego, miał w herbie czarnego orła na złotym polu, a drugi księcia szczecińskiego czerwonego gryfa na białym polu. Wystąpili oni z wojsk wrogów niosąc w rękach gołe miecze, bez pochew, chronieni przed zniewagami przez rycerzy polskich i domagali się stawienia przed oblicze króla. Wysłał ich do króla Władysława mistrz pruski Ulryk z nader dumnym posłaniem, aby skłonić go do podjęcia niezwłocznie bitwy i stanięcia w szeregach do walki... [Heroldowie] ... oddawszy jako tako honory królowi przedstawiają treść swego poselstwa... "Najjaśniejszy królu! Wielki mistrz pruski Ulryk posyła tobie i twojemu bratu (pominęli imię Aleksandra i tytuł książęcy) przez nas tu obecnych posłów dwa miecze ku pomocy, byś wespół z nim i jego wojskami nie ociągał się i z większą, niż to okazujesz, odwagą przystąpił do boju, a także żebyś się nie krył nadal w lasach i gajach i nie odwlekał walki. Jeśli zaś uważasz, że masz zbyt szczupłą przestrzeń aby rozwinąć szyki, mistrz pruski Ulryk... ustąpi ci, jak daleko zechcesz, tego pola, które zajął swoim wojskiem, albo wreszcie wybierz jakiekolwiek miejsce bitwy, byś tylko dalej nie odwlekał walki..." A król Władysław, wysłuchawszy pełnych pychy i zuchwalstwa posłów krzyżackich, przyjął miecze z rąk heroldów... odpowiada heroldom... "Ponieważ - rzecze - mam w mym wojsku wystarczająco wiele mieczów, przeto nie potrzebuję mieczów mych wrogów, jednakże dla większej pomocy, opieki i obrony mej słusznej sprawy, przyjmuję, w imię Boga, te dwa miecze przysłane przez wrogów pragnących krwi i zguby mojej oraz mego narodu, a doręczone przez was..."
Kiedy odtrąbiono sygnały do boju, całe wojsko królewskie zaśpiewało donośnym głosem ojczystą pieśń "Bogurodzicę", a potem, pochylając kopie rzuciło się do walki. Pierwsze jednak ruszyło do starcia wojsko litewskie na rozkaz księcia Aleksandra, nie znoszącego żadnej zwłoki. W tej właśnie chwili obydwa wojska, z okrzykiem jaki zwykle wznoszą wojownicy przed walką, starły się w środku doliny rozdzielającej obie armie... (…) Przy starciu zaś oddziałów z trzasku łamiących się kopii i szczęku ścierającego się [innego] oręża, powstał tak wielki łoskot i huk, tak donośny był szczęk mieczy jakby zwaliła się jakaś ogromna skała, że słyszeli go nawet ci, którzy oddaleni byli o kilka mil.
Kiedy... Krzyżacy zauważyli, że na lewym skrzydle, gdzie stało wojsko polskie toczy się zawzięta i niebezpieczna dla nich walka, ponieważ wycięto już wyborowe [ich] hufce, przerzucają siły na prawe skrzydło, gdzie ustawione były szyki litewskie, które mając rzadsze szeregi, słabsze konie i uzbrojenie zdawały się łatwe do pokonania... Kiedy wrzała zawzięta walka z Litwinami, Rusinami i Tatarami, wojsko litewskie, nie mogąc powstrzymać naporu wrogów zaczęło słabnąć i wycofało się na odległość jednego jugera. Krzyżacy napierali na nie silniej, musiało raz po raz cofać się i w końcu zawrócić do ucieczki. Wielki książę litewski Aleksander, rozdając razy batogiem i gromkimi okrzykami, próbował powstrzymać ucieczkę, ale na próżno... W tej walce rycerze ruscy ze Smoleńska, stojąc pod trzema własnymi znakami i walcząc nader zawzięcie, jako jedyni nie wzięli udziału w ucieczce, czym zasłużyli na sławę. Chociaż pod jednym znakiem wycięto ich bez litości, a samą chorągiew [leżącą] na ziemi stratowano, w dwóch jednak pozostałych walczyli bardzo dzielnie, jak mężom i rycerzom przystało.
Ponieważ także Krzyżacy dążyli z uporem do zwycięstwa, wielka chorągiew króla Władysława z białym orłem w herbie, którą niósł chorąży krakowski, rycerz Marcin z Wrocimowic herbu Półkozic, pod naporem nieprzyjaciół upadła na ziemię. Ale walczący pod nią najbardziej doświadczeni i zaprawieni w bojach rycerze podźwignęli ją natychmiast i umieścili na swoim miejscu, nie dopuszczając do jej utraty. Nie dałoby się jej podźwignąć, gdyby jej nie osłonił własnymi piersiami i orężem znakomity hufiec najdzielniejszych rycerzy. Rycerstwo polskie pragnąc zetrzeć haniebną zniewagę, w najzawziętszy sposób atakuje wrogów i rozbija ich zupełnie, kładąc pokotem te oddziały, które się z nimi starły.
Tymczasem wojsko krzyżackie, które urządziło pościg za uciekającymi Litwinami i Rusinami, uważając się za zwycięzców, z wielką radością podążało do obozu pruskiego, prowadząc ze sobą tłum jeńców. Widząc zaś, że toczy się bardzo zawzięta i krwawa walka... rzuca się w wir walki, by przyjść z pomocą swoim.
Tymczasem podejmowało walkę 16 nowych, dotąd nie użytych... chorągwi wroga... a kiedy część ich zwróciła się w stronę, gdzie król polski stał jedynie ze strażą przyboczną, wydawało się, że godzą w niego... Proporzec królewski... został przezornie zwinięty, by nie zdradzał, że król się tam znajduje... Król rwał się z wielkim zapałem do boju... zaś straż przyboczna... z trudem go powstrzymywała... Tymczasem z oddziałów pruskich, spod większej chorągwi pruskiej do owych należącej, wyjechał na cisawym koniu rycerz, z pochodzenia Niemiec, Dypold Kokeritz von Dieber z Łużyc, ze złotym pasem, w białej, niemieckiego kroju szacie, którą po polsku nazywamy jaką i w pełnej zbroi... i pochylając kopię, na oczach stojącego pod szesnastoma chorągwiami wojska pruskiego, dotarł do miejsca w którym stał król, zamierzając, jak się zdaje, zaatakować go. Kiedy król polski Władysław pochylając własną kopię oczekiwał walki, starł się z nim pisarz królewski Zbigniew z Oleśnicy, bez broni, mający na pół złamaną kopię. Ugodził Niemca w bok i zwalił z konia na ziemię. Leżącego na wznak wśród drgawek, król Władysław ugodziwszy kopią w czoło, odsłonięte wskutek podniesienia się do góry zasłony hełmu, zostawił nietkniętego. Ale natychmiast zabili go rycerze trzymający straż nad królem, a piesi ściągnęli zeń zbroję i szaty.
(…) Odziały polskie... rzucają się na wrogów ustawionych w 16 chorągwiach, do których przyłączyli się również ci, którzy pod innymi znakami ponieśli klęskę, i staczają z nimi śmiertelną walkę. I chociaż wrogowie przez czas jakiś stawiali opór, w końcu jednak, przeważającymi liczbą oddziałami królewskimi otoczeni, zostali wycięci w pień i niemal wszyscy walczący pod 16 chorągwiami zginęli lub popadli w niewolę. Po zwyciężeniu i rozgromieniu owych zastępów wrogów, kiedy, jak wiadomo, zginęli wielki mistrz pruski Ulryk, marszałek, komturzy i wszyscy znaczniejsi rycerze i panowie z wojska pruskiego, reszta nieprzyjaciół podjęła odwrót, a kiedy raz podała tyły, zaczęła pierzchać w popłochu.
Liczni rycerze, którzy uciekli z szyków pruskich schronili się za wozy pruskie osłaniające obóz. Zaatakowani przez wojska królewskie, które wdarły się z impetem do taborów i obozu pruskiego, zginęli lub dostali się do niewoli. Także obóz nieprzyjacielski pełen wszelkich bogactw i wozy oraz cały dobytek mistrza pruskiego i jego wojska złupili rycerze polscy.
(…) Po zdobyciu taboru nieprzyjacielskiego wojsko królewskie... ujrzało liczne... hufce nieprzyjacielskie rozproszone w ucieczce, jak błyskały w promieniach słońca odbitych od ich zbroi, które nieomal wszyscy mieli na sobie. Urządziwszy dalej pościg za nimi [oddziały polskie] wkroczywszy na mokradła, rzuciły się na wrogów i pokonawszy garstkę, gdyż niewielu ważyło się stawić opór, pozostałych [wrogów], na rozkaz króla, pędzono nietkniętych w niewolę... Pościg rozciągnął się na wiele mil... Komtur tucholski Henryk, który kazał [przed bitwą], by noszono przed nim dwa miecze... dopadnięty przez ścigających zginął w godny pożałowania sposób przez ścięcie głowy i poniósł straszną, ale zasłużoną karę za brak rozwagi i pychę... Wielu rycerzy schwytano i odprowadzono również do obozu, a zwycięzcy potraktowali ich łagodnie... Zapadająca noc przerwała bitwę.
Król zadbał też, by opatrzono rannych, którym udało się ujść z życiem... Po sprowadzeniu do obozu półżywych i rannych tak z wojska polskiego jak i pruskiego, użyto wszelkich sposobów aby ich wyleczyć. A po obliczeniu strat stwierdzono, że w wojsku królewskim poległo tylko 12 znacznych rycerzy... W kaplicy królewskiej... odprawiono potem głośne modły... Namiot służący za kaplicę otoczono godłami i chorągwiami wrogów, które rycerze polscy znosząc w tym dniu przed oblicze króla, zatknęli. Te, rozwinięte na całą długość, łopotały głośno na lekkim wietrze.
Mszczuj ze Skrzynna doniósł królowi, że wielki mistrz pruski Ulryk poległ i na dowód swych słów pokazał królowi Władysławowi złoty pektorał ze świętymi relikwiami, który sługa wspomnianego Mszczuja zdarł z zabitego... We środę 16 lipca, nazajutrz po uroczystości Rozesłania Apostołów... król polski Władysław... nakazał odszukać wśród zwłok ciała mistrza pruskiego Ulryka, marszałka, komturów i pozostałych dostojników poległych w bitwie... by je pogrzebano z należną czcią w kościele... Przed króla dzięki pomocy jednego z jeńców... Bolemińskiego, któremu to zlecono, był bowiem zaufanym mistrza pruskiego, przyniesiono odnalezione zwłoki mistrza pruskiego Ulryka mające dwie rany - jedną na czole, drugą na piersi... [król] kazał owinąć zwłoki w czyste chusty i na wozie okrytym purpurą odesłał do Malborka, by je pochowano.”
Wiadomo, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Podobnie jest z historią. Inaczej o danym wydarzeniu pisać będzie ten, kto wyniósł z niego korzyść (wygrał), a inaczej ten, kto stracił (przegrał). Tak też jest z bitwą grunwaldzką. Polscy historycy rozpisują się o tryumfie naszego oręża, o geniuszu Jagiełły, a historycy niemieccy podchodzą do sprawy trochę inaczej. Ciekawe spojrzenie na bitwę grunwaldzką zaprezentował w swej książce „Mnisi wojny” Desmond Seward, autor zajmujący się historią zakonów rycerskich. Kilka stroni Steward poświęcił polsko-krzyżackim zmaganiom i bitwie pod Grunwaldem. Warto przyjrzeć się temu, jak autor związany ze środowiskiem anglosaskich potomków rycerzy zakonnych, pisze o bitwie grunwaldzkiej.
Swoją relację o stosunkach polsko-krzyżackich zaczyna Seward od roku 1386, kiedy to wielki książę litewski Jagiełło przyjął religię chrześcijańską, ożenił się z polską królową Jadwigą i został koronowany na króla Polski jako Władysław II. Rozpoczęła się wówczas chrystianizacja Litwy, ale tylko pozorna, bo jak pisze Seward: „Jednakże zakon [krzyżacki] twierdził, zresztą całkiem słusznie, że wielu Litwinów pozostało poganami albo prawosławnymi schizmatykami”. W 1377 roku, po śmierci wielkiego księcia Olgierda, jego ciało zostało spalone w puszczy wraz z książęcymi końmi. W 1413 roku Litwini wciąż jeszcze palili zmarłych na dębowych stosach pogrzebowych w świętych gajach. Wszystko to miał świadczyć o pozornej chrystianizacji Litwy i nieuczciwości Jagiełły.
Wielki mistrz zakonu Konrad von Jungingen utrzymywał pokój z Polską i Litwą. Zdawał sobie sprawę, że Zakon nie jest w stanie przeciwstawić się potędze dwóch połączonych państw. Z tego względu prowadził politykę przyjazną wobec wielkiego księcia litewskiego Witolda (wspólna wyprawa w 1399 roku przeciwko Złotej Ordzie i klęska w bitwie pod Worsklą). Jednak w 1407 roku Konrad zmarł, a wielkim mistrzem został jego brat Ulryk von Jungingen nienawidzący Polaków (śmierć Konrada spowodowana była prawdopodobnie kamieniami żółciowymi i niezastosowaniem się wielkiego mistrza do rady lekarza, aby przespać się z kobietą).
Polski król Władysław Jagiełło, przez Krzyżaków pogardliwie nazywany „Jaghela”, według Sewarda ingerował w sprawy wewnętrzne Zakonu. Pozyskiwał pruskich rycerzy w ziemi chełmińskiej, wspierał „Związek Jaszczurczy” powstały w tejże ziemi i wysyłał broń Żmudzinom, którzy w 1409 roku wzniecili bunt przeciwko Zakonowi. W ten sposób chciał sprowokować lekkomyślnego Ulryka von Jungingena do wypowiedzenia wojny Polsce. Stało się po myśli króla Polski, bo w sierpniu 1409 roku Zakon wypowiedział Polsce wojnę. Obie armie, krzyżacka i polsko-litewska spotkały się pod Grunwaldem. W armii polsko-litewskiej były też oddziały tatarskie dowodzone przez Dżelad en-Eddina (był to argument dla Krzyżaków za tym, iż chrzest Litwinów był pozorny). Celem polskiej armii było pokonanie Krzyżaków w polu, zajęcie Malborka i odzyskanie Pomorza z dostępem do Bałtyku.
Jak pisze Steward, bitwa pod Grunwaldem zakończyła się klęską Krzyżaków m.in. z powodu błędów Ulryka von Jungingena. Wielki mistrz błędnie ocenił siłę armii Jagiełły i to co działo się na polu bitwy. Dał się wciągnąć w pułapkę, po czym okrążony, zginął. Razem z nim zginęli wielki marszałek, wielu komturów i blisko czterystu rycerzy zakonnych. Polacy zdobyli też krzyżacki obóz i tabory. Wielu rycerzy zakonnych dostało się do niewoli. Trzech z nich stracono za obrazę zwycięzców. Był wśród nich Markward von Salzbach, komtur Brandenburgii, który powiedział księciu Witoldowi, że jego matka „była k***ą i starą brudną wiedźmą”. Według Sewarda, król Władysław wydał na polu bitwy ucztę, a do stołu usługiwali mu najznamienitsi jeńcy krzyżaccy.
Desmond Seward opisując bitwę pod Grunwaldem, korzystał bardziej z relacji Jana z Posilge niż z „Kroniki” Jana Długosza, czy „Kroniki konfliktu”. Stąd zapewne trochę inne spojrzenie, inna wizja tego wydarzenia u autora opisującego dzieje zakonów rycerskich. W samej pracy Sewarda jest więcej fragmentów, w których autor wyraźnie bierze stronę Krzyżaków przy opisywaniu wzajemnych, polsko-krzyżackich relacji. Nie grzeszy więc zbytnio obiektywizmem.
Poniżej przedstawiam tekst z „Kroniki Konfliktu” opisujący polsko-krzyżackie starcie pod Grunwaldem. Autorem był prawdopodobnie naoczny świadek tych zdarzeń (być może biskup Zbigniew Oleśnicki). „Kronikę” spisano około 1410-1411 roku, odzwierciedla ona oficjalną wersję wydarzeń według dworu polskiego i króla Jagiełły. Oto opis bitwy grunwaldzkiej:
„Król... sam zaś dosiadłszy konia, własną osobą pospieszył przyjrzeć się wrogom i natychmiast rozpoczął ustawiać szyki na płaszczyźnie pewnego pola pomiędzy dwoma gajami, następnie własną ręką dokonał pasowania do tysiąca albo i więcej rycerzy, tak aż się zmęczył tym pasowaniem. Przybyli do króla dwaj heroldowie, jeden [z nich] króla węgierskiego, niosący królowi [polskiemu] nagi miecz z ramienia mistrza, drugi, księcia szczecińskiego, dzierżący w dłoni podobny miecz, przeznaczony przez marszałka księciu Witoldowi.
(…) A na samym początku (…) działa wrogów, bo wróg miał liczne działa, dwukrotnie dały salwę kamiennymi pociskami, ale nie mogły naszym sprawić tym ostrzałem żadnej szkody. Spotkali się z wielkim zgiełkiem i niezmiernym pędem koni w pewnej dolinie w ten sposób, że przeciwna strona z góry, a nasza strona również z góry wzajemnymi ciosami razić się poczęły. Inna zasię część wrogów spośród tychże wyborowych ludzi krzyżackich zwarła się z największym impetem i krzykiem z ludem księcia Witolda i po bez mała godzinie wzajemnej walki liczni z obu stron polegli, tak iż ludzie księcia Witolda przymuszeni byli do odwrotu. (…) Tedy wrogowie ścigający ich sądzili, iż już odnieśli zwycięstwo i w rozproszeniu odbiegli od swych chorągwi i szyku swoich hufców i przed tymi, których [uprzednio] do odwrotu zmusili, zaczęli [z kolei] uchodzić. Niebawem, gdy pragnęli zawrócić, oddzieleni od swych ludzi i chorągwi przez ludzi królewskich, którzy ich chorągwie na wprost od skrzydeł przecięli, przepadli albo wzięci [w niewolę] albo wytępieni mieczem. Ci zasię którzy... pozostali przy życiu, powrócili do swoich ludzi... i znów zwarli się wzajemnie z wielką chorągwią kasztelana krakowskiego, [z chorągwiami] wojewody sandomierskiego, ziemi wieluńskiej, ziemi halickiej i wieloma innymi.
Zebrawszy siły... mistrz... mający ze sobą piętnaście lub więcej chorągwi... zapragnął obrócić swe hufce przeciw osobie króla. Król wówczas, skoro Krzyżacy sprawiwszy szyki stali przeciw niemu, chciał pochwyciwszy kopię w dłoń z największą śmiałością skierować przeciw nim konia, lecz powstrzymany wbrew [swej] woli siłą i z największym trudem przez dostojników, nie mógł uczynić zadość swym chęciom. Przeto pewien dobrze zbrojny rycerz z zakonu Krzyżaków, chcąc w pojedynkę zwrócić swego konia przeciw królowi, podjechał bliżej ku niemu. Król zaś ująwszy w dłoń swą kopię zranił go śmiertelnie w twarz i zaraz też [Niemiec] przez innych z konia strącony, padł na ziemię martwy.
Hufce mistrza z miejsca na którym stały ruszając przeciw królowi, natknęły się na [naszą] wielką chorągiew i wzajem mężnie zderzyły się [z nią] kopiami. I w pierwszym starciu mistrz, marszałek, komturzy całego zakonu krzyżackiego zostali zabici. Pozostali zaś, którzy ocaleli, widząc że mistrz, marszałek i inni dostojnicy zakonu polegli, zwróciwszy się do odwrotu, cofnęli się w owym czasie aż do swych, uprzednio rozłożonych, taborów (…) W owym zaś miejscu więcej poległych stwierdzono niźli na całym pobojowisku.
Krzyżacy... widząc, iż wiele jeszcze było hufców królewskich, które [dotąd] nie weszły do bitwy, zobaczywszy też, iż wódz ich padł zabity, rzucili się do prawdziwej ucieczki i w rozsypce poczęli pierzchać. Król zasię... nie pozwolił [swoim] ścigać tak szybko uchodzących wrogów, nie chcąc, aby lud [jego] oddalił się odeń w rozproszeniu.
Nazajutrz więc rano król polecił śpiewać msze bardzo uroczyście... Po mszach przeto przez cały ten dzień i podobnie przez następny znoszono do króla wzięte w bitwie chorągwie wroga i przyprowadzano jeńców. Przez trzy dni bez przerwy król zatrzymał się na miejscu bitwy, w ciągu których to [dni] przynoszono królowi chorągwie nieprzyjaciół, tak że wszyscy mogli je oglądać. W tych dniach również król polski polecił odszukać wśród trupów ciało mistrza, a znalezione polecił przywieźć do swego namiotu, owinąć w białe prześcieradło, okryć z wierzchu najdroższą, królewską purpurą i z czcią na wozie odwieźć do Malborka. Pozostałe zaś zwłoki poległych dostojnych mężów tak naszych, jak i nieprzyjaciół, z czcią i szacunkiem pochować kazał w pewnym kościele w pobliżu pola bitwy.”
O bitwie pod Grunwaldem powiedziano już bardzo wiele, a napisano chyba jeszcze więcej. Nie ma też zapewne w Polsce człowieka, który nie znałby przynajmniej daty tej bitwy. Nie ma więc potrzeby, aby przypominać raz jeszcze o przebiegu grunwaldzkiego starcia. Mniej znane i o wiele ciekawsze jest to, co działo się przed tym, jak na polach Grunwaldu spotkały się armie krzyżacka i polsko-litewska. Poznajmy zatem drogę obu armii na pole bitwy i przypatrzmy się jak doszło do tego starcia.
30 czerwca 1410 roku armia polska na czele z Jagiełłą przekroczyła Wisłę pod Czerwińskiem (zainstalowano tutaj specjalny most pontonowy, następnie rozebrany i spławiony rzeką do Płocka). Do 2 lipca na prawym brzegu Wisły połączyły się armie Jagiełły i Witolda. Przez Prusy połączone siły miały maszerować wspólnie. Krzyżacy aż do pierwszych dni lipca nic nie wiedzieli o koncentracji armii polsko-litewskiej pod Czerwińskiem. Dopiero węgierski wysłannik Dobiesław Skoraczewski po przybyciu z Czerwińska (był tam z misją u Jagiełły) do Torunia 3-4 lipca, poinformował o tym fakcie Krzyżaków. Wielki mistrz nie uwierzył w to jednak. Liczył, że polskie uderzenie nastąpi z Mazowsza na północ w kierunku Drwęcy. Koło Świecia, na lewym brzegu Wisły, skoncentrował swoją armię.
Tymczasem armia polsko-litewska 3 lipca ruszyła w drogę (dziennie pokonywano około 30 kilometrów). 5 lipca wojsko dotarło do wsi Jeżowo. Lekkozbrojni Tatarzy i Litwini łupili ziemię zawkrzańską. Tutaj zjawili się posłowie węgierscy od Zygmunta Luksemburskiego celem pertraktacji i zawarcia kompromisu. Warunki Jagiełły były jednak celowo wygórowane, tak aby Zakon nie mógł ich przyjąć. O pokoju nie mogło być już mowy. Posłowie węgierscy zostali zatrzymani przez Polaków na jeden dzień, aby nie mogli szybko poinformować Krzyżaków o trasie, sile i liczebności armii polsko-litewskiej. 6 lipca Polacy dotarli do rzeki Wkry, 7 lipca do wsi Budzyń. Tutaj przez dwa dni czekano na tabory (kilka tysięcy wozów) i artylerię.
9 lipca armia ruszyła dalej wkraczając do ziemi lubawskiej. Rozbito obóz niedaleko miasteczka Lidzbark Welski. Miasto wraz z kościołem zostało złupione. Za czyn ten kara śmierci spotkała dwóch Litwinów. Wielka armia ruszyła w drogę następnego dnia, maszerując wzdłuż doliny rzeki Wel i docierając do górnej Drwęcy. Tutaj znajdowały się brody przez rzekę oraz zamek Kurzętnik. Polscy zwiadowcy rozpoznali, że zamku broni załoga krzyżacka (przy okazji zabrano kilkadziesiąt koni pachołkom zakonnym, którzy pilnowali ich na łące). Jagiełło zwołał naradę. Okazało się, że brzegi Drwęcy są zabezpieczone ostrokołami w okolicach brodów i pilnowane przez Krzyżaków. Armia krzyżacka koncentrowała swoje siły właśnie nad Drwęcą. Przekroczenie rzeki pod Kurzętnikiem było więc ryzykowne. Ulrich von Jungingen skoncentrował swoją armię pod Kurzętnikiem nad Drwecą zamierzając zmusić Jagiełłę do przyjęcia tu bitwy (w ciągu siedmiu dni z rejonu Świecia i Ostródy przerzucono nad Drwęcę większość sił krzyżackich!). Już 9 lipca Krzyżacy byli gotowi do bitwy z Polakami (zamierzali dopuścić armię Jagiełły do bagnistych terenów rzecznych, ostrzelać z dział i kusz, a następnie wysłać na nią ciężkozbrojną jazdę).
Jagiełło powziął decyzję o nie forsowaniu Drwęcy, co mogło skończyć się źle. Tym samym uchylił się od bitwy i skierował armię przez Lidzbark Welski na wschód na Działdowo – Olsztynek do Ostródy, a stamtąd na Malbork. Rankiem 11 lipca armia polsko-litewska rozpoczęła odwrót i ruszyła na Działdowo. Po 42 kilometrach dotarła do wsi Wysoka. 12 lipca wojska polskie zajęły miasto i zamek Działdowo oraz miasto Nidzicę z zamkiem. 13 lipca do Jagiełły przybył wysłannik węgierski z aktem wypowiedzenia wojny Polsce przez Zygmunta Luksemburskiego. Tego dnia zdobyto też zamek i miasteczko Kalbornia. Tutaj przez dwa dni odpoczywano. Rankiem 15 lipca lub w nocy z 14 na 15 lipca armia polsko-litewska ruszyła dalej na Olsztynek odległy o 30 kilometrów. W nocy nad okolicą przeszła burza i spadł obfity deszcz. Trzon armii posuwał się główną drogą. Lekkozbrojni Tatarzy i Litwini podpalali okoliczne wsie. Po przejściu około 10 kilometrów armia zatrzymała się na odpoczynek w okolicy jeziora Łubień. Na zalesionym, południowo-wschodnim brzegu jeziora rozbito obóz (koło wsi Ulnowa).
W tym czasie polski zwiad natknął się na krzyżackie chorągwie na zachód od jeziora. Było już pewne, że dojdzie do bitwy na otwartym polu. Krzyżacy wiedzieli, że Jagiełło z armią kieruje się na Działdowo. Ulrich von Jungingen postanowił ruszyć na przełaj z Kurzętnika na Działdowo i Olsztynek, aby przeciąć drogę polskiej armii i zmusić ją do bitwy na otwartym polu. W ten sposób nie dopuściłby jej do Malborka. Plan ten powiódł się, gdyż obie armie spotkały się pomiędzy wioskami Stębark (Tannenberg), a Grunfelde (przez Polaków mylnie nazywanej wówczas Grunwaldem). Co było dalej wiemy m.in. z relacji Długosza i kilku innych kronik.
Hasło „Grunwald” do dziś elektryzuje wielu z nas. Nawet laicy w sprawach historii, ci których na co dzień historia mało obchodzi, wiedzą co znaczy „Grunwald”. To słowo-klucz. Jest jak zaklęcie. Oznacza największy militarny tryumf odniesiony nad „odwiecznym wrogiem – Niemcem”. Ten mit ma się doskonale mimo upływu czasu, mnóstwa czasu… Dlaczego?
Nie ulega wątpliwości, że bitwa grunwaldzka była wydarzeniem nieprzeciętnym i niezwykłym w skali całej ówczesnej Europy. Konsekwencje polskiego zwycięstwo daleko wykraczały poza ramy stosunków li tylko polsko-krzyżackich. Mówiąc wprost: grunwaldzka wiktoria zmieniła układ sił w Europie na kilkaset lat. Co do tego nie ma wątpliwości, nie tylko wśród historyków. Bitwa i zwycięstwo w niej zrodziły natychmiast legendę. Narodziła się ona tuż po samym starciu. Dzień po bitwie Jagiełło rozesłał specjalne listy do europejskich stolic powiadamiając monarchów o zwycięstwie nad Krzyżakami.
Ktoś powie, że to propaganda. Zgadza się, tyle tylko, że to również demonstracja siły, podkreślenie ogromnego sukcesu (m.in. poprzez wyliczenie w listach „ubitych”: Wielkiego Mistrza, marszałka, komturów, niezliczonych rycerzy-gości z zachodu). Te listy to także symbol tryumfu „młodszej” Europy nad przedstawicielami starszych i bogatszych krajów europejskich, nad „starą” Europą. Wielcy tego świata zostali upokorzeni przez „maluczkich”, słabych i zacofanych…
Grunwald stał się legitymacją, przepustką do Europy dla Polaków i monarchii Jagiellonów. Pomógł zjednoczyć naród wokół władcy i dynastii, umocnił ją i Koronę Królestwa Polskiego. Pozwolił być dumnym… To bardzo wiele. Nie sposób pomijać tego milczeniem i temu zaprzeczać. Wtedy to po raz pierwszy Polska z mocą zaistniała na europejskiej, czyli de facto wówczas światowej, arenie. Weszliśmy do historii powszechnej. Dalsze działania Jagiellonów były konsekwencją grunwaldzkiego zwycięstwa: zdobycie korony czeskiej i węgierskiej, rywalizacja z Habsburgami o dominację w tej części Europy. Grunwald stał się początkiem naszych „5 minut” w historii.
Za kilka miesięcy będziemy obchodzić 600-lecie tego wydarzenia. Dziś nie chodzi już o podkreślenie zwycięstwa nad Niemcami, bo nie są oni naszymi wrogami. Jest to jednak niewiarygodna wprost okazja, aby świętować zwycięstwo! Zwycięstwo oręża polskiego, myśli politycznej, świetnej organizacji i poświęcenia. Nieważne, że pokonaliśmy Niemców, nie o nich chodzi. Chodzi o nas, Polaków! Ta rocznica (i każda następna) jest szansą na skupienie nas wokół naszego państwa i jego historii. To szansa, aby się cieszyć, świętować sukces, zwycięstwo (a nie było ich zbyt wiele w naszych dziejach). To szansa, aby zerwać z kultywowaniem porażek i klęsk, skończyć ze świętowaniem przegranych wojen, kampanii, bitew i powstań, z czczeniem przegranych bohaterów (warto tu zacytować profesora Tazbira: „bohaterem mógł zostać w Polsce ten, kto pięknie zginął”).
To szansa na odkrycie nowych bohaterów-zwycięzców: Jagiełły, Zawiszy Czarnego i wielu innych. Chyba najwyższy czas, aby skończyć z posypywaniem sobie głowy popiołem i rozpamiętywaniem przegranych i klęsk (trzeba o nich pamiętać, ale nie celebrować ich). Cieszmy się sukcesami! Grunwald do takich należał! I jeszcze jedno. Szkoda, że nie będzie z tej okazji w kinach filmu o grunwaldzkim zwycięstwie. Szkoda, że młodzi ludzie, do serc i umysłów których dziś trafić można za pośrednictwem właśnie kina, muzyki, internetu, nie zobaczą tego sukcesu i nie pokochają nowych bohaterów. Oczyma wyobraźni już widzę te obchody rocznicowe: akademie, przemówienia smutnych prezydentów i premierów….
Film o bitwie grunwaldzkiej mają za to zrobić Litwini i Białorusini. Możemy się mocno zdziwić, gdy go zobaczymy na ekranach kin. Wtedy zapewne pozostaną nam tylko dyplomatyczne (czytaj: puste) protesty. Mówi się, że historię piszą zwycięzcy. Jeśli chodzi o Grunwald to byliśmy zwycięzcami, tyle że nie my tę historię, 600 lat później, będziemy przypominać i pisać… Jagiełło w 1410 roku potrafił wykorzystać propagandowo sukces (co prawda militarnie nie wykorzystaliśmy do końca zwycięstwa na polach Grunwaldu, bo nie zdobyliśmy Malborka). Natomiast my, 600 lat później nie potrafimy raz jeszcze wykorzystać tego zwycięstwa… Jaka szkoda…
Bitwa grunwaldzka odbiła się szerokim echem w całej ówczesnej Europie. Polskie zwycięstwo zostało w umiejętny sposób przedstawione i wykorzystane przez naszą dyplomację. Heroldowie króla Jagiełły dotarli na wszystkie europejskie dwory wychwalając monarchię Jagiellonów i opiewając wspaniałe zwycięstwo oręża polskiego.
W dalekim, wyspiarskim kraju, jakim była Anglia (w stosunku do ówczesnego Królestwa Polskiego – całkowita egzotyka) o Polsce i Polakach zaczęło się mówić właśnie dopiero od czasów grunwaldzkiej wiktorii. Wcześniej nasz kraj był znany tylko wąskiej grupie możnych i uczonych skupionych wokół króla Anglii. Po 1410-1420 roku nastąpił wzrost zainteresowania naszym krajem. Polska Jagiellonów nie była już dla Anglików daleką, wschodnią egzotyką, ale realną monarchią i siłą, którą należało brać pod uwagę w polityce europejskiej. Zwycięstwo grunwaldzkie zmieniło więc postrzeganie Polski w królestwie Albionu, przyczyniło się do wzrostu prestiżu monarchii Jagiellonów.
Za zmianą stosunku Anglików do Polski stał m.in. Thomas Walsingham i jego relacja o bitwie pod Grunwaldem powstała przed 1420 rokiem. Kronikarz ten nie ukrywał swej sympatii dla Jagiełły. Opisał on genezę polsko-krzyżackiego konfliktu, odrzucił krzyżackie oskarżenia pod adresem Jagiełły o sprzyjanie „Saracenom”, ukazał perfidię i okrucieństwo braci zakonnych napadających ziemie chrześcijańskiego króla Polski i zwrócił uwagę na tolerancję i sprawiedliwość rządów Jagiełły. O bitwie grunwaldzkiej angielski kronikarz pisał: „(…) mimo przewagi nieprzyjacielskiej, zarówno pod względem ilości, jak i wyposażenia wojennego, stoczył [Jagiełło] z nimi walkę i sprawił wielką klęskę”. Drugi angielski kronikarz John Capgrave także potępił w swej relacji o bitwie grunwaldzkiej krzyżackie niegodziwości i wychwalał sprawiedliwość chrześcijańskiego „króla z Krakowa” („the Kyng of Cracow”).
Podobne informacje na temat Grunwaldu podało w XV wieku kilku innych angielskich kronikarzy. Około 1420-1430 roku Adam de Usk pisał, że klęska Krzyżaków była karą za ich pychę. O tym, jak ważne to były zapiski i jak wielu ludzi wówczas mogło się z nimi zapoznać, a przez to bliżej poznać Polskę, niech świadczy fakt, że zapiski z tych kronik wielokrotnie były powielane w późniejszych kronikach, a tym samym uznawane za ważne i prawdziwe. Anglicy mieli możność bliższego i lepszego zaznajomienia się z przebiegiem bitwy grunwaldzkiej za pośrednictwem obcego źródła tj. „Katalogu Wielkich Mistrzów Zakonu” przetłumaczonego na a
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
2 października minęła 70 rocznica powstania getta w Warszawie. Tego dnia, 1940 roku szef dystryktu warszawskiego Ludwig Fischer podpisał oficjalne zarządzenie o utworzeniu getta w Warszawie. Dziesięć dni później wydano dokument, który dzielił Warszawę na trzy części: niemiecką, polską i żydowską. Ludność polska musiała opuścić dzielnicę niemiecką i żydowską. Getto warszawskie, w którym w szczytowym okresie żyło prawie 460 tysięcy osób, zostało zlikwidowane w połowie maja 1943 roku.
Już w listopadzie 1939 roku Niemcy próbowali utworzyć w stolicy getto, ale wówczas zaniechano realizacji tych planów (m.in. po pertraktacjach prowadzonych z Niemcami przez delegację Judenratu na czele z Adamem Czernikowem). Jednak już wtedy zaczęto umieszczać pierwsze ogrodzenia z drutu kolczastego i tablice ostrzegawcze na ulicach wiodących do dzielnicy żydowskiej. Wprowadzono też obowiązek noszenia przez Żydów specjalnych opasek. W drugiej połowie marca 1940 roku Niemcy zażądali od Judenratu, aby na własny koszt zaczął budowę muru wokół dzielnicy żydowskiej. Pomiędzy 22 a 29 marca doszło w stolicy do zamieszek antysemickich, podczas których polscy chuligani inspirowani przez Niemców, bili Żydów, rabowali żydowskie sklepy i mieszkania. Wydarzenia te miały posłużyć Niemcom jako uzasadnienie do przeniesienia Żydów do getta, po to, aby ochronić ich przed Polakami. W czerwcu 1940 roku zakończono budowę muru wokół warszawskiego getta. W sierpniu Żydzi musieli opuścić dzielnicę niemiecką i udać się do getta. Kilka tygodni później to samo spotkało Żydów zamieszkujących polską dzielnicę. Natomiast ci Żydzi, którzy przybywali do Warszawy z zewnątrz, od razu trafiali do getta. 16 listopada 1940 roku warszawskie getto zostało zamknięte.
Dzielnicy żydowskiej strzegła niemiecka żandarmeria oraz policja polska i żydowska. Do jej opuszczenia potrzebna była specjalna przepustka. W październiku 1939 roku w Warszawie przebywało około 360 tysięcy Żydów. Ich liczba zwiększyła się, kiedy 30 października 1939 roku Heinrich Himmler nakazał przesiedlenie ludności polskiej i żydowskiej do Generalnego Gubernatorstwa z ziem włączonych do Rzeszy. W wyniku akcji przesiedleńczej, do Warszawy w ciągu roku przybyło około 90 tysięcy Żydów. Od stycznia do marca 1941 roku do getta przybyło około 50 tysięcy Żydów z zachodniej części dystryktu warszawskiego. Liczba mieszkańców getta osiągnęła prawie 460 tysięcy. Przez cały czas teren getta ograniczano i zmniejszano. 22 lipca 1942 roku w dzielnicy żydowskiej rozpoczęła się akcja wysiedleńcza, której celem była fizyczna likwidacja Żydów. Akcję prowadziły SS oraz jednostki pomocnicze złożone z Litwinów, Ukraińców i Łotyszy, a także Żydowska Służba Porządkowa. W czasie akcji do obozu w Treblince wywieziono 254 tysiące Żydów, 11 tysięcy do innych obozów, a ponad 10 tysięcy zostało zastrzelonych lub zmarło. Podczas deportacji około 8 tysięcy Żydów zbiegło na tzw. aryjską stronę. W getcie pozostało około 35 tysięcy osób, a dalsze 25 tysięcy żyło tutaj w ukryciu.
19 września minęła 70 rocznica zatrzymania przez Niemców w ulicznej łapance rotmistrza Witolda Pileckiego. Rotmistrz dał się złapać Niemcom, aby dostać się do obozu w Auschwitz i zdobyć wiarygodne informacje na temat hitlerowskich zbrodni oraz zorganizować konspirację wojskową wśród więźniów. Jest to wydarzenie, które warto przypomnieć, poświęcam więc mu dzisiaj kilka zdań…
Aby dostać się do obozu rotmistrz Pilecki celowo wszedł w „kocioł” podczas łapanki na Żoliborzu. Podając się za ukrywającego się polskiego żołnierza, został wysłany do obozu w Auschwitz. Znalazł się tutaj w nocy z 20 na 21 września. Otrzymał numer 4859. Pilecki ps. Tomasz Serafiński zbierał materiały wywiadowcze i przekazywał je poprzez wypuszczonych na wolność więźniów. Jako pierwszy przekazał informacje na temat ludobójstwa w Auschwitz. Zorganizował też siatkę konspiracyjną w obozie (rotmistrz nosił się nawet z zamiarem zorganizowania w nim powstania).
Wiosną 1943 roku Niemcy wpadli na trop siatki organizowanej przez Pileckiego. Postanowili wywieźć „starych” więźniów w głąb Rzeszy. Rotmistrz Pilecki podjął więc decyzję o ucieczce z obozu. Udało mu się to w nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 roku. Przez Tyniec, Puszczę Niepołomicką, Bochnię dotarł do Nowego Wiśnicza, gdzie spotkał się z prawdziwym Tomaszem Serafińskim. Za jego pośrednictwem skontaktował się z oddziałami AK. Jego plan ataku na obóz i wyzwolenia więźniów został jednak przez dowództwo Armii Krajowej odrzucony.
W latach 1943-1944 rotmistrz Pilecki służył w oddziale III Kedywu Komendy Głównej Armii Krajowej. Brał udział w powstaniu warszawskim. W latach 1944-1945 był w niewoli niemieckiej, a później dołączył do II Korpusu Polskiego we Włoszech. W październiku 1945 roku wrócił do Polski, aby prowadzić działalność wywiadowczą. Stworzył siatkę wywiadowczą zbierającą informacje m.in. o sytuacji żołnierzy AK i II Korpusu więzionych w obozach NKWD i deportowanych do Rosji. 8 maja 1947 roku został aresztowany przez funkcjonariuszy UB, torturowany i oskarżony o działalność szpiegowską. W marcu 1948 roku rozpoczął się proces, w którym rotmistrz Pilecki honorowo przyznał się do zarzucanych mu czynów (odrzucał jedynie zarzut o przygotowywanie zamachu na funkcjonariuszy MBP). 15 marca 1948 roku został skazany na karę śmierci. Prezydent Bolesław Bierut nie zgodził się na ułaskawienie i wyrok wykonano 25 maja w więzieniu na Rakowieckiej. Miejsce pochówku Witolda Pileckiego nigdy nie zostało przez władze PRL ujawnione (prawdopodobnie zwłoki zakopano na wysypisku śmieci koło Powązek).
Poniżej zamieszczam notkę dotyczącą określonego wydarzenia historycznego i zapraszam wszystkich do napisania ciągu dalszego tej historii, ale… w wersji alternatywnej, czyli innej, zmienionej. Jednym słowem zapraszam do „gdybania”. Co by było, gdyby… gdyby historia potoczyła się inaczej. Spróbujmy napisać nową historię, taką która się nie wydarzyła, ale która mogła się wydarzyć.
W związku ze zbliżającą się kolejną rocznicą bitwy warszawskiej i świętem Wojska Polskiego, dziś… zwycięstwo Armii Czerwonej w bitwie warszawskiej.
13 sierpnia 1920 roku rozpoczęła się bitwa warszawska. Doszło wówczas do natarcia wojsk bolszewickich pod Radzyminem w kierunku na Warszawę. Polska linia obrony została przełamana i bolszewicy ruszyli na Pragę. Następnego dnia toczyły się już ciężkie boje na przedpolach Warszawy. 15 sierpnia nastąpiło kontruderzenie wojsk polskich w wyniku którego doszło m.in. do odzyskania Radzymina.
16 sierpnia rozpoczął się manewr zaczepny wojsk polskich znad Wieprzy i Wkry. Był to moment przełomowy bitwy. Polskie dywizje miały ogromną przewagę nad sowiecką Grupą Mozyrską. Zaatakowały szerokim frontem i już w drugim dniu natarcia dotarły do szosy Warszawa-Brześć. 17 sierpnia Polacy osiągnęli linię Biała Podlaska–Międzyrzec–Siedlce–Ka
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Z dwóch małżeństw, Józef Stalin miał trójkę dzieci: dwóch synów i córkę. Swietłana urodziła się z drugiego małżeństwa generalissimusa z Nadieżdą Alliłujewą. Życie córki Stalina było chyba najbardziej niezwykłe z całej rodziny „wodza ZSRR”.
Swietłana przyszła na świat w 1926 roku i pierwsze lata życia spędziła nad Morzem Czarnym z niańką. Rodzice byli daleko w Moskwie, a mała Swietłana utrzymywała z nimi kontakt jedynie listowny. Po samobójstwie Nadieżdy, Swietłana zamieszkała z ojcem w Moskwie. W czasie wojny, 16-17-letnia córka „wodza” nawiązała romans z 37-letnim znanym reżyserem i filmowcem Kaplerem. Stalin był przeciwny związkowi swej córki z młodym „artystą”. Gdy Kapler zaczął publikować w „Prawdzie” serię artykułów o swoich związkach ze Swietłaną, miarka się przebrała. Nakazano mu opuścić Moskwę, a kiedy tego nie uczynił, aresztowano go i zesłano do łagru do Workuty. Przesiedział tam 10 lat i wyszedł na wolność dopiero w 1953 roku, po śmierci Stalina.
Tymczasem w 1943 roku, 18-letnia Swietłana wyszła za mąż za studenta uniwersytetu, Igora G. Morozowa. Stalin nie chciał spotykać się z zięciem, nie chciał nawet widzieć syna Morozowa i Swietłany. Nakazał natomiast aresztować ojca swego zięcia i część jego rodziny. Po trzech latach małżeństwa, związek córki generalissimusa i studenta Morozowa, rozpadł się. Wkrótce, za radą ojca, Swietłana wyszła za mąż za Jurija Żdanowa. Z tego „związku z rozsądku” urodziła się córka. Mimo to, małżeństwo nie należało do udanych. Po śmierci Stalina w 1953 roku, Swietłana rozwiodła się ze Żdanowem. Nie interesowała się też losem swoich dzieci. Zaczęła pracę w Instytucie Literatury Światowej (miała stopień naukowy doktora nauk filozoficznych).
Po słynnym referacie Chruszczowa i ujawnieniu zbrodni Stalina, Swietłana zrezygnowała ze swojego dotychczasowego nazwiska i przyjęła nazwisko po matce: Alliłujewa. Po pewnym czasie przyjęła chrzest i zainteresowała się religią prawosławną. Zaczęła też myśleć o opuszczeniu ZSRR. Mimo tego, wciąż zachowywała pozory dobrej komunistki i była lojalnym członkiem partii. Kolejnym mężem Swietłany został ciężko chory przedstawiciel Komunistycznej Partii Indii w Moskwie Radż Bridge Singh. Ostatni rok życia spędził on w szpitalu razem ze swoją nową żoną, która zajmowała się nim do samego końca. Singh chciał, aby urnę z jego prochami pochowano w Indiach. Osobą, która miała zawieźć prochy Hindusa do ojczyzny, była jego żona Swietłana (był to jej plan na wydostanie się z ZSRR).
Rzeczywiście, Swietłana wyjechała do Indii, aby dokonać pochówku męża. Przez cały ten czas była jednak pod „ochroną” agentów KGB. Mieszkała w radzieckiej ambasadzie w Delhi. Udało jej się jednak „wyprowadzić w pole ochroniarzy” i uciec do pobliskiej ambasady USA. Poprosiła o azyl polityczny i oczywiście otrzymała go. Przewieziono ją samolotem do Rzymu, stamtąd do Szwajcarii (wszystko w największej tajemnicy). Ucieczka córki Stalina do USA wywołała popłoch w Moskwie. Zdymisjonowano m.in. szefa KGB (nowym szefem został wówczas Jurij W. Andropow).
41-letnia Swietłana rozpoczęła „nowe życie” w USA. Natychmiast otoczona została przez dziennikarzy i stała się gwiazdą mediów. Wszyscy oczekiwali od niej rewelacji na temat życia Stalina i terroru w ZSRR. Wkrótce ukazała się jej pierwsza książka (honorarium dla autorki wyniosło 1 milion dolarów). Książka okazała się jednak niewypałem, gdyż nie zawierała żadnych sensacyjnych materiałów. Autorka nie ujawniła żadnych „tajemnic Kremla”, nie powiedziała nic, czego już wcześniej nie wiedziano by w Ameryce. Także druga książka Swietłany za oceanem nie odniosła sukcesu.
W pierwszych latach pobytu w USA Swietłana żyła opromieniona sławą i sukcesem. Otrzymywała podarki, listy, propozycje małżeństwa. Była w centrum zainteresowania mediów. W Princeton wynajęła dom wraz ze służbą. Szybko jednak okazało się, że charakter despotycznej i kapryśnej „władczyni z Kremla” jest odrażający. Rosjanka znęcała się nad służbą, obrażała sąsiadów, wygrażała znajomym. Nawiązała też romans z 70-letnim pisarzem, sowietologiem i autorem biografii Lenina, Luisem Fisherem. Związek szybko się jednak rozpadł. Kolejnym mężczyzną jej życia był 57-letni wdowiec i bogaty architekt Willam Weseley Peters. W 1971 roku z tego związku urodziła się córka Olga. Jednak również i to małżeństwo nie przetrwało próby czasu.
Awantury Swietłany w latach 70-tych regularnie opisywały amerykańskie brukowce. Po rozwodzie z Petersem, Swietłana wraz z córką Olgą zamieszkały same w niewielkim domu. Córka Stalina postanowiła poświęcić się wychowaniu własnej córeczki. Coraz częściej wspominała też pozostawioną w ZSRR dwójkę swoich starszych dzieci. Szybko skończyły się również pieniądze, a pojawiła się samotność i depresja. Swietłana zerwała kontakt z większością znajomych. W 1982 roku wraz z Olgą przeniosła się do Wielkiej Brytanii. Tutaj napisała nową książkę. Nie wzbudziła ona jednak wielkiego zainteresowania mediów i czytelników. Co ciekawe, w książce tej, Swietłana gloryfikowała Stalina, a siebie uważała za „zdrajczynię”, którą ojciec powinien był „rozstrzelać”.
Ta zmiana poglądów córki generalissimusa doskonale wpisała się w okres rehabilitacji Stalina w ZSRR przeprowadzony w latach 1983-1984 przez K. U. Czernienkę. KGB nawiązała kontakt z córką Stalina chcąc namówić ją do powrotu do ZSRR (miał to być wielki sukces propagandowy partii). W 1984 roku Swietłana i Olga powróciły do ZSRR! Swietłanie przywrócono nawet radzieckie obywatelstwo! Starsza córka Swietłany nie chciała znać matki, z synem też szybko doszło do sprzeczki. Córka generalissimusa publicznie krytykowała Zachód i zapewniała o swoim oddaniu dla ZSRR. Mimo to, nie zrzekła się obywatelstwa amerykańskiego i nie oddała paszportu USA.
Problemy z aklimatyzacją w Związku Radzieckim miała natomiast 13-letnia Olga. Nie potrafiła odnaleźć się w obcym otoczeniu radzieckiej szkoły, nie znała języka i kultury rosyjskiej. Czuła się w obcym kraju coraz gorzej. Władze komunistyczne ulokowały Olgę i jej matkę najpierw w Tbilisi, a potem w Gori w Gruzji. Pobyt na prowincji miał pomóc Oldze. Tak się jednak nie stało. Tymczasem jej ojciec, Willam Peters, wystąpił w USA o zwrócenie mu córki. Według prawa amerykańskiego i radzieckiego, dziewczynka mogła samodzielnie decydować o tym, gdzie chce mieszkać i z którym z rodziców. 14-letnia Olga oświadczyła, że chce wrócić do Ameryki, do ojca. Szybko przewieziono ją więc do Stanów. Miesiąc później na powrót do USA zdecydowała się jej matka.
W styczniu 1986 roku Swietłana ponownie znalazła się w USA. Tym razem jednak, nikt się nią nie interesował. Mogła samotnie, w spokoju żyć dalej. Świat nie był już zainteresowany córką Stalina…
Józef Wissarionowicz Stalin (Dżugaszwili) dwukrotnie żonaty, miał trójkę dzieci: dwóch synów i córkę. Jakow był dzieckiem z pierwszego małżeństwa z Jekatieriną Swanidze. Druga żona Stalina, Nadieżda Alliłujewa obdarzyła go dwójką dzieci: synem Wasilijem i córką Swietłaną. Dziś zajmiemy się synami generalissimusa.
Po śmierci swojej matki Jekatieriny Swanidze, mały Jakow nie mogąc liczyć na opiekę ojca, który przebywał w więzieniu w Baku, trafił do rodziny matki. Zajęła się nim siostra Jekatieriny – Aleksandra. Jakow ukończył szkołę podstawową i liceum. W 1921 roku pojechał do Moskwy w odwiedziny do ojca. Stalin, żyjący już w drugim małżeństwie, nie miał ochoty utrzymywać żadnych kontaktów ze swoim synem. Jakiś czas później, Jakow rozpoczął pracę w jednym z leningradzkich instytutów mechanicznych jako inżynier. Zachował przy tym nazwisko „Dżugaszwili”, tak że nikt nie wiedział, że był on synem Stalina. W Leningradzie Jakow ożenił się, co wywołało złość ojca. Generalissimus zaczął odnosić się do syna wrogo.
Pod koniec lat dwudziestych, Jakow przeprowadził się do Moskwy, gdzie rozpoczął studia. Utrzymywał kontakt z drugą żoną Stalina – Nadieżdą, ale nie z ojcem (wbrew krążącym plotkom, nie miał romansu z macochą). Pogarszające się relacje z ojcem i nie najlepsza atmosfera we własnej rodzinie, spowodowały, że Jakow próbował popełnić samobójstwo. Próba była jednak nieudana. Za namową Stalina, ukończył w 1941 roku Akademię Artyleryjską i po wybuchu wojny trafił na front. W trakcie walk na Białorusi, w lipcu 1941 roku, syn Stalina dostał się do niemieckiej niewoli. Hitlerowcy chcieli zmusić go do poparcia Hitlera i faszyzmu, ale bezskutecznie. Po bitwie pod Stalingradem, Hitler chciał wymienić feldmarszałka Paulusa (przebywał w sowieckiej niewoli) na syna Stalina. Generalissimus na taką wymianę się jednak nie zgodził. Jakow został umieszczony w obozie w Sachsenhausen. Wiosną 1943 roku spróbował ucieczki i został zastrzelony.
Z drugiego małżeństwa Stalina miał syna i córkę. Syn hołubiony przez ojca, szybko zaczął wykorzystywać to, kim był jego ojciec. Wasilij mieszkał z ojcem na Kremlu. Gdziekolwiek wychodził (nawet będąc dzieckiem), towarzyszyła mu ochrona. Miał najlepszych nauczycieli i korepetytorów, ale uczył się miernie. Po ukończeniu szkoły wybrał karierę lotnika. W 1940 roku ukończył Wyższą Szkołę Lotniczą (ale nie ze względu na dobre wyniki w nauce!). Ci, którzy mu się przeciwstawiali, trafiali do obozów pracy lub znikali w tajemniczych okolicznościach. Wszyscy zatem unikali konfliktów z synem Stalina. Wasilij z nikim i niczym się nie liczył. W czasie wojny służył w 24 dywizji lotniczej, ale rzadko odbywał loty bojowe. Był brutalny, bezwzględny i konfliktowy. Często zaglądał do kieliszka, lekceważył przełożonych i nie wykonywał rozkazów. Nikt jednak nie mógł nic zrobić synowi „wodza”.
Na początku wojny mianowano go lotnikiem-inspektorem Zarządu Wojsk Lotniczych, a od 1943 roku był komendantem Inspekcji Wojsk Lotniczych. Został też dowódcą 32 pułku myśliwców broniącego Stalingradu. Oszczędzano go jednak i nie wysyłano na akcje bojowe. Przez całą wojnę Wasilij odbył 27 lotów bojowych i zestrzelił 1 nieprzyjacielski samolot! Nie były to wyniki bohatera, a mimo to nie omijały go nagrody i awanse. W 1942 roku był już pułkownikiem! W 1944 roku został dowódcą 3 gwardyjskiej dywizji myśliwców. W 1945 roku został dowódcą korpusu wojsk lotniczych, a rok później został generałem-majorem i zastępcą dowódcy wojsk lotniczych Moskiewskiego Okręgu Wojskowego. Od 1948 roku był dowódcą tego okręgu i generałem-lejtnantem. Nie mógł już jednak usiąść za sterami samolotu z powodu alkoholizmu. Mimo to, Stalin był dumny ze swojego syna.
Wasilij miał trzy żony (ze wszystkimi się rozwiódł). Życie upłynęło mu na pijaństwach i orgiach, które urządzał w swoim domu pod Moskwą. Był nietykalny. Podczas pierwszomajowej defilady w 1952 roku Wasilij pilotując samolot, przeleciał lotem ślizgowym nad Placem Czerwonym, co zdenerwowało Stalina. „Za karę” ojciec zesłał go na Akademię Wojskową im. Woroszyłowi. Była to dla Wasilija potwarz i degradacja. Od tego momentu do marca 1953 roku, do śmierci Stalina, Wasilij zamknięty w swoim domu, bezustannie pił. Po śmierci ojca zaczął zachowywać się jak niezrównoważony psychicznie, często w obecności postronnych ludzi, w tym zagranicznych dziennikarzy. Przeniesiono go więc do rezerwy i wypłacono wysoką wojskową emeryturę. Wkrótce został aresztowany za chuligaństwo i skazany na 8 lat więzienia. Przesiedział 7 lat i w 1960 roku Chruszczow wypuścił go na wolność. Przyjęto go do partii, przywrócono stopień generalski, ale Wasilij szybko wrócił do poprzedniego „stylu życia”. Za spowodowanie wypadku samochodowego w stanie nietrzeźwym (ucierpiał w nim zagraniczny dyplomata) został skazany na 5 lat więzienia i zesłany do Kazania. Tam zmarł mając zaledwie 41 lat. Smutna to historia człowieka, który nie potrafił się odnaleźć w rzeczywistości, który żył w cieniu swojego ojca-zbrodniarza.
Kim byli dziadkowie i rodzice jednego z największych zbrodniarzy w historii? Czy zdawali sobie sprawę z tego, kim będzie ich wnuk i syn? Trudno odpowiedzieć na to drugie pytanie, ale możemy pokusić się o próbę odpowiedzi na pierwsze z nich. Mimo, że informacje o przodkach Stalina są nieliczne i powierzchowne, można zbudować z nich obraz rodziny, z której wywodził się generalissimus.
Skąpe informacje o przodkach Stalina pochodzą od mieszkańców miejscowości Gori w Gruzji, gdzie 21 grudnia 1879 roku przyszedł na świat późniejszy przywódca ZSRR. Trochę informacji dostarczyli też niektórzy z jego przyjaciół z czasów dzieciństwa i młodości, którzy zdołali uciec z ZSRR za granicę. Sam Stalin nie zabierał głosu na temat swoich rodziców i dziadków, o swoim dzieciństwie nie wspominał. Nikt też nie próbował robić tego w jego imieniu. Jednak z okruchów wiedzy z przeszłości możemy zrekonstruować historię rodziny Stalina.
Jego pradziad Zaza Dżugaszwili był chłopem pańszczyźnianym i brał udział w jednym z chłopskich powstań na Zakaukaziu. Razem z rodziną zamieszkał we wsi Didi-Miło w pobliżu Tyflisu. Jego syn Wano, dziadek Józefa Stalina, odziedziczył gospodarstwo po ojcu. Uprawiał winorośl i zajmował się produkcją wina. Właśnie tutaj, w Didi-Miło urodził się Wissarion („Bieso”), ojciec Stalina. Po śmierci Wano, Wissarion zrezygnował z uprawy ziemi i wyjechał do Tyflisu. Tam rozpoczął pracę jako robotnik w fabryce obuwia. Wkrótce przeniósł się do Gori, gdzie poznał Jekatierinę Geładze, z którą się ożenił. Jekatierina również pochodziła z chłopskiej rodziny, która przeniosła się w tym czasie do Gori.
Józef Stalin był czwartym synem Jekatieriny i Wissariona (trzej pierwsi zmarli jeszcze w wieku niemowlęcym). W momencie narodzin przyszłego „wodza”, jego matka miała zaledwie 20 lat. Jakim człowiekiem był ojciec Stalina, nie wiadomo. Podobno był brutalny i nieokrzesany. Lubił zaglądać do kieliszka, zdarzało się też, że bił Józefa. W 1885 roku zostawił rodzinę i wyprowadził się z domu do Tyflisu. Wrócił po kilku latach jako schorowany człowiek i wkrótce potem zmarł. Stalin nigdy później nie wspominał o ojcu (plotki mówiły o tym, że jego ojciec zginął zabity w jakiejś pijackiej bójce w knajpie, że był Osetyńczykiem, a nie Gruzinem i że prawdziwym ojcem Stalina był jakiś gruziński książę lub wysoki dostojnik kościelny, u których jakoby miała pracować jako praczka Jekatierina, matka Józefa). Właśnie matka, wzięła na siebie po śmierci ojca, ciężar utrzymywania rodziny. Była osobą pobożną i gospodarną, marzyła, by Józef został duchownym. Aby opłacić jego wykształcenie, najmowała się jako praczka lub szwaczka w bogatych domach w Gori.
Niestety Józef nie lubił szkoły, a nauka szła mu opornie. Miał duże problemy z nauką języka rosyjskiego (do końca życia mówił z silnym akcentem gruzińskim). Po ukończeniu szkoły cerkiewnej, wstąpił do seminarium duchownego w Tyflisie. Rzadko odwiedzał matkę (kobieta nigdy nie zgodziła się przenieść do Moskwy, gdy jej syn został „wodzem”). W 1935 roku Stalin ostatni raz odwiedził swoją matkę w Tyflisie. Podobno powiedziała mu wówczas: „A mimo wszystko szkoda, że nie zostałeś duchownym”. W 1936 roku zmarła (na jej pogrzebie zabrakło Józefa Stalina).
Nie było więc wśród przodków generalissimusa ludzi nadzwyczajnych, niezwykłych. Raczej zwykła, przeciętna rodzina jakich wówczas było zapewne tysiące. Charakterystyczne są dwie rzeczy: pijany i brutalny ojciec znęcający się nad synem i pobożna matka robiąca wszystko, aby syn został duchownym. Kim został, wszyscy wiemy…
W ciągu całego swojego życia Józef Stalin ożenił się dwukrotnie. Nie wiemy, czy był wierny swoim żonom, czy miewał kochanki. W każdym razie, dwie z kobiet, które spotkał na swojej drodze życia, zdecydowały się związać z nim węzłem małżeńskim.
Pierwszą żoną generalissimusa była Jekatierina Swanidze, siostra jego przyjaciela z seminarium. Ślub miał miejsce w 1902 lub 1903 roku. Przez pewien czas młoda para mieszkała we wsi Didi-Miło. Stalin już wówczas prowadził życie rewolucjonisty, często ukrywał się przed policją, rzadko bywał w domu. W 1907 roku urodził się mu syn – Jakow. W tym czasie przyszły „wódz” siedział w więzieniu w Baku. Jego żona musiała sama zadbać o utrzymanie rodziny. Zanim Jakow ukończył pierwszy rok życia, Jekatierina ciężko zachorowała i zmarła na tyfus (lub na zapalenie płuc). Małego Jakowa od tej pory wychowywała rodzina Swanidze. Stalin dopiero na początku lat dwudziestych spotkał się ze swoim synem, ale nie był zainteresowany w utrzymywaniu z nim kontaktów.
Drugą żoną Stalina była Nadieżda Alliłujewa. Stalin znał jej ojca z działalności rewolucyjnej. Pierwszy raz zobaczył Nadieżdę, gdy ta miała 6 lat. Przez wiele kolejnych lat utrzymywał przyjacielskie kontakty z rodziną Alliłujewych (wspierali go oni, gdy siedział w więzieniu i gdy został zesłany). Po rewolucji lutowej w 1917 roku, Stalin odnalazł w Piotrogrodzie rodzinę Alliłujewych, którzy cały czas wspierali rewolucję i bolszewików (przez pewien czas ukrywali m.in. Lenina). Stalin stał się przyjacielem rodziny. 17-letnia wówczas gimnazjalistka Nadieżda, zakochała się w 37-letnim Józefie Wissarionowiczu. Tymczasem po rewolucji październikowej Stalin stał się ważną osobą. Zabrał Nadieżdę ze sobą do Moskwy. Od tego czasu 18-letnia dziewczyna rozpoczęła życie u boku Stalina (ślubów wówczas nie udzielano).
W 1921 roku urodził się im syn Wasilij, a w 1924 roku córka Swietłana. Po śmierci Lenina, Nadieżda Alliłujewa pracowała w czasopiśmie „Rewolucja i Kultura”, potem wstąpiła jako studentka do Akademii Przemysłowej. Studiów jednak nie ukończyła i przeszła do pracy w Moskiewskim Miejskim Komitecie WKP(b). Nadieżda była osobą otwartą i towarzyską, na Akademii poznała Nikitę Chruszczowa i zaprzyjaźniła się z nim. Jej przyjaciółką była też żona Mołotowa, Polina Żemczużina.
Oprócz mieszkania na Kremlu, Stalin miał też posiadłość (daczę) we wsi Usowo pod Moskwą. W domu nazywanym „Zubałowo” mieszkał na co dzień z Nadieżdą. Przebywali tu też członkowie rodzin Józefa i Nadieżdy. Wydawać by się mogło, że był to rodzinny dom, pełen radości, życzliwości i ciepła. Jednak nic bardziej mylnego. Już w tym czasie dochodziło do coraz częstszych nieporozumień pomiędzy Stalinem i Nadieżdą (dwa razy Alliłujewa uciekała z małą córką Swietłaną z domu, zawsze jednak wracała). Kłótnie były jednak coraz częstsze i gwałtowniejsze. U żony Stalina pojawiały się też coraz częściej myśli samobójcze. W tym czasie jej brat Paweł, przywiózł dla niej z Berlina damski rewolwer „Browning” (odbyło się to w tajemnicy przed Stalinem).
W nocy z 8 na 9 listopada 1932 roku Nadieżda zastrzeliła się. Niania i gospodyni były pierwszymi osobami, które znalazły zastrzeloną w swoim pokoju Nadieżdę Alliłujewą. Leżała martwa przy łóżku. Zawiadomiono Woroszyłowa, Mołotowa i Stalina. Prawdopodobną przyczyną samobójstwa była kłótnia, do której doszło między Stalinem i Nadieżdą, 8 listopada podczas przyjęcia na Kremlu dla bolszewickich aparatczyków i ich rodzin. Stalin, który spóźnił się na spotkanie, na ironiczną uwagę Nadieżdy zareagował po chamsku i cisnął żarzący się papieros w twarz swojej żony. Niedopałek wpadł pod suknię kobiety. Ta natychmiast wyszła i udała się do swojego kremlowskiego mieszkania, gdzie popełniła samobójstwo. Stalin pojechał na daczę. Wieczór był popsuty, ale kilka godzin później doszło do jeszcze większej tragedii.
Gdy generalissimus dowiedział się o samobójstwie Nadieżdy, przyjechał natychmiast do jej mieszkania. Był wstrząśnięty, ale milczał. Zabrał list, który napisała przed śmiercią jego żona. Wszyscy świadkowie tragedii zostali zlikwidowani. Gazety opublikowały sfałszowane świadectwa lekarskie (choroba i śmierć), po to, aby samobójstwo utrzymać w tajemnicy. Niektórzy historycy twierdzili później, iż nie było to samobójstwo, ale zabójstwo zlecone przez Stalina. Nikt jednak nie przedłożył przekonywujących dowodów na to, że było to morderstwo. Stalin nie zerwał nigdy kontaktów z rodziną Alliłujewych (spotykał się m.in. z bratem Nadieżdy – Pawłem). Podczas pogrzebu żony, był obecny tylko na początku ceremonii (podszedł do otwartej trumny, pocałował zmarłą, po czym szybko wyszedł). Do końca życia pozostał wdowcem (miał później co prawda romanse z wieloma kobietami i wiele nieślubnych dzieci, ale nigdy nie chciał ich znać).
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Kim, a może czym byli rzymscy bogowie? Jaki był stosunek Rzymian do swoich bogów? Czy ich religia była podobna do naszej religii? Na te pytania próbują odpowiedzieć autorzy „Historii życia prywatnego”. Przypatrzmy się odpowiedziom przez nich zaproponowanym.
Pewne jest, że religia rzymska była religią bez życia pozagrobowego i bez zbawienia. Czy była to jednak religia zimna, obojętna i amoralna? Czy była gorsza, bo nie było tu teologii i kościoła instytucjonalnego? W Rzymie każdy sam wybierał sobie bogów i czcił ich na swój sposób. Bogowie rzymscy żyli własnym życiem, byli częścią świata, nie byli gigantycznymi i nieskończonymi bytami, jak Bóg chrześcijan, muzułmanów, czy Żydów. Rzymscy bogowie byli nieśmiertelni, ale posiadali ludzkie cechy np.: płeć. Wyśmiewano natomiast bogów o zwierzęcych ciałach, których czczono np.: w Egipcie. Samo słowo „boski” w odniesieniu do rzymskich bóstw, należałoby z łaciny tłumaczyć jako „nadludzki”. Wynika z tego, że bogowie stali o jeden szczebel wyżej ponad ludźmi, ale nie byli, tak jak w religiach monoteistycznych, niewyobrażalni, niedoścignieni, nieosiągalni. Z tego m.in. powodu możliwa była deifikacja cesarzy (ze sfery ludzkiej do sfery boskiej był tylko jeden szczebel, jeden krok).
Ludzie stojący niżej od bogów byli zobowiązani do składania im ofiar i hołdów. Bogowie mieli swoje obyczaje, przywary i wady, a ludzie mogli się z nich śmiać, szydzić z nich, byle z umiarem i respektem. Przesada w tym względzie była niewskazana. Obowiązkiem ludzi było też pozdrawiać bogów przez podniesienie reki, kiedy przechodziło się przed ich wizerunkami. Trzeba było również pamiętać, aby codziennie rano udać się do pobliskiej świątyni i pozdrowić boga, oddać mu cześć. Od bogów oczekiwano pomocy, „załatwienia” próśb i spraw. Jeśli bóg tego nie potrafił, można go było skrytykować, a nawet zerwać z jego kultem i udać się do innego bóstwa po pomoc. Praktyki religijne Rzymian nie wynikały ze strachu, czy bojaźni. Stosunek ludzi do bóstw nie był poddańczy, a raczej wolny. Rzymianie podziwiali swoich bogów, ale się ich nie bali. Prawdziwą pobożność osiągano wtedy, kiedy potrafiono uznać bogów za uczynnych i sprawiedliwych, życzliwych, opiekuńczych i szlachetnych nadludzi. Jak zatem wyglądał bezbożnik, rzymski „ateista”? Apulejusz twierdził, że człowiek taki nigdy się nie modlił do żadnych bóstw, nie odwiedzał świątyń, nie pozdrawiał bogów przechodząc obok świątyń i ich wizerunków, nie składał im darów.
W Rzymie czczono pojedynczych bogów tzn. każdego z nich z osobna, ale często odwoływano się np.: w modlitwach i prośbach, do „bogów” w liczbie mnogiej. „Bogowie” byli wówczas nadzieją i opatrznością. Dzięki „bogom” pogaństwo miało swoją Opatrzność, do której się odwoływano, ale której nie czczono jako bóstw. Jacy byli rzymscy bogowie? Ci szlachetni nadludzie opowiadali się za cnotą i moralnością, występowali przeciwko zbrodni i występkowi. Wymagali też od ludzi pobożności. Czy zatem prezentowali oni etykę podobną do chrześcijańskiej? W pewnym sensie, tak właśnie było. Inna była wiara prostego ludu rzymskiego, zwykłych ludzi, a inna wykształconych elit rzymskich. Ludzie wykształceni wierzyli w Opatrzność, czyli „bogów”, ale nie oddawali czci poszczególnym, pojedynczym bogom. Cyceron, Horacy, czy Wergiliusz nie wierzyli w Wenus, Junonę, czy Apollina. Często nawet szydzili z nich i wyśmiewali.
Co ciekawe, Rzymianie nie wierzyli w życie pozagrobowe. Religia wcale się do tego nie odnosiła. Nie wierzono w nieśmiertelność duszy. Najbardziej rozpowszechniona wersja wierzeń dotycząca zaświatów mówiła, że śmierć jest niebytem, wiecznym snem. Śmierć nie była więc niczym więcej niż trupem. Kontrastowały z tym poglądem obrzędy pogrzebowe i sztuka nagrobkowa. Miały one za zadanie przede wszystkim zmniejszyć lęk przed śmiercią i pocieszyć ludzi. Grób stawał się wieczystym domem, a śmierć miała być odpoczynkiem po długiej podróży życia. Rzymskie święto zmarłych przypadało od 13 do 21 lutego. Składano wówczas ofiary na grobach swoich bliskich. Czasami do grobów wkładano różne przedmioty m.in. małe figurki, buteleczki od perfum itp. Często na nagrobkach pojawiała się postać Bachusa, boga zaświatów i „pocieszyciela”. Starożytna religia nie była religią zbawienia, nie wskazywała ludziom jak żyć, aby dostąpić nieba, była to raczej religia świąt i zabawy. Czy zatem rzymska religia i bogowie mają coś wspólnego z chrześcijaństwem lub inną wielką religią monoteistyczną? Mając chwilkę czasu, warto się nad tym zastanowić…
Powszechnie uważa się, że starożytni Rzymianie lubili większe i mniejsze przyjemności i z lubością się im oddawali. Prawda to, czy fałsz? Co dla Rzymian było największą przyjemnością? W czym gustowali, za czym przepadali mieszkańcy rzymskiego imperium? Czy to prawda, że najwięcej przyjemności dawały im uczty, wizyty w łaźni i wielkie widowiska? Przyjrzyjmy się temu bliżej.
Uczta była wielką ceremonią. Podczas uczty człowiek napawał się swoją pozycją i pokazywał to otwarcie wszystkim wokół. Była więc uczta rodzajem autopromocji, wyprawiana na pokaz, aby olśnić znajomych i sąsiadów. Rzymska uczta miała takie znaczenie jak XVIII-wieczne życie salonowe. Gdy nadchodził wieczór zapraszano na obiad gości, których towarzystwo cenił sobie gospodarz domu. Uczty wyprawiał cesarz, nobilowie, a nawet zwykły, ubogi lud miał swoje wieczorne biesiady. Uczta była sztuką. Sposób zachowania się przy stole był sztywno określony przez zasady, reguły, które należało znać. Ściśle przestrzegano prawa pierwszeństwa przy rozmieszczaniu łóż biesiadnych wokół stołu (gerydonu), na którym stawiano potrawy. Bez łoża biesiadnego nie mogła odbyć się żadna uczta. Tylko zwykłe posiłki spożywano siedząc. Co w takim razie znajdowało się na stole? Kuchnia rzymska przypominała po trosze kuchnię średniowieczną i orientalną. Potrawy były mocno przyprawione, z dodatkiem ciężkich sosów. Mięso najpierw gotowano, a potem smażono lub pieczono. Podawano je na słodko. W smakach preferowano kwaśno-słodki. Z napojów, do wyboru było wino żywiczne lub o smaku marsali. Oba rodzaje rozcieńczano wodą. W pierwszej połowie obiadu jedzono niczym nie popijając. Druga połowa uczty to picie, już bez jedzenia. Esencją, sensem uczty było właśnie picie. Rzymska uczta musiała być olśniewająca. Biesiadnicy na znak świętowania nosili wieńce z kwiatów i byli wyperfumowani tzn. wysmarowani wonną oliwą. Podczas uczty dyskutowano, wyrażano swoje poglądy, opowiadano o sobie, poruszano ważne i wzniosłe tematy. Ucztę można było też uświetnić przemową filozofa lub preceptora, występem artystów (tańce i pieśni).
Obok uczty, inną rozrywką lubianą przez Rzymian, była wizyta w łaźni publicznej. Łaźnie były płatne, ale opłata za wstęp nie była wysoka. Kąpiele nie były tylko zabiegiem higienicznym, była to także przyjemność. Niektórzy ludzie, zwłaszcza myśliciele-filozofowie, celowo odmawiali sobie tej przyjemności i do łaźni uczęszczali tylko raz lub dwa razy w miesiącu. W każdym zamożnym domu była łaźnia wyposażona w odpowiednie baseny i instalację grzewczą pod posadzką. W każdym mieście natomiast była przynajmniej jedna łaźnia publiczna, a także akwedukt doprowadzający wodę i studnie publiczne. Ubogi lud, zwykli obywatele Rzymu, za niewielką opłatą mogli spędzić w luksusowych łaźniach kilka godzin dziennie. Oprócz urządzeń doprowadzających zimną i ciepłą wodę, znajdowały się tutaj promenady i miejsca do uprawiania sportów i zabaw. Na terenie łaźni istniał też rozdział płci. Z czasem, miejsca te stawały się coraz bardziej luksusowe i przerodziły się w termy, czyli „zakłady rozrywkowe”. Miały one ogrzewane posadzki, a nawet ściany. Zimą w termach poszukiwano więc nie tylko kąpieli, ale i ciepła (w Termach Karakalli istniała „klimatyzacja” całego budynku poprzez konwekcję powietrza).
Inną namiętnością Rzymian były wielkie publiczne widowiska „sceniczne”. Do nich zaliczyć można wyścigi rydwanów w cyrku i walki gladiatorów na arenie amfiteatru. Wstęp na te „imprezy” był płatny, ale opłata była niska. Na każde wielkie widowisko zarezerwowana była też pewna liczba miejsc bezpłatnych i często już w nocy przed rozpoczęciem imprezy, ustawiały się kolejki ludzi chcących wejść za darmo. Wielkie spektakle fascynowały wszystkich bez wyjątku: bogatych i biednych. Powszechnie krytykowano zamiłowanie do tych „przyjemności”, ale wszyscy się im oddawali. Uczęszczali na nie nawet najwięksi ich krytycy: Tacyt, Cyceron, Seneka. Jedynie Marek Aureliusz oglądał walki gladiatorów tylko dlatego, aby spełnić swój cesarski obowiązek. Widzowie oglądający walki gladiatorów, czy wyścigów rydwanów, dzielili się na rywalizujące ze sobą frakcje popierające jedną z drużyn woźniców rydwanów, czy grupę gladiatorów (prakibice?). Gorliwość w „kibicowaniu” prowadziła często do zamieszek i walk na ulicach. Nie miało to nic wspólnego ze sprawami politycznymi, czy społecznymi. Podłożem były widowiska „sportowe”. Gladiatorzy lub woźnice rydwanów byli bohaterami, tak jak dziś są nimi piłkarze. Widowiska, zwłaszcza walki gladiatorów, stawały się namiętnością. Widzowie oglądający walki gladiatorów zachwycali się okrucieństwem, czerpali przyjemność z oglądania trupów i umierających ludzi. Największe zainteresowanie u widzów budziła śmierć „na żywo”, a jeszcze większe podjęcie decyzji o zabiciu lub oszczędzeniu gladiatora. To była kulminacja, esencja każdego widowiska.
Mimo takich „krwiożerczych instynktów” nie można chyba twierdzić, że Rzymianie byli sadystami (nie podziwiano zabijania dla samego zabijania). Paradoksem było to, że np.: Rzymianie zabraniali składania ofiar z ludzi, a oglądali walki gladiatorów. Paradoks? Może wyjątek w kulturze, którego nielogiczności pojąć nie sposób…
Dziś trochę bardziej „na luzie”, tzn. wpis z pogranicza historii i… legendy. Postanowiłem podjąć temat związany z historią Watykanu i to bynajmniej nie z jego jasną stroną. Czy to prawda, że kobieta była papieżem? Podobno tak. Jest taka legenda (tylko legenda!), a nawet film pt. „Papieżyca Joanna”. Czy kobiety wywierały naciski na papieży i sterowały nimi? To też podobno prawda. Stuprocentowych dowodów brak, ale są poszlaki.
O tym, że kobiety wywierały wpływ na niektórych papieży, wiemy od watykańskich kronikarzy i dawnych historyków. Jan X (914-928) zginął uduszony poduszką przez ambitną księżnę toskańską Marozję, która po tym morderstwie na tronie papieskim osadziła swojego syna Jana XI (931-935). Nie była to jednak pierwsza kobieta, która wpływała na to, co działo się w Rzymie. Już jej matka Teodora, decydowała o tym, kto będzie papieżem. Posługiwała się przy tym takimi metodami jak podstęp i morderstwo. To te metody pomogły zasiąść na tronie piotrowym Sergiuszowi III (904-911). Z kolei Teodora rezydująca w Zamku św. Anioła sprawowała władzę w Rzymie. Miała dwie córki: Marozję i Teodorę. Marozja zdradzała z papieżem Sergiuszem III swoich trzech mężów: margrabiego Albericha I ze Spoleto, Wido z Tuscji i Hugona z Prowansji. Była kobietą na tyle potężną i żądną władzy, że po osadzeniu na tronie papieskim w 931 roku swojego syna jako Jana XI, panowała niepodzielnie nad Rzymem wraz z mężem Hugonem z Prowansji. Przeciwko niej zbuntował się jednak Alberich II, syn Marozji z jej pierwszego małżeństwa z Alberichem I. Razem z papieżem Janem XI (synem Marozji!) wtrącili matkę do więzienia. Dokonała tam żywota wiele lat później. Od tej pory Rzymem rządził Alberich II.
Wpływ kobiet na papieży w XI wieku wcale nie był mniejszy. Grzegorz VII (1073-1085) musiał ustąpić z piastowanej funkcji z powodu miłości do kobiety. Kochał się w hrabinie Matyldzie z Toskanii. Cesarz Henryk IV wykorzystał romans papieża do walki z nim. Doszło do wieloletnich, krwawych walk cesarstwa z papiestwem. Henryk wtrącił Grzegorza VII do więzienia, ale wydostali go stamtąd Normanowie i ich saraceńscy sojusznicy! Tyle, że na nic się to zdało. Papież zmarł na wygnaniu w Salerno. W tym czasie na tronie papieskim zasiadał już ktoś inny. Szczytem kobiecych wpływów w Watykanie był… wybór kobiety na papieża! Podobno istniała „papieżyca” Joanna o której watykańskie kroniki i historycy milczą jak zaklęci. Według legendy, pochodziła z Anglii lub z Niemiec.
Jedna z wersji tej legendy mówi, że Joanna urodziła się w Niemczech w IX wieku (inna wersja podaje, że urodziła się w Anglii) i studiowała w Moguncji już wtedy ukrywając przed otoczeniem swoją płeć. Przywdziała mnisi habit i wraz z przyjacielem odwiedziła Fuldę, Ateny, a w końcu przybyła do Rzymu. Kardynałowie nie odkryli podobno, że była kobietą! Zobaczyli w niej natomiast „teologiczną doskonałość” i wybrali Joannę na papieża! Według legendy, Joanna prowadziła w Watykanie bogate życie erotyczne, miała licznych kochanków, również wśród kardynałów. Można powiedzieć, że wszyscy byli z takiego „układu” zadowoleni. Jednak pewnego dnia, okazało się, że papież jest… w ciąży! Udawało się ją ukrywać pod papieską sutanną, ale podczas procesji przez Rzym do Lateranu, między Koloseum i kościołem św. Klemensa, u Joanny wystąpiły bóle porodowe i papież na oczach wiernych… urodził syna! Wzburzeni Rzymianie ukamienowali Joannę na miejscu. Później zbudowano w tym miejscu statuę kobiety z dzieckiem, nazywaną przez mieszkańców Wiecznego Miasta „papessą” (papieżyną).
Czy była to prawda, czy tylko legenda? Trudno dziś jednoznacznie to rozstrzygnąć. Może cała sprawa została zmyślona? Tyle, że w 1400 roku w katedrze w Sienie Joanna została oficjalnie zaliczona do grona papieży, a jej popiersie znajdowało się tam przez ponad 200 lat. Usunięto je dopiero za pontyfikatu papieża Klemensa VIII (1592-1605). Czy więc papieżyca Joanna naprawdę istniała?
Jak wyglądało małżeństwo w starożytnym Rzymie? Jaką rolę odgrywała w nim kobieta, a jaką mężczyzna? Czy był to związek podobny do dzisiejszych małżeństw? Poszukajmy odpowiedzi na te pytania…
Zacząć trzeba od tego, że wszyscy wolni obywatele Rzymu mogli korzystać z obywatelskiej instytucji małżeństwa. Ślub w Rzymie był aktem prywatnym, nie musiała zatwierdzać go żadna władza publiczna, czy religijna. Był to akt niepisany, nie istniała umowa ślubna, tylko umowa o posag (przy założeniu, że kobieta taki posag miała). Nie było też żadnych symbolicznych ceremonii i gestów. Ówczesny ślub był aktem podobnym do dzisiejszych zaręczyn. Jak w takim razie sędzia mógł orzekać o spadku w razie sporu o niego? Robił to na podstawie poszlak, które wskazywały na istnienie małżeństwa (gesty, relacje świadków itp.). Mimo że małżeństwo było aktem prywatnym, niepisanym, to miało konsekwencje, skutki prawne. Z małżeństwa pochodziły dzieci, uznane przez prawo, przybierające nazwisko ojca i przedłużające ród. Po śmierci ojca przejmowały po nim majątek. Rozwód (akt nieformalny) był bardzo łatwy do przeprowadzenia, podobnie jak i samo zawarcie związku małżeńskiego. Wystarczyło, że mąż lub żona odeszli od siebie z zamiarem rozwiedzenia się. Nie trzeba było nawet informować o tym współmałżonka, wystarczyło go opuścić. Niestety, to żona zawsze musiała w takiej sytuacji (niezależnie od tego, czy to ona odchodziła, czy została odtrącona) opuścić dom zabierając jedynie swój posag, jeśli go miała. Dzieci zostawały najczęściej z mężczyzną!
Tak wyglądał koniec małżeństwa, a jak to wszystko wyglądało na początku? Przy zaślubinach byli obecni świadkowie (potrzebni w razie późniejszych sporów). Wręczano też prezenty ślubne. Noc poślubna to „legalny gwałt”. Następnego dnia małżonka „dąsała się na męża”. Zresztą, najczęściej noc ta przebiegała tak, że małżonek powstrzymywał się od zdeflorowania żony przez wzgląd na jej nieśmiałość, ale za to wynagradzał to sobie… „sodomizując ją”… Wspominają o takich praktykach Marcjalis i Seneka Starszy. Podobny zwyczaj funkcjonował też w starożytnych Chinach. Jeśli małżonka była brzemienna, unikano stosunków seksualnych przez okres ciąży. Dlaczego więc się pobierano? Dla miłości? Nic bardziej mylnego. Robiono to dla posagu i po to, aby mieć prawowitych potomków, którzy odziedziczą spadek i nazwisko.
Początkowo małżeństwo nie miało wiele wspólnego z moralnością. Zmieniło się to jednak już w I wieku n.e. Cesarstwo nałożyło na obywateli (zwłaszcza mężczyzn) wymóg panowania nad sobą, przestrzegania reguł i praw. Małżeństwo musiało więc zacząć nosić znamiona moralności. Z czasem, moralność małżeńska stała się moralnością obywatelską. Duży wpływ na to miał stoicyzm. W „nowej moralności” małżonka nie była dla męża tylko narzędziem do rodzenia dzieci i pomnażania majątku. Żona stała się przyjaciółką, „dozgonna towarzyszką”. Powinna była ona jednak być posłuszna mężowi, gdyż ich relacje w dalszym ciągu przebiegały na linii szef (mąż) – podwładny (żona). Małżeństwo było też obywatelskim obowiązkiem. Mężczyzna powinien był się żenić, aby mieć dzieci, czyli prawowitych potomków.
Dla męża małżonka wciąż była jednym z członków personelu domowego, obok dzieci, niewolników, wyzwoleńców i klientów. O najważniejszych rzeczach mąż nie dyskutował z żoną, ale przyjaciółmi, znajomymi, oczywiście mężczyznami. Żonę traktowano najczęściej jako duże dziecko, z którym należało obchodzić się dobrze (powody: posag lub wysoko urodzony teść). Żony mogły czasami zdradzać swoich mężów i „przyprawiać im rogi”. Niewierność była nieszczęściem, ale niezbyt wielkim. Często mężczyzna w takich sytuacjach sam był sobie winien: zarzucano mu brak czujności lub stanowczości, za dużą pobłażliwość względem żony itp. Aby uniknąć tych zarzutów należało publicznie potępić niewierną małżonkę. Miłość małżeńska zdarzała się natomiast rzadko.
Małżeństwo w starożytnym Rzymie nie było więc podobne do dzisiejszych małżeństw. A może się mylę? Zakładam jednak, że dzisiaj ludzie częściej wiążą się w małżeństwa ze względu na miłości, no i lepiej się nawzajem traktują…
Któż z nas nie słyszał o Poncjuszu Piłacie?! Postać ta występuje w filmach, książkach (np.: „Mistrz i Małgorzata”), modlitwach i w Biblii. Każdy z nas dysponuje choćby minimalną wiedzą o tym człowieku. Kim jednak był ten, który dla wielu z nas, tak niechlubnie zapisał się w historii? Czy był zwykłym rzymskim urzędnikiem, czy oprawcą? A może to postać tragiczna? Przypatrzmy mu się bliżej…
W zasadzie niewiele o nim wiemy. Poncjusz Piłat (Pontius Pilatus) od 26 do 36/37 roku był rzymskim prefektem Judei (praefectus) [według Flawiusza i Tacyta był prokuratorem, co zostało uznane przez naukę historyczną za błędne]. Według Flawiusza, Piłat przewodniczył procesowi Jezusa Chrystusa i zatwierdził wyrok na nim. Jako prefekt Judei w 26 roku zajął to stanowisko po Waleriuszu Gratusie.
Piłat nie darzył wielką sympatią Żydów i nie ukrywał niechęci do nich. Kilkakrotnie popadał w konflikt ze swoimi żydowskimi poddanymi. Jednym z takich konfliktów była sprawa wystawienia w pałacu Heroda kilku pozłacanych tarcz ku czci Cezara z inskrypcjami kto i dla kogo wystawił tarcze. Żydzi domagali się usunięcia tych symboli, na co Piłat nie wyraził zgody. Dopiero cesarz Tyberiusz nakazał usunięcie tarcz. Poncjusz Piłat dał też rozkaz masakry Samarytan oraz galilejskich pielgrzymów wędrujących do Jerozolimy.
Piłat „przeszedł do historii” w związku z procesem Jezusa Chrystusa. Sanhedryn oskarżył Jezusa o bluźnierstwo i postawił przed rzymskim sądem, któremu przewodniczył prefekt Judei. Piłat nie widział w Jezusie zagrożenia dla Rzymu, nie interesował go też konflikt Chrystusa z kapłanami żydowskimi. Obawiał się jednak buntu Żydów i z tego powodu prawdopodobnie wydał wyrok śmierci na Jezusa (być może Piłat współpracował z arcykapłanem Kajfaszem, na zasadzie, że on utrzymywał w Judei status quo, a Kajfasz zapobiegał buntom przeciw Rzymianom). Prefekt Judei nie widział winy w Jezusie (symboliczne obmycie rąk przed tłumem domagającym się ukrzyżowania oskarżonego).
Prawdopodobnie po dojściu do władzy w Rzymie Kaliguli, Piłat popadł w niełaskę i popełnił samobójstwo. Według legendy, po śmierci ciało Piłata zostało wrzucone do Tybru, ale nie zatonęło i dopłynęło aż do Rodanu, a stamtąd do Jeziora Genewskiego. Ostatecznie znalazło się w górskim stawie nieopodal jeziora, na górze „Pilatus” niedaleko Lucerny. Podobno w każdy Wielki Piątek ciało Piłata wynurza się z wody i obmywa ręce…
Podstawową komórką życia społecznego w starożytnym Rzymie była rodzina. Różniła się ona jednak bardzo od dzisiejszej rodziny. Rzymska familia to ojciec rodziny, ślubna żona, dwoje lub troje dzieci, niewolnicy domowi, wyzwoleńcy oraz przyjaciele i klienci. Pojęcie rodziny było więc wówczas bardzo szerokie i pojemne.
Ojciec rodziny był małżonkiem, właścicielem majątku i niewolników, patronem klientów i wyzwoleńców. Sprawował też jurysdykcję nad swoimi córkami i synami. W Rzymie rodzina oznaczała małżeństwo. Kto zatem rządził w tym małżeństwie, w domu? W zasadzie ojciec rodziny. On wydawał polecenia niewolnikom i przydzielał im zadania. Niektórzy mężczyźni powierzali też małżonce zarządzanie domem, a nawet skarbcem rodzinnym. Na co dzień dom był pełen ludzi. Nigdy nie było się w nim samotnym. Wszędzie byli niewolnicy gotowi w każdej chwili spełnić każde życzenie pana lub pani domu. Ich wszechobecność oznaczała inwigilację. Niektórzy z nich spali w sypialniach ze swoimi panami (najczęściej jednak pod drzwiami tychże sypialni).
Wychodzącej z domu zamężnej kobiecie towarzyszył orszak służebnych, dam do towarzystwa i „opiekunów” pilnujących moralności. Było to coś na kształt ruchomego więzienia. Matka rodziny przebywała więc w „złotej klatce”, ale takie były realia (poświęcenie się rodzinie i mężowi było dla dziewczyny chlubą i powodem do dumy). To ojciec „wypożyczał” swoją córkę mężowi, a ta, kiedy była niezadowolona z małżeństwa mogła zawsze wrócić do ojca. Atrybutem jej niezależności był też majątek, który posiadała i który nie przechodził na męża. Miała posag i mogła tak jak mężczyzna sporządzać testament. Wiele kobiet z powodzeniem zarządzało też majątkiem pod nieobecność męża. Zdarzało się, że po śmierci mężczyzny, jego małżonka zostawała wdową. Była wówczas właścicielką domu i majątku, osobą zamożną, o którą starało się wielu konkurentów (chodziło głównie o jej majątek). Wdowa mogła ponownie wyjść za mąż lub żyć z kochankiem (czasami nie robiono z tego wcale tajemnicy).
Zdarzało się też, że to ojciec rodziny zostawał wdowcem. Mógł wówczas ponownie się ożenić, mógł też współżyć seksualnie ze swoimi służącymi lub wziąć sobie konkubinę. Słowo „konkubina” miało dwa znaczenia: pierwotnie oznaczało kochankę (znaczenie pejoratywne), później słowo to przybrało znaczenie pozytywne i oznaczało wolną kobietę żyjącą w monogamicznym związku z mężczyzną (bez ślubu). Mężczyzna nie mógł mieć dwóch konkubin lub mieć konkubiny będąc żonatym. Konkubinat nie spełniał więc roli małżeństwa i nie pociągał za sobą konsekwencji prawnych. Dziecko zrodzone z takiego związku było wolne (bękart), ale nosiło nazwisko matki i po niej dziedziczyło majątek, a nie po ojcu. W niektórych bogatych rodzinach rzymskich funkcjonowało jeszcze coś takiego, jak „ulubieniec” rodziny. Był to mały chłopiec lub dziewczynka trzymani w domu, wychowywani i rozpieszczani, czasami nawet kształceni. Często, dziecko takie było niewolnikiem lub dzieckiem znalezionym, przygarniętym. „Ulubieńcem” bawiono się jak zabawką, ale można też było go faworyzować. Nie można natomiast było go adoptować, podobnie jak pan domu nie mógł uznać za swoje, dzieci zrodzonych z jego związków z niewolnicami. „Kariera ulubieńca” kończyła się, gdy wkraczał w wiek dorosły.
W kręgu familii rzymskiej byli też wyzwoleńcy i klienci. Wyzwoleńcy nie mieszkali w domu swojego dawnego pana, ale co dzień przychodzili złożyć mu uszanowanie. Często byli to ludzie dość zamożni (wielu z nich trudniło się handlem i rzemiosłem). Ich status społeczny był niższy niż ludzi wolnych, ale status majątkowy często bywał wyższy od ludzi wolnych, ale najczęściej biednych (było to m.in. powodem niechęci wolnej biedoty do zamożniejszych wyzwoleńców). Najczęściej ludzie ci żyli w konkubinatach, rzadziej w małżeństwach. Status wyzwoleńca istniał tylko w pierwszym pokoleniu, a syn wyzwoleńca był już pełnoprawnym obywatelem. Częste były przypadki, że ludzie wpływowi i zamożni (np. senatorowie) byli wnukami wyzwoleńców. Przez całe swoje życie, wyzwoleńcy podtrzymywali jednak więź ze swym dawnym panem, „patronem”. Byli mu to winni za jego dobrodziejstwo, za to że ich wyzwolił. Podobną rolę spełniała „klientela”. Byli to ludzie wolni, którzy schlebiali ojcu rodziny i uważali się za jego klientów. Codziennie przychodzili odwiedzić i pozdrowić swojego „patrona”. Liczyli na jego pomoc, protekcję, znajomość (wcale nie musieli należeć do biedoty!). Wśród nich często zdarzali się poeci, pisarze, artyści, filozofowie, którzy żyli „na garnuszku” swojego patrona. Przyjmowano klientów w przedpokoju domu, według ściśle określonej kolejności, a każdy z nich otrzymywał symboliczny napiwek. W ten sposób podkreślany był status i moralny autorytet pana domu, ojca rodziny.
Jak wyglądały szkoły w starożytnym Rzymie? Czy wszyscy potrafili wówczas czytać i pisać? A może alfabetyzacja jest przywilejem dzisiejszych czasów? Przyjrzyjmy się tej sprawie bliżej…
Już z egipskich papirusów wynikało, że istnieli bogaci i wpływowi ludzie, którzy byli analfabetami, ale za nich piórem posługiwali się inni. Istnieli też ludzie z pospólstwa, którzy umieli czytać i pisać. W Rzymie, nauczyciele, którzy uczyli pisać byli bardzo dobrze opłacani. Szkoły były instytucjami szanowanymi i uznawanymi (nie tak jak dziś!). Kalendarz religijny wyznaczał rytm szkolny (wakacje, ferie itp.), a co dzień rankiem pokaźna liczba małych Rzymian szła do szkoły. Były one koedukacyjne i na równi z chłopcami uczęszczały do nich dziewczęta. Taka edukacja trwała do 12 roku życia. Później naukę kontynuowali tylko chłopcy z zamożnych rodzin. To oni „studiowali” pod okiem „gramatyka” lub profesora literatury, głównie autorów klasycznych i mitologię (jej znajomość świadczyła o wykształceniu).
Jedynie w wyjątkowych przypadkach, ojciec zezwalał córce na dalszą edukację i przydzielał jej preceptora, który zapoznawał dziewczynę z klasycznymi dziełami. W wieku 12 lat dziewczęta były już dojrzałe do małżeństwa, a niektóre z nich już wówczas wydawano za mąż. 14-letnie dziewczęta były już dorosłe, a ich przeznaczeniem nie była edukacja, ale małżeństwo. Takie „panny na wydaniu” uczono przede wszystkim śpiewać, tańczyć, grać na jakimś instrumencie. Tylko nieliczni młodzi mężczyźni zgadzali się, aby ich żony edukowały się np. poznając filozofię. Taki był los dziewcząt. Młodzi chłopcy uczęszczali natomiast do szkoły, aby poznać literaturę i wzbogacić się umysłowo. W szkołach rzymskich nie uczono jednak przedmiotów użytecznych i praktycznych, ale wykładano przedmioty prestiżowe, przede wszystkim retorykę.
Trochę inaczej było w greckich prowincjach państwa rzymskiego. Szkoła grecka była częścią życia publicznego. W gimnazjonie, obok uprawiania gimnastyki i sportu, uczono przedmiotów humanistycznych: greki, retoryki, filozofii i muzyki. Dobrze wykształcony Rzymianin znał język i literaturę grecką, natomiast nawet najlepiej wykształceni Grecy nie przejmowali się nauką łaciny i z wyższością ignorowali Cycerona i Wergiliusza (z małymi wyjątkami). Grecy swoją wiedzę medyczną, czy filozoficzną oraz swoje umiejętności, sprzedawali wyjeżdżając np. do Italii. Nauczali w języku greckim. Dopiero u schyłku cesarstwa zaczęli przyswajać sobie łacinę, aby zrobić karierę prawniczą w administracji cesarskiej.
Szkoła rzymska uczyła też „kultury” tzn. za jej pośrednictwem przyswajano sobie kanon „klasycznej” literatury. Młodzi i zamożni Rzymianie od 12 roku życia do lat 18, czy 20, uczyli się klasyków literatury, a następnie studiowali retorykę. Nie była to jednak dziedzina użyteczna. Retoryka sama w sobie nic społeczeństwu nie dawała. Elokwencja na trybunie, czy w sądzie była pożądana i ważna, dodawała splendoru, mogła być źródłem zaszczytów (Cyceron), ale nic poza tym. Krasomówstwo zostało sprowadzone do gotowych wzorów. Wszyscy chłopcy uczyli się więc gotowych wzorów mów sądowych lub politycznych, ich rozwinięcia lub przemodelowania. Chłopcy nie uczyli się sztuki wymowy, prawdziwej retoryki, a jedynie krasomówstwa. Między jednym, a drugim istniała duża przepaść.
Edukacja w starożytnym Rzymie niewiele więc miała wspólnego z naszym dzisiejszym jej wyobrażeniem. Starożytne nauczanie stało się ćwiczeniami z retoryki, czy raczej krasomówstwa będącymi celem samym w sobie. Ot, sztuka dla sztuki…
Narodziny dziecka to wielka radość dla rodziców i całej rodziny. To także ważny moment dla społeczności. Na świat przychodzi nowy człowiek. W przeszłości przyjście na świat dziecka nie było jednak jednoznaczne z uznaniem tego faktu przez otoczenie. Tak było w starożytnym Rzymie, gdzie noworodek przyjmowany był do społeczeństwa decyzją głowy rodziny.
Ojciec decydował o życiu lub śmierci nowonarodzonego dziecka. Do niego należało też podejmowanie decyzji o zapobieganiu ciąży, o usunięciu płodu, czy porzuceniu dziecka. Te „zasady” przestały być legalne dopiero wraz z rozpowszechnieniem się moralności chrześcijańskiej. W dawnym Rzymie, kiedy rodziło się dziecko, ojciec podnosił je z ziemi, brał na ręce i pokazywał w ten sposób, że je uznaje i nie porzuci. Jeśli tego nie uczynił, oznaczało to, że na świat nie przyszło nowe dziecko, nowy potomek. Takiego noworodka porzucano pod drzwiami domu lub na śmietniku. W Grecji najczęściej porzucano dziewczynki (w 1 roku p.n.e jeden z Greków pisał w liście do żony: „Jeśli będziesz miała dziecko, zostaw je przy życiu, gdy to będzie chłopiec, a gdy dziewczynka, porzuć ją”.) Rzymianie najczęściej porzucali lub topili dzieci z wadami wrodzonymi oraz dzieci córek, które „zbłądziły”.
Noworodki były porzucane również przez ludzi ubogich, biednych, których nie stać było na ich wyżywienie i wychowanie. Robili to także ci, którzy nie byli w stanie zapewnić dzieciom odpowiedniego wykształcenia i poziomu życia (tzn. godności i stanowisk). Również ludzie bogaci porzucali nowonarodzone dzieci. Wielu z nich wolało skupić swoje wysiłki wychowawcze i zasoby finansowe na jednym lub małej liczbie potomków. Każde dziecko ponad „plan” mogło zostać porzucone. Robiono to także z powodów testamentowych. Narodziny nowego dziecka unieważniały bowiem spisany wcześniej testament, chyba że ojciec postanowił z góry wydziedziczyć kolejnych potomków, którzy mieli się urodzić. Co działo się z porzuconymi dziećmi? Bogaci nie interesowali się dalej ich losem, biedni często starali się, aby ktoś ich dziecko jednak przygarnął. Czasami pozorowano porzucenie. Matka bez wiedzy męża oddawała noworodka sąsiadom lub znajomym, czy nawet podwładnym, którzy w tajemnicy je wychowywali. Stawało się ono później niewolnikiem lub wyzwoleńcem swoich wychowawców. Bardzo rzadko takie dziecko mogło w przyszłości uzyskać oficjalne potwierdzenie swego wolnego urodzenia (zdarzyło się to małżonce cesarza Wespazjana).
Decyzję o porzuceniu dziecka, ojciec mógł podjąć np. kiedy podejrzewał żonę o zdradę i noworodka uważał za dziecko nieślubne. Zdarzały się nawet porzucenia dzieci z przyczyn politycznych! Kiedy Neron zamordował swoją matkę Agrypinę, jakiś nieznany Rzymianin na placu w fontannie porzucił niemowlę z tabliczką na której napisał: „Nie wychowam cię, gdyż boję się, abyś nie zamordował swojej matki”. Z kolei dzieci z nieprawego łoża przyjmowały nazwisko matki, a ojciec zapominał o nich na zawsze. Natomiast wyzwoleńcy przybierali nazwisko rodowe pana, który ich wyzwolił. Również dzieci adoptowane przybierały nazwisko rodowe ojca. Oczywiście, zawsze można było nie chcieć mieć dziecka i zrobić coś, aby go nie mieć. Sztuczne poronienia i zapobieganie ciąży były praktykami nagminnymi (Rzymianie nie przyznawali płodowi prawa do życia, nie uznawali go za istotę ludzką). Stosowali też liczne metody antykoncepcyjne. Św. Augustyn pisał o „spółkowaniu, podczas którego unika się poczęcia” i oczywiście potępiał je. Cyceron i Owidiusz wspominali o starym pogańskim sposobie podmywania się natychmiast po odbytym stosunku. Chodziło nie tylko o czystość, ale i o antykoncepcję. Od Tertuliana i św. Hieronima wiemy o używaniu przez Rzymian krążków macicznych i środków plemnikobójczych (Tertulian posunął się nawet do tego, że uznał wydaloną spermę za dziecko, a „fellatio” utożsamiał z antropofagią).
Według prawa rzymskiego, najbardziej pożądaną liczbą dzieci jaką mogła posiadać kobieta, była trójka. Teksty źródłowe bardzo często mówią o rodzinach z trojgiem dzieci. Dlaczego trójka? Zapewne z powodów czysto pragmatycznych np. nie chciano rozdrabniać spadków. Z czasem się to zmieniło. Kiedy pojawiła się nowa moralność chrześcijańska, większa liczba dzieci była jak najbardziej pożądana (Marek Aureliusz miał ich dziewięcioro).
Oto skrócony, ujęty w daty, zapis najciekawszych, według mnie, wydarzeń do których doszło w historii. Nie ma tu nic o polityce i wojnach. Interesowało mnie głównie życie codzienne, nauka, technika i kultura. To na tych polach doszło do niezwykle interesujących zdarzeń i odkryć.
Poniżej prezentuję pierwszą część „Tablic historycznych” odnoszących się do starożytności. Wkrótce kolejne części. Zapraszam wszystkich czytelników do dodawania swoich propozycji do tablic historycznych, może coś pominąłem, czegoś nie ująłem, co warto byłoby tutaj wpisać. Zapraszam też do rozwijania tych krótkich, lakonicznych wpisów. Jeśli ktoś z czytelników dysponuje na jakiś temat większą wiedzą, zachęcam do podzielenia się nią z innymi…
Około 10 000 lat temu zaczęto wypiekać chleb, a około 4 000 lat temu warzyć piwo (około 1000 r p.n.e Egipcjanie dodali do niego chmielu).
15 lutego 3379 r p.n.e – tego dnia Majowie opisali zaćmienie Księżyca. Jest to najstarszy zapis zjawiska astronomicznego.
2500 r p.n.e – w Memfis, w Egipcie wykonano najstarszy rysunek przedstawiający operacje chirurgiczną, a w Sumerze powstały pierwsze szkoły wyższe, tzw. domy mądrości.
2400 r p.n.e – prawdopodobnie wtedy miał miejsce wielki potop o którym pisze się w Biblii (było to wielka powódź w Mezopotamii). Z tego samego roku znany jest najstarszy list napisany w Egipcie przez faraona Pepi II do Hirchufa.
2000 r p.n.e – w Babilonii zaczęto produkować mydło. Wyrabiano je z mieszaniny popiołu, roślin, oliwy i glinki. W tym samym roku Chińczycy rozpoczęli produkcję pierwszych lodów, a w Egipcie zaczęto wyrabiać i nosić sandały.
1650 r p.n.e – wykonano pierwszą trepanację czaszki.
763 r p.n.e. – w Babilonii opisano całkowite zaćmienie Słońca.
715 r p.n.e – król rzymski Numa Pompiliusz zakazał grzebania zmarłych kobiet będących w zaawansowanej ciąży przed wydobyciem dzieci z ich ciał.
621 r p.n.e – w Egipcie powstała pierwsza szkoła tłumaczy znających język grecki.
613 r p.n.e – w Chinach pierwszy raz zaobserwowano kometę Halley’a.
612 r p.n.e – zbudowano pierwsze urządzenia kanalizacyjne w Rzymie (Cloaca Maxima).
609 r p.n.e – początek budowy kanału łączącego Nil i Morze Czerwone. W tym samym czasie Feniccy żeglarze na rozkaz faraona opłynęli Afrykę.
ok. 520 r p.n.e – Alkmeon z Krotony przeprowadził pierwszą sekcję zwłok.
ok. 495 r p.n.e – ukończono budowę kanału łączącego Morze Czerwone i Morze Śródziemne.
450 r p.n.e – w Rzymie ustanowiono prawo XII tablic. Zakazywało ono palenia i grzebania ciał zmarłych na terenie miasta oraz nakazywało oględziny zwłok osób zmarłych gwałtowną śmiercią.
ok. 390-340 r p.n.e – Eudoksos z Knidos stworzył teorię o kulistości ziemi, obliczył obwód Ziemi i odległość Ziemi od Słońca.
200 r p.n.e – w Rzymie po raz pierwszy zaczęto wytwarzać buty na lewą i prawą nogę.
117-116 r p.n.e – odkrycie drogi morskiej z Egiptu do Indii.
105 r p.n.e – urzędnik cesarza Chin, Tai Lun odkrywa technikę produkcji papieru.
59 r p.n.e – w Rzymie pojawiła się pierwsza gazeta codzienna (dziennik) pt. „Acta Diurna” („Wydarzenia Dnia”).
10 r – w Rzymie cesarz August zwolnił lekarzy od płacenia podatków
100 r – w Chinach Czang Heng skonstruował pierwszy sejsmograf.
160 r – cesarz Antoniusz Pius ustanowił lekarzy publicznych, którzy mieli udzielać bezpłatnych porad ludności.
Amerykę odkrył w 1492 roku Krzysztof Kolumb. Tyle podręczniki do historii. Jednak większość z nas wie, że Kolumb nie był pierwszy, że wiele wieków przed nim, Amerykę odkrył kto inny. Kto i kiedy tego dokonał? Na to pytanie nie ma pewnej odpowiedzi, ale są poszlaki i hipotezy…
Starożytni żeglarze dobrze znali basen Morza Śródziemnego. Rzadko jednak wyprawiali się poza Słupy Heraklesa, będące naturalną bramą na ocean. Rzadko nie znaczy jednak wcale. Pierwsi próbowali tego Fenicjanie. Najpierw prawdopodobnie odkryli Wyspy Szczęśliwe, czyli Wyspy Kanaryjskie, a potem Wyspy Zielonego Przylądka i Azory. Okazuje się, że z Wysp Kanaryjskich niewielki krok dzielił starożytnych żeglarzy od… Ameryki. U wybrzeży tych wysp, początek bierze wielki prąd morski, który swój bieg kończy w Zatoce Meksykańskiej. U wybrzeży Wysp Kanaryjskich zaczyna też wiać potężny pasat północno-wschodni, który przez większą część roku wieje wprost ku wybrzeżom brazylijskim. To dzięki temu pasatowi, Kolumb w 21 dni dotarł od Wysp Kanaryjskich do wysp środkowoamerykańskich. Czy jest zatem możliwe, aby Fenicjanie lub Kartagińczycy setki lat przed Kolumbem, znając Wyspy Kanaryjskie i żeglując w tamtych rejonach, nie skorzystali z pasatu i prądu morskiego i nie dotarli do Ameryki? Czy mogli, będąc świetnymi żeglarzami, „przeoczyć” takie „możliwości” stwarzane przez naturę? Wydaje mi się, że to mało prawdopodobne.
Jest zatem możliwe, iż Fenicjanie lub Kartagińczycy dotarli do Ameryki na długo przed Kolumbem. Mogła to być celowa wyprawa badawcza, lub przypadek. Co ciekawe, grecki historyk Diodor w I wieku p.n.e zostawił przekaz mówiący o fenickim statku zapędzonym przez burzę w sąsiedztwo nieznanej ziemi: „Na Oceanie, na wprost Libii, znajduje się wyspa znacznej wielkości. Odległość jej od brzegów Libii wynosi wiele dni żeglugi w kierunku zachodnim. (…) Pewnego razu gwałtowny sztorm zapędził ich [Fenicjan] daleko na Ocean. Po wielu dniach (…) znaleźli się u brzegów wspomnianej wyspy”. Inny grecki historyk Pauzaniasz, podawał więcej szczegółów o tej wyspie. Twierdził, że nowy kraj był wielki, poprzecinany licznymi rzekami i gęsto zaludniony przez czerwonoskórych ludzi o włosach upiętych w koński ogon. Czy chodziło w tym wypadku o Amerykę Południową?
Jeśli Fenicjanie i Kartagińczycy w swoich wyprawach docierali dalej niż do Wysp Kanaryjskich, to utrzymywali to w ścisłej tajemnicy. Tym zapewne można tłumaczyć brak fenickich i kartagińskich źródeł dotyczących odkryć. Wieści o tych odkryciach dotarły do nas okrężną drogą przez Greków i Rzymian. Źródła rzymskie mówią o tym, że w czasie wojen punickich, gdy Rzymianie oblegali Kartaginę, część okrętów kartagińskich przełamała blokadę morską Rzymian i odpłynęła w kierunku Słupów Heraklesa. Nigdy potem już ich nie widziano. W ślad za nimi Rzymianie wysłali siedem okrętów Scypiona Emilianusa i geografa Polibiusza. Czy rzymskie statki popłynęły na zachód, aby odnaleźć uciekających Kartagińczyków? A może Rzymianie po zdobyciu Kartaginy odnaleźli w kartagińskich archiwach informacje o odległych lądach? Może popłynęli na zachód według wskazówek zawartych w mapach i opisach Kartagińczyków?
Scypion dotarł w swojej wyprawie do Senegalu i Wysp Zielonego Przylądka (europejskie statki dotarły tu dopiero 1600 lat później). Mimo to, Rzymianie nie napotkali Kartagińczyków. Gdzie się podziali? Czy ich okręty zatonęły, czy odpłynęły do… Ameryki? Portugalczycy, którzy zjawili się setki lat później w Brazylii napotkali na tajemnicze inskrypcje na skałach na wybrzeżu i w głębi lądu. Jak podaje A. Kapłanek, w XIX wieku pismo to odczytano i okazało się, że są to fenickie i kartagińskie „zapiski” z I wieku p.n.e. Świat nauki odniósł się do tego sceptycznie. W 1968 roku amerykański epigrafik profesor Cyrus Gordon uznał tzw. „napis z Parahyba” odnaleziony w 1874 roku w Brazylii, za autentyczny. Napis ten głosił, że w 19 roku panowania króla Hirama (około 600 r p.n.e), fenicki statek zapędzony został przez sztorm do wybrzeży Brazylii. Dzisiaj podważa się autentyczność napisu z Parahyba i uznaje się go za falsyfikat. Mało kto ze świata nauki uznał więc odkrycie profesora Gordona. Większość badaczy wstrzymuje się z komentarzami na temat obecności Fenicjan i Kartagińczyków w Ameryce Południowej, lub całkowicie je neguje. No cóż, osobiście wydaje mi się mało prawdopodobne, aby Fenicjanie, czy Kartagińczycy wylądowali na setki lat przed Kolumbem w Ameryce…
Pewien mój znajomy podczas jednej z rozmów o historii starożytnej stwierdził, że podobno starożytni Rzymianie w swoich wojennych wyprawach dotarli aż do Chin. Rzymscy legioniści mieli jakoby pozostać w dawnych Chinach po nieudanej wyprawie wojennej, osiedlić się tam na stałe i żyć pośród tamtejszej ludności. Postanowiłem to sprawdzić.
Trafiłem na informację, że w 53 roku p.n.e, w czasie gdy Rzymem rządził triumwirat Cezara, Pompejusza i Krassusa, a w Chinach panowała dynastia Han, doszło do pewnego zdarzenia za którym krył się Krassus. Rzymski wódz zgromadził 45-tysięczną armię i ruszył z nią na państwo Partów. Rzymska armia przekroczyła Eufrat i poszła na wschód. Szybko jednak okazało się, że legioniści nie są w stanie pokonać Partów, którzy nękali ich dzień i noc, ostrzeliwali strzałami i prowadzili wojnę na wyczerpanie, unikając starcia w otwartym polu. Wkrótce połowa armii rzymskiej przestała istnieć. Do walnej bitwy nie doszło. Część Rzymian rozpoczęła odwrót, a 10 tysięcy legionistów dostało się do niewoli.
Według Plutarcha, resztki armii rzymskiej trafiły na wschód, na granicę państwa Partów z Chinami. Tutaj jako najemnicy, bronili granicy przed najazdami Chińczyków. W 20 roku p.n.e zakończyła się wojna Rzymu z Partami. Rzymscy żołnierze służący w armii perskiej mogli wrócić do domu. Okazało się jednak, że… nie było chętnych na powrót. Ślad zaginął po rzymskich legionistach. Na nowo, na ich trop trafił 2 tysiące lat później oksfordzki sinolog Homer Dubs. Znalazł on w rocznikach dynastii Han informację o bitwie Chińczyków z obwarowaną załogą Hunów. Wejścia do twierdzy Hunów bronił elitarny oddział wojskowy, z którym Chińczycy nie mogli sobie poradzić. Było to 17 lat po klęsce Rzymian w wojnie z Partami.
W tym samym czasie, w kronikach dynastii Han pojawia się wiadomość o osadzie Lijian położonej w Gansu (Lijian to zniekształcone w języku chińskim słowo „Aleksandria”). W 1993 roku grupa chińskich archeologów prowadząca wykopaliska w wiosce Zhelaizhai pod Yongchang, odnalazła domniemaną osadę Lijian, a w niej obwarowania z czasów rzymskich. Okazało się, że mieszkańcy pobliskiej wioski „od zawsze” mieli jasne włosy, niebieskie oczy i byli wysokiego wzrostu. Czyżby byli potomkami Rzymian? Do dziś nie ma pewności co stało się z kilkoma tysiącami rzymskich legionistów sprzed 2 tysięcy lat. Czy rzeczywiście zostali w Chinach i zaczęli nowe życie razem z miejscową ludnością? Czy dali początek nowej, lokalnej społeczności? Może wkrótce archeolodzy odpowiedzą na te pytania…
Termy kojarzą się nam z bogatymi, pełnymi przepychu rzymskimi łaźniami, setkami patrycjuszy popijającymi wino, rozmawiającymi i oddającymi się ablucjom przy pomocy swoich sług i niewolników. Jakie były rzymskie termy?
Najstarsze jakie znamy pochodzą z około 140 roku p.n.e. z Pompei. Stabiańskie termy składały się z szatni, gdzie zostawiano odzież i dziedzińca do ćwiczeń (palestra), czyli trawiastego terenu otoczonego z trzech stron portykami. Tutaj mężczyźni grali w piłkę lub uprawiali zapasy. Po gimnastyce przechodzili do ciepłego pomieszczenia, gdzie pocili się. Za pomocą skrobaczki („strigila”) zeskrobywano z ciała brud i pot. W następnym pomieszczeniu tzw. „gorącym”, zanurzano się w basenie z gorącą wodą lub spryskiwano się nią. Następnym pomieszczeniem był basen z zimną wodą i kąpiel w nim. Potem namaszczano ciało oliwą, masowano i raz jeszcze używano skrobaczki do ciała. Do kąpieli używano oliwy, olejków i perfumów. W użyciu nie było natomiast mydła.
Rzymska łaźnia składała się więc z trzech pomieszczeń: ciepłego, gorącego i zimnego. Dodatkowo mogła być wyposażona w łaźnię parową lub suchą, komnatę do namaszczania się i usuwania brudu, komnatę do masażu i basen „rekreacyjny” pod gołym niebem. Teoretycznie kąpiel powinna wyglądać tak, jak to przedstawiłem powyżej i składać się z kolejnych, następujących po sobie etapów. W rzeczywistości, goście łaźni korzystali z nich w dowolny sposób. W okresie republiki, mężczyźni przychodzili do łaźni „po pracy”, czyli około godziny 14.00-15.00. Kobiety korzystały z łaźni rano. Podobnie niewolnicy i służba. Opłata za kąpiel nie była wysoka. Często w pobliżu łaźni usytuowane były też domy publiczne, gdzie prostytutki oferowały swoje usługi. Czasami dom publiczny był integralną częścią łaźni.
Pierwsze wielkie termy zbudował około 25 roku p.n.e. Marek Agryppa (Termy Agryppy miały wymiary 120 x 100 metrów!). Był to kompleks kąpielowy: park, sztuczne jezioro i kanał. Wielkie domy kąpielowe nazywano od tej pory termami, zwykłe łaźnie „balneum”. Około 60 roku cesarz Neron wybudował nowe, wspaniałe termy, ale w 109 roku otwarto Termy Trajana, absolutny cud ówczesnej techniki i budownictwa. W ich skład wchodziły: szatnie, restauracje, biblioteki, sale wykładowe i gimnastyczne. Do największych należały jednak Termy Karakalli i Termy Dioklecjana zaliczane do cudów starożytnego świata. Termy Dioklecjana mogły pomieścić nawet trzy tysiące kąpiących. Były więc ogromne.
Z czasem termy stały się miejscem towarzyskich spotkań Rzymian. Tutaj, wśród ogrodów, basenów, bibliotek, boisk, można było coś zjeść i wypić, porozmawiać, spotkać się ze znajomymi, załatwić różne sprawy. W pobliżu term lokowali się cyrulicy i uzdrowiciele oraz domy publiczne. W termach spotykali się mężczyźni, kobiety, służba, niewolnicy, bogaci i biedni. Były to więc odpowiedniki naszych dzisiejszych ośrodków rekreacyjno-sportowych. Swoją drogą, ciekawe czy dziś rzymskie termy przyjęłyby się w naszym społeczeństwie? Czy znalazłby się ktoś, kto wybudowałby kompleks termalny na wzór rzymski i jeszcze by na tym zarobił?
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
W 1964 roku amerykańscy konserwatyści wysunęli kandydaturę senatora Goldwatera na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Kim był senator z Arizony? Okazuje się, że to postać niezwykle ciekawa. Przynajmniej z kilku powodów…
Barry Morris Goldwater był typem szorstkiego, samotnego ranczera z Zachodu (Arizona). Jego dziadek w XIX wieku wyemigrował z… Konina i przybył do USA! Goldwater podejrzliwie odnosił się do elity intelektualnej ze wschodniego wybrzeża, a rząd federalny uważał za… władzę kolonialną! Barry Goldwater nigdy też nie zaakceptował „Nowego Ładu” Eisenhowera. Był rubasznym, szczerym i bezpośrednim oratorem. Przemawiając posługiwał się kwiecistym stylem i zaskakującymi zwrotami. Mawiał np.: „Walnijmy jedną [rakietą] w męski kibel na Kremlu”. Tego typu wypowiedzi świadczyły, iż senator był przeciwny zbyt daleko idącym ustępstwom wobec ZSRR, na które szli dotychczasowi amerykańscy politycy, zwłaszcza pochodzący ze wschodniego, liberalnego wybrzeża. Goldwater mówił: „[Ameryka] miałaby się lepiej, gdyby po prostu odpiłować Wschodnie Wybrzeże i zepchnąć, niech pływa po morzu”.
Dla wielu Amerykanów poglądy Goldwatera wydawały się ekstremalne, jednak w środkowych i zachodnich stanach USA, zdobywał on coraz większe poparcie. W polityce zagranicznej, Goldwater nie dostrzegał szarości. Wszystko widział w kolorach „czarnym” i „białym”. Uważał ZSRR i Chiny za komunistyczne reżymy, kraje zła, których celem był podbój świata zachodniego i uczynienie z Amerykanów niewolników. Opowiadał się za zerwaniem stosunków dyplomatycznych z ZSRR, rozważał użycie broni nuklearnej przeciwko Chinom i Wietnamowi. Oskarżał także Lyndona B. Johnsona o to, że jest komunistycznym agentem.
Konserwatywna prawica popierała Goldwatera przeciwko drugiemu kandydatowi Partii Republikańskiej na prezydenta, Nelsonowi Rockefellerowi. Na konwencji tej partii w San Francisco, senator Goldwater otrzymał nominację partii, a Rockefellera wygwizdano. Podczas tej konwencji Goldwater powiedział: „(…) ekstremizm w obronie wolności to nie grzech! (…) umiarkowanie w dążeniu do sprawiedliwości nie jest cnotą!” Słowa wiele mówiące… Możliwą prezydenturą Goldwatera zaniepokojeni byli sojusznicy amerykańscy z Europy, ale również ZSRR i państwa bloku socjalistycznego. Obawiano się tam „faszysty Goldwatera” zdolnego podpalić świat.
Na tydzień przed wyborami prezydenckimi, Goldwater oskarżył urzędującego prezydenta Johnsona o zdradę! W październiku 1964 roku, w ostatnim tygodniu kampanii prezydenckiej, senatora z Arizony poparł… Ronald Reagan, były aktor. Wygłosił on przemówienie w telewizji, w którym wsparł kampanię Goldwatera. Uczynił to w bardzo sugestywny sposób, mówiąc o moralności i odpowiedzialności, podając proste odpowiedzi na skomplikowane pytania. Mimo to, nie pomógł Goldwaterowi. Tydzień później prezydentem USA został Lyndon B. Johnson (miażdżącą przewagą głosów, jedną z największych w historii USA).
Mimo porażki, zwolennicy senatora z Arizony, ogłosili zwycięstwo. Konserwatywna prawica, obok Goldwatera, zyskała też nowego bohatera – Ronalda Reagana, późniejszego prezydenta. Niewiele brakowało, a w 1964 roku Stanami Zjednoczonymi kierowałby prawicowy ekstremista. Nie wiadomo jak potoczyłyby się wówczas losy Ameryki i świata. Różnego rodzaju ekstremiści wciąż są jednak obecni w życiu politycznym. My także mogliśmy się o tym niedawno przekonać. Być może jeszcze nie raz będziemy wybierać między ekstremizmem, a normalnością… życzę więc wszystkim czytelnikom… dobrych wyborów…
Dziś znów z opóźnieniem, ale za to… chłodniej. W związku z upałami, które dają się nam wszystkim we znaki już od dobrych dwóch tygodni, postanowiłem znaleźć w historii coś na ochłodzenie. Równo 113 lat i 2 dni temu… odnaleziono złoto w Klondike. Mimo, że tamtejsze okolice do gorących nie należą, to przewrotnie, złoto „rozgrzało” jego poszukiwaczy i zaczęła się… gorączka… tyle, że złota. Ale po kolei…
Już na wiele lat wcześniej zdawano sobie sprawę z możliwości znalezienia złota w północnej części Gór Skalistych. W sierpniu 1896 roku trzej poszukiwacze złota odkryli jego złoża nad strumieniem Bonanza Creek, dopływem rzeki Klondike (Jukon, Kanada). Znalezisko było utrzymywane w tajemnicy, ale na początku 1897 roku sprawa wyszła na jaw. Wiadomość o złocie nad Klondike spowodowała napływ tysięcy poszukiwaczy złota i przygód.
Poszukiwacze złota przybywali głównie z USA, podróżując przez Seattle. Większość podróżników trafiała do Dawson, siedziby administracji Jukonu. Na początku 1897 roku w Dawson zarejestrowanych było 1,5 tysiąca górników, a kilka miesięcy później już 3,5 tysiąca. Rok później w Dawson było 30 tysięcy poszukiwaczy złota! (dziś miasteczko to liczy około tysiąca mieszkańców).
Gdy wybuchła gorączka złota, na Jukonie nie było jeszcze zorganizowanej administracji. Porządku pilnował oddział policji konnej. Początkowo pełnił on też funkcje administracyjne. M.in. dzięki temu gorączka złota nad Klondike przebiegła w miarę spokojnie. Wygasła w 1903 roku po wyczerpaniu się zapasów złota. Większość poszukiwaczy złota przeniosła się wówczas na Alaskę, gdzie odkryto nowe złoża drogocennego kruszcu.
Poniżej zamieszczam notkę dotyczącą określonego wydarzenia historycznego i zapraszam wszystkich do napisania ciągu dalszego tej historii, ale… w wersji alternatywnej, czyli innej, zmienionej. Jednym słowem zapraszam do „gdybania”. Co by było, gdyby… gdyby historia potoczyła się inaczej. Spróbujmy napisać nową historię, taką która się nie wydarzyła, ale która mogła się wydarzyć.
Dziś: japońskie zwycięstwo w bitwie o Midway.
W połowie 1941 roku wojna na Pacyfiku układała się po myśli Japończyków. Kolejnym krokiem w serii zwycięstw wojsk cesarskich miał być atak na Australię. Aby tego dokonać należało zająć amerykańską bazę na wyspie Midway (najdalej na zachód wysunięta część łańcucha wysp hawajskich, około 4060 mil morskich od Tokio). Japończycy przypuszczali, że z tej wyspy 18 kwietnia 1942 roku Amerykanie, przy użyciu bombowców B-25, dokonali udanego nalotu na Tokio (mylili się, bowiem bombowce startowały z lotniskowców). Postanowili więc zająć wyspę. Zgromadzili ogromną flotę (4 lotniskowce, 2 szybkie pancerniki, 4 ciężkie krążowniki i 12 niszczycieli, 15 okrętów podwodnych oraz 293 samoloty). Flota ta skierowała się na Midway. Amerykanie przeciwstawili jej 3 lotniskowce, 8 ciężkich krążowników, 15 niszczycieli i 12 okrętów podwodnych oraz 333 samoloty (łącznie z tymi, które stacjonowały na wyspie). Dowództwo amerykańskie znało zamiary Japończyków dzięki złamaniu ich szyfru (tzw. „kodu purpurowego”).
3 czerwca 1942 roku flota japońska pojawiła się w odległości 700 mil od Midway (400 mil od floty amerykańskiej). Japończycy nie wiedzieli o tym, że w ich pobliżu znajduje się flota admirała Nimitza. Japońskie samoloty zwiadowcze nie odkryły floty amerykańskiej i rankiem 4 czerwca japońskie samoloty wystartowały z lotniskowców. Uderzyły na Midway, przygotowując tym samym teren do inwazji lądowej (desantu). W tym czasie flota japońska została zaatakowana, najpierw przez samoloty amerykańskie startujące z bazy na Midway, a potem przez maszyny z amerykańskich lotniskowców.
Rozpoczęła się bitwa pod Midway, której wynik wszyscy znamy. Załóżmy jednak, że japońskie samoloty rozpoznawcze, rankiem 3 czerwca odkryły flotę amerykańską. Następnego dnia japońskie maszyny z lotniskowców nie uderzyły na Midway, ale na amerykańskie lotniskowce. Efektu zaskoczenia, który uzyskali Amerykanie, nie było i dwie floty starły się w otwartej walce. Jaki byłyby efekt tego starcia? Jak zakończyłaby się bitwa o Midway? Czy japońskie myśliwce „Zero” okazałyby się skuteczniejsze od amerykańskich „Wildcatów”? Co stałoby się, gdyby Japończykom udało się zatopić amerykańskie lotniskowce przy niewielkich stratach własnych? Jak dalej potoczyłaby się wojna na Pacyfiku? Czy Japończykom udałoby się zająć Midway i dokonać inwazji na Australię? Czy mieli jeszcze jakiekolwiek szanse na zwycięstwo w wojnie ze Stanami Zjednoczonymi?
Mimo, że dziś jest już 18 stycznia, to wracam do tego co 90 lat i dwa dni temu działo się za oceanem. Dla nas Polaków ta historia wydaje się być niewiarygodna. Wszyscy wiemy o co chodzi… ale po kolei.
16 stycznia 1920 roku w całych Stanach Zjednoczonych wprowadzono prohibicję, czyli zakaz produkowania, importowania i eksportowania, oraz przewożenia i sprzedaży alkoholu. Ustawa wprowadzona jako 18 poprawka do Konstytucji USA, nie zakazywała natomiast kupowania i spożywania alkoholu.
Prohibicja była sukcesem Amerykańskiego Towarzystwa Krzewienia Wstrzemięźliwości i sufrażystek (jako 19 poprawkę do Konstytucji wprowadzono wówczas prawo dające głos kobietom w wyborach). Specjalny wydział ds. prohibicji działał przy ministerstwie skarbu.
Następstwem wprowadzenia prohibicji było m.in. powstanie zorganizowanej przestępczości w USA. Powstały i rozwinęły się mafie w Chicago i Nowym Jorku.
Za zniesieniem prohibicji opowiadał się Franklin D. Roosevelt w trakcie swojej kampanii prezydenckiej w 1932 roku. Na mocy 21 poprawki do Konstytucji prohibicja została zniesiona 3 grudnia 1933 roku. Amerykanie żyli w prohibicji prawie 14 lat. Ile wytrzymaliby Polacy?
Dziś prezentuję kolejny tekst autorstwa Pana Macieja Brzezińskiego. Tym razem Pan Maciej pisze o romantycznej historii, która o mało co nie zakończyła się sensacyjnym małżeństwem na szczytach władzy. Dzięki temu mariażowi być może inaczej potoczyłaby się też historia Polski. Poniżej zamieszczam tekst, który nadesłał mi Pan Maciej. Zapraszam do lektury:
„O tej miłości swego czasu plotkowała cała arystokratyczna Europa. Wielka, acz niespełniona miłość pruskiego księcia Wilhelma von Hohenzollerna i Elizy Radziwiłłówny stała się „sprawą polityczną”, w którą zaangażowało się kilka dworów europejskich. Jak to zwykle bywa, polityka i racja stanu położyły kres tej miłości...
Tłem romansu była Europa, podnosząca się stopniowo z zawieruchy, jaką były wojny napoleońskie. „Jeniec Europy” – Napoleon Bonaparte przybywał wówczas na wygnaniu na Wyspie Świętej Heleny, skąd nikomu już nie zagrażał. Czołowe mocarstwa europejskie – Prusy, Rosja, Austria i Wielka Brytania, podzieliły się wpływami na Starym Kontynencie. Ich pozycję ugruntował Kongres Wiedeński z 1815 roku. Prusy, prężnie rozwijające się państwo, wzbogacone licznymi nabytkami terytorialnymi, miało ambicje większe, niż swoje ówczesne granice. Jednym z najbardziej wpływowych osób w państwie pruskim był książę Antonii Radziwiłł. W latach 1815 – 1830 pełnił rolę namiestnika, utworzonego na Kongresie Wiedeńskim, Wielkiego Księstwa Poznańskiego. Ten wybitny mecenas kultury i sztuki, gościł kilkakrotnie Fryderyka Chopina, zarówno w Poznaniu, jak i w pałacyku myśliwskim w Antoninie (okolice Ostrzeszowa na południu Wielkopolski), a także sam komponował (m. in. operę „Faust”). Był skoligacony z pruską rodziną królewską, bowiem jego żona – księżniczka Fryderyka, Dorota Ludwika, zwana po prostu Luizą, była cioteczną siostrą króla Fryderyka Wilhelma III. Małżeństwo zawarto z 1796 roku. Księcia Antoniego zaszczycał także swoją przyjaźnią rosyjski cesarz – Aleksander I. Antoni i Luiza mieli dwie córki – Elizę i Wandę.
Eliza Fryderyka Luiza Marta przyszła na świat w 1803 roku. Zgodnie z wolą swojej matki została wychowana w wierze kalwińskiej. Jej przyszły ukochany – książę Wilhelm Fryderyk Ludwik von Hohenzollern, urodził się w 1797 roku. Był drugim synem króla Fryderyka Wilhelma III, jednakże fakt, że kronprinz (następca tronu), książę Fryderyk Wilhelm był słabego zdrowia, zwłaszcza psychicznego, należało się spodziewać, że to właśnie Wilhelm będzie w przyszłości dźwigał ciężar korony. Młodzi poznali się już w 1815 roku na balu z okazji zakończenia Kongresu Wiedeńskiego, choć ich miłość rozkwitła dopiero później. W każdym razie, w 1820 roku Wilhelm zaręczył się z Elizą. Pojawił się jednak problem, gdyż ich ewentualne małżeństwo było sprzeczne z zasadą „Ebenburtigkeit” (wymóg małżeństwa członka rodu panującego z osobą pochodzącą również z rodziny panujących). Księżą Antonii zlecił badania genealogiczne, mające dowieźć tego, iż Radziwiłłowie, są równi książętom Rzeszy, ponadto zebrała się specjalna komisja prawników, mających ustalić, czy takie małżeństwo jest zgodne z pruskim prawem. W przeciwnym razie Wilhelm utraciłby prawo do tronu. Ekspertyza genealogiczna wypadła pozytywnie, jednakże prawnicy byli podzieleni.
Król Fryderyk Wilhelm zwrócił się do cara Aleksandra I z prośbą o adopcję Elizy. Aleksander, który przyjaźnił się z Antonim Radziwiłłem, a także miał okazję poznać zarówno Elizę, jak i Wilhelma, zgodził się adoptować księżniczkę. Jednakże jego śmierć w 1825 roku przekreśliła te plany. Nowy car – Mikołaj I, bezwzględny zwolennik tradycji i starego porządku, stanowczo odmówił prośbie o adopcję. Obawiał się być może wzrostu polskich wpływów na dworze w Berlinie, tym bardziej, że jego starszy brat – wielki książę Konstanty Pawłowicz, namiestnik Królestwa Polskiego także popełnił mezalians, żeniąc się z Polką – Joanną Grudzińską, „Księżną Łowicką”, przez co utracił prawo do tronu. W 1826 roku narzeczeni ostatecznie musieli się rozstać. Wilhelm poślubił księżniczkę Augustę von Sachsen-Weimar, natomiast Eliza miała wyjść za księcia austriackiego Fryderyka von Schwarzenberg, jednakże małżeństwo nie doszło do skutku. Eliza zmarła w 1834 roku na gruźlicę. Wilhelm, w latach 1858 – 1861 zastępował na tronie swojego chorego umysłowo brata, Fryderyka Wilhelma IV, a po jego śmierci w 1861 roku został królem Prus. W 1871 roku koronowano go na cesarza Niemiec. Zmarł w 1888 roku. Ponoć do końca życia nosił przy sobie miniaturę z podobizną ukochanej Elizy.
Jako ciekawostkę można podać, iż pamięć o tym romansie przetrwała. W 1938 roku nakręcono w Niemczech film pt. „Preussische Liebesgeschichte” („Pruska historia miłosna”) z udziałem czeskiej aktorki Lidy Baarovej w roli Elizy. Baarova była prywatnie kochanką ministra propagandy III Rzeszy – Josepha Goebbelsa. Kilka miesięcy później wybuchała wojna i film o miłości półkrwi Polki i przyszłego króla Prus nie był już popularny. Film trafił na półki, a w kinach można go było zobaczyć w RFN dopiero w 1950 roku.”
Poniżej zamieszczam notkę dotyczącą określonego wydarzenia historycznego i zapraszam wszystkich do napisania ciągu dalszego tej historii, ale… w wersji alternatywnej, czyli innej, zmienionej. Jednym słowem zapraszam do „gdybania”. Co by było, gdyby… gdyby historia potoczyła się inaczej. Spróbujmy napisać nową historię, taką która się nie wydarzyła, ale która mogła się wydarzyć.
Dziś: pierwszy rozbiór ostatnim rozbiorem Polski.
Na sejmie konwokacyjnym w 1764 roku Rosja i Prusy podpisały tajny aneks do sojuszu, w którym zobowiązały się do wspólnego zbrojnego wystąpienia przeciwko Rzeczypospolitej, gdyby ich interesy w Polsce były zagrożone. Było to preludium do rozbiorów. W 1772 roku doszło do pierwszego z nich. W kolejnych rozbiorach Rosja, Prusy i Austria (1793, 1795 r.) doprowadziły do całkowitej likwidacji Rzeczypospolitej. Po trzecim rozbiorze Stanisław August Poniatowski abdykował. Wielu Polaków wyemigrowało z kraju, głównie do Włoch, Francji i Saksonii. Tej historii nikomu przypominać nie trzeba.
Załóżmy jednak, że kolejnych rozbiorów Polski nie było, że pierwszy rozbiór był zarazem ostatnim. W 1772 roku trzech zaborców podzieliło między siebie terytorium Rzeczypospolitej i nasz kraj zniknął z mapy Europy. Czy takie „rozwiązanie” byłoby dla nas „lepsze” niż „śmierć na raty” w wyniku trzech rozbiorów? Czy mielibyśmy wówczas jakieś szanse na odzyskanie niepodległości po 146 latach niewoli? Czy tak długi czas zaborów nie spowodowałby nieodwracalnej germanizacji i rusyfikacji Polaków? Jak wyglądałaby Polska po jednym rozbiorze, zakładając, że w 1918 roku udałoby się odzyskać niepodległość? Czy powrót do „normalności” po 1918 roku byłby łatwiejszy? Jak w tym świetle wyglądałby „okres napoleoński” i „polski wiek XIX”?
16 grudnia 1916 roku w Sankt Petersburgu zamordowany został Rasputin. Człowiek, który przez wiele lat wywierał wpływ na rodzinę carską i prawdopodobnie miał tez swój udział w tym, co działo się w Rosji na początku XX stulecia, przeszedł do historii.
Spiskowcy wprowadzili w czyn swój plan. Tak jak ustalono, wszyscy zamachowcy zebrali się w domu księcia Jusupowa. W podziemiach przygotowano pomieszczenie ze stołem nakrytym na sześć osób, kominkiem i skórą niedźwiedzia na podłodze. Tutaj miał zostać sprowadzony Rasputin. Zamierzano zwabić go obietnicą poznania księżnej Iriny, pięknej żony Jusupowa. Cyjankiem potasu posypano ciasteczka ustawione na stole. Trucizną „doprawiono” też wino. Po mnicha pojechał książę Jusupow. Tego wieczoru ostrzegał Rasputina m.in. biskup piotrogrodzki Izydor, aby nie wychodził nigdzie z domu. Również minister spraw wewnętrznych Protopopow informował mnicha, że po mieście krążą pogłoski o spisku na jego życie. Starzec nic jednak sobie nie robił z tych ostrzeżeń i o północy, kiedy przyjechał po niego Jusupow, szybko udał się z nim do samochodu.
Po kwadransie dotarli do pałacu księcia. Pozostali spiskowcy ukryli się w tym czasie w pokoju przy schodach wiodących na piętro. Jusupow wraz z Rasputinem zeszli do przygotowanego pokoju i zasiedli przy stole. Czekali na pojawienie się księżnej Iriny, która miała jakoby na chwilę wyjść z pomieszczenia (w rzeczywistości nie było jej nawet w Sankt Petersburgu). Przez pół godziny Jusupow zabawiał Rasputina rozmową, ale ten nie chciał nawet tknąć ciasteczka, czy wina. W końcu starzec zdecydował się na wino, a potem na słodycze. Trucizna jednak nie zadziałała! Książę wyszedł na chwilę z pokoju, aby naradzić się z pozostałymi spiskowcami. Nikt nie wiedział, co robić dalej. Czas mijał, Rasputin pił wino, jadł ciastka i wciąż żył! W końcu Jusupow postanowił „załatwić” sprawę za pomocą pistoletu. Oddał do mnicha jeden strzał. Kula utkwiła w piersiach starca, ale nie przeszła na wylot. Nie było też krwotoku. Po chwili okazało się, że… Rasputin żyje i oddycha! Strzał z pistoletu nie pozbawił go życia!
Zamachowcy byli zaskoczeni. Postanowili się naradzić, ale po kilkudziesięciu minutach, około 4.00 nad ranem, okazało się, że Rasputin wciąż żyje. Rzucił się na Jusupowa, który przyszedł do pokoju zobaczyć co dzieje się ze starcem. Wywiązała się walka. Rasputin zdołał wyrwać się z rąk Jusupowa i powlókł się do schodów zamierzając wydostać się na zewnątrz. Wkrótce był już na podwórzu i zmierzał w kierunku bramy. Wyskoczył za nim deputowany Puryszkiewicz i oddał dwa strzały. Chybił. Dopiero kolejne strzały były celne. Jedna kula trafiła Rasputina w plecy, druga w głowę. Starzec upadł. Dobiegł do niego Jusupow i zaczął go bić gumową pałką. Masakrował mnicha, który wciąż dawał znaki życia. W końcu odciągnięto księcia na bok. Strzały zaalarmowały jednak straż pałacową i policję. Wszystko się wydało. Zamachowcy zobowiązali żołnierzy do zachowania milczenia. Nie można było jednak zachować w tajemnicy tego, co się wydarzyło.
Zwłoki Rasputina zawinięto w zasłonę, obwiązano sznurem i umieszczono w samochodzie. Zawieziono je na most na Newie. Spiskowcy wyciągnęli ciało mnicha i wrzucili je do rzeki, w miejscu w którym nie była skuta lodem. Dodatkowo obciążyli zwłoki łańcuchami i odważnikami, aby zatonęły. Pozbywszy się ciała, wrócili do pałacu księcia Jusupowa, po czym rozeszli się do domów.
W zamachu przeprowadzonym na Rasputina 16 grudnia 1916 roku interesujące jest to, że wszystko było w nim identyczne, jak w zabójstwie dokonanym 16 grudnia 1883 roku przez grupę rewolucjonistów na podpułkowniku Sudejkinie zajmującym się zwalczaniem terroryzmu. Przebieg obu zabójstw był prawie identyczny, zgadzała się nawet dzienna data! Czyżby to wszystko było dziełem przypadku? Zastanawiające jest też to, kto wymyślił taki, a nie inny plan pozbawienia życia Rasputina? Czy był to książę Jusupow? A może planu tego nie wymyślił żaden ze spiskowców? Może zamachowcy byli tylko wykonawcami planu?
Jedna z hipotez mówi, iż plan morderstwa mogło przygotować kierownictwo Związku Prawdziwych Rosjan. Być może za tym zamachem stali książęta Mikołaj i Cyryl, którzy mogli chcieć zająć miejsce cara (obaj byli jego przeciwnikami) np.: gdyby pod wpływem śmierci mnicha, załamany zrezygnował z tronu. Druga hipoteza mówi o udziale w morderstwie Brytyjczyków. Ambasada brytyjska w Sankt Petersburgu wiedziała o spisku, agenci brytyjscy szpiegowali Rasputina i cesarzową, a w archiwach Foreign Office brak dziś jakichkolwiek dokumentów na temat spisku i zamachu na życie mnicha. Najciekawszym jednak w zabójstwie Rasputina jest to, że obdukcja zwłok wykazała, iż wersja zdarzeń podana przez zamachowców jest w dużej części zmyślona.
Następnego dnia po zabójstwie Rasputina, policja pojawiła się w domu mstarca. Rozpoczęto też dochodzenie w sprawie nocnych strzałów w pałacu Jusupowa. Na dziedzińcu pałacu odkryto krew. Aby zatrzeć ślady zbrodni, książę kazał zastrzelić psa myśliwskiego i położyć w miejscu, gdzie zabito Rasputina. Puryszkiewicz i doktor Łazowert, aby umknąć wymiarowi sprawiedliwości, wyjechali na front do Rumunii. Suchotin ukrył się w koszarach. Jedynie Dymitr Pawłowicz i książę Jusupow pozostali w Sankt Petersburgu. Policja przesłuchała strażników w pałacu Jusupowa i szybko dowiedziała się prawdy. Pobrano też próbki krwi z dziedzińca pałacu i okazało się, że jest to krew człowieka, a nie psa. Przechwycono także korespondencję skierowaną do Dymitra Pawłowicza i Jusupowa. Na obu zamachowców jako podejrzanych, nałożono areszt domowy. Dochodzenie trwało nadal. Niedaleko Mostu Piotrowskiego na Newie, policja odnalazła kałużę krwi i zakrwawiony kalosz. Był to but Rasputina. Nurkowie odnaleźli futro starca przymarznięte do lodu, a niedaleko od mostu zamarznięte pod lodem zwłoki. Ciało, zwłaszcza twarz i głowa, były zmasakrowane od uderzeń pałką.
Dymitr Pawłowicz i książę Jusupow przyznali się do zbrodni. Car skazał ich na wyganiane i nakazał zakończyć śledztwo. Książę Jusupow zaszył się w jednym ze swoich majątków w guberni kurskiej. Dymitr Pawłowicz wyjechał do jednostki wojskowej w dalekiej Persji. Dochodzenie wykazało zapewne udział pozostałych spiskowców w morderstwie, jednak akta śledztwa zostały zniszczone. Przeprowadzono też sekcję zwłok Rasputina, ale nie dokończono jej. Car nakazał zakończyć sekcję i przerwać dochodzenie. Nie wiadomo do końca dlaczego wydał taką dyspozycję. Lekarze stwierdzili trzy rany postrzałowe (dwie w plecy i jedną w głowę). Nie wykryto natomiast trucizny. Nie określono przyczyny zgonu. Nie wyjaśniono więc, czy Rasputin zginął od strzałów z pistoletu, od trucizny, czy dopiero w wyniku utonięcia.
Wiele lat po tych wydarzeniach, doktor Łazowert już na łożu śmierci wyznał, iż nie zatruł cyjankiem potasu ciasteczek i wina przeznaczonych dla Rasputina. Nie od trucizny więc zginął starzec z Syberii. Nie zginął też od kul. Żaden z postrzałów nie był śmiertelny, co stwierdzili lekarze. Strzałów nie było też tyle, o ilu mówili mordercy (twierdzili, że oddali ich w sumie pięć). Okazało się też, że zwłoki były skrępowane kiedy wrzucano je do wody. Spiskowcy nie potrafili tego wytłumaczyć. Podobnie jak nie potrafili wytłumaczyć rozległych ran na nogach i podbrzuszu ofiary. Prawdopodobnie próbowano wykastrować mnicha, o czym świadczyły ślady na jego ciele. Zapewne więc torturowano go przed śmiercią. Wszystko to stoi w sprzeczności z zeznaniami i wspomnieniami zabójców o tym, jak przebiegał zamach i morderstwo.
8 marca 1917 roku już po abdykacji cara i internowaniu carskiej rodziny, bolszewicy ekshumowali ciało Rasputina pochowane w Carskim Siole. Dokonano symbolicznej kastracji (genitalia mnicha w puszce ze srebrnej blachy do dziś znajdują się w Paryżu w prywatnym posiadaniu), a szczątki spalono na stosie. Ikonę i pożegnalny list, które cesarzowa włożyła do trumny Rasputina, przywłaszczył sobie Aleksander Kiereński.
Kto stał za zamordowaniem Rasputina i dlaczego starzec z Syberii musiał zginąć? Na te pytania znamy już dziś odpowiedzi. Przeciwko mnichowi doradzającemu carskiej rodzinie, zawiązano spisek, którego celem było fizyczne wyeliminowanie „doradcy”.
Spiskowcy od początku zakładali zamordowanie mnicha. Informacje na temat zbrodniczego spisku pochodzą z dwóch źródeł: są to wspomnienia księcia Jusupowa i deputowanego Puryszkiewicza, morderców Rasputina i uczestników spisku. Pozostali spiskowcy milczeli i nigdy nie ujawnili tego, jak doszło do zabójstwa starca. Interesujące w tym wszystkim jest to, że Rasputin już na kilka tygodni przed swoją śmiercią przeczuwał, że stanie się coś strasznego. Pisał o tym w listach do cesarzowej. W tym czasie spiskowcy faktycznie przygotowywali już zamach na jego życie.
Do grona zamachowców należeli: deputowany do Dumy Puryszkiewicz, książę Feliks Jusupow, wielki książę Dymitr Pawłowicz, kapitan pułku preobrażeńskiego Suchotin i lekarz wojskowy dr Łazowert. Przywódcami grupy spiskowców i tymi, którzy zaplanowali morderstwo byli Puryszkiewicz i Jusupow. O spisku i planach zamordowania Rasputina wiedziało wiele osób, ale wszyscy milczeli biernie wspierając morderców. W całą sprawę wtajemniczeni byli m.in. wielcy książęta Mikołaj i Cyryl, ambasadorowie Anglii i Francji oraz agenci tajnych służb. Co ciekawe, o planowanym zamachu wiedział nawet właściciel pewnego kabaretu, który dowiedział się o tym od biesiadujących oficerów i ostrzegł Rasputina. Ukrywanie w tajemnicy zamachu nie było więc silna stroną spiskowców. O wszystkim wiedziała też ambasada brytyjska. Brytyjczycy zapewne sprzyjali spiskowcom (z akt Foreign Office „wyczyszczono” wszystkie ślady po sprawie zabójstwa Rasputina).
Spośród spiskowców, aż czterech należało do kierowanego przez wielkiego księcia Mikołaja – nacjonalistycznego Związku Prawdziwych Rosjan, a pozostali z tą organizacją sympatyzowali. Książę Jusupow miał 29 lat i pochodził z jednej z najstarszych i najbogatszych rodzin w Rosji (rodowód jego rodziny sięgał XIV wieku, a jego przodkami byli tatarscy najeźdźcy, którzy w tym czasie podbili Rosję). Tytuł książęcy przysługiwał rodzinie (najstarszemu synowi) od dwóch pokoleń. Książę Feliks Jusupow ukończył najlepsze szkoły w Europie, ale uchodził za parweniusza i prostaka. Plotkowano o jego homoseksualnych skłonnościach i ekscesach z tym związanych (przebieranie się w kobiece stroje, występowanie na estradzie w klubach dla homoseksualistów, utrzymywanie licznych kochanków wśród oficerów armii carskiej itp.). Jusupow ożenił się z Iriną Aleksandrowną, siostrzenicą cara, ale małżeństwo to było tylko formalnością. Rasputin podobno próbował „wyleczyć” Jusupowa z homoseksualizmu, ale bezskutecznie. Być może nienawiść księcia do starca brała się stąd, że ten odrzucił Jusupowa i jego „zaloty”. Tego do końca jednak nie wiemy.
Wielki książę Dymitr Pawłowicz również znany był ze skłonności homoseksualnych, a w przeszłości był kochankiem Jusupowa. Być może księcia Dymitra Pawłowicza do udziału w spisku zmusiła siostra carowej, wielka księżna Elżbieta, która wychowała Dymitra po śmierci jego matki (księżna Elżbieta nienawidziła Rasputina i była jedną z jego najzagorzalszych przeciwniczek). 26-letni Dymitr Pawłowicz nigdy zresztą nie przyznał się do zamordowania mnicha powtarzając: „Na moich rękach nie ma krwi”. Z kolei deputowany do Dumy Puryszkiewicz był człowiekiem o radykalnych, nacjonalistycznych poglądach. Był też jednym z aktywniejszych działaczy Związku Prawdziwych Rosjan. O kapitanie Suchotinie nie wiadomo zbyt wiele. To przede wszystkim bywalec petersburskich salonów, przeciwnik Rasputina, ale znający go tylko z salonowych plotek, postać nijaka i przeciętna. Lekarz Łazowert brał udział w spisku zapewne tylko dlatego, iż zamachowcom potrzebny był lekarz, który stwierdziłby zgon starca.
Plan zabójstwa przewidywał, że książę Jusupow w całkowitej tajemnicy zaprosi Rasputina do swojego pałacu na towarzyskie spotkanie. Na miejsce miał przywieźć go swoim prywatnym autem. W pałacu, podczas posiłku przy stole, Rasputin miał być otruty. Ubranie mnicha zamierzano spalić w piecu, ciało starca miało być owinięte w płótno, obciążone łańcuchami i odważnikami, po czym wywiezione samochodem i wrzucone do rzeki Newy. Zwłoki znajdujące się pod lodem miały z prądem rzeki popłynąć do morza. W ten sposób pozbyto by się wszelkich śladów. Spiskowcy liczyli, że za zabójstwo Rasputina, społeczeństwo będzie im „wdzięczne”, a car uwolniony od jego zgubnego wpływu, w końcu samodzielnie pokieruje Rosją. Gdyby tak się jednak nie stało, zamachowcy zamierzali przeprowadzić… detronizację cara i przekazać władzę innemu członkowi dynastii Romanowów. Zabójstwo Rasputina powiodło się, ale społeczeństwo nie okazało „wdzięczności” mordercom mnicha. Próba obalenia cara nigdy nie doszła do skutku. Władzę w Rosji przejął bowiem kto inny. Ale to już zupełnie inna historia…
Mnich z Syberii nie był lubiany na dworze carskim. Kilkakrotnie próbowano pozbawić go życia. Zamachowcom nie udało się jednak wyeliminować starca z polityczno-towarzyskiej rozgrywki, jaka cały czas toczyła się wokół carskiej rodziny.
Najwięcej wrogów Rasputin miał wśród arystokracji skupionej wokół cara i wśród państwowych dygnitarzy dla których był zagrożeniem. Pierwsza próba pozbawienia życia kontrowersyjnego mnicha miała miejsce w sierpniu 1910 roku. Wówczas to, pięciu mężczyzn w samochodzie, próbowało go rozjechać, gdy przechodził przez ulicę. Próba nie powiodła się, ale sprawców nigdy nie wykryto. Jesienią 1913 roku Rasputin udał się do Jałty, aby wypocząć. Dowiedziawszy się o tym, gubernator regionu, generał Dumbadze, listownie poprosił ministra spraw wewnętrznych o pozwolenie na… utopienie Rasputina w czasie rejsu statkiem z Sewastopola do Jałty. Pozwolenia takiego jednak nie otrzymał. Nie była to bynajmniej ostatnia próba pozbawienia życia Rasputina. Minister spraw wewnętrznych Aleksy Chwostow, przeciwnik mnicha, próbował zlecić otrucie go. Wywierał nacisk na agentów „ochrany” pilnujących starca, aby podrzucili mu truciznę. Żaden z nich się na to nie zdecydował. Jednak mało brakowało, a plan powiódłby się. Zatruto wino, które miało trafić na stół Rasputina. „Ochrana” jednak w porę zorientowała się w spisku.
Minister Chwostow wkrótce pożegnał się ze swoim stanowiskiem. Udowodniono mu bowiem przygotowywanie drugiego zamachu. Miał on wynająć i zlecić zabójstwo Rasputina byłemu agentowi „ochrany” Borysowi Rżewskiemu-Rajewskiemu. Agent udał się do Kopenhagi, aby nawiązać kontakt z mnichem Iliodorem, który ukrywał się w tamtejszym klasztorze. Miał uzyskać od niego dokumenty kompromitujące Rasputina i przekonać go, aby wrócił do Sankt Petersburga i zamordował starca z Syberii. Plan nie powiódł się. Gdy tylko Rżewski-Rajewski przekroczył granicę z Finlandią, został aresztowany przez żandarmów. Podczas przesłuchań wydał swoich mocodawców, czym ostatecznie pogrążył ministra spraw wewnętrznych. Kolejną próbę podjęli oficerowie gwardii cesarskiej. Rasputin często bywał w lokalu rozrywkowym „Villa Roda”. Pewnego dnia, w trakcie libacji był już tak pijany, że zaczął wygłaszać publicznie monologi o swoich związkach z carska rodziną i przechwalać się „znajomościami”. Oficerowie-spiskowcy prowokowali go licząc, że Rasputin powie „o jedno słowo za dużo” i będzie można wystąpić przeciwko niemu w obronie majestatu cesarskiego. Nic takiego jednak nie nastąpiło.
Kolejny zamach miał miejsce w rodzinnej wsi Rasputina – Pokrowskoje. 29 czerwca 1914 roku listonosz przyniósł mnichowi list od cara. Chcąc nadać odpowiedź do Sankt Petersburga, Rasputin postanowił pójść na pocztę. Gdy wyszedł z domu, zaatakowała go żebraczka, która wyciągnęła spod łachmanów nóż i ugodziła nim Rasputina w podbrzusze. Starzec zdołał dowlec się o własnych siłach do domu. Wezwano lekarza z odległego o prawie 90 kilometrów Tiumenia. Medyk przybył w rekordowo szybkim tempie - 8 godzin. Udało się zatamować krwotok, ale ostrze noża przebiło jelito. Kobieta-zamachowiec została schwytana. Policji udało się ochronić ją przed samosądem mieszkańców wsi. Podczas przesłuchania okazało się, że nazywa się Gusiewa i jest chora psychicznie. Mieszkała w szpitalu psychiatrycznym prowadzonym przez mnicha Iliodora. Została przywieziona do Pokrowskoje, aby dokonać zamachu na Rasputina (niektórzy badacze twierdzili, że Gusiewa była zakonnicą, którą Rasputin uwiódł w klasztorze i że dokonała zamachu na niego z zemsty). Nie wiadomo co dalej stało się z kobietą. Niektórzy twierdzą, że zginęła w czasie rewolucji…
Z zamachu Rasputin wyszedł cało. Specjalnie sprowadzony z Sankt Petersburga chirurg, przeprowadził w szpitalu w Tiumeniu operację, która zakończyła się pomyślnie. Mnich z Syberii, wbrew swoim wrogom, wciąż żył…
Co jest prawdą, a co mitem w biografii starca z Syberii? Śledząc życie tego człowieka, dochodzimy do wniosku, że fakty mieszają się z plotkami, a jedne od drugich ciężko oddzielić. Spróbujmy jednak bliżej przyjrzeć się tej kontrowersyjnej postaci.
Gdy Rasputin znalazł się w Sankt Petersburgu na dworze carskim, szybko ujawnili się jego przeciwnicy. Pojawiły się plotki i pomówienia. Twierdzono, że Rasputin posiada zdolności hipnotyzerskie, dzięki którym potrafi zapanować nad ludźmi. Decydujące znaczenie miały mieć jego oczy: „Oczy te są szare, mają osobliwy blask, osobliwą głębię i hipnotyzującą siłę. Spojrzenie ostre i łagodne, niewinne i przebiegłe, intensywne i nieobecne zarazem. Kiedy Rasputin zaczyna mówić, ma się wrażenie, że jego źrenice nabierają magnetycznej mocy”. Tak opisywał go francuski ambasador przy dworze carskim, Marice Paleoloque. Ten sam człowiek dostarczał też innych wiadomości na temat starca. Według Francuza, Rasputin dopuścił się gwałtu na pewnej zakonnicy, zbałamucił małżonkę pewnego inżyniera w Tobolsku, a nawet pobił prostytutkę podczas wizyty w jednym z domów publicznych. Czy rzeczywiście tak było, trudno jest orzec. Jedno jest pewne: robił wielkie wrażenie na kobietach, z których wiele było w stanie bardzo dużo dla niego zrobić. Sama Anna Wyrubowa, jego wielbicielka i protektorka mówiła: „(…) jego oczy (…) miały w sobie coś fascynującego – od pierwszej chwili całkowicie mną zawładnęły”.
Sprawą, która rozsławiła Rasputina i stała się początkiem jego kariery, było uzdrowienie carewicza Aleksego. Jesienią 1909 roku carewicz chorujący na hemofilię, uległ wypadkowi. Doszło do krwotoku, którego lekarze nie mogli powstrzymać. Stan zdrowia chłopca pogarszał się z godziny na godzinę. Również Kościół prawosławny był bezradny: modlitwy o uzdrowienie chłopca nie przynosiły rezultatu. Cesarska para zgodziła się, aby sprowadzić Rasputina, starca o którym mówiono, że ma moc uzdrawiania. Rasputin usiadł przy łóżku dziecka i zaczął się modlić kładąc swoje dłonie na głowie chłopca. Po kilku minutach carewicz zaczął reagować i rozmawiać z Rasputinem. Obrzęk spowodowany wypadkiem zmniejszał się. Stan Aleksego zaczął ulegać poprawie. Obecni przy tym wydarzeniu lekarze nie byli w stanie tego wytłumaczyć. Od tego momentu Rasputin był częstym gościem pary cesarskiej, a carewicz Aleksy zaprzyjaźnił się nawet z mnichem. Za każdym razem Rasputin był zapraszany na dwór potajemnie i wprowadzany tylnimi drzwiami. Ta praktyka przyczyniła się później do narastania plotek i pomówień na temat związków Rasputina z rodziną carską. Jedna z plotek mówiła nawet o intymnym związku łączącym mnicha z cesarzową!
Rasputin nie posiadał w Sankt Petersburgu własnego domu. Mieszkał u swoich protektorek. Córki, które sprowadził do stolicy, umieścił w pensjonacie. Dopiero po pewnym czasie zaczął wynajmować 5-pokojowe mieszkanie w centrum miasta. Wszystko to zawdzięczał Annie Wyrubowej. Kobieta ta ufała mu bezgranicznie od czasu, gdy przepowiedział jej, że jej małżeństwo z oficerem carskiej marynarki będzie nieudane. Rzeczywiście, przepowiednia spełniła się. Małżeństwo trwało tylko miesiąc gdyż okazało się, że małżonek był homoseksualistą-sadystą!
Do Rasputina codziennie przychodziły setki osób z prośbą o pomoc, uzdrowienie, protekcję. Agenci „ochrany” obserwujący i pilnujący mnicha donosili, że sypiał on co noc z inną kobietą i często bywał w domach publicznych. Nie przeszkadzało to jednak wielu znanym osobom (generałom, urzędnikom, biskupom) odwiedzać go i prosić o wstawiennictwo u cara lub o załatwienie na dworze carskim jakiejś sprawy. Oficjalnie zarzucano mu też opilstwo, rozwiązłość i uwodzenie kobiet, mieszanie się do polityki i przynależność do sekty. Szczególnie plotkowano o erotycznych ekscesach starca z Syberii i dzikich orgiach urządzanych u niego w domu (miał jakoby Rasputin należeć do sekty chłystów lub biczowników, którzy uważali, iż aby dostąpić rozgrzeszenia i zbawienia, najpierw należało grzeszyć, co czynili urządzając seksualne orgie).
Trudno dziś stwierdzić , co było prawdą w tych opowieściach, a co fałszem. Czy życie Rasputina wyglądało tak, jak chcieli tego autorzy plotek o nim? Czy może był człowiekiem całkowicie innym niż to rozgłaszali „plotkarze”? A może prawda, jak to często bywa, znajduje się gdzieś po środku?...
Car Mikołaj II był ostatnim z dynastii Romanowów, który zasiadał na petersburskim tronie. Rewolucja bolszewicka pozbawiła go najpierw władzy, a potem życia. Wraz z nim, do historii przeszła jego najbliższa rodzina. Przyjrzyjmy się, jak wyglądały ostatnie lata na dworze carów.
Mikołaj II był, jak piszą jego biografowie, lękliwy i niezdecydowany, całkowicie nieprzygotowany do rządzenia imperium. Nie miał przygotowania politycznego i nie miał pojęcia o sprawach państwowych. Stał jednak do samego końca na straży samodzierżawia uważając ten system za doskonały i najlepszy dla swoich poddanych. Niekompetentny car otoczony był setkami doradców wszelkiego autoramentu. Do najważniejszych należeli jego wujowie (dowódcy armii carskiej) oraz żona. Ludzie wybitni i kompetentni nie mieli czego szukać na dworze carskim. Ulegając namowom swoich „doradców” dał się car Mikołaj II wmanewrować w 1905 roku w wojnę z Japonią. Miała ona wzmocnić prestiż i militarną potęgę Rosji. Obnażyła jednak fatalny stan armii carskiej oraz krótkowzroczność i niekompetencję dowództwa. Wszystko to doprowadziło do haniebnej klęski. Konsekwencją była „krwawa niedziela” 9 stycznia 1905 roku, gdy wojsko otworzyło ogień do demonstrantów przed Pałacem Zimowym w Petersburgu. Na Placu Zimowym poległo przeszło tysiąc osób. Rozkaz otwarcia ognia do demonstrantów wydano bez wiedzy Mikołaja II (nie było go wówczas w Pałacu Zimowym).
Przegrana wojna i bieda w kraju, doprowadziły do tego, że duża część społeczeństwa zaczęła szukać oparcia w wierze i religii. Ludzie zwracali się jednak nie do oficjalnego Kościoła, ale do sekt i „mędrców”. W tym czasie na cara dokonano podobno przeszło 20 zamachów! Ze wszystkich wyszedł cało. Przypisywano to „cudowi”. W 1902 roku car i jego rodzina przeprowadzili się do Carskiego Sioła nieopodal Sankt Petersburga. W Pałacu Aleksandrowskim „opiekę” nad carską rodziną objął Rasputin – jasnowidz, mędrzec i „starzec”, który miał chronić cara przed całym złem tego świata. Oprócz „ochrany” nad carską rodziną czuwał więc starzec z Syberii, któremu bezgranicznie wierzyła i ufała przede wszystkim cesarzowa. Aleksandra była bardzo podatna na różnego rodzaju praktyki spirytualistyczne, wierzyła w cuda itp. rzeczy. Rasputin był dla niej „wyrocznią”. Podatna na wpływy, samotna i nad wyraz religijna cesarzowa Aleksandra szybko uległa „urokowi” mnicha.
Caryca urodziła Mikołajowi II cztery córki, ale nie syna, który byłby następcą tronu. Różnego autoramentu „lekarze”, znachorzy i szarlatani nic nie mogli na to poradzić. Rasputin miał być remedium na tę „przypadłość”. Wcześniej próbował „leczyć” cesarzową tajemniczy francuski „doktor Philippe”, a potem upośledzony epileptyk Mitia Kolaba i jego opiekun mnich Iliodor. Nic jednak nie wyszło z ich „zabiegów”. Cesarzowa wciąż nie mogła urodzić następcy tronu. W końcu, w 1904 roku urodził się upragniony chłopiec – Aleksy Mikołajewicz. Okazało się jednak, że dziecko jest chore na hemofilię (w rodzinie Aleksandry zdarzały się przypadki hemofilii – m.in. babcia cesarzowej, angielska królowa Wiktoria była chora na tę przypadłość). Nikt nie potrafił pomóc Aleksemu. Kościół zalecał modlitwy i wiarę w cud, uzdrowiciele i cudotwórcy byli bezradni. Pomógł dopiero Rasputin, co ostatecznie potwierdziło jego wyjątkową pozycję na dworze carskim.
Tym, co dodatkowo osłabiało rodzinę carską, było jej wewnętrzne rozbicie i rywalizacja między jej członkami. Przeciwko cesarzowej knuły intrygi: wielka księżna Maria Pawłowna (ciotka Aleksandry) oraz matka cara, ekscesarzowa Maria Fiodorowna nienawidząca synowej. Przeciwko carowi byli jego wujowie jawnie wyśmiewający sposób życia cara i jego staroświeckie poglądy (Mikołaj II nie miał kochanek, był wierny żonie). Wielcy Książęta Aleksy i Paweł mieli dziesiątki kochanek, żyli rozrzutnie, swoim zachowaniem za granicą ośmieszali carat. Dalsi kuzyni, a nawet brat cara – Michał, żyli w podobny sposób. Do upadku Romanowów przyczyniła się też rozrzutność „rodziny”. Co roku wydawano na „pensje” dla nich i „doradców” cara około 200 milionów rubli! Utrzymywano za to niezliczone dwory, pałace i wille oraz ponad 20 tysięcy służby. Od cara oczekiwano też wręczania szczodrych darów swoim „doradcom” i członkom rodziny. Sam Mikołaj II i jego najbliżsi żyli skromnie (rocznie wydawali na swoje potrzeby „tylko” około 40 tysięcy funtów).
Dwór carski żył w całkowitym odizolowaniu od świata zewnętrznego, nieświadomy tego, co działo się w społeczeństwie. Cichy i spokojny Mikołaj II nie potrafił przeciwstawić się swoim oponentom i rozprawić się z przeciwnikami, wrogami dworu. Nie znając innego świata poza „sztucznym” światem dworskim, nie przypuszczał, że narodziła się już siła, która doprowadzi jego i państwo carów do zguby…
Do dnia dzisiejszego o Rasputinie narosło tyle mitów, legend, kłamstw i pomówień, że trudno już oddzielić prawdę od fałszu. Kim był starzec z Syberii? Skąd na dworze cesarskim wziął się demoniczny mnich i jaki miał wpływ na to co działo się w Rosji? Na temat życia Rasputina napisano setki książek i artykułów. Przyjrzyjmy się wczesnemu okresowi życia starca z Syberii. Prześledźmy dzieje demonicznego mnicha od jego narodzin do przybycia na dwór cesarski.
Grigorij Jefimowicz Rasputin urodził się 10 stycznia 1869 roku w małej syberyjskiej wiosce Pokrowskoje w powiecie tiumeńskim, pod Tobolskiem, u stóp Uralu. Rodzice, czyli Jefim Jakowicz i Anna Wasiliewna byli wolnymi chłopami. Posiadali własną ziemię oraz kilka krów i koni (te ostatnie wynajmowano poczcie). Rodzina Rasputina żyła we wsi Pokrowskoje od trzech pokoleń. Mały Rasputin pomagał ojcu przy wypasie bydła i uprawie roli. Jego brat Ławrientij zmarł na zapalenie płuc (nabawił się go podczas kąpieli w pobliskiej rzece). Siostra Maria cierpiała na epilepsję i utopiła się w rzece podczas prania bielizny. Także matka Rasputina zmarła, gdy był jeszcze kilkuletnim chłopcem.
Mały Rasputin do szkoły nie uczęszczał. Już jako chłopak miał dar jasnowidzenia (legenda głosi, że zdemaskował kilku złodziei kradnących w okolicy). Młodzieniec szybko zyskał też przydomek nicponia i utracjusza. Nadużywał alkoholu, „uganiał się” za dziewczętami. Wychowywał się bez matki, a ojciec był surowy. W wieku 17 lat był już notowany przez miejscowa policję (zarzucano mu pijaństwo, gwałty i kradzież). Z kartotek policyjnych dowiadujemy się, że miał „1,82 cm wzrostu, dużo jasnych włosów, przeciętny nos i ciemnorudawą brodę”. Od samego początku Rasputin wydawał się ludziom „dziwny” i „inny”. Z jednej strony był „rozpustnikiem”, z drugiej, niezwykle pobożnym człowiekiem (w cerkwi potrafił klęczeć całą noc i modlić się). Podobno, gdy miał 17 lat ukazała mu się Matka Boska i wezwała go do wędrówki po kraju, nauczania i głoszenia wiary.
Po tym objawieniu Rasputin wyruszył w drogę. Nie było go w domu przez kilka lat i nie dawał znaku życia. Zjawił się w rodzinnej wsi w lutym 1887 roku. Zamieszkał w domu ojca i ożenił się z Praskowią Fiedorowną Dubrowiną. Była to kobieta cicha, przyzwoita, doskonała gospodyni. Rasputin wciąż jednak wędrował i nauczał jako wędrowny mnich (podobno w swoich wędrówkach dotarł aż na górę Athos w Grecji). W 1895 roku urodził mu się syn Dymitr, a w 1897 roku córka Matriona, zwana Marią. Po 4-letniej wędrówce, Rasputin w końcu powrócił do domu, do rodziny. Z wędrówek tych wyniósł dużą wiedzę teologiczną i umiejętność leczenia ludzi. Kiedy, gdzie i od kogo się tego nauczył, nie wiadomo.
Rasputin prowadził dysputy teologiczne i dążył do odnowy religijnej. W swoim domu stworzył kapliczkę i zaczął głosić słowo boże. Zraziło to do niego miejscowego popa, który poczuł się zagrożony konkurencją ze strony „samouka”. Ten zyskiwał natomiast coraz szerszą i liczniejszą grupę wiernych. Biskup tobolski za namową popa, wszczął oficjalne dochodzenie przeciwko Rasputinowi oskarżonemu o sekciarstwo. Zakazano mu głoszenia kazań i odprawiania nabożeństw. Oskarżono go o przynależność do sekty chłystów, których nabożeństwa kończyły się orgiami seksualnymi. Tymczasem w 1903 roku Rasputin dokonał pierwszych uzdrowień poprzez modlitwę i nakładanie rąk. Uzdrawiał w ten sposób m.in. ludzi cierpiących na padaczkę. Podjął też trud nauki pisania i czytania. Doskonale znał Biblię i potrafił z pamięci recytować całe jej fragmenty.
Aby osiągnąć biegłość w sztuce uzdrawiania, Rasputin wyruszył do Sankt Petersburga, gdzie głosił kazania i uzdrawiał Jan (Iwan) z Kronsztadu. Ten uzdrowiciel i „święty” głosił, że po Rosji wędruje Bóg wcielający się w „starców”. Do stolicy carskiej Rosji Rasputin przybył w 1905 roku. Odbywało się wówczas w Sankt Petersburgu zgromadzenie przedstawicieli cerkwi. Rasputin szybko zwrócił na siebie uwagę biskupów kościoła prawosławnego i trafił przed oblicze Jana z Kronsztadu. Ten jakoby rozpoznał w nim „świętego” człowieka i uzdrowiciela o wielkiej mocy. W klasztorze, wobec książąt kościoła prawosławnego, Rasputin dowiódł swej niezłomnej wiary i został poddany dokładnym badaniom teologicznym. Swoją wiedzą i pobożnością wprawił w zdumienie słuchających. Po „egzaminie” został oficjalnie uznany za starca i zaproszono go do pozostania w klasztorze.
Poprzez hierarchów kościelnych Rasputin zetknął się z dostojnikami i osobistościami dworu carskiego. Zwłaszcza kobiety z wyższych sfer, podatne na „nowinki” związane z cudami, hipnozą i uzdrawianiem, szybko stały się „zwolenniczkami” mnicha z Syberii. Dzięki kontaktom z kręgami dworskimi, wielki świat stanął przed nim otworem. Rozpoczął się nowy rozdział w jego życiu. 14 listopada 1905 roku został przedstawiony carowi…
Poniżej zamieszczam notkę dotyczącą określonego wydarzenia historycznego i zapraszam wszystkich do napisania ciągu dalszego tej historii, ale… w wersji alternatywnej, czyli innej, zmienionej. Jednym słowem zapraszam do „gdybania”. Co by było, gdyby… gdyby historia potoczyła się inaczej. Spróbujmy napisać nową historię, taką która się nie wydarzyła, ale która mogła się wydarzyć.
Dziś: Napoleon wygrywa kampanię 1812 roku i zwycięża w Europie.
W 1812 roku Francja panowała w zachodniej i środkowej Europie, trwała też blokada wysp brytyjskich. Cierpiała na tym przede wszystkim Rosja i jej handel. Napoleon uważał, że pokona Anglików przy pomocy blokady, postanowił więc uderzyć na Rosję. Zgromadził ogromną armię liczącą prawie 600 tysięcy żołnierzy (w tym: 300 tysięcy Francuzów, Włochów i Belgów, 180 tysięcy Niemców i 90 tysięcy Polaków). 24 czerwca 1812 roku wojska cesarskie przekroczyły Niemen i wkroczyły do Rosji. Głównodowodzący armią carską marszałek Kutuzow zastosował taktykę unikania bitew z armią napoleońską na otwartym polu. Zastosowano taktykę „spalonej ziemi” i wojny na wyniszczenie. Mimo to, 14 września 1812 roku wojska francuskie wkroczyły do Moskwy. Stolica carów została wcześniej ewakuowana (m.in. wywieziono z niej wszelkie zapasy żywności). Jednak po miesięcznym oczekiwaniu na honorowe zakończenie wojny przez cara, 18 października Napoleon podjął decyzję o odwrocie Wielkiej Armii.
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
cd
Załóżmy jednak, że kampania Napoleona przeciw Rosji w 1812 roku ma inny przebieg, a przede wszystkim rezultat. Dochodzi do bitwy w otwartym polu, w której Kutuzow ponosi klęskę. Wojska carskie zostają rozbite. Jaką rolę w tym zwycięstwie odegraliby Polacy? Co stałoby się z Księstwem Warszawskim? Czy Napoleon zgodziłby się restaurować Królestwo Polskie, czy tylko zwiększyłby autonomię księstwa? Jak potoczyłyby się dalsze losy naszego kraju i całej Europy? Czy powstałyby „stany zjednoczone Europy” pod berłem Bonapartych i zwierzchnictwem Francji? Czy Francuzi staliby się „żandarmami” Europy? Jakie stanowisko wobec panowania Napoleona na kontynencie zajęłaby Wielka Brytania? A może imperium Napoleona nie przetrwałoby długo i rozpadłoby się?
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Status kombatanta - nagroda za ludobójstwo
Na Ukrainie wzrosła w ostatnim czasie aktywność najbardziej skrajnych, nacjonalistycznych kół i ugrupowań działających na rzecz nadania przez Najwyższą Radę Ukrainy statusu formacji kombatanckich tzw. Ukraińskiej Armii Powstańczej-UPA. W praktyce oznacza to, że ze statusu kombatantów korzystaliby-ze wszystkimi konsekwencjami formalnymi, honorowymi i materialnymi, członkowie hitlerowskiej formacji w modelu ukraińskiego skrajnego nacjonalizmu, wyznawcy rasistowskiej ideologii D. Doncowa, organizatorzy i realizatorzy zaglady Polaków, Żydów i swoich rodaków-Ukraińców, a ponadto mordercy Rosjan-żołnierzy Czerwonej Armii.
Wykorzystując w sposób bezwzględnynapiętą sytuację w Polsce, stan wrzenia politycznego, idąc za ciosem, tu mam na względziepoparcie Polaków dla różowej rewolucji na Ukrainie, zwłaszcza na forum międzynarodowym, w sprawie wejścia do Unii Europejskiej, wyznawcy skrajnego nacjonalizmu ukraińskiego,żyjący dotąd ex-czlonkowie OUN-UPA oraz ich sojusznicy, uderzyli obecnie do szturmu o sprawę dla nich najważniejszą-o przyznanie przez parlament Ukrainy uprawnień kombatanckich dla UPA.
Służą tym dzialaniom m. in. organizowanie przez skrajne ugrupowania nacjonalistów ukraińskich liczne zgromadzenia ludności, która domaga się uchwały parlamentu przyznającej sprawcom ludobójstwa uprawnień kombatanckich.
Na rzecz przyznania tych uprawnień byłym członkom UPA, między którymi było sporo funkcjonariuszy policji pomocniczej i żołdaków ochotniczej ukraińskiej 14 Dywizji Grenadierów SS, działają różne osoby po za granicami Ukrainy-w Kanadzie, USA, w Niemczech, Austrii i bardzo aktywnie w Polsce.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości przed 16 laty ujawniły się w Polsce grupki niewielkie liczebnie ale dobrze zorganizowane, korzystające ze wsparcia politycznego i finansowego Zachodu ale i w jakiejś mierze ze Wschodu, działające na orzyść ukraińskich roszczeń rewindykacyjnych wobec Polski.
Od 16 lat już, ukazujące się w Polsce ukraińsko-języczne pismo Nasze Słowo, egzystujące w oparciu o dotacje polskiego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie ukrywa swojego poparcia i sympatii dla UPA, dla przywódców skrajnego ukraińskiego nacjonalizmu. A redaktorzy i autorzy publikacji drukowanych w piśmie doskonale zdają sobie sprawę z tego, że synonim „banderowiec”, przez absolutną większość Polaków rozumiany jest jako morderca polskiej ludności cywilnej, kobiet i dzieci.
W przypadku gdyby się tak zdarzyło, że parlament Ukrainy przyznałby UPO-wcom uprawnienia kombatanckie, oznaczałoby to, że organizatorzy i realizatorzy zagłady Polaków, Żydów, Rosjan i Ukraińców nabyliby te same uprawnienia, które przyznano żołnierzom regularnych i nieregularnych formacji Antyhitlerowskiej Koalicji. A Koalicja ta zwalczała i niszczyłanie tylko niemiecki Wermacht i SS ale również obconarodowościowe formacje wspomagające Niemców, między innymi formacje ukraińskie Wermachtu i SS, ukraińskie pułki policyjne SS znane z okrucieństwa. Ukraińscy nacjonaliści, podobnie jak chorwaccy, litewscy, łotewscy, estońscy, flamandzcy, jak klerofaszystowska żandarmeria słowacka lat drugiej wojny światowej, stanowili w polityce Hitlera i Himmlera, dowództwa naczelnego Wehrmachtu, funkcje katów i grabaży na opkupowanych ziemiach Polski i Ukrainy.
Ze znanych już dziś dokladnie działań skrajnie nacjonalistycznych organizacji i formacji, głównie w Kanadzie, największym w świecie ośrodku ukraińskiej diaspory, w USA, w Niemczech, Austrii a również w Polsce-mających na celu rehabilitację najokrutniejszych oprawców można przyjąć za pewne co następuje:
- w przypadku uchwalenia przez arlament Ukrainy uchwały o rehabilitacji UPA i przyznaniu jej czlonkom uprawnień kombatanckich, nacjonaliści podejmą kolejne dzialania w kierunku rehabilitacji ukraińskiej hitlerowskiej policji pomocniczej działającej w strukturach niemieckiego aparatu politycznego, podejmą działania w kierunku rehabilitacji ochotniczej ukraińskien 14 Dywizji Grenadierów SS Galizien-Hałaczyna.
Dla osób oraz instytucji oraz organizacji polskich, które są zorientowane w obecnej i trwającej od 1990 r. sytuacji, tj. od czasu odzyskania przez Polskę niepodleglości, znane są dokładnie cele polityczne i zamiaryukraińskich skrajnych nacjonalistów na najbliższą i dalszą przyszlość.
Ukraińscy nacjonaliści głoszą od czasu powołania do życia Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów w 1929 r. rzekome prawa Ukraińców do ziem leżących daleko na zachód i południeod obecnych granic Ukrainy. W pierwszym rządzie owe roszczenia odnoszą się do ziem polskich i sięgają aż po nowy sącz, w pobliże Krakowa. Ukraińscy autorzy publikacji pseudo-historycznych i atlasów „historycznych udawadniają swoje rzekome prawa do południowo-wschodnich powiatów lubelszczyzny, rzeszowszczyzny, ziemi krakowskiej i żądają od Polaków ich zwrotu.
W oparciu o polskie badania naukowe, straty ludności polskiej w latach 1939-1945 spowodowane przez ukraińskich ekstermistów mogły wynieść na Wołyniu 50-60 tysięcy osób w tym kobiety i dzieci, a na ziemiach województw lwowskiego, tarnopolskiego, stanisławowskiego, ogółem do 25 tysięcy i ok. 6 tysięcy zamordowanych przez bojówki UPA, służbę Bezpeky i placówki garnizonowe UPA na ziemiach południowo-wschodniej Polski w jej kształcie dzisiejszym.
Te obliczenia odrzucone są zdecydowanie przez historyków niezależnych, przez wszystkie organizacje kresowe w Polsce i poza Polską. Według ostrożnych obliczeń tych historyków i organizacji, Ukraińcy wymordowaliw okrutny sposób od jesieni 1942 r. do końca1945 r. conamniej 130 do 150 tysięcy Polaków. I to wyliczenie jest jednak dalece nie pelne. Pomija bowiem liczbę ok. 700 tysięcy Żydow0-obywateli polskich, wymordowanych przez Niemców przy wybitnym udziale Ukraińców na Wołyniu i w trzech województwach południowo-wschodniej Polski.

Teren obozu Janowskiego SS – okolice Lwowa
W polsce żyją jeszcze naoczni świadkowie epoki zagłady, znajfdują się dokumenty, materiały potwierdzające zaplanowaną i zrealizowną przez OUN-UPA eksterminację ludności polskiej i udział w latach 1941-1943 w niej ukraińskiej policji pomocniczej. W Polsce znajduja się bogate materiały potwierdzające udział Ukraińców w zagładzie Żydów polskich w osrodkach zagłady w Bełżcu, Sobiborze, Trblince, w obozie Janowskim SS we Lwowie, we wszystkich gettach Generalnego Gubernatorstwa.
Autorom i wspólnikom sławetnego potępienia przez polski senat w 1990 r. akcji „Wisła” należy przypomnieć iż członkowie UPA, sprawcy zagłady grubo ponad 130 tysięcy Polaków, w tym kobiet i dziecibyli obywatelami Rzeczypospolitej i stąd wynika prawo i obowiązekścigania i sądzenia zbrodniarzy oraz osób podejrzanych o udzielenie pomocy zbrodniarzom.
Gwoli sprawiedliwości historycznej, dla oddania należnego hołdu wszystkim ofiarom bestialstwa zbrodniczej formacjiOUN-UPA, należy przypomnieć o męczeństwie i zagładzie Ukraińców, wymordowanych przez UPA, głównie przez Służbę Bezpeky tej formacji.

Dwóch ukraińskich ochotników z niemieckich wojsk pancernych sfotografowanych w Zakładzie Fotograficznym Stanisława Mazura w Kolbuszowej
Według obliczeń badaczy, historyków, UPA wymordowała nie mniej niż 40 tysięcy swoich rodaków, głównie tych, którzy odmówili w rzezi Polaków, tych, którzy odmawiali wstąpowania do oddziałów UPA.
Określenie formacji UPA „powstańczą” stanowi przykład jawnego fałszerstwa. Bowiem w skład armii powstańczych wchodzą ochotnicy, ludzie, którzy bez jakichkolwiek nacisków, z własnej woli podejmują decyzję o wejściu w skład formacji walczącej w imię określonej sprawy. A według obliczeń historyków, ok. 80 % członków UPA to byli ludzie zmuszani terrorem, groźbą śmierci do wstępowania do oddziałów tej formacji.
Wobec bogatej, niepodważalnej dokumentacji różnego rodzaju , w tym oryginalnej dokumentacji ukraińskiej i niemieckiejpoświadczającej aktywny udział ukraińskiego skrajnego nacjonalizmu, policji pomocniczej, formacji UPA w ludobójstwie narodu polskiegow okresie od początku 1943 r. do wiosny 1945 r. wobec nagromadzenia dużej ilości dokumentów, tysięcy relacji i oświadczeń osób cudem ocalonych z rzezi, bardzo bogatej literatury dokumentu, można stwierdzić bez ryzyka popełnienia błedu, co następuje:
-przyznanie przez parlament niepodległej Ukrainy uprawnień kombatackich sprawcom, uczstnikom ludobójstwa na ludności polskiej na Wołyniu, na terenie województw lwowskiego, stanislawowskiego, tarnopolskiego, na ziemi rzeszowskiej, lubelskiej, krakowskiej w latach II wojny światowej i po jej zakończeniu, miałoby dla Polaków tę samą wymowę, co posawienie obecnie w centrum Warszawy pomnika ku chwale SS i Gestapo.
Ciekawe jak się do tej sprawy odniosą najwyższe władze państwa Polskiego?
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Cele i zadania niemieckich obozów koncentracyjnych wobec narodu polskiego
Geneza powstania obozów
Na drugi dzień po zorganizowanej przez Hermanna Göringa i Ernsta Röhma prowokacji z podpaleniem Reichstagu, 28 lutego 1933 r., prezydent Paul von Hindenburg podpisał opracowane przez nazistów zarządzenie "O obronie narodu i państwa". Znosiło ono w III Rzeszy Niemieckiej wolność osobistą i upoważniało policję do zwalczania, wszelkimi możliwymi środkami, wrogów Rzeszy. Zawieszało podstawowe prawa gwarantowane przez konstytucję, zezwalało na aresztowanie i osadzenie w więzieniu bez wyroku sądowego, na czas nieokreślony, wszystkich antyfaszystów jako wrogów państwa i narodu. Za takich wrogów uznano: Komunistyczną Partię Niemiec (KPD), Kierownictwo Centrum, Bawarską Partię Ludową, monarchistów, partię socjaldemokratyczną, demokratyczną, niektórych pisarzy, dziennikarzy, adwokatów1. Dekret, określany oficjalnie jako "akt samoobrony wobec komunistycznych aktów gwałtu", głosił: "Zezwala się, niezależnie od istniejących już innych ustawowych ograniczeń, na ograniczenie wolności osobistej, prawa swobodnego wyrażania poglądów, wolności prasy, wolności zrzeszania się i zgromadzeń; na naruszanie tajemnicy korespondencji prywatnej, depesz i rozmów telefonicznych; na dokonywanie na podstawie nakazu rewizji domowych; na konfiskatę mienia i ograniczenia w przedmiocie własności"2.
Już w nocy z 28 na 29 lutego 1933 r. Göring wydał rozkaz nadania do wszystkich komend policji telefonogramu, nakazującego aresztowanie wszystkich komunistycznych posłów do sejmów krajowych (Landtag) i funkcjonariuszy partyjnych. W pięć dni po ogłoszeniu wyników wyborów do Reichstagu, 11 marca 1933 r., zostali aresztowani komunistyczni posłowie do sejmu Rzeszy z Ernestem Thalmannem na czele. ?ącznie aresztowano wówczas ponad 4000 funkcjonariuszy i działaczy KPD3.
Telegram Göringa skierowany do wszystkich pruskich prezydentów rejencyjnych najtrafniej oddawał sytuację, w jakiej znaleźli się zatrzymani. "Wybranych komunistycznych posłów do parlamentu Rzeszy i do parlamentów krajowych po przyjęciu wyboru aresztować. W transporcie zbiorczym dostawić do prezydium policji w Berlinie. Natychmiast dowiedzieć się o nazwiska organizatorów wyborów powiatowych. Starać się o bezwzględne wykonanie zarządzenia. Lista przypuszczalnych posłów zostaje wysłana listem specjalnym..."4.
Na mocy wzmiankowanego rozporządzenia wprowadzono instytucję "Schutzhaft" (aresztu ochronnego, prewencyjnego)5, która stworzyła podstawę do osadzania w obozach koncentracyjnych. Na podstawie Schutzhaftbefehl (rozkaz wzięcia w areszt prewencyjny) można było aresztować nie tylko wrogów narodowego socjalizmu, ale również osoby podejrzane o wrogie intencje, każdego wyrażającego się nieprzychylnie o führerze i państwie oraz osoby, które nie dopuściły się czynu karalnego albo już po odbyciu przez nie kary. W części II pkt 2 "Tymczasowego zarządzenia o administrowaniu w kacetach" z 19 kwietnia 1933 r. stwierdzono: "Do obozów koncentracyjnych należy przesyłać tych aresztantów, którzy okażą się wrogami niemieckiego ludu, i tych, których zmiana światopoglądu wydaje się rzeczą beznadziejną. Są to w szczególności duchowi przywódcy związków marksistowskich i obciążeni dużymi wyrokami kryminaliści"6.
Treblinka. Pomnik mauzoleum wg projektu A. Haupt, F. Duszenko
W ustępie IV cytowanego zarządzenia określano: "Więźniowie mają być traktowani surowo, ale sprawiedliwie. Cielesne kary są wzbronione. Odstępstwa od tej zasady będą ścigane na drodze dyscyplinarnej". Podobnie cynicznie brzmi fragment części V: "Należy mieć na względzie wiek i sprawowanie się więźnia"7.
W pierwszym roku istnienia obozów koncentracyjnych naziści wysuwali nierzadko propagandową tezę, wynikającą ze znaczenia w niemieckiej terminologii policyjnej pojęcia Schutzhaft, iż chodzi o ochronę więźnia, nie zaś o ochronę państwa przed więźniem. Przemawiając w Monachium Heinrich Himmler oświadczył, że tylko przez uwięzienie ochronne był w stanie uchronić zdrowie i życie przeciwników hitleryzmu, wobec których występowało "zrozumiałe podniecenie, rozdrażnienie i wrogość"8.
Pierwszy obóz koncentracyjny został utworzony 22 marca 1933 r. w Dachau, na podstawie zarządzenia Himmlera, ówczesnego komisarycznego prezydenta policji w Monachium9.
Wcześniej jednak, zanim doszło do masowych aresztowań przeciwników NSDAP, lokalni dowódcy SA i SS na własną rękę organizowali swoje "nielegalne" areszty i więzienia. Berlińska SA pod dowództwem gruppenführerów Karla Ernsta i Volfa Heinricha Helldorfa utworzyła w lutym 1933 r. Columbia-Haus w Berlinie. We Wrocławiu tamtejszy szef SA gruppenführer Edmund Heines założył "podręczny obóz na terenie jednej z fabryk"10.
Również SS w porozumieniu z policją polityczną utworzyła własne obozy koncentracyjne i areszty ochronne (Schutzhaft und Konzentrationslager) w Oranienburgu, Quednau, Königswurstehausen, Hammerstein, Bornim, Papenburg-Esterwegen, Kemma koło Wuppertalu, Sonnenburgu i Lichtenburgu. W czerwcu 1933 r. pruskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych uznało za państwowe i finansowane przez państwo następujące obozy koncentracyjne: w Quednau, Sonnenburg, Hammerstein, Lichtenburg, Werden i Brauweiler pod Kolonią. Postanowiono też rozbudować obozy w Ester i Börgemorr na 10 tysięcy więźniów11.
Pod koniec 1933 r. funkcjonowało w Niemczech 55 obozów. W 1934 r. prócz państwowych działały jeszcze obozy prowadzone przez SA i SS w Oranienburgu, Ernsland, Dachau i Columbia-Haus w Berlinie. W obozach tych w okresie od l marca do 30 kwietnia 1933 r. osadzono 25–30 tys. osób12.
Latem 1934 r. kierownictwo obozów przejęły od SA załogi SS13.
Prace nad kształtem obozów koncentracyjnych, z określeniem ich wewnętrznej organizacji, kompetencji służbowych załóg SS, traktowania oraz karania więźniów Himmler powierzył Theodorowi Eicke14. W 1935 r. sztab inspektora obozów składał się z 43 osób. 2 sierpnia 1938 r. został przeniesiony do Oranienburga.
Wraz z rozwojem obozów następował wzrost liczebności załóg wartowniczych (SS-Totenkopfverbande). W lutym 1936 r. liczyły one 3500 funkcjonariuszy, a pod koniec 1937 r. ich stan szacowano już na 8433 osób15.
Podobnie szybko rosła liczba więźniów. Na początku września 1939 ro. stan więźniów w obozach koncentracyjnych: Dachau, Sachsenhausen, Mauthausen, Buchenwald, Flossenbürg wynosił 21 400 zatrzymanych, natomiast liczbę więźniów, którzy przeszli przez obozy koncentracyjne w latach 1933–1939, ocenia się na około 165–170 tys., spośród których znaczną część stanowili obywatele III Rzeszy, Austrii i Czechosłowacji16.
Pojęcie tzw. "państwowych obozów koncentracyjnych" sformułowane w zarządzeniu ze stycznia 1938 r. zostało dokładnie sprecyzowane w maju 1941 r. Obozy koncentracyjne miały być oddzielone od wszystkich innych urządzeń będących w gestii Reichsführera SS. Wyrażać się to miało w samej nazwie. Pojęcie "obóz koncentracyjny" – jako miejsce odbywania "Schutzhaft" – odnosiło się tylko do obozów: w Dachau, Sachsenhausen, Buchenwald, Flossenbürg, Mauthausen i obozu kobiecego Ravensbrück.
Dokonano także klasyfikacji obozów według kryterium surowości stosowania aresztu ochronnego. Obozy stopnia I (Stufe I) miały być przeznaczone "dla więźniów mało obciążonych i bezwarunkowo zdolnych do poprawy" (Dachau, Sachsenhausen, część obozu w Oświęcimiu). Stopień IA obejmował obozy dla więźniów starszych i warunkowo zdolnych do pracy, np. przy plantacjach ziół leczniczych (Dachau).
Do obozów stopnia II (Buchenwald, Flossenbürg, Neuengamme i Oświęcim II) przyporządkowano więźniów "ciężko obciążonych, ale zdolnych do poprawy".
Trzeci stopień obejmował ciężko obciążonych do "reedukacji" (Mauthausen)17.
Należy z całą mocą podkreślić, iż w miarę rozwoju sytuacji wojennej na frontach ulegały zmianie założenia polityki eksterminacyjnej i doktrynalnej dotyczącej obozów koncentracyjnych. Franciszek Ryszka uważa, iż "wszelkie założenia doktrynalne o ‘wychowawczym’ oddziaływaniu obozów ustępowały na rzecz nieosłoniętych celów terrorystycznych, połączonych z produkcyjnymi zadaniami KZ-ów, realizowanymi w warunkach najskrajniejszego wyzysku niewolniczego"18.
Brzezinka. Wyselekcjonowane młode kobiety skierowane do pracy na terenie obozu
Cele i zadania obozów
Dokonując analizy hitlerowskich zarządzeń i praktyki działania władz niemieckich można wyodrębnić cztery okresy ewolucji obozów koncentracyjnych: pierwszy obejmujący lata 1933–1939, drugi 1939–1941, trzeci od wiosny 1942 do zimy 1944 r. i ostatni od zimy 1944 do maja 1945 r.
W pierwszym okresie funkcjonowania obozy miały za zadanie zduszenie w zarodku wszelkich prób oporu opozycji, izolowanie przywódców innych partii i organizacji, ludzi przeciwstawiających się narodowosocjalistycznemu porządkowi. Wyrok Najwyższego Trybunału Narodowego w procesie oświęcimskim, który odbył się w Krakowie (24 listopada–16 grudnia 1947 r.) przytacza określenie celów obozów koncentracyjnych, przyjęte z dokumentacji niemieckiej: "Obóz koncentracyjny ma na celu zabezpieczenie tych wszystkich osób, usposobionych wrogo względem narodu i państwa, które zatem ze względów bezpieczeństwa i wychowawczych lub tytułem środka zapobiegawczego muszą być pozbawione wolności osobistej na podstawie postanowień ustawowych. Takich szkodników narodu skazuje się nakazem aresztowania na areszt ochronny lub zapobiegawczy i kieruje do obozów koncentracyjnych"19.
Określenie celów, jakie przyświecały twórcom obozów, odnajdujemy w regulaminie obozowym, gdzie stwierdza się: "Rozkładowej, kreciej robocie wrogów państwa w stosunku do narodu i państwa należy położyć kres przez zabezpieczające osadzenie ich w obozie koncentracyjnym. Elementy aspołeczne, które dotychczas swobodnie działały na szkodę narodu, mają być przez surowe wychowanie w porządku, czystości i systematycznej pracy reedukowane na pożytecznych ludzi. Przestępcy niepoprawni i recydywiści mają być przez zabezpieczające osadzenie w obozie wyeliminowani z narodu niemieckiego"20.
Dnia 19 kwietnia 1933 r. krajowy urząd policji kryminalnej w Dreźnie uznał za potrzebne wydanie specjalnych przepisów o zarządzaniu obozami koncentracyjnymi, zmienionych następnie 5 sierpnia tegoż roku. Określano, że do obozów koncentracyjnych należy zesłać ludzi już uwięzionych, którzy: "okazali się szkodnikami dla niemieckiego organizmu narodowego i u których zmiana nastawienia wydaje się tymczasem beznadziejna; w szczególności są to funkcjonariusze i inni duchowi przywódcy związków marksistowskich oraz osoby ciężko karane sądownie"21.
W owym czasie obozy były miejscem likwidacji przeciwników hitleryzmu, liberałów, pacyfistów, intelektualistów, sędziów oraz wszystkich tych, którzy mogli stanąć na czele opozycji, oraz elementów niepożądanych rasowo – Żydów i Cyganów. Adwokat Hans Litten, zamordowany w Dachau 4 lutego 1938 r.22, zginął głównie za to, że w latach 1930–1933 bronił robotników pobitych przez bojówki SA oraz występował z pozwami sądowymi w imieniu rodzin zamordowanych przez SA antyfaszystów niemieckich. W najgłośniejszym procesie "Felseneck" Litten bronił napadniętych przez bojówki SA robotników z osady Felseneck. W tym procesie powołał on na świadka... Hitlera. Chciał udowodnić, że sama NSDAP inspiruje i wywołuje terror i gwałt. Przytaczając fragmenty z literatury nazistowskiej, odsłonił prawdziwe oblicze partii faszystowskiej23. Innego prawnika, dr Tuppi, oskarżającego przed sądem austriackim faszystowskich morderców kanclerza Engelberta Dollfussa, zamordowano w Sachsenhausen24.
Obozy koncentracyjne stały się ośrodkami wytwarzającymi poczucie zagrożenia i strachu wśród szerokich mas społeczeństwa niemieckiego. Mechanizm tego zjawiska był następujący. Złamanych brutalnym traktowaniem więźniów zwalniano z obozu, aby w środowisku, w którym będą przebywali, głosili poczucie bezsilności wobec reżimu. Zakładano, że groźba ponownego pobytu w obozie okaże się dostateczną gwarancją lojalności byłych więźniów i ich środowisk. Amerykański psycholog Bruno Bettelheim, więzień hitlerowskich obozów, opisuje w swych rozważaniach trzy kierunki działania systemu obozowego pod kątem jego politycznej celowości: – zniszczyć więźniów jako jednostki i zmienić w bezwolną masę, aby uniemożliwić wszelki opór jednostkowy i grupowy; – wzbudzić strach u pozostałej ludności, gdyż więźniowie stają się zakładnikami reżimu, i w sposób odstraszający pokazać, co stanie się z tymi, którzy spróbują stawić opór; – wyszkolić załogi obozów tak, aby je uwolnić od posiadanych lub nabytych uczuć oraz reakcji ludzkich25. Franciszek Ryszka konstatuje, iż w tym przypadku "odczłowieczenie następuje niejako w odwrotnym kierunku; sadyzm staje się manipulowanym i kontrolowanym, wciągając obie strony w relacje władzy"26.
Hannah Arendt ujmuje zadania obozów znacznie szerzej. Postrzega je jako laboratoria, w których wypróbowywano metody mające prowadzić do osiągnięcia podstawowych zadań ustroju totalitarnego. Chodziło o takie przeformowanie jednostki, aby reagowała ona jedynie w sposób przewidziany i kierowany przez władzę27. Cytowany już B. Bettelheim uważa, że głównym celem istnienia obozów koncentracyjnych było zrobienie z nich instrumentu, który wytwarzał u więźniów zmiany psychiki i zachowań społecznych, dające się wykorzystać w państwie narodowosocjalistycznym. Państwo to poprzez swą zbrodniczą ideologię – według J. Delarue – doprowadziło do upadku hierarchię wartości, na której opiera się kultura świata zachodniego28.
Treści i cele "wychowania" w obozie koncentracyjnym można określić z regulaminu KL Esterwagen, gdzie stwierdza się: "pozostaje rzeczą każdego uwięzionego ochronnie, ażeby zastanowił się nad tym, dlaczego trafił do obozu koncentracyjnego. Tutaj daje mu się sposobność zmienić swoje wewnętrzne nastawienie przeciw narodowi i ojczyźnie na korzyść narodowej wspólnoty na podstawie nacjonalistycznej lub też, jeżeli ktoś poszczególny uważa to za wartość wyższego rzędu, umrzeć za brudną II i III żydowską międzynarodówkę takiego Marksa czy Lenina"29.
Brzezinka. Więźniowie przy pracy w obozie
Zdaniem Rudolfa Hössa "przed wojną obozy koncentracyjne stały się miejscami internowania wrogów państwa. To, że oprócz tego stały się one również zakładami wychowawczymi wszelkiego rodzaju aspołecznych elementów i dzięki temu wykonywały pożyteczną pracę dla całego narodu, było wynikiem procesu oczyszczenia"30.
W drugim okresie funkcjonowania obozów koncentracyjnych, obejmującym lata 1939–1945, podstawowym ich zadaniem była szybka, prowadzona z premedytacją, masowa zagłada więźniów przez "stosowanie zorganizowanego i systematycznego zabijania"31. Jedynym celem systemu było doprowadzenie do śmierci jak największej liczby więźniów w jak najkrótszym czasie32.
Okres ten charakteryzował się eksploatowaniem więźniów dla samego ich wyniszczenia. Śmierć poprzedzona była pasmem upodleń, szykan i pracy ponad siły. Pracy najczęściej bezsensownej, uciążliwej dla więźniów nie tylko od strony fizycznej, ale i psychicznej. Czynności te polegały m.in. na przesypywaniu zwałów ziemi z miejsca na miejsce, przenoszeniu kamieni itp.
Wspomniany Rudolf Höss (komendant obozu oświęcimskiego od 1 maja 1940 do listopada 1943 r.) uznał, że "z chwilą wybuchu wojny i na skutek wojny stały się one miejscami zagłady – bezpośredniej lub pośredniej – dla tych części narodów podbitych krajów, które występowały przeciwko zdobywcom i ciemiężycielom"33.
Höss rozróżniał dwie funkcje obozu. Pierwszą określił jako "normalną" funkcję obozu koncentracyjnego. Polegała ona na tym, że warunki obozowe sprawiały, iż obóz oświęcimski był dla więźniów obozem powolnej zagłady (Vernichtungslager), na którą skazani byli wszyscy "wrogowie państwa" zamknięci za drutami obozu. Trzymano tam przy życiu tych więźniów, których natychmiastowe zamordowanie było rzeczą nierentowną. Druga funkcja obozu uwydatniała się w ludobójczej akcji bezpośredniego zabijania ofiar natychmiast po ich przywiezieniu do obozu. Obóz o tej funkcji nazwał Rudolf Höss "przedsiębiorstwem zagłady"(Vernichtungsanstalt)34.
Tuż przed wybuchem wojny, pod koniec sierpnia 1939 r. przeprowadzono w III Rzeszy masowe aresztowania prewencyjne przeciwników reżimu. Ujęto także około 2000 Polaków – obywateli niemieckich, czynnych w organizacjach polskiej mniejszości narodowej, oraz obywateli polskich, którzy stale mieszkali w Niemczech.
Dnia 3 września 1939 r. wydano zarządzenie "Wytyczne w sprawie zabezpieczenia państwa podczas wojny", skierowane do wyższych dowódców SS i policji, inspektorów policji bezpieczeństwa i jednostek gestapo. 20 września 1939 r. Reinhardt Heydrich nakazał "specjalne traktowanie" (Sonderbehandlung) za próbę sabotażu, jak również za działalność komunistyczną i marksistowską. Jako miejsce straceń wyznaczono obozy koncentracyjne.
Następne zarządzenia dotyczące obozów wydano w październiku 1939 r. Himmler nakazał, aby wszystkie osoby, które przeciwstawiają się porządkowi hitlerowskiemu lub nie pracują, "były osadzane w obozach koncentracyjnych"35.
Dnia 27 kwietnia 1940 r. wydano zarządzenie o deportowaniu Cyganów z III Rzeszy do Generalnej Guberni36.
W kilka tygodni po rozpoczęciu wojny Niemiec ze Związkiem Sowieckim szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) Reinhardt Heydrich wydał 27 sierpnia 1941 r. rozkaz, aby wszyscy wrogowie Rzeszy niemieckiej, zwłaszcza komuniści, zostali zamknięci w obozach koncentracyjnych37.
W roku 1941 nastąpiła seria zamachów na Wehrmacht we Francji, Belgii, Holandii, Danii i Norwegii. Tylko we Francji członkowie organizacji wojskowej "Wolni Strzelcy i Partyzanci Francuscy" (Francs-Tireurs et Partisans Français), będącej zbrojnym ramieniem "Frontu Narodowego" (Front National), dokonali do końca 1941 r. 107 aktów sabotażowych i 41 wykolejeń pociągów. Niemcy odpowiedzieli represjami. Na mocy rozkazu gen. Otto von Stüpnagla z 22 sierpnia 1941 r. wszyscy Francuzi przebywający wówczas w więzieniach zostali uznani za zakładników. "W razie jakiegoś nowego incydentu – czytamy w rozkazie – rozstrzelać pewną liczbę tych zakładników; liczba rozstrzelanych powinna odpowiadać rozmiarom zamachu..."38
Podobny terror stosowali w tym czasie: w okupowanej Belgii gen. Aleksander von Falkenhausen, w Norwegii – gen. von Falkenhorst oraz w Holandii – gauleiter Arthur Seyss-Inquart39.
W końcu 1941 r. Hitler uznał, że dotychczasowe metody zwalczania czynnych wystąpień przeciwko władzom okupacyjnym we wspomnianych krajach okazały się błędne. Postanowił, że odtąd należy przekazywać niemieckim sądom wojskowym tylko te przypadki, które będzie można im przedstawić w ciągu ośmiu dni po dokonaniu przestępstwa i gdy będzie można z pewnością przewidzieć, że sąd wyda wyrok śmierci.
W związku z tym 7 grudnia 1941 r. Hitler wydał rozkaz pod kryptonimem "Nacht und Nebel" ("Noc i mgła")40, podpisany przez szefa Oberkommando der Wehrmacht feldmarszałka Wilhelma Keitla. W myśl tego rozkazu każdego cudzoziemskiego obywatela, zamieszkałego na obszarach okupowanych, choćby tylko potencjalnie zaangażowanego w działalność w podziemiu, należało potajemnie uprowadzić do Rzeszy. Hitler uznał, że poza wyrokiem śmierci jedynym sposobem odstraszenia potencjalnego winowajcy jest stosowanie takich środków represji, aby rodzina i miejscowa ludność pozostawały w zupełnej niepewności co do losu aresztowanych41.
Gilotyny używane do tracenia więźniów w więzieniach w Katowicach, Poznaniu i Wrocławiu
W rozkazie z 12 grudnia 1941 r. Keitel sprecyzował znaczenie rozkazu "Nacht und Nebel": "Skuteczne i trwałe zastraszenie można osiągnąć jedynie bądź za pomocą kary śmierci, bądź też przez akcję, w której wyniku krewni przestępcy i ludność nie znają jego losu. Można to osiągnąć przez. wywiezienie przestępcy do Niemiec"42. W sprawie traktowania więźniów "Nocy i mgły", tzw. NN-Häftlinge, w obozach koncentracyjnych został wydany 28 października 1942 r. specjalny rozkaz. Odnosił się on do około 7 tys. więźniów "NN" z Francji, których zamknięto głównie w Rogoźnicy, Natzweiler i Ravensbruck43.
Jesienią 1941 r. utworzono w większości obozów koncentracyjnych specjalne oddziały dla radzieckich jeńców wojennych. 23 października 1941 r. został wydany okólnik do komendantów obozów koncentracyjnych, określający sytuację jeńców. Komendanci obozów zostali zobowiązani do szczególnie morderczego i wyniszczającego traktowania radzieckich jeńców wojennych44.
Wcześniej – tuż przed napaścią Niemiec na ZSRR – 6 czerwca 1941 r. wydano "Rozkaz w sprawie traktowania komisarzy politycznych". Na jego podstawie wszyscy komunistyczni komisarze i komunistyczna inteligencja, jako szerzący idee komunistyczne, mieli być zabici. Rozkazem Reinhardta Heydricha nr 8 z 17 lipca 1941 r. przy każdym obozie jeńców radzieckich powołano specjalne 4–6-osobowe komórki gestapo, których zadaniem było "oczyszczenie obozów jenieckich z elementów bolszewickich"45. Z pomocą komendantów obozów wyszukiwano wśród jeńców: funkcjonariuszy partyjnych i państwowych, działaczy Kominternu, komisarzy ludowych i ich zastępców, partyjnych komisarzy Armii Radzieckiej, naukowców, pisarzy, dziennikarzy, działaczy gospodarczych, członków WKPb i Żydów. Po rozpoznaniu mieli oni być niezwłocznie likwidowani46.
Kolejne decyzje w sprawie eksterminacji jeńców sowieckich podjęto 8 września 1941 r. W ich wyniku na terenach objętych działaniami wojennymi selekcja do obozów i mordowanie jeńców odbywały się na miejscu, natomiast w Generalnej Guberni i III Rzeszy listy jeńców do egzekucji zatwierdzał Wydział IV A1 RSHA, po czym przekazywał jeńców do obozów koncentracyjnych, gdzie byli zabijani. O skali tego procederu świadczy fakt, że tylko w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen zamordowano w 1941 r. około 13 tys. jeńców sowieckich47.
Do początku 1944 r. zarejestrowano w różnych obozach 1 mln 981 tys. wypadków śmierci jeńców sowieckich, ponad 473 tys. zginęło w egzekucjach, a 768 tys. oznaczonych było jako "nie rejestrowani i umarli oraz tacy, którzy zginęli w obozach przejściowych". Do danych tych nie wliczono zmarłych lub zabitych przed skierowaniem do obozu. ?ącznie ocenia się, że zginęło około 4,5–4,7 mln sowieckich jeńców wojennych48.
Cele i zadania obozów koncentracyjnych w stosunku do narodu polskiego zostały przedstawione podczas procesów zbrodniarzy hitlerowskich w Norymberdze i procesów przed polskim sądem – Najwyższym Trybunałem Narodowym.
W dwudziestym dniu rozprawy przed Trybunałem Norymberskim (trwał od 20 listopada 1945 do l października 1946 r.) amerykański oskarżyciel, na podstawie dokumentów niemieckich, przedstawił ogólny zarys polityki okupanta wobec Polski.
Po pierwsze – zamierzano wyeksploatować ludność i zasoby materialne Generalnej Guberni w celu umocnienia potencjału wojennego armii niemieckiej. Planowano zubożyć i sprowadzić Polskę do poziomu państwa wasalnego. Zakładano stworzenie tzw. wyspowych osiedli niemieckich na najbardziej urodzajnych terenach Polski, celem okrążenia ludności polskiej i przyspieszenia germanizacji.
Po drugie – tzw. ziemie wcielone miały ulec całkowitej germanizacji, ludność polską zamieszkującą te tereny zamierzano deportować do Generalnej Guberni. Wywózką planowano objąć, w pierwszej kolejności, całą polską inteligencję i "inne oporne elementy" oraz wszystkich Żydów. Deportowanych umieszczano w obozach koncentracyjnych, gdzie mieli być poddani eksterminacji. Jedynie wysoko kwalifikowani robotnicy polscy mieli być wywiezieni do Rzeszy i wykorzystani w przemyśle zbrojeniowym. Akcja ta miała także na celu zahamowanie rozrodczości polskiej49.
Po trzecie – planowano biologiczne zniszczenie narodu polskiego. W planach tych obozy koncentracyjne odgrywały ważną rolę. Zdaniem Czesława Pilichowskiego w obozach koncentracyjnych znaczny odsetek uwięzionych stanowili Polacy. Według danych z 15 stycznia 1945 r. we wszystkich obozach koncentracyjnych przetrzymywano 714 211 zaewidencjonowanych więźniów, w tym 511 537 mężczyzn i 202 674 kobiet, spośród których 25–30% stanowili Polacy50.
W obozach i ośrodkach zagłady, utworzonych na ziemiach polskich, szczególnie w Oświęcimiu-Brzezince (KL-Auschwitz-Birkenau), na Majdanku (KL-Lublin), w Sztutowie (KL-Stutthof), Rogoźnicy (KL-Gross-Rosen), Treblince, Bełżcu, Sobiborze, Chełmnie zamordowano 6 mln 705 tys. więźniów, w tym 1 mln 377 tys. Polaków i 1 mln 650 tys. obywateli polskich pochodzenia żydowskiego, na ogółem 7 mln 435 tys. więźniów. Jak ustalił Najwyższy Trybunał Narodowy, w obozach koncentracyjnych i obozach wyniszczenia zamordowano i zmarło 3 mln 577 tys. Polaków i obywateli polskich wszystkich narodowości. Liczbę Polaków, którzy doczekali wyzwolenia w obozach, oszacowano na 863 tys.51
W toku trwania procesu oświęcimskiego przed Najwyższym Trybunałem Narodowym dokonano próby określenia celów tworzenia obozów koncentracyjnych. "Celem niemieckich obozów koncentracyjnych w tym okresie było bowiem bezprawne pozbawienie wolności, zdrowia, mienia i życia oraz wartości duchowych, tudzież bezpłatne używanie niewolniczej pracy poszczególnych jednostek i grup ludności [...]. Niemieckie obozy koncentracyjne miały więc na celu popełnienie zbrodni przeciw ludzkości, a także zbrodni wojennych."52
Pismo administracji obozu na Majdanku do firmy Tesch i Stabenow w Hamburgu w sprawie dostarczenia 3000 puszek cyklonu B
W Wyroku Norymberskim w rozdziale zatytułowanym "Polityka pracy przymusowej" określono, jaki los miał czekać naród polski po zwycięstwie Niemiec. Ustalono, że po wykonaniu programu biologicznego wyniszczenia narodu żydowskiego kolejnym narodem skazanym na całkowitą zagładę miał być naród polski. Również wyrok Najwyższego Trybunału Narodowego w sprawie Artura Forstera (odbył się w Gdańsku w dniach od 5 do 27 kwietnia 1948 r.) zawiera stwierdzenie, iż "Żydzi byli oskarżonemu potrzebni dla zapoczątkowania akcji, dla podjudzenia mas hitlerowskich i dla wzbudzenia apetytów. Po Żydach przyszła bardzo szybko kolej na Polaków..."53
W trzecim okresie istnienia obozów (1942–1944) ich funkcje i zadania nieco zmieniono. Początkowe masowe i szybkie unicestwianie więźniów uległo niewielkiemu zahamowaniu. Wiązało to się z planami wykorzystania pracy niewolniczej więźniów dla potrzeb gospodarki III Rzeszy. Tak o tym pisał R. Höss: "Przed wojną obozy koncentracyjne były celem samym w sobie, natomiast w czasie wojny – zgodnie z wolą Reichsführera SS – stały się środkiem do celu. Miały obecnie służyć przede wszystkim wojnie i zbrojeniom. Każdy więzień miał stawać się w miarę możliwości robotnikiem przemysłu zbrojeniowego. Każdy komendant był bezwzględnie zobowiązany do przystosowania swego obozu do tego celu"54.
Pogarszająca się sytuacja na frontach i zwiększone zapotrzebowanie na sprzęt postawiły przed przemysłem zbrojeniowym nowe zadania, do których realizacji należało wykorzystać więźniów obozów koncentracyjnych. Stwierdził to sam Himmler, oświadczając w październiku 1943 r., że jeśli w 1941 roku "nie przywiązywaliśmy znaczenia do masy ludzkiej, to obecnie doceniamy jej znaczenie jako surowca, jako siły roboczej"55. Było to przetransponowanie słów Hitlera, które wypowiedział na naradzie 23 maja 1939 r. do grupy wyższych dowódców wojskowych. Przedstawił on swój punkt widzenia w sprawie grabieży mienia ofiar agresji. Stwierdził, że rozwiązanie zagadnień gospodarczych Niemiec widzi przede wszystkim w zagarnięciu mienia państw, które w przyszłości zostaną podbite przez Wehrmacht. Hitler uważał bowiem, że bez zagarnięcia cudzych dóbr materialnych oraz wykorzystania niewolniczej siły roboczej ujarzmionych narodów Niemcy nie będą mogły liczyć na osiągnięcie sukcesów w dalszych podbojach56.
W rezultacie zmienił się tylko charakter eksterminacji – z bezpośredniej na pośrednią, poprzez wyniszczenie przez pracę. Dr Max Frauendorfer, powiernik III Rzeszy do spraw pracy i szef Głównego Wydziału Pracy w rządzie Generalnej Guberni, precyzując założenia, które winny być brane pod uwagę przy zakładaniu obozów, stwierdził: "Nie wolno tworzyć wielkich obozów koncentracyjnych, wymagających znacznych inwestycji, wystarczy kilka baraków, które powinny znajdować się w pobliżu wielkich budów, aby ludzie osadzeni w obozach mogli własną pracą zarobić na swe utrzymanie"57.
Szef Głównego Urzędu Administracji i Gospodarki SS (SS-Wirtschaftsverwaltungshaup tamt – WVHA)58 SS-Obergruppenführer Oswald Pohl na zwołanej 23 i 24 lutego 1942 r. odprawie komendantów obozów oświadczył, że pełna mobilizacja siły roboczej więźniów staje się zadaniem pierwszoplanowym59.
W jednym z raportów z 30 kwietnia 1942 r. Pohl tak pisał do Himmlera: "Wojna przyniosła widoczną zmianę struktury obozów koncentracyjnych i zmieniła gruntownie ich zadania w zakresie zatrudniania więźniów. Przetrzymywanie więźniów jedynie ze względów bezpieczeństwa, wychowawczych lub zapobiegawczych nie jest zadaniem pierwszoplanowym. Punkt ciężkości przesunął się w kierunku gospodarczym. Mobilizacja wszystkich sił więźniów przede wszystkim w zakresie zadań wojennych (wzrost zbrojeń), a następnie dla zadań pokojowych wysuwa się coraz bardziej na plan pierwszy"60. O zasięgu tej akcji świadczy fakt, że w końcu 1944 r. WVHA podlegało 627 tys. więźniów, z czego 170 tys. zatrudniały przedsiębiorstwa będące w kompetencji Ministerstwa Uzbrojenia, 250 tys. prywatne przedsiębiorstwa zbrojeniowe, 130 tys. więźniów pracowało w rolnictwie i w zakładach usługowych oraz 50 tys. w przedsiębiorstwach kontrolowanych przez WVHA61.
Firmy i koncerny, w których pracowali więźniowie, płaciły SS 6 marek za 11 godzin pracy fachowców i 4 marki za pomocniczych robotników. Praca ta przynosiła koncernom niemieckim i przedsiębiorstwom SS ogromne zyski. Jeden tylko koncern IG Farbenindustrie osiągnął w 1943 r. zyski sięgające 882 mln marek (w 1932 r. – 48 mln marek)62.
Zadaniem obozów koncentracyjnych było przyjęcie jak największej ilości dóbr materialnych od osób tam deportowanych. Z tego procederu III Rzesza czerpała olbrzymie korzyści. Grabież ta prowadzona była nie tylko w obozach, które spełniały funkcję ośrodków natychmiastowej zagłady (np. Bełżec, Sobibór, Treblinka), lecz również w takich, którym funkcję tę przydzielono niejako "dodatkowo" (np. Oświęcim, Majdanek). W myśl zarządzeń i instrukcji wychodzących z WVHA zagrabione dobra materialne przekazywano na potrzeby gospodarki Rzeszy.
Interesujący jest w tej sprawie rozkaz SS-Brigadeführera Augusta Franka – zastępcy O. Pohla, kierującego równocześnie Amtsgruppe A – z 26 września 1942 r., skierowany do zarządu SS w Lublinie oraz komendanta obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, w sprawie rozdysponowania z obozów mienia po zamordowanej ludności żydowskiej. Rozkaz ten nakazywał mienie to określać w przyszłości jako "dobro złodziejskie, paserskie i spekulanckie" (Diebes-Hehier und Hamstergut)63.
W zasadniczy sposób sprawę mienia po zmarłych więźniach rozstrzygnęło rozporządzenie wydane przez WVHA 7 stycznia 1943 r., rozesłane do wszystkich obozów koncentracyjnych. W myśl tego dokumentu wspomniany urząd stawał się oficjalnie właścicielem gotówki, kosztowności i odzieży zmarłych w obozach więźniów Polaków, Rosjan i Żydów64.
Puszki z gazem cyklon B, którym uśmiercano więźniów
Zagrabione przybywającym do obozu ludziom pieniądze i kosztowności przekazywano w obozach do kasy Oddziału IV – Administracyjnego. Podobozy przesyłały kosztowności wraz z asygnatą do Oddziału IV obozu macierzystego, gdzie specjalne komórki (Haftlingsgeldverwaltung, Gefangenen-Eigentumverwaltung) stanowiły zarząd depozytu pieniędzy i mienia zrabowanego więźniom. Stamtąd kierowano je do składnic głównych. Dla przykładu do końca 1943 r. mienie zagrabione więźniom pochodzenia żydowskiego także z obozu w Majdanku65 przekazywano do magazynu sztabu "Aktion Reinhardt" (SS Standortverwaltung Lublin, Altsachenverwaltungsstelle) mieszczącego się w Lublinie. Gromadzono tam wartościowe rzeczy po zamordowanych Żydach ze wszystkich obozów i gett na terenie Generalnej Guberni.
Dysponentem zagrabionego dobytku był WVHA, który pieniądze i kosztowności przekazywał na specjalne konto Banku Rzeszy, a przedmioty codziennego użytku i odzież Ministerstwu Gospodarki Rzeszy i organizacjom związanym z SS66.
Pewien obraz skali rabunku dokonywanego na więźniach przynoszą dane z jednego tylko obozu w Majdanku. W maju 1942 r. z dwóch transportów zagrabiono 999 zegarków, 433 złote obrączki i jeden srebrny medalion. Z innego transportu z getta warszawskiego, który przybył do obozu 15 sierpnia 1942 r., odebrano do "depozytu" 110 883 zł (55 441,50 marek) i podczas dodatkowej kontroli dalsze 18 241 zł67.
Częściowe sprawozdanie z przebiegu akcji "Reinhardt"68 sporządzone 27 lutego 1943 r. podaje, że wyniki finansowe na dzień 6 lutego tegoż roku zamknęły się kwotą w wysokości 100 047 983 marki. Na sumę tę składały się: gotówka w markach niemieckich w wysokości 53 013 133, dewizy w banknotach, w tym około pół miliona dolarów na łączną sumę 1 452 504 marek, 5,10 kg platyny, 1775,46 kg złota i 9639,34 kg srebra w sztabach o łącznej wartości 5 353 943 marek. Ponadto na sumę 26 089 800 marek przesłano do Banku Rzeszy przedmioty wartościowe, takie jak: złote zegarki, brylanty i biżuterię. Ze wspomnianego sprawozdania posiadamy także wiadomości o uzyskaniu 1030 wagonów odzieży, starzyzny, pierza, bielizny i innych przedmiotów użytkowych, których wartość władze SS oceniły na 13 294 400 marek69.
Pewne wyobrażenie o rozmiarach zysków osiągniętych z grabieży mienia w obozach daje sprawozdanie wyższego dowódcy SS i policji dystryktu lubelskiego SS-Gruppenführera Odilo Globocnika z akcji "Reinhardt" z 5 stycznia 1944 r. Omawia ono okres od kwietnia 1942 do grudnia 1943 r. Stwierdzono tam, że znaczne wpływy uzyskano w gotówce. Wynosiły one 85 741 963 RM, a po odliczeniu wydatków rzeczowych związanych z przeprowadzoną akcją przekazano do dyspozycji Banku Rzeszy, jako czysty zysk, sumę 73 852 080 RM. Kruszców szlachetnych, szczególnie cennych dla gospodarki, przekazano: 236 sztab złota o łącznej wadze 2909,68 kg, 2143 sztaby srebra o wadze 18 733,69 kg i 15,14 kg platyny. W banknotach pochodzących z 48 krajów świata czołową pozycję stanowiły dolary amerykańskie liczone w relacji 2,50 RM. Natomiast dewizy w złocie obejmowały 34 kraje, w tym najwięcej dolarów amerykańskich, których zarekwirowano 249 771, liczonych po 4,20 RM.
Zaewidencjonowano w sprawozdaniu: 15 883 pierścienie złote z brylantami i diamentami w cenie po 1500 RM, 130 brylantów po 1000 RM, 2511,87 karatów brylantów po 100 RM, 13 458,62 karatów diamentów po 50 RM, 114 kg pereł wartości 6 mln RM. Ponadto ujęto w wykazie 173 025 sztuk zegarków w cenie od l do 10 RM.
Niezależnie od przytoczonych walorów i precjozów gospodarkę Rzeszy zasilono materiałami włókienniczymi, odzieżą, bielizną – w ilości 1901 wagonów. W sumie akcja "Reinhardt" przyczyniła się do zdobycia dla gospodarki niemieckiej dochodu w sumie 178 745 960 RM70.
Przytoczone powyżej liczby nie odzwierciedlają w pełni skali grabieży. Niskie stawki przeliczeniowe stosowane przy wycenie zrabowanych rzeczy dają tylko pobieżny szacunek rozmiarów zjawiska. Do tego należy dodać zabór mienia dokonywany na własną rękę przez załogi obozowe, co było zjawiskiem powszechnym. Rudolf Höss pisał o tym, że "wielu oficerów i żołnierzy [...] robiło to na dużą skalę. Sąd specjalny SS miał stale zajęcie, a wyroki śmierci nie należały do rzadkości"71.
Nadto w sprawozdaniu nie ujęto okresu późniejszego, w którym nadal prowadzono zabór mienia należącego do więźniów. Na podstawie fragmentarycznych danych można tylko domniemywać o zasięgu prowadzonej akcji. Na przykład w Buchenwaldzie w listopadzie i grudniu 1944 r. lekarz obozowy przekazał władzom obozu 12,15 kg złota dentystycznego, pochodzącego ze złotych zębów zmarłych i pomordowanych więźniów72.
Nie tylko kosztowności i odzież uśmiercanych ludzi stanowiły wymierną wartość dla WVHA. Oswald Pohl w tajnym rozkazie z 6 sierpnia 1942 r. skierowanym do komendantów obozów koncentracyjnych nakazał gromadzenie włosów więźniów, strzyżonych po przywiezieniu do obozu. Uzasadnił to tym, że "włosy ludzkie są przerabiane na filc dla celów przemysłowych i przędzie się z nich nici. Z wyczesanych i ściętych włosów kobiecych wytwarza się przędzę włosianą na skarpety dla załóg łodzi podwodnych i pończochy filcowe dla kolejnictwa"73.
Drugim charakterystycznym elementem tego okresu, poza masowym wykorzystywaniem więźniów w gospodarce i przemyśle III Rzeszy, było uruchomienie i usprawnienie procesu technologii masowego ludobójstwa. Proces ten, był ciągle doskonalony poprzez zwiększanie wydajności komór gazowych i krematoriów oraz organizowanie specjalnych obozów natychmiastowej zagłady, w których likwidowano całe grupy etniczne, np. Żydów i Cyganów. Apogeum tej akcji przypada na 1944 r., kiedy to centralnym, "wzorcowym" ośrodkiem masowego ludobójstwa stał się obóz w Oświęcimiu-Brzezince74.
W tym okresie, zdaniem Kazimierza Godorowskiego, więźniowie podzieleni byli na dwie kategorie: do pierwszej zaliczono Żydów i Cyganów, którzy – z małymi wyjątkami – byli skazywani na natychmiastową zagładę w komorach gazowych zaraz po przybyciu do obozu. Druga grupa obejmowała więźniów innych narodowości, których wykorzystywano jako bezpłatną, niewolniczą siłę roboczą w przemyśle wojennym III Rzeszy. Po całkowitym wyeksploatowaniu więźniów tych zabijano75. Czwarty okres istnienia obozów obejmował ich ewakuację i likwidację w miarę zbliżania się wojsk sojuszniczych zimą 1944 i w pierwszych miesiącach 1945 r. W końcowych miesiącach wojny ewakuacja zmieniła się w tragiczne w skutkach "marsze śmierci". Na przykład w ramach ostatecznego opróżnienia KL Auschwitz z więźniarskiej siły roboczej w dniach 17–23 stycznia 1945 r. ewakuowano, głównie pieszo, 60 tys. więźniów. Znaczna ich część zginęła na trasach marszu lub w okresie późniejszym w obozach w głębi Rzeszy76.
Rudolf Höss tak pisał o ewakuacji obozów na Śląsku: "Na wszystkich drogach i szosach Górnego Śląska na zachód od Odry napotykałem kolumny więźniów, z trudem przebijające się przez głęboki śnieg. Nie mieli żadnej żywności. Podoficerowie prowadzący te kolumny żywych trupów przeważnie nie mieli pojęcia, dokąd mają się udać. Znali jedynie etap końcowy – Gross-Rosen. Jak mają się tam dostać, było dla wszystkich zagadką [...] Widziałem również transporty ludzi załadowanych na otwarte węglarki, całkowicie zamarzniętych, węglarki byle gdzie porzucano. Bez żadnych możliwości zaprowiantowania tkwiły one na jakimś bocznym torze na trasie pod gołym niebem. Napotykałem również oddziały więźniów bez żadnego nadzoru, które wędrowały na własną rękę, porzucone przez strażników. [...] Transporty przybywające na dworzec w Gross-Rosen były natychmiast wysyłane dalej. Bardzo niewiele z nich mogło otrzymać coś do jedzenia. Gross-Rosen samo już nic nie miało. Na otwartych lorach martwi SS-mani leżeli spokojnie między nieżywymi więźniami. Na nich siedzieli żyjący i gryźli swój chleb. Straszne sceny, których można było uniknąć"77. Okres ten charakteryzował się najwyższym wskaźnikiem śmiertelności. Niezależnie od masowego gazowania więźniów niezdolnych do ewakuacji, głównymi czynnikami podnoszącymi wskaźniki śmiertelności były: głód, pogłębiony dezorganizacją gospodarki III Rzeszy, oraz trwające całymi tygodniami marsze ewakuacyjne i transportowanie więźniów w odkrytych wagonach bez jedzenia i picia w okresie szczególnie silnych mrozów78.
Obóz Oświęcim. Szubienice
Sieć obozów niemieckich na ziemiach polskich
Po zajęciu ziem polskich w 1939 r. Niemcy rozpoczęli szybką budowę na całym obszarze rozgałęzionej sieci obozów różnego typu. W tym czasie, w przeciwieństwie do pierwszych lat funkcjonowania obozów w III Rzeszy, strukturalna treść pojęcia "obóz koncentracyjny" uległa zmianie. W nowym ujęciu przez obóz koncentracyjny rozumiało się nie tylko sam obóz, lecz większą jednostkę organizacyjną systemu obozów, składającą się z obozu "centralnego", zwanego obozem uwięzienia ochronnego (Schutzhaftlager), i obozów filialnych, zwanych obozami pracy (Arbeitslager)79.
Rozpoczęło się także tworzenie obozów, w których możliwe było dokonywanie masowej likwidacji osób natychmiast po przybyciu do obozu.
Według sporządzonej przez Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce – Instytut Pamięci Narodowej klasyfikacji obozów hitlerowskich rozmieszczonych na okupowanych ziemiach polskich czynne były:
Obozy koncentracyjne i ośrodki zagłady, w których proces eksterminacji przebiegał pośrednio poprzez wyniszczającą pracę i skrajnie złe warunki egzystencji obozowej lub w sposób bezpośredni zaraz po przybyciu do obozu. Do ośrodków natychmiastowej zagłady należały: Bełżec, Chełmno nad Nerem, Sobibór i Treblinka. Do kategorii obozów koncentracyjnych zaliczano: Majdanek z 6 podobozami, Oświęcim-Brzezinka (Auschwitz-Birkenau) z 31 podobozami, Płaszów z 3 podobozami, Rogoźnica (Gross-Rosen) z 63 podobozami i Sztutowo (Stutthof) z 32 podobozami80. Dwa spośród wymienionych obozów: Oświęcim-Brzezinka i Majdanek spełniały jednocześnie dwie funkcje, tzn. obozu koncentracyjnego i ośrodka masowej zagłady81.
Więzienia i areszty. Na okupowanym przez Niemcy terytorium Polski zorganizowano ogółem 1303 więzienia i areszty. Można je podzielić na trzy grupy: do pierwszej zaliczamy 553 więzienia i areszty sądowe, drugą stanowiły 721 więzienia i areszty policyjne, trzecią – 9 więzień i aresztów Wehrmachtu. Przynależności organizacyjnej 20 obiektów nie udało się ustalić. Do pierwszej grupy należało: 5 zakładów tzw. zabezpieczających (Sicherungsanstalt), 13 więzień ciężkich (Zuchthaus), 289 więzień i aresztów, w których odbywano karę więzienia zwykłego (Strafgefängnis, Strafanstalt, Deutsche Strafanstalt, Burggerichtsgefängnis, Sondergerichtsgefängnis, Gerichtsgefängnis), 93 więzienia, w których odbywano karę obozu karnego (Stammlager, Straflager), 42 areszty śledcze (Haftanstalt, Untersuchungsanstalt), 44 więzienia i areszty dla nieletnich (Jugendgefängnis, Jugendarrestanstalt, Jugendstrafanstalt), 67 oddziałów zamiejscowych roboczych więzień (Aussenstelle, Aussenarbeitsstelle). Spośród drugiej grupy: 131 więzień i aresztów podlegało policji bezpieczeństwa i służby bezpieczeństwa, 389 funkcjonowało pod zarządem policji porządkowej (Gendarmerie, Schutzpolizei, Werkschutz). Działało ponadto 29 aresztów państwowych zarządów policyjnych (Polizeipräsidium, Polizeidirektion, Ortspolizeibehörde), 6 aresztów celnej straży granicznej (Zollgrenzschutz), 21 aresztów Selbstschutzu, 145 aresztów policji. W trzeciej grupie znajdowały się więzienia i areszty będące w gestii Wehrmachtu, zwane w nomenklaturze niemieckiej: Wehrmachtsgefängnis, Militärarrestanstalt, Feldgendarmenearrest82.
Obozy wysiedleńcze, przejściowe i germanizacyjne. W celach wysiedleńczych utworzono w okupowanej Polsce łącznie 136 obozów, w tym 85 obozów dla wysiedlonych (Umsiedlungslager, Übergangslager, Sammellager, Auffanglager), 28 obozów dla zakładników lub cywilnych osób internowanych (Internierungslager, Durchgangslager für Zivilgefangene), 13 obozów przejściowych (Durchgangslager) dla ludności ewakuowanej z Warszawy po powstaniu warszawskim83.
Aby realizować zbrodnicze cele i zadania germanizacyjne i eksterminacyjne wobec dzieci i młodzieży polskiej, hitlerowcy utworzyli: 2 obozy karne, w tym l obóz prewencyjny policji bezpieczeństwa w ?odzi (Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei, Jugendstraflager), 22 obozy dla Polaków (Polenlager), 12 obozów germanizacyjnych (Eindeutschungslager), 8 obozów dla dzieci i młodzieży (Jugendlager)84.
Obozy pracy. O skali zjawiska, jakim były obozy pracy w III Rzeszy, świadczą liczby. Na terenie Rzeszy i innych okupowanych krajów Europy robotnicy przymusowi byli skoszarowani w 5450 obozach. Na obszarze okupowanej Polski robotników przymusowych zamknięto w 1798 obozach. Spośród nich 1750 to obozy pracy, oznaczane jako Arbeitslager, Zwangsarbeitslager, Sammellager, Auffanglager, 21 karnych obozów pracy (Straflager, Arbeitsstraflager, Strafarbeitslager) oraz 21 obozów pracy wychowawczej (Arbeitserziehungslager – AEL). Ponadto działały obozy Służby Budowlanej (Baudienstlager) oraz obozy robót fortyfikacyjnych i umocnień wojskowych (Einsatzlager, Marinelager)85.
Obozy jenieckie. Na okupowanych ziemiach Polski władze hitlerowskie zlokalizowały ogółem 2197 obozów i oddziałów roboczych jeńców wojennych, a wśród nich: 58 punktów zbornych i obozów przejściowych dla jeńców wojennych (Kriegsgefangenendurchgangslager – Kgf-Dulag), 24 obozy przejściowe dla jeńców radzieckich (Durchgangslager – Dulag), 19 obozów dla jeńców oficerów (Offizierslager – Oflag), 55 obozów dla jeńców podoficerów i szeregowych (Kriegsgefangenenlager, Stammmannschaftslager – Stalag), l obóz dla jeńców marynarzy (Marinelager – Marlag), 6 obozów dla jeńców lotników (Luftlager, Stalag-Luft), 2024 oddziały robocze dla jeńców wojennych (Kriegsgefangenen-Arbeitskomma ndo – Kgf Arb.-Kdo), 8 jenieckich batalionów budowlano-roboczych (Kriegsgefangenen-Bau- und Arbeitsbataillon – BAB), 2 obozy dla internowanej ludności cywilnej oraz jeńców wojennych86.
Getta żydowskie. Na okupowanych ziemiach polskich władze III Rzeszy zorganizowały około 400 gett. Pod koniec października 1942 r., po wymordowaniu w obozach zagłady około 80% Żydów, Niemcy spędzili resztki ludności żydowskiej do tzw. gett szczątkowych (Restgetto), które także stopniowo likwidowano. W Generalnej Guberni stworzono 63 takie miejsca, w tym 5 w dystrykcie krakowskim, 6 w lubelskim, 4 – w radomskim i 32 w dystrykcie Galicja. W dystrykcie warszawskim stłoczono Żydów w gettach szczątkowych w Warszawie, Kałuszynie, Sobolewie, Kosowie, Rembertowie i Siedlcach. Status gett szczątkowych był podobny do statusu karnych obozów pracy87. Z przedstawionego materiału widać, że na okupowanych ziemiach polskich hitlerowcy zorganizowali 6022 miejsca i ośrodki terroru pośredniego i bezpośredniego.
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Fallschirmjager. Historia Niemieckich Wojsk Spadochronowych
Historia wojsk powietrznodesantowych rozpoczęła się przed drugą wojną światową. Doświadczenia nad wykorzystaniem spadochronów wwarunkach bojowych jako pierwszy prowadził Związek Radziecki. Z jego praktyk korzystała Reichswehra ograniczona postanowieniami traktatu wersalskiego, który m.in. zakazywał posiadania przez Niemcy lotnictwa wojskowego. Dzięki tej współpracy, w ścisłej tajemnicy, na lotnisku w Lipeck tworzono podstawy przyszłej Luftwaffe. Szkolono tu pilotów, testowano nowy sprzęt, w tym spadochrony. Po raz pierwszy w dziejach desant spadochronowy zastosowano 2 sierpnia 1930 roku w czasie doświadczalno-pokazowych ćwiczeń sił lotniczych Moskiewskiego Okręgu Wojskowego. Dzięki wysiłkom marszałka Michaiła Tuchaczewskiego w 1932 roku zorganizowano pierwszą radziecką brygadę powietrznodesantową liczącą 450 spadochroniarzy i rozporządzającą 18 samolotami. W lecie 1935 roku przeprowadzono w rejonie Kijowa manewry, w których brało udział 1800 spadochroniarzy i 5700 żołnierzy przewożonych drogą powietrzną. Można przypuszczać, że ćwiczenia te odegrały znaczącą rolę w powstaniu niemieckich wojsk spadochronowych, a już na pewno musiały wpłynąć na jej przyszłego twórcę, majora Kurta Studenta. Ten niemiecki oficer, pilot z czasów I wojny światowej i miłośnik szybownictwa, był jednym z zagranicznych gości zaproszonych pod Kijów. Desant spadochroniarzy, który opanował lotnisko, umożliwiając tym samym wylądowanie samolotów, z których kadłubów wyjechały lekkie czołgi, działa, pojazdy i wysypało się 5700 żołnierzy, miał wywrzeć na nim olbrzymie wrażenie, które zaważyło na jego dalszej karierze 1. W Niemczech, po objęciu władzy przez Adolfa Hitlera, każde pomysłowe i nowatorskie rozwiązanie mogące zapewnić panowanie nad Europą w sposób szybki i skuteczny spotykało się z poparciem najwyższych władz politycznych iwojskowych. Takim rozwiązaniem była właśnie koncepcja zniszczenia przeważających sił wroga lub zdynamizowanie działań ofensywnych przy zastosowaniu desantów powietrznych. Kierownictwo nad tworzeniem niemieckich sił powietrznodesantowych zlecono Hermannowi Göringowi. On zaś, zadanie zorganizowania i kształcenia tej nowej formacji powierzył komendantowi technicznej szkoły Luftwaffe, Kurtowi Studentowi. Dostrzegał on bowiem wartość bojową nowego rodzaju wojska. Był przekonany, że przy zastosowaniu „pionowego natarcia”, nawet w warunkach liczebnej przewagi przeciwnika, można osiągnąć sukces na polu walki. Reprezentował pogląd, że strzelcy spadochronowi nie tylko powinni działać w samodzielnych grupach rozpoznawczo-dywersyjnych na zapleczu nieprzyjaciela, ale przede wszystkim stanowić silne, jednolicie dowodzone oddziały mogące wykonać samodzielne zadanie bojowe, decydujące o sukcesie operacyjnym2.
Już w lutym 1933 roku Göring, piastujący wówczas urząd szefa policji pruskiej, polecił majorowi Weckemu utworzyć specjalny oddział spadochronowy w sile 18 oficerów i 400 żołnierzy. Był on wykorzystywany do likwidacji komórek partii komunistycznej i innych ugrupowań lewicowych, tam gdzie zawodziły tradycyjne obławy i naloty policyjne. W grudniu tego roku grupa Weckego przyjęła nazwę „Generał Göring”, a 1 kwietnia 1935 roku utworzono pułk policji o tej samej nazwie. 24 września podporządkowany siłom powietrznym. Był to początkowy okres tworzenia się nowego rodzaju niemieckich sił zbrojnych3
Za datę narodzin niemieckich wojsk powietrznodesantowych uważa się jednak 29 stycznia 1936 roku. Wtedy to Hermann Göring, już wówczas głównodowodzący lotnictwa wojskowego, wydał rozkaz, podpisany przez niemieckiego ministra lotnictwa Erharda Milcha, powołujący do życia nowy rodzaj wojsk - skoczków spadochronowych4.
Wkrótce po tym Naczelne Dowództwo Sił Lądowych (Oberkommando des Heeres) podjęło decyzję o zorganizowaniu 1. Kompanii Piechoty Spadochronowej. Jej dowódcą został kpt. Hilmar Zahn. Jednak szybko, bo na przełomie maja iczerwca 1937 roku, zapadła decyzja w sprawie rozwinięcia kompanii w batalion. Dowództwo nad nim objął mjr Richard Heidrich. Zabierając się od razu do pracy, Heidrich skoncentrował się głównie na sprawach organizacyjnych, ugruntowaniu dyscypliny, a także na przeszkoleniu spadochronowym. Dnia 1 czerwca 1938 roku oficjalnie powołany został do życia Batalion Piechoty Spadochronowej. Oddział ten, jak również Batalion Strzelców Spadochronowych Luftwaffe wyodrębniony 1 października 1937 roku z pułku „Generał Göring” stały się podstawą 1. pułku strzelców spadochronowych1. Dnia 1 lipca 1938 roku gen. Student objął dowództwo nad wojskami powietrznodesantowymi wchodzącymi w skład sił powietrznych i stanowiącymi od tej pory 7. Dywizję Lotniczą (Fliegerdivision 7). W gruncie rzeczy była to dywizja spadochronowa, a jej nazwa miała na celu zachowanie w tajemnicy jej właściwego przeznaczenia. Trzon dywizji stanowiły 1. i 2. pułki strzelców spadochronowych (Fallschirmjägerregiment). Warto w tym miejscu zaznaczyć, że oprócz dywizji Studenta istniała jeszcze druga wielka jednostka przeznaczona do desantów powietrznych. Była nią, sformowana w 1937 roku, 22. Dywizja Piechoty transportowana drogą powietrzną6
Działania bojowe niemieckich wojsk spadochronowych
7. Dywizja Lotnicza (7 Fliegerdivision) 1938 – 1943
Po raz pierwszy operacyjnie użyto niemieckich spadochroniarzy ijednostek piechoty przewożonych drogą powietrzną jesienią 1938 roku w czasie zajmowania obszaru Sudetów. Desant, w którego skład wchodziły jednostki 7. Dywizji Lotniczej i16. pułk piechoty z 22. Dywizji, wylądował w okolicy Bruntál, na zapleczu czeskich umocnień granicznych. Doświadczenia te wykorzystano w późniejszych akcjach7.
O wybuchu II wojny światowej spadochroniarze dowiedzieli się w trakcie koncentracji w rejonie Wrocławia i Legnicy. W czasie kampanii wrześniowej 1939 roku 7. Dywizja stanowiła odwód naczelnego dowódcy. Generał Student zaplanował różne warianty działań zmierzających do zajęcia ważnych strategicznie obiektów przepraw. Jednym z zadań miało być opanowanie mostu na Wiśle w Puławach i niedopuszczenie do jego zniszczenia. Słabość polskich jednostek spowodowała jednak, że desant okazał się niepotrzebny. Podobnie wyglądała kwestia opanowania przyczółków mostowych na Sanie pod Jarosławiem. Inną, niezrealizowaną koncepcją użycia strzelców spadochronowych było udzielenie przez nich wsparcia jednostkom zajmującym Poznań. W rezultacie wojska te zostały przeznaczone do walk naziemnych, gdzie niepotrzebni byli spadochroniarze. Jednym z zadań była ochrona dowództwa VIII Korpusu Lotniczego w miejscowości Sucha pod Radomiem. Na rozkaz gen. Wolframa von Richthofena, dowódcy zgrupowania lotniczego, podjęto walki z oddziałami polskimi, ponosząc przy tym wysokie straty. Do kolejnych walk doszło 24 września w rejonie Woli Gułowskiej. W połowie września dywizja Studenta została skierowana na wschód w celu opanowania lotnisk między Wisłą a Bugiem. Po zakończeniu działań, w połowie października, dywizję wycofano do Niemiec8. Prawdziwą wartość „pikujących orłów” - tak bowiem, od odznaki niemieckich wojsk spadochronowych, nazywano skoczków - miały pokazać lata 1940 -1941. Wojska te przyczyniły się do powodzenia wszystkich błyskawicznych kampanii prowadzonych w tym okresie, zarówno w Skandynawii, jak i na Zachodzie czy Bałkanach. Wszystko zaczęło się 9 kwietnia 1940 roku. Planowane przez Hitlera zajęcie Norwegii stawiało przed naczelnym dowództwem wojsk niemieckich szczególny problem. Operacja ta, pod kryptonimem „Weserübung”, obejmować musiała inwazję na Danię w celu wykorzystania tamtejszych lotnisk i portów. Zadanie to należało przeprowadzić jak najmniejszą liczbą żołnierzy, a zwycięskie rozstrzygnięcie musiało nastąpić w jak najkrótszym czasie. W planach przewidziano udział I Batalionu 1 Pułku Strzelców Spadochronowych. Pierwszego dnia inwazji czwarta kompania, dowodzona przez kpt. Waltera Gericke, wylądowała równocześnie na obu przyczółkach mostu, łączącego wyspy Falster i Fionia, zdobywając przeprawę bez walki. Tym samym zapewnili bezpieczny przemarsz w kierunku Kopenhagi jednostkom zmotoryzowanym Wehr- machtu. Jeszcze tego samego dnia zajęto stolicę Danii9.
Kiedy spadochroniarze zdobywali przeprawę, rozpoczęła się główna faza operacji - uderzenie na Norwegię. Plan zakładał przeprowadzenie równocześnie desantu powietrznego i morskiego. Spadochroniarze mieli do opanowania dwa kluczowe cele. Półbatalion, pod dowództwem mjr. Ericha Walthera, miał za zadanie opanować i zabezpieczyć lotnisko w Oslo, natomiast trzecia kompania por. von Brandisa - lotnisko i port na południowo-wschodnim wybrzeżu, w Stavanger. Zajmując bez problemów lotnisko w Stavanger, Niemcy mieli problemy z wysadzeniem desantu nad Oslo. Złożyły się na to mgła i ciężki ostrzał norweskiej artylerii. Ostatecznie lotnisko wOslo zajął oddział wydzielony z324. pułku piechoty10. Dnia 14 kwietnia pod Narwikiem i Namsos wylądowały brytyjsko - francusko -polskie siły ekspedycyjne. Chcąc uniemożliwić połączenie się walczących na północ od Oslo jednostek norweskich z wojskami alianckimi, dowództwo niemieckie postanowiło wysadzić desant w Dolinie Gudbrandsdal w okręgu Dombas. Była to pierwsza kompania kpt. Herberta Schmidta. Akcja odbywała się w kompletnych ciemnościach pod silnym ostrzałem artylerii przeciwlotniczej. Tylko 7 z 15 samolotów przedostało się nad strefę zrzutu. Po ciężkich walkach, toczonych między 14 a 19 kwietnia, 34 strzelców spadochronowych, którzy pozostali przy życiu, poddało się Norwegom11. Ostatnią akcją spadochroniarzy w walkach w Norwegii był desant pod Narwikiem. Wojska gen. Eduarda Dietla zostały zepchnięte przez korpus ekspedycyjny na granicę ze Szwecją. Wtedy to postanowiono wysłać w rejon walk I Batalion mjr. Walthera. Wraz z nimi w desancie wzięły udział dwie kompanie strzelców alpejskich, które przeszły siedmiodniowy kurs spadochronowy. Akcji pomogła niewątpliwie ofensywa niemiecka na Zachodzie, która sprawiła, że alianci wycofali się z Norwegii. Spadochroniarze wkroczyli do Narwiku 8 czerwca 1940 roku. Norwegia skapitulowała12.
Po skończonej kampanii w Polsce, 27 października 1939 roku, gen. Student został wezwany do Kancelarii Rzeszy. Oprócz Hitlera na naradzie byli obecni generałowie Wilhelm Keitel i Franz Halder oraz marszałek Göring. Dowódca 7. Dywizji Lotniczej został zapoznany z planami przyszłej ofensywy na Zachodzie. Wojska spadochronowe miały w nadchodzącej kampanii opanować strategiczne punkty w Hadze i Rotterdamie, a także mosty na Kanale Alberta. Najodważniejszym jednak przedsięwzięciem miało być zajęcie belgijskiego fortu Eben Emael. Hitler zdradził swój pomysł. Zapytał Studenta, czy będzie możliwe, aby parę szybowców szturmowych wylądowało na terenie twierdzy, a żołnierze ją zdobyli. Dzień później uzyskał pozytywną odpowiedź13. W rozpoczętym 10 maja 1940 roku ataku wzięły udział: 7. Dywizja Lotnicza, 22. Dywizja Piechoty (która, jak już wspomniano, była transportowana drogą powietrzną) oraz Oddział Szturmowy Kocha, przeznaczony do zajęcia Eben Emael. Jednostki te stanowiły trzon Korpusu Powietrznodesantowego dowodzonego przez gen. Studenta. 7. Dywizja wykonała swoje zadanie na południu ściśle według planu. Spadochroniarze opanowali lotnisko Rotterdam-Waalhaven, zapewniając tym samym bezpieczne lądowanie samolotom transportowym. Następnie III batalion 1. pułku strzelców spadochronowych zdobywał most leżący na południe od Rotterdamu i zajmował w walce stanowiska artylerii przeciwlotniczej. W tym czasie II batalion tego pułku walczył o most w Moerdiijk, który ostatecznie zdobył. Holendrzy zniszczyli jednak most kolejowy. Taki sam efekt przyniosły walki o przeprawę w Dordrecht, choć tam były bardziej zacięte. Most zdobywała 3. kompania 1. pułku, któremu obrońcy stawili silny opór. W tej sytuacji płk Bruno Bräuer wydał rozkaz I batalionowi, by ten zaatakował i zajął przeprawę14.
Trudności powstały natomiast na kierunku północnym. I batalion 2. pułku strzelców spadochronowych nie mógł opanować lotniska zapasowego w odległości 10 km od Hagi, lotniska pomocniczego oddalonego o 2 km na południowy wschód od miasta i terenu sportowego w odległości 3 km na południe. Jeszcze przed opanowaniem lotnisk rzut w liczbie 200 samolotów Ju 52 lądował pod ogniem obrony przeciwlotniczej, ponosząc przy tym ogromne straty. W ciągu 2 dni plan lądowania, przewidujący 5 rzutów transportu powietrznego, załamał się. Ostatecznie 22. dywizja wysadziła jedynie 2000 ludzi, z przewidywanych 7000, dodatkowo rozproszonych
w 13 grupach15. Ostatecznie 13 maja królowa i rząd holenderski wyjechali, 14 maja gen. Student przyjął kapitulację Rotterdamu. Straty niemieckie w kampanii holenderskiej były bardzo wysokie. Jednak strategiczny cel został osiągnięty. Armia holenderska została pozbawiona centralnego dowodzenia, nie mogąc tym samym skutecznie prowadzić obrony. 15 maja 1940 roku Holendrzy skapitulowali. W czasie działań strzelców spadochronowych w Holandii Oddział Szturmowy Kocha miał do wykonania o wiele trudniejsze zadanie. Celem było otworzenie drogi dla ofensywy wojsk zmechanizowanych prawego skrzydła niemieckiego poprzez opanowanie mostów na Kanale Alberta i nowoczesnego fortu Eben Emael. W skład grupy dowodzonej przez kpt. Kocha wchodziła 1. kompania 1. pułku strzelców spadochronowych oraz Pluton Saperów Spadochronowych z II batalionu tego pułku dowodzony przez por. Witziga. Oddziały szturmowe zostały uzupełnione jednostkami zapasowymi Szkoły Spadochronowej. Siły te miały wysadzić na twierdzy zespół 42 szybowców transportowych DFS 230 holowanych przez Ju 52, którymi dowodził por. Kiess. Ogólnie grupę stanowiło 493 oficerów, podoficerów i żołnierzy16. Oddział Kocha podzielony został na cztery mniejsze grupy szturmowe. GS „Stahl”, pod dowództwem por. Gustawa Altmanna, miała za zadanie opanować most na Kanale Alberta w miejscowości Veltwezelt i utrzymać go do przybycia wojsk lądowych. GS „Beton” miała zdobyć drugi most pod Vroenhaven, umożliwiając przemarsz 4. Dywizji Pancernej. Dowódcą grupy był ppor. Gerhard Schacht. GS „Eisen”, ppor. Martina Schächtera, miała zająć most w Canne, robiąc tym samym drogę 151. pułkowi piechoty. Najważniejsza jednak w całej operacji była Grupa Szturmowa „Granit” pod dowództwem por. Rudolfa Witziga. Ten oddział, liczący 2 oficerów oraz 83 podoficerów i szeregowych, miał zdobyć Eben Emael, likwidując w ten sposób możliwość ostrzału mostów17. Fort Eben Emael bronił dostępu do wszystkich trzech mostów na Kanale Alberta i Mozie. Był to obiekt nowoczesny, wyposażony w dwa działa 120 mm i dwa stanowiska po dwa działa 75 mm w wieżach, do tego 12 dział 75 mm tredytorowych (4 po 3), 12 pojedynczych dział kalibru 60 mm oraz 25 ckm i 21 rkm. Załogę stanowiło 1200 żołnierzy belgijskiej 7. Dywizji Piechoty pod dowództwem mjr. Jeana Fritza Luciena Jottranda. Warto w tym miejscu podkreślić, że sztaby francuski i belgijski, na kilka dni przed dokonaniem desantu, były przekonane o niemożliwości zdobycia twierdzy18.
O godzinie 4.30 rano 10 maja 1940 roku z lotniska Köln-Ostheim i Köln-Butz-weilerhoff wystartowały samoloty z szybowcami na holu. Pierwsza do ataku przystąpiła GS „Beton”. Jeszcze będąc w locie, samoloty i szybowce znalazły się pod silnym ostrzałem. Po wylądowaniu bardzo szybko unieszkodliwiono załogę broniącą przeprawy, udaremniając tym samym wysadzenie mostu. Jego obrona trwała do wieczora. Niemal w tym samym czasie, o godzinie 5.20, GS „Stahl” osiągnęła strefę lądowania w pobliżu mostu Veltwezelt. Spadochroniarzom dość szybko udało się zająć most, jednak walki w jego rejonie trwały cały dzień. Najmniej szczęścia z grup mających za zadanie zdobyć przeprawy na Kanale Alberta miała GS „Eisen”. Jeszcze będąc w powietrzu dowiedzieli się, że Belgowie wysadzili most. Mimo to zadanie musiało być wykonane. Podobnie jak pozostałe oddziały, szybko poradzili sobie z obrońcami. O 5.50 dowódca grupy nawiązał łączność z kpt. Kochem. Meldował, że most został zniszczony przez przeciwnika, ale saperzy, wykorzystując ocalałe elementy, przywrócili go do użytku19.
Grupa „Granit” miała najważniejsze zadanie w całej akcji - uciszyć działa fortu. Nie obyło się to jednak bez przeszkód. Jeszcze nad Niemcami zerwały się dwa szybowce. W jednym z nich był dowódca grupy por. Witzig. Kiedy szybowce wylądowały, dowództwo objął sierżant Wenzel. Załoga fortu była zupełnie zaskoczona. Chociaż po dwudziestu minutach walk, o 5.40, meldowano, że Eben Emael został zdobyty, to działania dopiero się rozpoczynały. Belgijska obrona szybko otrząsnęła się z szoku, stawiając zacięty opór. O 8.35 wylądował jeszcze jeden szybowiec. Na jego pokładzie znajdował się por. Witzig. Niemieccy żołnierze kilkakrotnie podrywali się do ataków, które raz za razem zostawały odparte. Do wieczora strzelcy spadochronowi zniszczyli większość dział potężnej fortecy, stosując ładunki kumulacyjne lub zmuszając załogi do ich porzucenia. Jednak walki trwały nadal. Następnego dnia spadochroniarze spodziewali się wsparcia 151. pułku saperów. Co prawda przewaga była po ich stronie, ale w podziemiach twierdzy zabarykadowali się obrońcy, którzy na dobrą sprawę mogli się tam ukrywać miesiącami. Do tego niezdobyty pozostawał bunkier nr 4, którego ogień mógł skutecznie powstrzymać pomoc dla spadochroniarzy. Jednak w umysły obrońców wdzierał się strach przed nieznanymi do tej pory ładunkami, które przywieźli ze sobą Niemcy. Bunkry i kopuły pancerne, które miały wytrzymać atak artyleryjski i bombowy, nie wytrzymywały siły wybuchu. Tymczasem do fortecy przedarł się niemiecki 51. batalion saperów, niszcząc po drodze bunkier nr 4. Bitwa została praktycznie wygrana. Tuż po godzinie 12.00 nad kilkoma bunkrami pojawiły się białe flagi. Do niewoli dostało się ponad 1000 oficerów i żołnierzy. Jeden z silniejszych i nowocześniejszych zespołów umocnień w historii wojen skapitulował20. O godzinie 16.00 11 maja 1940 roku Grupa Szturmowa „Granit” wycofała się z Eben Emael. Spośród grupy 85 osób, biorących udział w walce, zginęło 6 strzelców spadochronowych. Ogólne straty Grupy Szturmowej „Koch” szacuje się na 43 zabitych. „Dokonali tego! Dokonali!” - z radości krzyczał Hitler poinformowany o sukcesie misji. Kazał wezwać zwycięskich żołnierzy do swojej Kwatery Głównej, chcąc im osobiście podziękować. Kapitan Walter Koch i por. Rudolf Witzig zostali odznaczeni Krzyżem Żelaznym21.
Majowe dni 1940 roku pokazały w pełni przydatność wojsk powietrznodesantowych. Najważniejszym ich atutem była zdolność do dalekich, a zarazem szybkich przemieszczeń jednostek desantowych. W parze z tym szedł element zaskoczenia, który dezorganizował działania przeciwnika. Tempo ofensywy, w której brali udział spadochroniarze, przyspieszało dodatkowo ich współdziałanie z wojskami lądowymi. Zmagania strzelców spadochronowych w Belgii i Holandii otworzyły drogę wojskom niemieckim do Francji. Były tym samym początkiem końca klęski francuskiej armii. Kolejnym etapem hitlerowskich podbojów miała być Wielka Brytania. Jednak operacja „Lew Morski” nie została wykonana. W styczniu 1941 roku Hitler i Göring nadal zakładali inwazję na Anglię. Rozważano jednak zmianę planów. Obecny na naradzie 25 stycznia Student zaproponował desant na Gibraltarze. Marszałek Rzeszy przedstawił mu koncepcję zaktywizowania działań w basenie Morza Śródziemnego. W efekcie rozmowy Student miał zająć się przygotowaniem planów desantu powietrznego nie tylko na Gibraltar, ale także na Kanał Sueski, Kretę, Cypr i Maltę. Jednak wkrótce sytuacja uległa zmianie. Jugosławia, podpisując układ o przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, zerwała jednocześnie z polityką proniemiecką. Efektem tego było wkroczenie wojsk Osi, na początku kwietnia 1941 roku, do Jugosławii i Grecji. Ta pierwsza skapitulowała już 17 kwietnia, a główne siły niemieckie skierowane zostały na Grecję. Przeciwko armii greckiej zaangażowanej w Albanii i słabemu brytyjskiemu korpusowi ekspedycyjnemu w składzie dwóch dywizji piechoty i brygady pancernej Hitler skierował trzy dywizje pancerne, dwie dywizje górskie, 4 dywizje piechoty i potężne lotnictwo. W rezultacie znaczącej dysproporcji sił, 19 kwietnia dowódca Brytyjczyków, gen. Archibald Wavell, postanowił przetransportować swe siły na południe i wsadzić je na okręty. Jedyną dogodną drogą do portów na Peloponezie był most na Kanale Korynckim. Dnia 20 kwietnia, w kwaterze Hitlera wAustrii, Student przedstawił plan desantu na Kretę, uważał bowiem, że powinien on być dopełnieniem kampanii bałkańskiej. Zdobycie wyspy byłoby krokiem do osiągnięcia kontroli nad Morzem Egejskim, zamknięcia drogi w kierunku cieśniny Dardanele, a w końcu do opanowania Kanału Sueskiego i Cypru. Zadanie to, ze względu na przewagę floty angielskiej, musiało zostać wykonane przy użyciu desantu powietrznego. Podczas narady postanowiono także odciąć siły brytyjsko-greckie od portów Peloponezu, zajmując most na Kanale Korynckim. Wykonanie zadania przypadło w udziale 2. pułkowi strzelców spadochronowych płk. Alfreda Sturma22. Główne zadanie, polegające na zdobyciu mostu, rozbrojeniu ładunków wybuchowych i utrzymaniu obiektu do czasu nadejścia głównych sił desantu, miały wykonać dwa plutony pod dowództwem por. Hansa Teusena. Pododdziały te miały być desantowane z szybowców. Natomiast siły główne, zrzucone na spadochronach, miały wylądować na skrajach mostu.
Akcja rozpoczęła się 26 kwietnia o godz. 7.00. Grupa Teusena zaatakowała stanowiska artyleryjskie na południowym brzegu mostu i wyeliminowała je z walki. W czasie walk nastąpiła eksplozja. Most został wysadzony w powietrze. Jednocześnie na północnym i południowym krańcu mostu wylądowały siły główne. Pomimo sukcesu taktycznego, cel operacji nie został osiągnięty. Jednak saperzy z 7. Dywizji Lotniczej zbudowali w ciągu dwóch dni prowizoryczną przeprawę przez kanał. Posługując się zdobycznym sprzętem brytyjskim, niemieccy spadochroniarze opanowali miasto i lotnisko w Koryncie, umożliwiając tym samym lądowanie samolotów z ludźmi i zaopatrzeniem. Ewakuacja Brytyjczyków z Grecji umożliwiła jednak uratowanie 42 000 ludzi, a straty wynosiły tylko 16 000. Można zakładać, że gdyby Hitler pospieszył się o dzień lub dwa z rozkazem wykonania desantu, liczby te mogły być odwrotne23.
Dzień przed zajęciem mostu na kanale, 25 kwietnia 1941 roku, Hitler podpisał rozkaz zdobycia Krety. Operacja ta otrzymałą kryptonim „Merkury”. W niespełna miesiąc Niemcy zakończyli przygotowania do ataku.
Według założeń, desant miał nastąpić w dwóch rzutach 20 maja. Pierwsza fala miała opanować lotnisko Maleme, Chanię oraz Zatokę Suda, druga zaś - lotniska w Rethymnon i Iraklionie. Do akcji wyznaczone zostały: 1., 2. i 3. pułk strzelców spadochronowych i Spadochronowy Pułk Szturmowy pod dowództwem gen. Eugena Meindla24. Desant pierwszego rzutu został poprzedzony nalotem bombowców nurkujących Ju 87 na pozycje obrońców Krety, nie wyrządzając większych szkód. Kiedy pojawiły się pierwsze samoloty i szybowce, działa przeciwlotnicze i karabiny maszynowe otworzyły skuteczny ogień do spadochroniarzy i schodzących do lądowania szybowców. Do tego prawie wszystkie oddziały zostały wysadzone w samym środku pozycji przeciwnika. Strzelcy spadochronowi, chcąc wykonać zadanie, musieli bronić się przed silnym ogniem obrońców, ponosząc przy tym duże straty. Przede wszystkim zaś nie udało się osiągnąć żadnego z zakładanych celów25. Start drugiego rzutu, również poprzedzony nalotem bombowym, nastąpił z dużym opóźnieniem. Desant nastąpił o godz. 16.00. 1. i 2. pułki strzelców spadochronowych miały opanować lotniska Rethymnon i Iraklion. Oddziały z 1. pułku zostały rozrzucone na dużej przestrzeni. Próby zdobycia lotniska nie powiodły się. Lądowanie w rejonie Iraklionu miało tragiczne oblicze. Do spadochroniarzy skaczących z wysokości 200 metrów otworzyli ogień Brytyjczycy, zabijając jeszcze w powietrzu wielu żołnierzy. Kiedy Niemcy wylądowali, obrońcy przeszli do kontrataku, powodując ogromne straty w szeregach przeciwnika. Mimo niezdobycia miasta, II batalionowi 2. pułku udało się zająć wąwóz w południowo-wschodniej części lotniska. Płk Bruno Bräuer, dowodzący 1. pułkiem strzelców spadochronowych, który wylądował o godz. 18.40, zdecydował natychmiast, aby ubezpieczyć lotnisko tylko teoretycznie zajęte przez II batalion. W nocnych potyczkach, w których nie raz dochodziło do walki wręcz, udało się obsadzić wzgórza na południu i wschodzie od lotniska26.
Jak to określił gen. Student, wieczorem 20 maja sytuacja desantu była tragiczna. Generał był przekonany, że zmasowany atak wojsk brytyjsko-greckich zniszczy spadochroniarzy na wyspie. Uderzenie brytyjskie nocą wyeliminowałoby zwalki 7000 żołnierzy elitarnych jednostek niemieckich. Noc minęła jednak spokojnie, gdyż obrońcy przecenili siły desantu. Z analizy sytuacji wynikało, że najkorzystniejsze warunki panowały jednak w rejonie Maleme. Ze względu na szwankującą łączność nie wiedziano, w jakim stanie znajduje się lotnisko iczy mogą na nim lądować transportowce z 5. Dywizją Strzelców Górskich. Student wysłał na rozpoznanie jednego z doświadczonych oficerów ze sztabu XI Korpusu Lotniczego. Kapitan Kley wykonał swoje zadanie rankiem 21 maja. Lądowanie było możliwe, choć zagrożone ostrzałem artyleryjskim27. O godz. 15.00 Niemcy przeprowadzili nalot bombowców, po którym ruszyło natarcie spadochroniarzy na Maleme. Dwie kompanie II batalionu 2. pułku wysadzone na tyłach wroga miały wspomagać to natarcie. Jednak jedna zkompanii w całości została zniszczona przez wroga, lądując na ich pozycjach. Atak spadochroniarzy i desant, pomimo ciężkich strat, spowodował, że lotnisko zostało odblokowane imogło po godzinie od uderzenia przyjmować pierwsze samoloty transportowe. Jednym z oddziałów lądujących był nowo utworzony, przez płk. Bernharda Hermanna Ramcke, batalion spadochronowy. Zgodnie z rozkazem Studenta objął on dowództwo nad całością sił w rejonie Maleme. Po odparciu nocnego ataku losy bitwy zostały praktycznie przesądzone. 3.pułk strzelców spadochronowych, który walczył w rejonie Chania-Galata przez dwa dni w osamotnieniu, został zluzowany po dotarciu do niego oddziałów górskich28.
W znacznie trudniejszej sytuacji znaleźli się spadochroniarze w rejonie Rethymnon i Iraklionu. III batalion 1. pułku przeszedł do ataku na Iraklion, zajmując go po 9 godzinach walki. W rękach obrońców pozostawało nadal lotnisko. 25 maja, kiedy Anglicy przygotowywali się do uderzenia, na ich pozycje nadleciały niemieckie bombowce. „Grupa Bräuer”, wsparta dodatkowym desantem, udaremniła brytyjską akcję.
Jeszcze przed przybyciem jednostek górskich, 29 maja, Iraklion skapitulował. Trudniejsze położenie było pod Raethymnonem. Anglicy uprzedzili atak „Grupy Bojowej Kroha” z 2. pułku na lotnisko, zmuszając ich tym samym do opuszczenia wywalczonych wcześniej pozycji. Od tego momentu niemieccy spadochroniarze przeszli do obronny. Nękani ciągłymi atakami utrzymali się do 29 maja, kiedy dotarły do nich oddziały z 5. Dywizji Górskiej. Następnego dnia 1100 Australijczyków złożyło broń29. Ostatecznie 1 czerwca 1941 roku Kreta znalazła się w rękach Niemiec. W walkach o wyspę obie strony poniosły wysokie straty. Zabitych, rannych, zaginionych i wziętych do niewoli żołnierzy po stronie wojsk alianckich było 15 743, straty niemieckie szacuje się zaś na około 6500 ludzi. Zdobycie Krety przez jednostki powietrznodesantowe, przy brytyjskim panowaniu na morzu, było jednym z najbardziej zaskakujących epizodów II wojny światowej. Jak się miało jednak okazać, ten olbrzymi sukces miał być zarazem początkiem końca potęgi niemieckich wojsk spadochronowych. 19 sierpnia 1941 w kwaterze Hitlera pod Kętrzynem odbyła się dekoracja biorących w niej udział żołnierzy. Na niej to niemiecki przywódca miał powiedzieć: „Kreta wykazała, że epoka wojsk powietrznodesantowych minęła!” Wynika to z faktu, że wojska spadochronowe działają przez zaskoczenie, a czynnik zaskoczenia już się przeżył30. W trzy tygodnie po ostatecznym zajęciu Krety, 22 czerwca 1941 roku, Niemcy napadli na Związek Radziecki. W początkowej wersji planu „Barbarossa” Hitler przewidywał udział wojsk spadochronowych. Ich zadaniem miało być opanowanie najważniejszych obiektów kolejowych. Jednak tuż przed atakiem nie było już mowy o podobnych przedsięwzięciach. Pod koniec września 1941 roku jednostki spadochronowe zostały skierowane do naziemnych walk na froncie wschodnim. W okolice Leningradu zostały przetransportowane 1. i 3. pułk strzelców spadochronowych. Żołnierze tych oddziałów byli kierowani na najtrudniejsze odcinki frontu, do tego byli bezmyślnie dzieleni, przez co nie mogli pokazać swojej wartości bojowej. Po blisko miesiącu walk, w październiku, gen. Petersen zebrał rozproszone jednostki 7. Dywizji i obsadził nimi front nad Newą. Spadochroniarze trwali tam w walce do 17 listopada, odpierając ponad 100 radzieckich ataków. W walkach pod Leningradem ponad 3000 spadochroniarzy poległo, odniosło rany i doznało ciężkich odmrożeń. W tym czasie 2. pułk strzelców spadochronowych brał udział w ciężkich zimowych walkach nad rzeką Mius, a Spadochronowy Pułk Szturmowy walczył pod Juchowem. Wczesną jesienią 1942 roku, gdy gen. Student wycofał ze wschodu resztki Spadochronowego Pułku Szturmowego i 2. pułku strzelców spadochronowych, 7. dywizja Strzelców Spadochronowych dowodzona przez gen. Heidricha została skierowana do walk pod Smoleńskiem. Kampania wschodnia stanowiła koniec ery niemieckich wojsk spadochronowych, których jednostki, po ciężkich stratach, już w zasadzie nie odrodziły się jako elitarne i doskonale wyszkolone31.
Już na początku 1942 roku gen. Student planował odbudowę zdekompletowanych oddziałów spadochronowych, które wróciły z frontu wschodniego. W drugiej połowie maja Niemiecki Korpus Afrykański zajmował pozycję w rejonie Gazali. 20 czerwca Niemcy zdobyli Tobruk. Następnie Korpus ruszył w kierunku Egiptu, zatrzymując się ostatecznie pod El Alamein. Feldmarszałek Rommel potrzebował w Afryce dodatkowych sił. Obiecano mu wysłać Brygadę Strzelców Spadochronowych gen. Ramcke. Oddział składał się z 2000 ludzi, którzy tworzyli trzy bataliony strzeleckie, dowodzone przez majorów: Kroha, von der Heydte’a i Hübnera, wzmocnione oddziałem artylerii i oddziałem przeciwpancernym32.
Późnym wieczorem 30 sierpnia 1942 roku brygada gen. Ramcke rozpoczęła natarcie. Celem ataku było zatrzymanie i zniszczenie pod El Alamein 8. Armii brytyjskiej. Po ciężkich walkach strzelcy spadochronowi osiągnęli cel ataku. Rommel zalecił im zwiększenie czujności i zatrzymanie przeciwnika, ponieważ od tego odcinka miały zależeć losy Korpusu Afrykańskiego. 3 września Brytyjczycy rozpoczęli kontratak.
Ramcke osobiście walczył na pierwszej linii swojej brygady. Pomimo silnego oporu natarcie przerwało niemiecką obronę. Brygada musiała się wycofać. W ciągu następnych tygodni, kiedy gen. Ramcke dowodził północnym odcinkiem frontu, niemieccy spadochroniarze odpierali niezbyt silne ataki. Decydujące natarcie wojska brytyjskie wykonały 23 października. Niemcy zostali zmuszeni do odwrotu. Najtrudniejsze zadanie wyznaczono Brygadzie Strzelców Spadochronowych. Podczas gdy jednostki pancerne i zmotoryzowane wycofywały się, oddział gen. Ramcke pozostał osamotniony na południowej pustyni. Po kilkudniowym marszu, w którym rozbito m.in. konwój brytyjski, rankiem 7 listopada spadochroniarze spotkali niemiecki oddział rozpoznawczy. Okazało się, że nikt nie liczył na ich powrót33.
Jeszcze w czasie odwrotu armii Rommla spod El Alamein, 8 listopada 1942 roku, alianci wylądowali w Casablance, Oranie i Algierze. Hitler, który jeszcze niedawno uważał Afrykę za drugorzędny teatr działań, nagle zmienił zdanie. Chciał teraz wysłać na ten front jakieś oddziały. W tym celu odbył rozmowę telefoniczną z feldmarszałkiem Kesselringiem. Ten, zaskoczony prośbą Hitlera, postanowił rzucić do walki dwa bataliony nowo sformowanego 5. pułku strzelców spadochronowych pod dowództwem zdobywcy Eben Emael, Walthera Kocha. W Tunezji znalazła się także Brygada Strzelców Spadochronowych gen. Ramcke.
Spadochroniarze wzięli udział w walkach o rzekę Medjerda i miasto-fort Medjez el Bad. Tereny te były zajmowane przez Francuzów. Niemcy nie byli pewni, czy jednostki francuskie opowiedzą się po stronie aliantów, dlatego chcieli przejąć obronę na tych odcinkach. Francuzi nie wyrazili zgody. 19 listopada Niemcy ruszyli do natarcia na odcinku Medjez el Bad. Podpułkownik Koch, który przybył na miejsce walk, zaproponował, żeby dokonać wypadu na umocnienia wroga, jak to było w Belgii. Akcja rozpoczęta 20 listopada o godz. 01.00 powiodła się. Francuzi przerażeni wybuchami, przekonani, że rzekę Medjerdę sforsują znaczne siły niemieckie, opuścili miasto34. Tymczasem alianci skoncentrowali swoje siły w rejonie Tebourba. Anglicy wykorzystali najsłabszy odcinek niemieckiej obrony i ruszyli na Tunis. 29 listopada doszło do brytyjskiego desantu spadochronowego. Dzień później w dolinie rzeki Medjerda stawili im czoła strzelcy spadochronowi z 1. kompanii 5. pułku. W walce ponieśli ciężkie straty. 1 grudnia rozpoczęła się bitwa pod Tebourba. Niemcy rzucili do walki wszystkie swoje siły, dzięki czemu 4 grudnia pierwsza faza bitwy o Tunis została wygrana przez Niemców. Był to ostatni duży sukces wojsk niemieckich w Afryce. W trwających do 12 maja 1943 roku walkach uczestniczyli strzelcy spadochronowi. Brali oni udział w walkach na najbardziej zapalnych odcinkach frontu. W kampanii tunezyjskiej poległo 322 spadochroniarzy niemieckich35.
Dywizje Strzelców Spadochronowych (Fallschirmjägerdivision) 1943-1945
Podczas walk w Afryce na przełomie 1942 i 1943 roku, 7. Dywizja Lotnicza przeszła reorganizację. Zostały z niej utworzone dwie dywizje spadochronowe. W lutym 1943 roku na poligonie Quetquidan i w okolicy Auray we Francji sformowana została 2. Dywizja Strzelców Spadochronowych pod dowództwem gen. Ramcke. W jej skład oprócz 2. pułku strzelców spadochronowych weszły pozostałości różnych jednostek spadochronowych stacjonujących w Niemczech, z których powstały 6. i 7. pułki strzelców spadochronowych.
W maju tego roku 7. Dywizja została przemianowana na 1. Dywizję Strzelców Spadochronowych, a dowództwo objął gen. Heidrich. W jej skład wchodziły 1., 3. i 4. pułki strzelców spadochronowych. Obie dywizje wchodziły w skład Korpusu Powietrznodesantowego gen. Studenta. Były to zarazem jedne z ostatnich grup strzelców spadochronowych należycie wyszkolonych do zadań specjalnych. Z czasem, gdy Trzecia Rzesza zaczęła odwrót na wszystkich frontach, jednostki spadochronowe formowano nadal, ale ich wartość pozostawała jedynie na papierze. Dnia 10 lipca 1943 roku wojska koalicji antyhitlerowskiej dokonały inwazji na Sycylię. Dowiedziawszy się o tym, gen. Student zamierzał skierować do walki dwie swoje dywizje, żeby w zarodku zdławić aliancki desant. Pomysł jego nie został jednak zrealizowany. Za to dostał rozkaz przerzucenia do Włoch 1. Dywizji Strzelców spadochronowych. Miała ona zostać wykorzystana do powstrzymania marszu wojsk inwazyjnych. Wieczorem 12 lipca 1943 roku doszło do desantu na południe od Katanii. Wbrew obawom, akcja przebiegała niespodziewanie gładko, a spadochroniarze z 3.pułku bez przeszkód połączyli się z siłami wsparcia. Następnego dnia doszło do zaciętych walk z aliantami. Dowództwo niemieckie stwierdziło brak jakiegokolwiek planu działania. W dodatku szwankowało współdziałanie z wojskami włoskimi. 13 lipca, po zaciętych i krwawych walkach, sprzymierzeni stanęli na ostatniej linii niemieckiej obrony przed Katanią. Tego dnia został zrzucony 4. pułk, dając poważne wsparcie oddziałom walczącym o most na Primasola. W czasie przegrupowania wojsk zgubił się 3. pułk, który przez następne trzy dni przebijał się do sił głównych36.
25 lipca Hitler wezwał do siebie Studenta. Poinformował go o uwięzieniu Mussoliniego przez króla Włoch. Nowym zadaniem dla spadochroniarzy było uwolnienie Duce. Dwa razy III batalion 1. pułku podchodził do akcji, ale z każdym razem miejsce osadzenia Mussoliniego było zmieniane. W tym też czasie, 8 września 1943 roku skapitulowały Włochy. Następnego dnia II batalion pod dowództwem mjr. Gericke wykonał kolejne brawurowe zadanie. Celem było zdobycie Monte Rotondo, kwatery głównej sztabu włoskiego, wzięcie do niewoli dowództwa i przejęcie dokumentów o szczególnym znaczeniu. W wyniku akcji spadochroniarzom poddało się 2500 włoskich żołnierzy, w tym 100 oficerów. Po akcji batalion udał się do Rzymu, który tego dnia poddał się Niemcom. Trzy dni później odkryto miejsce przetrzymywania Mussoliniego - był nim hotel górski „Campo Imperatore” w masywie Gran Sasso w Apeninach. Operację przeprowadzono 12 września. Ku wielkiemu zaskoczeniu włoskich żołnierzy, przed hotelem wylądowało 9 szybowców. Duce został odbity błyskawicznie. Jeszcze tego dnia oficer SS, Otto Skorzeny, biorący udział w akcji, poleciał z Mussolinim do Hitlera. Po tym wydarzeniu został ogłoszony wyzwolicielem włoskiego przywódcy, mimo że nawet nie dowodził akcją. Potrafił jednak całą zasługę przypisać sobie, pozyskując tym samym uznanie wodza37. Gdy 3. i 4. pułk walczyły pod Salerno, Mussolini został obalony, a Włochy wycofały się z wojny. 2. Dywizja Strzelców Spadochronowych została przerzucona do Rzymu. Jak się jednak wkrótce okazało, w listopadzie 1943 roku dywizja gen. Ramcke została przerzucona na front wschodni i ruszyła w kierunku Żytomierza. Spadochroniarze toczyli walki w różnych rejonach frontu, zazwyczaj tam, gdzie była groźba jego przełamania. Dywizja przebywała na froncie do połowy stycznia 1944 roku, kiedy to została zluzowana i przeniesiona na zachód38.
Pod koniec 1943 roku utworzono II Korpus Strzelców Spadochronowych, którego dowództwo objął gen. Meindl. Wjego skład weszły dwie nowe Dywizje Strzelców Spadochronowych: 3. dywizja gen. Schimpfa, złożona z 5., 8. i9. pułku, 5. dywizja zaś z 13., 14. i 15. pułku. Oba korpusy połączono w maju 1944 w1. Armię Spadochronową pod dowództwem gen. Studenta. Mimo że do marca 1945 roku powstało jeszcze 6 dywizji spadochronowych, nie były one zdolne do przeprowadzenia zadań powietrznodesantowych. Były to formacje tworzone zazwyczaj z pozostałości rozbijanych w walkach oddziałów spadochronowych lub innych jednostek armii niemieckiej, najczęściej piechoty39.
Ostatnim wielkim bojem „pikujących orłów”, który pokazał ich waleczność i zaciekłość, była bitwa o Monte Cassino, która rozpoczęła się 17 stycznia 1944 roku. Brała w niej udział 1. Dywizja Strzelców Spadochronowych gen. Heidricha. W pierwszej bitwie trwającej do 15 lutego brały udział III batalion z 3. pułku i spadochronowy batalion karabinów maszynowych, które obsadziły stoki Monte Cassino. Od 11 lutego oddziały te stawiały zaciekły opór wojskom alianckim. 15 lutego amerykańskie bombowce zrzuciły na klasztor blisko 500 ton bomb. Warto podkreślić, że przed nalotem Niemcy nie zajmowali w nim pozycji obronnych. Druga bitwa rozpoczęła się 15 marca. Na najtrudniejszym odcinku walk znalazł się 3. pułk, ponieważ bronił miasta Cassino i Góry Klasztornej. W ciągu dwóch dni walk alianci co prawda opanowali 2/3 ruin klasztoru, jednak niemieckie gniazda oporu uniemożliwiły im dalszą walkę. Działania zostały przerwane. Trzecie i decydujące natarcie ruszyło 11 maja 1944 roku. Po krótkim odpoczynku 1.Dywizja Strzelców Spadochronowych powróciła na swoje pozycje. Tym razem newralgiczny punkt obsadził 4. pułk. Zacięte walki, zudziałem II Korpusu Polskiego, toczyły się o Górę Ofiarną. Teren walk kilka razy przechodził z rąk do rąk, jednak spadochroniarze ostatecznie wyparli Polaków. Jednak ze względu na zmęczenie, a przede wszystkim na duże straty, w nocy z 17 na 18 maja Niemcy wycofali się ze stanowisk obronnych. Kiedy ranem 18 maja 12. Pułk Ułanów Podolskich wykonał natarcie na Monte Cassino, bez przeszkód osiągnął cel ataku. Bitwa dobiegła końca40. Potęga „niezwyciężonej” armii hitlerowskiej chyliła się ku upadkowi. W nocy z na 6 czerwca 1944 roku wojska alianckie lądowały u wybrzeży Normandii. Oprócz 1. i 4. Dywizji Strzelców Spadochronowych, które do kwietnia 1945 roku walczyły we Włoszech, a z ich pozostałości sformowano 10. Dywizję walczącą na Morawach, wszystkie pozostałe niemieckie dywizje strzelców spadochronowych walczyły na froncie zachodnim. Z ostatnich walk spadochroniarzy na tym teatrze wojny na uwagę zasługuje zapewne bohaterska obrona twierdzy Brest. 2. Dywizja Strzelców Spadochronowych gen. Ramcke przez ponad miesiąc stawiała zacięty opór przeważającym siłom wroga, kapitulując ostatecznie 20 września 1944 roku. Po przeszło 4 latach niemieccy spadochroniarze toczyli ponownie walki w Holandii i Belgii, tym razem w zupełnie innej roli, nieuchronnie zbliżając się do nieuniknionej klęski. Generał Student, którego oddziały zdobywały w 1940 roku Eben Emael, teraz, dowodząc osobiście swoimi wojskami, musiał w walkach o Kanał Alberta ustępować pod naporem aliantów41. W końcowej fazie wojny został za swe zasługi mianowany dowódcą Grupy Armii „Wisła”, do której jednak nie dotarł. Walki na zachodzie zostały zakończone.
Na froncie wschodnim od stycznia 1944 roku trwała nieustająca ofensywa Armii Czerwonej. W walkach na wschodzie brali udział również strzelcy spadochronowi. W lipcu część 16. pułku brała udział w walkach o Wilno. Tam starli się m.in. ze Zgrupowaniem Wileńskim Armii Krajowej. Głównym zadaniem spadochroniarzy, które oczywiście wykonali, była osłona przeprawy przez rzekę Wilię głównych sił garnizonu wileńskiego. Wykonawszy zadanie, spadochroniarze zaczęli się wycofywać. Ostatnim bojem 16. pułku strzelców spadochronowych była obrona Kłajpedy. Pod koniec września większość jego żołnierzy trafiła do niewoli. Ostatni niemiecki desant powietrzny w II wojnie światowej wykonały bataliony z 6. Dywizji Strzelców Spadochronowych. 28 lutego 1945 roku zostały zrzucone na oblężony przez Rosjan Wrocław. Wcześniej, bo w grudniu 1944 roku, w walkach w rejonie miasta brała udział 9. Dywizja, która potem broniła linii Odry i ostatecznie została rozbita podczas ofensywy berlińskiej. Miasto trzymało się do 6 maja 1945 roku. Większość skoczków straciło życie, a pozostali trafili do niewoli42. W nocy z 8 na 9 maja 1945 roku Niemcy podpisały ostatecznie akt kapitulacji, kończący II wojnę światową w Europie. Wehrmacht został rozbity, a wraz z nim wojska spadochronowe. Choć przez cały okres konfliktu Niemcy posiadali kilka różnych formacji wojsk powietrznodesantowych, to w historii najlepiej zapisali się strzelcy spadochronowi stworzeni przez generała Kurta Studenta. Ich umiejętność szybkiego przemieszczania się, ataku z zaskoczenia na przeważające siły wroga, znakomite wyszkolenie i zaangażowanie w walkę, są po dziś dzień podstawą funkcjonowania elitarnych jednostek specjalnych. Wojska te najlepiej działały wspólnie, co udowodniły wBelgii czy na Bałkanach. Hitler, po dużych stratach spadochroniarzy na Krecie, przestał ich wykorzystywać do wielkich operacji, jednak kiedy zachodziła potrzeba, pułki strzelców spadochronowych stawały do walki na najtrudniejszych odcinkach frontu. W końcowym okresie wojny utworzonych zostało kilka nowych dywizji spadochronowych, które już tylko nazwą nawiązywały do swoich poprzedniczek. W ostatnich miesiącach istnienia Trzeciej Rzeszy „pikujące orły”, z nielicznymi wyjątkami, zeszły na ziemię, walcząc za Niemcy, walcząc jednak bez szans na powodzenie.
Podstawowy sprzęt desantowy
Podstawowym i niezbędnym sprzętem używanym przez strzelców spadochronowych były szybowce desantowe DFS 230. Prace konstrukcyjne nad szybowcem prowadził od 1936 roku inżynier Hans Jakobs. Jego możliwości ładunkowe szacowano na 1200 kilogramów, co odpowiadało wadze pilota, dziewięciu żołnierzy z wyposażeniem oraz dodatkowego wyposażenia do około 300 kg. Pierwszy prototyp DFS 230 V1 oblatany został w końcu 1937 roku przez Hannę Reitsch. Wkrótce potem wykonała ona loty pokazowe przed gronem wysokich oficerów Luftwaffe. Szybowiec holowany przez Ju 52/3m wyczepiony został na wysokości około 1000 metrów i po krótkim locie wylądował prawie u stóp zebranych oficerów. Po chwili wyskoczyło z niego 9 uzbrojonych żołnierzy, którzy błyskawicznie zajęli pozycje obronne wokół szybowca. Pokaz zrobił tak duże wrażenie na obserwatorach, że natychmiast złożone zostało zamówienie na zbudowanie wersji seryjnej szybowca. Pierwsza akcja tej jednostki odbyła się 10 maja 1940 roku podczas desantu na twierdzę Eben Emael. Podczas wojny wyprodukowano również wersję DFS 230B-1 zaopatrzoną w spadochron hamujący, służący do skrócenia drogi lądowania. Specjalnie do uwolnienia więzionego w górskim hotelu w masywie Gran Sasso, Benito Mussoliniego, przebudowano kilkanaście DFS 230B-1 na wersję C-1 zaopatrzoną w rakiety hamujące. Produkcja tego szybowca została zakończona w kwietniu 1943 roku. Używano go jednak do końca wojny. Innym szybowcem szturmowym, wykorzystanym m.in. na Sycylii, był Gotha Go 242, mogący przewozić 2,5 tony ładunku użytecznego. Firma, mająca również licencję na DFS 230, skonstruowała go podczas wojny. Seryjną produkcję podjęto w połowie 1941 roku. Szybowce te budowane były (również w wersji dwusilnikowej) jako samoloty transportowe.
Do holowania szybowców najczęściej używano Ju 52/3m. Samolot ten wystartował po raz pierwszy w marcu 1932 roku. Przed wybuchem II wojny światowej maszyna ta, jako samolot pasażerski, latała w 30 towarzystwach lotniczych w 25 krajach świata. Oprócz tego Ju 52/3m był używany w powietrznych siłach zbrojnych kilku krajów. Jako samolot wojskowy odgrywał dużą rolę jeszcze przed wojną. Stosował go m.in. Legion Condor w Hiszpanii jako płatowiec bojowy używany w nocy. We wrześniu 1939 roku brał udział w nalotach bombowych na Warszawę, choć jako samolot bombowy był już przestarzały. Oprócz zadań holowniczych Ju 52/3m służył jako samolot do transportu spadochroniarzy nad cel desantu. Na pokład mógł zabrać 12 żołnierzy.
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Kampania wrześniowa 1939 roku - próba bilansu
Autor:
Zanim podejmiemy próbę oceny najważniejszych aspektów kampanii wrześniowej, kilka uwag natury ogólnej. Przede wszystkim używać będę określenia „kampania wrześniowa”, lecz dostrzegam problem nazewnictwa: kampania wrześniowa – wojna obronna. Ten drugi termin został wprowadzony,nie tylkodo tzw. obiegu naukowego, przez historyków związanych z Wojskową Akademią Polityczną w Warszawie i z Wojskowym Instytutem Historycznym. Stało się to gdzieś w połowie lat sześćdziesiątych. Miała to być alternatywa dla „sanacyjnego” „kampania wrześniowa”.
Przed kilku laty problem nazewnictwa i terminologii wydarzeń z września 1939 roku znowu stał się modny. Padały propozycje: wojna polska, powrót do niemieckiej nazwy kampania polska (na wzór kampanii francuskiej) i inne. Na szczęście poza pomysłodawcami nikt ich nie przyjął i dobrze, bo dzięki temu nawet niezbyt obyty w historiografii czytelnik ma jasną sytuację. „Wojna obronna” to termin postpeerelowski, niejako narzucony nie tylko historykom. Tadeusz Jurga, były pracownik WIH, nie chciał się zgodzić na „wojnę obronną” w tytule swojej książki i przyjął tytuł Obrona Polski 1939, publikując ją w Instytucie Wydawniczym PAX. Wcześniej znakomity Marian Porwit, wydając w latach 1969–1978 w „Czytelniku” swoje trzytomowe dzieło, nadał mu tytuł Komentarze do historii polskich działań obronnych 1939 roku, byle uciec od terminu „wojna obronna”. Kampania wrześniowa wydaje się terminem ze wszech miar poprawnym i wartym zachowania go na trwałe przynajmniej z dwóch powodów:

1) kampania wrześniowa była pierwszą kampanią II wojny światowej. Była kampanią nie tylko niemiecką, ale również państw koalicji antyhitlerowskiej, oraz kampanią wrześniową wojsk polskich, które od października 1939 roku przeszły do kolejnej formy walki, do kolejnych kampanii, tym razem w postaci konspiracji zbrojnej i organizacji regularnych wojsk na obczyźnie. Wojna stanowi pewną zamkniętą całość, czymś się kończy (rozejmem, pokojem, kapitulacją itp.), kampania zaś jest częścią, etapem wojny. Polska przegrała kampanię wrześniową, ale ani rząd polski i władze wojskowe, ani społeczeństwo nie zaprzestały walki. Wojna trwała nadal;
2) kampania wrześniowa jako termin na określenie pewnej, specyficznej fazy II wojny światowej znalazła swoje miejsce w polskiej i nie tylko polskiej historiografii dotyczącej tego okresu.
Czy warto jeszcze pisać o kampanii wrześniowej?
Literatura, zarówno naukowa, jak i popularnonaukowa, czyli upamiętniająca wydarzenia i bohaterów, poświęcona kampanii wrześniowej 1939 roku jest niezwykle obfita i zróżnicowana. Większość publikacji dotyczących tych zagadnień ma charakter monografii wybranych związków operacyjnych lub taktycznych, przebiegu poszczególnych operacji lub całej kampanii oraz kwestii mobilizacyjnego rozwinięcia i udziału w walkach wojsk. Co warte podkreślenia, istnieje liczna literatura wspomnieniowa i pamiętnikarska. O wrześniu 1939 roku pisano równie wiele w kraju, co i na emigracji. Przytaczanie w tym miejscu przykładowych pozycji bibliograficznych wydaje się zbędne.
Jednak, wbrew pozorom, wiele problemów dotyczących kampanii wrześniowej 1939 roku nie zostało jeszcze do końca zbadanych przez historyków. Wśród tych, które sprawiają, że istnieje luka w bogatej historiografii polskiego września, są sprawy związane ze sformułowaniem syntetycznych, lecz obejmujących całość zagadnienia, wniosków z zadań i roli, jaką odegrała wówczas nie tylko armia polska, ale cały system obronny państwa, przede wszystkim w aspekcie przygotowań, przebiegu i skutków kampanii wrześniowej. Przyczyna braku takiego opracowania zapewne tkwi w złożoności problematyki i objętości materiału badawczego, który należałoby poddać krytyce i ocenie. Ponieważ jednak taka potrzeba istnieje, chociażby w aspekcie stworzenia postulowanej wielokrotnie syntezy kampanii wrześniowej, należałoby podjąć określone inicjatywy badawcze.
Warto jeszcze pisać o kampanii wrześniowej z innych powodów. Po pierwsze, rozwój nauki historycznej, zarówno w sensie rozwoju wiedzy, którą posiadamy o przeszłości, jak i w sensie samych technik, sposobów przekazywania owej wiedzy, każe wciąż podejmować poszczególne tematy i przedstawiać je w nowszej postaci, bardziej dostosowanej do potrzeb, zainteresowań i możliwości percepcji czytelnika. Wreszcie, chociażby z racji otwarcia granic wewnątrz Unii Europejskiej, przed historykami i zbieraczami pamiątek z przeszłości otwiera się szansa dotarcia do wielu dotychczas niedostępnych, lub dostępnych z ograniczeniami, instytucji archiwalno-historycznych oraz w miejsca, gdzie istnieje prawdopodobieństwo odkrycia materialnych śladów przeszłości.
Co nowego o „wrześniu” w tym artykule?
Otóż poniżej zostanie podjęta próba przedstawienia, w zasadzie głównych, najważniejszych tez wynikających z aktualnego stanu badań nad udziałem Wojska Polskiego w walkach we wrześniu 1939 roku. Zostaną one uzupełnione o nowe wnioski, sformułowane na podstawie dotychczas mało znanych i nie publikowanych materiałów archiwalnych. Zapewne Czytelnicy będą zadawać sobie pytanie, co upoważnia mnie do podjęcia takiej inicjatywy. Otóż podjąłem próbę analizy niezwykle interesujących i cennych, dla oceny kampanii wrześniowej, dokumentów znajdujących się w Archiwum Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Władysława Sikorskiego w Londynie. Mam na myśli przechowywane tam około 3 tysiące relacji żołnierzy polskich, głównie oficerów, uczestników kampanii wrześniowej.
Dzieje tej niezwykle cennej kolekcji są następujące. Po zakończeniu kampanii wrześniowej nastroje wśród przybywającej do Francji polskiej emigracji były różne. Wprawdzie premier i Naczelny Wódz gen. Władysław Sikorski w swoim exposé wyrzekał się jakiejkolwiek dyskryminacji, jednak jako minister spraw wojskowych powołał pod formalnym przewodnictwem gen. Izydora Modelskiego komisję weryfikacyjną, przed którą musiał stanąć każdy oficer przybywający do Francji, aby oczyścić się z zarzutu „winy” za klęskę kampanii wrześniowej. Władysław Pobóg-Malinowski twierdzi, że bicie się w piersi stanowiło wówczas podstawowy obowiązek każdego Polaka na ziemi francuskiej. Gen. Marian Kukiel, będąc wiceministrem spraw wojskowych, kazał drukować ulotkę, którą otrzymywali wszyscy nowo przybyli. Nakazywała ona nie zapominać, że reprezentują wojsko pobite, naród upokorzony i pozbawiony państwowości.
Warto w tym miejscu pamiętać, że Wojsko Polskie w II wojnie światowej zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie, jedynie poza okresem kampanii wrześniowej, było ciągle areną rozgrywek i walki politycznej. Tak było już od jesieni 1939 roku we Francji. Prowadzona weryfikacja polegała na potwierdzeniu tożsamości danego oficera przez dwóch świadków, a ponadto przedstawieniu sprawozdania ze swego udziału w kampanii wrześniowej.
W wyjątkowo trudnej atmosferze, jaka panowała wówczas we Francji, przede wszystkim rozpamiętywania wciąż żywej jeszcze wojny z Niemcami, pisane sprawozdania z jednej strony nie były pozbawione goryczy klęski, chęci przypodobania się emigracyjnym władzom wojskowym w nadziei na otrzymanie lepszego przydziału; z drugiej zaś, ich autorzy mogli zawrzeć w nich szereg jeszcze żywo tkwiących w pamięci wniosków i doświadczeń z kampanii wrześniowej.
Uzupełnieniem sprawozdań pisanych we Francji są relacje, jakie sporządzali oficerowie z września 1939 roku po wyzwoleniu przez aliantów z niemieckich obozów jenieckich. Stawali oni w Londynie przed Komisją Powołaną w Związku z Wynikiem Kampanii Wojennej 1939 r., która funkcjonowała przy dowództwie Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Oprócz krótkiego i w zasadzie formalnego przesłuchania każdy oficer zobowiązany był przedstawić sprawozdanie, które stanowiło załącznik do protokołu przesłuchania.
Wspomniane relacje – i jedne, i drugie – są bardzo różne pod względem treści, szczebla dowodzenia w kampanii wrześniowej, którego dotyczą czy który charakteryzują, cezur czasowych oraz rzetelności i stosunku autora do ocenianych wydarzeń. Niemniej jednak w swojej masie są reprezentatywne, należy je ocenić bardzo wysoko pod względem treści merytorycznych, a przede wszystkim poznawczych, albowiem stanowią w zasadzie jedyne zachowane źródło wiedzy o przygotowaniach, przebiegu, a także po części i o skutkach kampanii wrześniowej. Dla Czytelników mają jeszcze jedną nieocenioną wartość. Mianowicie sprawozdania są kopalnią wiedzy o wielu bitwach, potyczkach, starciach i epizodach kampanii wrześniowej, o których próżno szukać informacji w literaturze. Są w zasadzie jedynym źródłem wskazującym, gdzie i jakie ślady walk polskiego września można jeszcze znaleźć nietknięte, gdzie jeszcze ziemia może kryć pozostałości bojów sprzed sześćdziesięciu lat. Zatem większość sprawozdań znajdujących się obecnie w Archiwum Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. W. Sikorskiego w Londynie stanowi bogate i interesujące źródło wiedzy o przebiegu i ocenie kampanii wrześniowej.
I jeszcze jedna sugestia dla naszych Czytelników. Ślady przeszłości to nie tylko te „twarde” w postaci broni, amunicji czy innego sprzętu technicznego. Można i należy odkrywać także to, co zachowało się z przeszłości w postaci wszelkiego rodzaju źródeł pisanych oraz nagrań dźwiękowych, filmów i fotografii. Jak interesujące dla poszukiwacza mogą być już nie tylko treści, ale także losy np. pamiętników, niech świadczy chociażby jeden z nich, dołączony już po wojnie do wspomnianej kolekcji sprawozdań. Jego autor, mjr Stefan Hernik, po kampanii wrześniowej jeniec w obozie w Murnau pisze (w cytatach zachowano oryginalną pisownię): „Pamiętnik niniejszyzostał napisany w lutym 1940 r. [napisany w Königstein – M.S.], na polecenie p. gen.bryg. Czumy [gen. bryg. Walerian Czuma, dowódca obrony Warszawy we wrześniu 1939 roku – M.S.] i za usilną namową ze strony mjr. dypl. Madalińskiego, który też go początkowoprzechowywał u siebie. Następnie, na skutek pewnych obserwacji mjr. Madalińskiego p. gen.polecił mi pamiętnik wycofać i przechowywać u siebie. Lecz nastąpiła wkrótce niespodziewana rewizja, przed którą usunięto nas z pomieszczeń. Zawezwano mnie jednak wkrótce do izby, gdzie już siedział oficer niemiecki, władający doskonale polskim językiem, z moim pamiętnikiem w ręku. Nie szczędził mi pochwał, zapewnił mnie, że pamiętnik zostanie mi zwrócony, żałowałtylko, że jest to tylko część pamiętnika. W jego ręce dostała się bowiemwiększość pamiętnika przechowywana przeze mnie w sienniku, mniejsza zaś część, oddana na przechowanie koledze, ocalała. Tę mniejszą część, str. 13–24 (rękopis), w obawie następnej rewizji, spaliłem. Część zabraną przez Niemców odzyskałem w maju 1945 r. przy likwidacji kancelarii niemieckiej, po opanowaniu obozu w Murnau przez Amerykanów. W tym też miejscu część spaloną uzupełniłem”.
Baza źródłowa do oceny kadry dowódczej Wojska Polskiego z września 1939 roku, w postaci akt personalnych i innych, jest rozproszona i w wielu przypadkach niekompletna. Zawierucha wojenna, działania okupantów, wreszcie powojenne akcje represyjne informacji wojskowej i komunistycznych służb specjalnych, wszystko to spowodowało bezpowrotną stratę wielu ważnych akt osobowych. W artykule wykorzystane zostały przede wszystkim akta personalne oficerów i generałów z okresu ich służby w wojsku II Rzeczypospolitej znajdujące się w zbiorach Centralnego Archiwum Wojskowego. Udało mi się do nich dotrzeć, zanim w archiwum wprowadzono wymogi ustawy o ochronie danych osobowych. Natomiast do zbadania zostały akta osobowe większości żołnierzy, którzy po kampanii wrześniowej 1939 roku znaleźli się w Polskich Siłach Zbrojnych, Polskich Siłach Powietrznych i Marynarce Wojennej na Zachodzie. Ich akta w liczbie około 130 000 teczek personalnych znajdują się w archiwum wojskowym brytyjskiego Public Record Office w Hayes pod Londynem. Ponadto zwracam uwagę na fakt, że dokumentacja, o charakterze personalnym, części żołnierzy września, którzy później służyli w PSZ na Zachodzie, znajduje się w archiwach i instytucjach historycznych, m.in. na terenie Londynu.
Ze względu na ograniczoną objętość artykułu szereg problemów dotyczących kampanii wrześniowej 1939 roku pominę, przede wszystkim te, które zostały już wystarczająco szczegółowo przedstawione i ocenione w innych publikacjach. Mam tu na myśli głównie sprawy uzbrojenia i wyposażenia żołnierzy polskich we wrześniu 1939 roku, stan ilościowy i organizację wojska, a także ogólny przebieg walk. Wreszcie pominę informacje o przeciwniku, czyli wojskach niemieckich i radzieckich, gdyż jest to tak obszerny temat, że należałoby mu poświęcić kolejnych kilka artykułów. Nie będę się również zajmował sprawami walk na kresach wschodnich II Rzeczypospolitej po 17 września 1939 roku. Z jednej strony są doskonałe opracowania na ten temat, że wymienię tu tylko pracę Ryszarda Szawłowskiego (K. Liszewskiego) Wojna polsko-sowiecka 1939, t. 1–2, oraz utalentowanej historyk Wandy Krystyny Roman – Działalność niepodległościowa żołnierzy polskich na Litwie i Wileńszczyźnie. Wrzesień 1939 r.–czerwiec 1941 r. Ta ostatnia zostanie niebawem wznowiona. Z drugiej strony nietaktem byłoby pisać o wydarzeniach po 17 września 1939 roku na kresach wschodnich w obliczu ukazania się niebawem, zapowiadanego już od kilku lat, kolejnego tomu Polskich Sił Zbrojnych w II wojnie światowej, poświęconego właśnie tym sprawom.
O kampanii wrześniowej na kresach wschodnich będę pisał jedynie w odniesieniu do okoliczności pójścia w niewolę lub internowania żołnierzy polskich. Jest to temat tylko pozornie znany i opracowany. Jak wskazują najnowsze badania archiwalne, w archiwach byłego ZSRR, m.in. na Litwie i na ?otwie, jest wiele dotychczas nie publikowanych materiałów dotyczących tych zagadnień.
Czy Polska była przygotowana do wojny?
W 1938 roku Polska liczyła niewiele ponad 35 milionów mieszkańców. Obszar państwa wynosił 389 720 km², natomiast długość granic morskich 140 km, lądowych 5409 km, z czego z Rzeszą Niemiecką 1816 km.
W pierwszych latach niepodległości wojsko uzbrajano i wyposażano przede wszystkim w broń i sprzęt wojskowy pozostawiony przez zaborców oraz zakupiony za granicą. Kupowano głównie broń tanią, a więc nie najlepszą pod względem technicznym i przestarzałą, ale na inną nie było pieniędzy. W spadku po zaborcach nie odziedziczyła Polska ani jednego zakładu przemysłu wojennego. Jedynym nabytkiem były sprowadzone do Warszawy maszyny z gdańskiej fabryki karabinów. W miarę możliwości zaczęto od podstaw budować przemysł produkujący na potrzeby wojska, rozpoczęto m.in. budowę Centralnego Ośrodka Przemysłowego, którego istotnym zadaniem miała być produkcja zbrojeniowa i znaczny udział w zabezpieczeniu systemu obronnego państwa. Przed wybuchem wojny zakłady przemysłu wojennego znajdowały się głównie na Górnym Śląsku, częściowo na Kielecczyźnie i w mniejszym stopniu w Warszawie i innych miastach. Na lata czterdzieste planowano ich wydatne unowocześnienie, przede wszystkim pod względem technologii produkcji, i dalszą rozbudowę.

W chwili uderzenia na Polskę III Rzesza miała pod bronią około 1,8 miliona żołnierzy. ZSRR do działań przeciwko Polsce wystawił bez mała 700 tysięcy żołnierzy Armii Czerwonej i wojsk NKWD. Polska spośród 2,5 miliona rezerwistów zdołała zmobilizować około 1,2 miliona żołnierzy, z których mniej więcej 300 tysięcy znajdowało się w chwili uderzenia Związku Sowieckiego w strefie strategiczno-operacyjnej frontu wschodniego.
Niemcy użyli przeciwko Polsce 5 dywizji pancernych, 4 dywizje lekkie, 4 dywizje zmotoryzowane, 35–40 dywizji piechoty (czynnych, rezerwowych, górskich), 1 brygadę kawalerii. Zwraca uwagę stosunek wojsk szybkich (dywizji pancernych, lekkich i zmotoryzowanych) do dywizji piechoty. W tych ostatnich podstawą była trakcja konna. Z kolei Polska wystawiła na wojnę 39 dywizji piechoty (czynne, rezerwowe, w tym dwie nie ukończyły organizacji), 11 brygad kawalerii, 3 nie w pełni zorganizowane brygady górskie oraz 1 brygadę zmotoryzowaną. Nie liczę tu części oddziałów Obrony Narodowej, Korpusu Ochrony Pogranicza i innych zorganizowanych doraźnie.
W 1939 roku Niemcy posiadali 1200 samolotów bombowych, 270 bombowców nurkujących, 800 myśliwców i 850 samolotów rozpoznawczych lądowych i morskich. Polska przeciwstawiła im 86 samolotów bombowych, 159 myśliwskich, 68 rozpoznawczych i 84 obserwacyjne.
Przed niemieckim najazdem trzy polskie niszczyciele odeszły do Wielkiej Brytanii. W Gdyni pozostały: niszczyciel „Wicher”, stawiacz min „Gryf”, dywizjon trałowców i dywizjon okrętów podwodnych. O tym, że zignorowano zagrożenie z morza świadczy fakt, że do 1 września polska Marynarka Wojenna nie postawiła żadnej zapory minowej.
Na pytanie postawione w podtytule ogólnie należy odpowiedzieć, że tak – Polska była przygotowana do wojny na miarę swoich możliwości ekonomicznych, gospodarczych, politycznych i militarnych. Były one ograniczone przede wszystkim krótkim okresem istnienia wówczas państwowości polskiej, niemalże zerowym stanem polskiej gospodarki po odzyskaniu niepodległości, która wcześniej została doszczętnie ogołocona przez zaborców ze wszystkiego, co przedstawiało jakąś wartość. Musimy zważyć na jedno – dwudziestolecie międzywojenne to okres niezwykle krótki, w którym dodatkowo świat dotknął jeszcze wielki kryzys gospodarczy. A jednak Polska potrafiła w tym czasie osiągnąć wysoki poziom rozwoju gospodarczego i społecznego. Potrafiła z niczego stworzyć armię, która może jeszcze nie najnowocześniej uzbrojona i wyposażona, podjęła samodzielną walkę w obronie państwa polskiego. Był to jak dotychczas ostatni tego rodzaju akt w polskiej historii.
Przebieg mobilizacji
Plan mobilizacyjny „W” nosił nazwę od inicjału nazwiska ówczesnego szefa Oddziału I Sztabu Głównego płk. Józefa Albina Wiatra. Mobilizacja powszechna – jawna, podzielona na dwa rzuty, obwieszczana była plakatami. Mobilizacja niejawna – „kartkowa” zapewniała poufność, szybkość i elastyczność przedsięwzięcia. Plan „W” jako pracę koncepcyjną można oceniać jedynie w samych superlatywach. To właśnie system mobilizacji niejawnej umożliwił podjęcie wojny z Niemcami. Gdyby nie on, najprawdopodobniej kampania wrześniowa potrwałaby nie dłużej niż około tygodnia. A jednak już na etapie mobilizacyjnego rozwinięcia wojsk popełniono kilka istotnych błędów, które wywarły znaczący wpływ na przebieg wrześniowej wojny. Przede wszystkim zbyt późno, sądzić należy, że o tydzień do 10 dni, rozpoczęto mobilizację niejawną. Warto w tym miejscu przytoczyć za Marianem Porwitem cytat o tym, jak gen. Władysław Bortnowski pisał w pierwszej dekadzie sierpnia 1939 roku, że: „mobilizacja nasza w stosunku do niemieckiej będzie spóźniona, o ile nie zostanie zarządzona do dnia 10 sierpnia”. Przypomnę, że w zasadzie mobilizację niejawną rozpoczęto etapami od 24 sierpnia, a mobilizacja powszechna została ogłoszona 29 sierpnia.
W dniu 1 września mobilizacja niejawna pozwoliła na całkowitą koncentrację 21 dywizji piechoty i 8 brygad kawalerii dla armii pierwszego rzutu. Nie zdołano osiągnąć planowanej gotowości bojowej 7 dywizji piechoty i 2 brygady kawalerii dla armii pierwszorzutowych oraz 6 dywizji piechoty i 1 brygady kawalerii dla armii odwodowej (Armia „Prusy”).
Doskonale skonstruowany plan „W” nie przyniósł oczekiwanych rezultatów z dwóch powodów. Pierwszy to wspomniana już spóźniona mobilizacja niejawna. Drugi, główny czynnik, to brak należycie dopracowanego planu dla transportów kolejowych. Brak tego planu, a także rozeznania w ilości i położeniu taboru kolejowego w ostatnich dniach sierpnia i pierwszych września spowodował opóźnienia w przybyciu związków taktycznych do rejonów rozwinięcia. Część eszelonów nigdy nie dotarła do tych rejonów. Dotyczy to szczególnie wcześniejszego załadowania i wysłania transportów części jednostek z Okręgu Korpusu Grodno, co zablokowało zakończenie przewozu innych dywizji i w efekcie spowodowało kolejowe korki i braki dostatecznej ilości taboru. W dwa dni później, 29 sierpnia, opóźnienia odnotowywały już wszystkie transporty ze wschodnich terenów kraju, a jedna dywizja (12 DP) nie rozpoczęła jeszcze załadunku.
Jak wyglądał przejazd transportami kolejowymi, dowiadujemy się m.in. z raportu mjr. Stanisława Rogoża, dowódcy 60 dywizjonu artylerii ciężkiej, który pisze: „W niedzielę 27 sierpnia alarm mobilizacyjny […] Gotowość marszową uzyskuję dopiero po 60 godzinach. Z powodu braku wagonów dywizjon czeka na kwaterach. We czwartek 31 sierpnia zaalarmowano do odjazdu 1-szą i 2-gą baterię. Alarm okazał się fałszywy i baterie niepotrzebnie pojechały do Żurawicy do załadowania. Bateria 1-sza czekała na rampie. W nocy z 2/3 [września – M.S.] przyjechała do Żurawicy 3-cia bateria. Załadowanie rozpoczęło się dopiero 3 września od rana, kolejno bateriami. Drużyna dyonu została skierowana do załadowania na Bakończyce. O godz. 22-giej transport drużyny. W Jarosławiu o godz. 23-ciej dostaję rozkaz od komendanta stacji, że dyon zostaje skierowany do armii ‘Kraków’, i że baterie pojechały na Kraków. Pociąg rusza, jednak co kilkanaście minut staje w polu i czeka. W czasie tej jazdy było na transport kilka nalotów pojedynczych samolotów, które ostrzeliwały pociąg, jednak bez skutku. O godz. 14.30 dojeżdżamy do Dębicy. Parowóz bierze wodę i po kilkunastu minutach odjeżdżamy. Nie ujechaliśmy nawet kilometra, gdy nastąpił nalot 12 bombowców na miasto i dworzec. Olbrzymie detonacje, słupy ognia i dymu, pożary. Od Dębicy do Tarnowa pociąg stawał co kilkanaście metrów. Były dwa naloty. We wtorek 5 września, o godz. 5.30 dojechaliśmy do Tarnowa”.

Opracowanie planów mobilizacyjnych w dywizjach, pułkach i batalionach, na bazie których rozwijano mobilizowane oddziały i pododdziały, należało do zadań sztabów tych jednostek. Można ocenić, że generalnie przeprowadzenie mobilizacji wykazało realną wartość tych planów, trafność przewidywań oraz racjonalne uwzględnienie warunków i potrzeb w tym zakresie. Dzięki dobrze opracowanym planom i szczegółowym uzgodnieniom z administracją terenową czas formowania oddziałów był stosunkowo krótki, z reguły wynosił od 36 do 72 godzin. Powstałe w niektórych przypadkach opóźnienia wynikały głównie z działań lokalnych administracji, przede wszystkim w zakresie terminowego dostarczenia do jednostek koni i wozów. Ponadto często zdarzało się, że dostarczone konie i wozy nie nadawały się do zadań i potrzeb wojska. Płk Adam Dzianott pisze, że we Włodawie: „Mobilizacja jedna jak i druga przeszły bez większych tarć. Trudności, które napotkałem przy mob. wozów i uprzęży zostały usunięte przez władze administracyjne drogą wtórnego powołania, co jednak nie opóźniło pogotowia marszowego oddziałów”.
Na wartość bojową mobilizowanych jednostek wpływ miały m.in. następujące czynniki:
– niski procent kadry służby stałej i szeregowych i podoficerów służby czynnej stanowiących zawiązki mobilizacyjne w stosunku do oficerów i żołnierzy rezerwy;
– zróżnicowanie żołnierzy rezerwy pod względem wieku, stopnia wyszkolenia itp.;
– brak czasu w okresie mobilizacji na wzajemne poznanie się ludzi, zgranie drużyn, plutonów, kompanii i batalionów.
Już sam wysiłek mobilizacyjny rozwinięcia stanów czasu pokoju do etatu wojennego był przedsięwzięciem na wielką skalę.
Epizody bojowe i bitwy. Szkic do obrazu kampanii wrześniowej 1939 roku
Pospiesznie poprawiany i uzupełniany w okresie lata 1939 roku polski plan operacyjny „Zachód” przewidywał obronę całego obszaru kraju wzdłuż północnych, zachodnich i południowych granic Polski. Wojsko Polskie, część systemu administracji państwowej i część społeczeństwa podjęły walkę z nieprzyjacielem. Niemożliwe jest przedstawienie pełnego obrazu walk we wrześniu 1939 roku. Kilka poniżej przedstawionych epizodów i wzmianek o bitwach być może zainspiruje Czytelników do samodzielnych poszukiwań, w literaturze i źródłach, szerszej i bardziej szczegółowej wiedzy na ich temat.
Na obraz kampanii wrześniowej, obok wielkich bitew, jak chociażby o umocnienia śląskie, bitwy w korytarzu pomorskim, nad Bzurą, w obronie Modlina i Warszawy, pod Tomaszowem Lubelskim i innych, składają się też epizody, takie jak walka pod Węgierską Górką, Kockiem i wiele, wiele innych, które kto wie, czy nie odgrywają większej roli w kształtowaniu naszej świadomości historycznej. Szczególna rola przypada tu Poczcie Gdańskiej, przynajmniej z dwu powodów. Po pierwsze, Polski Urząd Pocztowy w Gdańsku działał w szczególnych warunkach, wśród rozhisteryzowanych tłumów wielbicieli Hitlera i nazizmu, wyrażających bez osłonek swoją nienawiść do Polski. Po drugie, pracownikami poczty byli cywile, wśród których nie było Niemców. Przypomnę, że w innych polskich instytucjach na terenie Wolnego Miasta Gdańska pracowało wielu Niemców, na przykład w Polskich Kolejach Państwowych.
Pracownicy poczty postarali się o broń, zdobyli dwa lub trzy ręczne karabiny maszynowe, i od połowy sierpnia czuwali dniem i nocą nad bezpieczeństwem swojego urzędu. Trzynaście godzin bronili symbolu Polski w Gdańsku. Spośród 49 uczestników obrony sześciu poległo w walce, 39 Niemcy zamordowali do połowy października 1939 roku, czterem udało się zbiec podczas kapitulowania obrony. Czy symbol wart był ofiar?
Westerplatte, Wojskowa Składnica tranzytowa miała powierzchnię niecałe 0,5 km². 182 oficerów, podoficerów i szeregowych pod dowództwem mjr. Henryka Sucharskiego broniło się na tym skrawku do południa 7 września. Mimo obszernej literatury, filmów i innych form upamiętniania tego wydarzenia, do dzisiaj wiele kwestii z nim związanych nurtuje badaczy historii. Przede wszystkim, kto praktycznie dowodził obroną Westerplatte, mjr. Sucharski czy jego zastępca? Co było powodem tak długiego oporu – walka o honor, motyw dowódcy i załogi, aby nie dać się Niemcom, czy może sugerowana przez niektórych depesza marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego z wezwaniem „do wytrwania na posterunku”? Pytań jest jeszcze wiele.
Już rankiem 1 września siedemdziesięciokilometrowy odcinek obrony 9 Dywizji Piechoty (DP) płk. Józefa Werobeja stał się obiektem niemieckich ataków. To na tym odcinku doszło do rzadkiego w historii wojen boju spotkaniowego 34 pułku piechoty (pp) z niemiecką 3 Dywizją Pancerną (DPanc.). W utworzony w pierwszych godzinach wojny na Pomorzu w rejonie Pruszcza wyłom wlewały się na obszar Polski kolejne niemieckie jednostki pancerne, zmotoryzowane i piechoty. Siejąc spustoszenie wśród polskich oddziałów, zmuszały je, mimo pełnej poświęcenia i odwagi w walce, do ciągłego odwrotu i sukcesywnej utraty stopnia zdolności bojowej. Do 11 września z dywizji pozostało płk. Werobejowi 3 oficerów i 20 szeregowych, z którymi dotarł do Kutna.
Dnia 2 września od godzin porannych pod Mławą Niemcy skoncentrowali główny wysiłek na zdobyciu polskiego odcinka obrony „Rzęgnowo”. Uczestnik owych wydarzeń, kpt. Stanisław Gruziński z 79 pp, wspomina: „O godz. 15.00 rozpoczęło się generalne natarcie niemieckie. Oddziały 1 i 12 DP wsparte potężnym ogniem artylerii i czołgów ruszyły na przedni skraj pozycji pułku… Prawe skrzydło 79 pułku na Górze Kamiennej, w postaci wzmocnionej 9kompanii dowodzonej przez kpt. Hoppe oraz pluton kolarzy z 11 pułku ułanów (puł.) na pozycji ‘Żaboklik’ przyjmują gwałtowne natarcie nieprzyjaciela… Pułk walczy na śmierć i życie… Fale Niemców przesuwały się w kierunku naszych pozycji coraz bliżej”.
Około godz. 17.00 Niemcy szturmem zdobyli wzmiankowany „Żaboklik”, a po godz. 19.30 reszta obrońców Góry Kamiennej wycofała się w kierunku Rzęgnowa.
Dniem krytycznym dla 8 DP był 4 września. 21 pułk piechoty utracił po północy łączność ze sztabem dywizji. Dowódca pułku, płk Stanisław Sosabowski (późniejszy dowódca Samodzielnej Brygady Spadochronowej w PSZ na Zachodzie), umiejętnie dowodząc, wycofał pułk w bezpieczny rejon. Natomiast w pozostałych oddziałach dywizji wybuchła panika, której początek dała bratobójcza walka między kawalerią dywizyjną a kompanią sztabową. Niedługo później zaczęły wzajemny ostrzał pododdziały 13 i 32 pułku piechoty. Całe bataliony rzucały się do panicznej ucieczki, zostawiając częściowo broń i sprzęt. Z wielkim trudem dowódca 13 pp zebrał bez mała połowę pułku i skierował się z wojskiem do lasów pod Opinogórą, gdzie dołączył do zawiązanej grupy pod dowództwem płk. Sosabowskiego. Natomiast część żołnierzy z 8 DP, w tym większość 32 pp, zebrał na zachód od lasów opinogórskich dowódca dywizji płk Stanisław Furgalski. Nie podejmując żadnych prób stawienia oporu nieprzyjacielowi, ruszył w kierunku południowym. Kolumna szybko stała się celem nalotów niemieckich samolotów, które dosyć szybko ją rozproszyły. Pojedyncze grupy żołnierzy cofały się bezładnie w kierunku Wisły na Płock, Zakroczym i Modlin.
Podobnie skutecznie w dniu 4 września lotnictwo nieprzyjaciela rozbiło znaczną część sił 20 DP, która po trzydniowej ciężkiej walce na przedpolach Mławy wycofywała się na podstawie spóźnionych rozkazów dowódcy Armii „Modlin”. O dziwo, już po dniu względnego wypoczynku, za jaki można uznać intensywny marsz, zwarte oddziały dywizji odzyskały gotowość bojową i zupełnie dobre morale.
Działania bojowe 33 DP, a po części również 41 DPRez., na krzyżujących się drogach ich odwrotu doczekały się w polskiej historiografii wielu opracowań i artykułów polemicznych oraz wspomnieniowych, że wymienię tylko artykuły dowódcy dywizji Tadeusza Zieleniewskiego i Felicjana Majorkiewicza. To, co się działo pod Różanem i w Puszczy Białej 7 września, zapewne długo jeszcze będzie przedmiotem dociekań historyków. Pułkownik, później generał, Tadeusz Zieleniewski musiał dosyć szczegółowo wyjaśniać swoje decyzje już na jesieni 1940 roku we Francji, a następnie po wojnie, w licznych artykułach, które ukazały się m.in. na łamach „Wojskowego Przeglądu Historycznego”.
Generał Otton Krzisch 3 listopada 1939 roku w Paryżu tak oto przedstawiał te wydarzenia w swoim sprawozdaniu: „5 IX wieczorem d-ca Grupy ‘Narew’ otrzymał rozkaz naczelnego D-twa podpisany przez płk. Jaklicza bardzo niejasnej treści określający tylko lakonicznie, że: Nie było w tym rozkazie najmniejszej wzmianki co robi sąsiad i jakie ma zadanie (41 d.p.), jakie ma grupa obowiązki w stosunku do tego sąsiada, jakie jest położenie, jakie zamiary na przyszłość. Rozkaz był tak ujęty jak gdyby grupa oper. była baonem w ramach pułku. ?
D-ca Grupy Oper. interpretował ten rozkaz zresztą zgodnie ze swoim szefem sztabu tak, że jeżeli odcinek jest rozszerzony po Różan włącznie, a tam znajduje się obecnie 41 d.p., to ta dywizja jest mu podporządkowaną i wchodzi w skład grupy. ?ączności z 41 d.p. nie było i d-ca Grupy nie próbował łączności tej nawiązać, mimo, że odległość do Różan z miejsca postoju d-twa Grupy (Śniadowo) wynosiła zaledwie 35 km.
Ja podświadomie czułem, że coś jest z 41 d.p. nie w porządku. W kilkakrotnej rozmowie z szefem sztabu [S.G.O. ‘Narew’ – M.S.] starałem się go przekonać o moich obawach. Mówiłem co będzie, jeżeli rejon Różan został oddany Grupie bez równoczesnego oddania 41 d.p., która mogła otrzymać inne zadanie. Albo dywizja ta zostanie na miejscu, gdyż nie może, bo silnie jest związana z nplem, wtenczas jednak nie będzie mogła wykonać powierzonego jej może innego zadania, albo odejdzie pozostawiając do czasu zluzowania tylko słabą osłonę. A wtedy Niemcy mogą przejść przez Narew i powstanie luka nieobsadzona przez nikogo. [...]
Nie będę mówił o szczegółach wydarzeń. Wynik końcowy tego położenia, wywołanego przez niejasność rozkazu Naczelnego Dowództwa, i brak łączności z 41 d.p., był ten, że 41 d.p. rzeczywiście otrzymała inny rozkaz, a mianowicie odejścia bezzwłocznego do Grupy uderzeniowej gen. Kowalskiego [G.O. ‘Wyszków’ – M.S.], która miała uderzyć na bok, posuwających się w ślad za rozbitą grupą gen. Przedrzymirskiego [S.G.O. ‘Narew’ – M.S.], Niemców.
Dnia 6 IX wieczorem 41 d.p. odmaszerowała na południe, pozostawiając pod Różanem tylko osłonę z którą Niemcy się prędko załatwili i przeszli przez Narew. 33 d.p. skierowana nocnym marszem w rejon Różana, spotkała się z odchodzącą 41 d.p., która wzięła 33 d.p. za Niemców, którzy w rzeczywistości też tam byli i powstał nocny bój wszystkich przeciw wszystkim, kończący się utratą 2 baonów i jednego dyonu w 41 d.p., a kompletnym pomieszaniem ze znacznymi stratami oddziałów 33 d.p.
Dalszy los tych dwóch dywizji, a później też 1 d.p. gen. Kowalskiego był ten, że odeszły na południe skierowane każda na jedną przeprawę przez Bug (1 d.p. – Wyszków, 41 d.p. – Brok, 33 d.p. – Małkinia) z zadaniem bronienia przejścia przez Bug okrakiem tych wszystkich mostów.
W nocy jednak 6 IX o godz. 23-ej ogarnięty paniką nocnej bitwy na południe wschód od Różan, przyjechał major saperów z trzema oficerami i osobiście wysadził żelazny most w Broku zanim 41 d.p. doszła do Bugu. Most w Małkini zniszczyli Niemcy przez bombardowania lotnicze dnia 7 IX rano, tak, że wszystkie dywizje skierowały się na Wyszków i zamiast jednej przeszło tam trzy”.
Samodzielna Grupa Operacyjna „Narew” od 1 do 6 września powstrzymywała Niemców na przedpolu Narwi i Biebrzy oraz dokonywała wypadów na teren Prus Wschodnich. Następnie broniła ?omży, Nowogrodu i Ostrołęki. 11 września grupa została okrążona między ?omżą, Śniadowem i Zambrowem. Tego dnia, właśnie pod Zambrowem, 18 DP starała się natarciem wyprzeć z miasta znajdujących się tam Niemców. O godz. 9.30 zajął postawę wyjściową, a o godz. 10.00 wyruszył do ataku z kierunku Sędziwujów 1 batalion 71 pp wspierany przez 18 dywizjon artylerii ciężkiej (dac) i baterię dział z 18 pułku artylerii lekkiej (pal). Kompanie, z dowódcami idącymi w pierwszej linii, ruszyły do szturmu, w następstwie którego około godz. 12.00 piechota polska dotarła do rynku w Zambrowie. Tam natarcie zostało zatrzymane zmasowanym ogniem artylerii i odwodowych oddziałów niemieckiej piechoty.
Bitwa o Zambrów zaczęła zamierać wieczorem 11 września. 18 DP, mimo ciężkiego wykrwawienia i krańcowego zmęczenia, otrzymała od dowódcy S.G.O. „Narew” gen. bryg. Czesława Młota-Fijałkowskiego rozkaz wymknięcia się z grożącego jej osaczenia, przedostania się za Bug i tam przejścia do obrony. Oddziały dywizji zdołały zwinąć ugrupowanie i utworzyć kolumny marszowe. O wyznaczonej godzinie rozpoczął się odwrót określonymi wcześniej trasami. Kolumny 18 dac, 18 pal i 71 pp, przechodzące około godziny 21.00 przez rejon Krajewo ćwikły–Krajewo Borowe, zostały ostrzelane ogniem nękającym ciężkiej artylerii oraz ogniem broni maszynowej nieprzyjacielskiego patrolu. Wśród wojsk powstało zamieszanie. 13 września 18 DP została całkowicie rozbita, natomiast Suwalska BK i Podlaska BK przerwały okrążenie i wycofały się na wschód.
Spotkanie głównych sił Armii „Łódź” z nieprzyjacielem nastąpiło 2 września. Szczególne nasilenie walk odnotowano na odcinku bronionym przez 30 DP. Pod osłoną ognia własnych dział piechota niemiecka z 18 i 19 DP rozpoczęła przeprawę przez Wartę. Mimo znacznej przewagi ogniowej po stronie przeciwnika artyleria polska przez kilka godzin uniemożliwiała Niemcom przeprawę przez rzekę. Dopiero wieczorem udało się Niemcom uchwycić, a następnie poszerzyć przyczółek na łuku Warty pod Działoszynem.
W pasie działania Armii „Kraków” we wrześniu 1939 roku odnaleźć możemy przykład przemyślnie zaplanowanych i przeprowadzonych działań obronnych, m.in. w rejonie Mikołowa, gdzie broniły się trzy bataliony 55 DP Rez. Do generalnego ataku na pozycje pod Pszczyną Niemcy przystąpili około godz. 11.00 2 września. Podczas gdy pozorowane natarcie 5 DPanc. na środkową część odcinka obronnego 6 DP gen. bryg. Bernarda Monda zostało zatrzymane przez 2 batalion 20 pp pod Starą Wsią, uderzenie głównych sił tej dywizji zostało wykonane na południe od Pszczyny. Około 150–200 czołgów nieprzyjaciela runęło na broniący pozycji 5 batalion 20 pp i zmiażdżyło go. Czołgi niemieckie wtargnęły w głąb i zaatakowały na wschód od Pszczyny artylerię 6 dywizji. Artylerzyści przyjęli nierówną walkę. Pojedynek kilkunastu dział z dziesiątkami czołgów zakończył się tragicznie. Artyleria dywizji faktycznie przestała istnieć, mimo to, w wyniku mężnego oporu artylerzystów, wiele niemieckich czołgów zostało spalonych i zniszczonych.
Po przemianowaniu Armii „Karpaty” na Armię „Małopolska” wchodząca w jej skład Grupa Operacyjna „Południowa” (była Grupa Operacyjna „Jasło”) pod dowództwem gen. bryg. Kazimierza Orlik-?ukoskiego 9 września koncentrowała się w rejonie Barycza i Dylągowej. 11 DP płk. Bronisława Prugara-Ketlinga ugrupowała się od rana tego dnia do obrony okrężnej w rejonie Barycza.
Po południu pokazały się od północy pojazdy pancerno-motorowe z 4 Dywizji Lekkiej gen. mjr. Alfreda von Hubicki. Jeden z niemieckich patroli wtargnął do Barycza, w sam środek ugrupowania dywizji. Ściągnięty na zagrożony odcinek przez kwatermistrza dywizji kpt. Aleksandra Jedziniaka działon z najbliższej 7 baterii 11 pal zdołał odrzucić nieprzyjaciela. Działon zniszczył ogniem na wprost dwa samochody pancerne i jeden lekki czołg, którego załogę wzięto do niewoli.
Zupełnie inaczej potoczyły się losy walczącej w składzie tej samej G.O. „Jasło” 24 DP. Zgodnie z decyzją dowódcy armii gen. Kazimierza Fabrycego z 7 września dywizja miała wycofywać się w kierunku Dębicy, Rzeszowa i Przemyśla, osłaniając główny szlak komunikacyjny na Lwów, który był osią działania wojsk XXII Korpusu gen. Ewalda von Kleista. 24 dywizja stoczyła już walkę z 4 Dywizją Lekką z tego korpusu i to niestety w sytuacji dla polskich dywizji najmniej korzystnej, mianowicie marszu. Podwładni von Hubickiego zadali polskim żołnierzom duże straty. Dowódca polskiej dywizji płk Bolesław Maria Krzyżanowski, obawiając się kolejnej konfrontacji, zmienił samowolnie kierunek odwrotu dywizji, kierując się na Frysztak i Strzyżów. Jednocześnie, uznając się za chorego, chciał przekazać dywizję zastępcy płk. Bolesławowi Schwarzenbergowi-Czernemu, ale nie otrzymał na to zgody dowódcy armii. Następnie płk Krzyżanowski, wespół z dowódcą 11 DP, nie wykonał kolejnego rozkazu dowódcy G.O. „Jasło” i zarządził odwrót dywizji znad Wisłoka. W ten mniej więcej sposób przedstawił sytuację w G.O. „Jasło” w swojej pracy T. Jurga. Inni autorzy prezentują nieco odmienny opis wydarzeń. Z kolei w sprawozdaniu z kampanii wrześniowej ppłk. Czesława Obtułowicza z 11 DP czytamy m.in.: „Dnia 9 IX 39 r. […] Przy przejściu m. Węgłówki natknąłem się na rozbitą i zdemoralizowaną 24 DP. Dowódca 24 DP płk Szwarcenberg [tak w oryginale – M.S.] Czerny w rozmowie ze mną przedstawił tragiczny stan dywizji i usterki Armii, która nakazywała wycofanie się 24 Dywizji o świcie w obliczu czołgów npl – które istotnie natarły i rozbiły dywizję”.Kto zatem ma rację, gdzie leży prawda?
Dowódca niemieckiej 10 armii ocenił 6 września, że wojska polskie rozpoczęły odwrót w kierunku Wisły. Zadecydował więc rozpocząć działania pościgowe, aby uniemożliwić Polakom przeprawienie się na prawy brzeg rzeki na odcinku Puławy–Góra Kalwaria. Niemcy zorganizowali trzy grupy pościgowe, z których lewa – XVI Korpus Pancerny – składała się z 1 i 4 Dywizji Pancernej. Dowódca XVI Korpusu Pancernego skierował natarcie 1 Dywizji Pancernej na Tomaszów Mazowiecki. Około południa 6 września 1 DPanc. zaczęła przegrupowywać większość sił z rejonu Piotrkowa Trybunalskiego na Wolbórz, przed front 13 DP płk. Władysława Kalińskiego, z północnego zgrupowania armii „Prusy”.
Dowódca Armii „Prusy”, gen. Stefan Dąb-Biernacki narzucił płk. Kalińskiemu własny pogląd na ugrupowanie dywizji do walki. Na prawym skrzydle ugrupował się 43 pułk piechoty ppłk. Franciszka Kubickiego. 45 pułk piechoty płk. Stanisława Hojnowskiego (początkowo bez 1 batalionu) przeszedł do obrony na zachód od Tomaszowa. Pułk obsadził pozycje przed zachodnim skrajem lasu od miejscowości Zawady do wzgórza 185. Ponieważ rubież ta nie zapewniała obrony przeciwpancernej, płk Hojnowski, w nocy z 5 na 6 września, cofnął przednią linię obrony na zachodni skraj lasu. W lesie Lubochnia, na północ od Tomaszowa, ześrodkował się w drugim rzucie dywizji 44 pułk piechoty (bez 1 batalionu) płk. Józefa Frączaka. Natomiast 1 batalion tego pułku, z baterią 13 pal, jako odwód dywizji, ugrupował się w obronie w lesie na północny wschód od miejscowości Ujazd. Rano 6 września, po wyładowaniu ze spóźnionych transportów kolejowych, przybyły w pas obrony 13 DP: 1 batalion 45 pp i 3 bateria 13 pal.
Natarcie Niemców poprzedziły działania rozpoznawcze w nocy z 5 na 6 września i 6 września rano. Tego dnia do południa 1 DPanc wykonała na lewoskrzydłowy 45 pp dwa silne ataki artyleryjskie. Pod przykryciem tego ognia na prawe skrzydło pułku natarł pododdział 20 czołgów. Polskie baterie armat, ogniem na wprost ze stanowisk ogniowych na skraju lasu, spaliły 5 czołgów, 3 uszkodziły, a pozostałe wozy pancerne wycofały się. Przez cały dzień w pasie obrony 13 DP nacierały niemieckie oddziały XVI KPanc, 4 i 1 Dywizja Pancerna, mimo uporczywej obrony pułków coraz głębiej wchodziły w ugrupowanie dywizji.
Główne siły 4 DPanc rozwijały natarcie na miejscowość Cekanów, w głąb pozycji 43 pp. Około 40 czołgów niemieckich wyszło od wschodu na Tobiasze, znajdujące się na tyłach głównej pozycji obrony. Kolejny oddział, około 60 czołgów, nacierał na ?azisko, Zaborów i osiągnął rejon Cekanowa. Osamotniona, decyzjami dowódcy Armii „Prusy”, w swych działaniach obronnych 13 DP wieczorem i w nocy z 6 na 7 września sposobiła się do odwrotu.
Jednym z ostatnich bastionów, który poddał się Niemcom we wrześniu 1939 roku, była twierdza Modlin. Bombardowania lotnicze twierdzy, jako ważnego strategicznie celu, trwały już od pierwszego dnia wojny. Walki w rejonie Modlina, na odcinku Zakroczym–Pomiechówek, ze słabymi zresztą oddziałami niemieckimi rozpoczęły się 10 września. Od tego dnia cały rejon dawnej twierdzy znalazł się pod ogniem artylerii niemieckiej. Natomiast działania bojowe, które w historiografii określane są jako obrona Modlina, rozpoczęły się 14 września. Tu warto przypomnieć nie wszystkim zapewne znany fakt, że obrona została zorganizowana na linii wewnętrznej dawnych, wybudowanych jeszcze przed 1886 rokiem fortów rosyjskich, które w większości były już w ruinie. Obecnie eksplorując okolice twierdzy należy pamiętać, że linia obrony z 1939 roku była de facto linią polową. Jedynie odcinek północny był silnie umocniony przed wybuchem wojny, głównie obiektami typu nowoczesnej fortyfikacji osłonowej i przeszkodami inżynieryjnymi. Właśnie 14 września zostało utworzone dowództwo obrony twierdzy, na czele którego stanął gen. Wiktor Thommée. Przypomnę jeszcze, że w skład załogi Modlina weszły: 2, 28 i 30 DP oraz pozostałości 8 DP, przy czym 21 pułk Sosabowskiego odszedł do Warszawy.
Takie przykłady, jak przedstawione powyżej – walki z pełnym poświęceniem, w całym okresie kampanii wrześniowej można by mnożyć.
Epilog kampanii, czyli okoliczności pójścia w niewolę i internowania.
Dnia 1 września 1939 roku na terytorium Polski wtargnęła armia niemiecka, a 17 września rozpoczęła agresję Armia Czerwona. Rządy Niemiec i Związku Sowieckiego nie wypowiedziały Polsce wojny. Dokonując napaści na Polskę Sowiety złamały cztery obowiązujące ich umowy międzynarodowe. Były to: traktat ryski z 1921 roku, protokół podpisany w 1929 roku przez Litwinowa o wyrzeczeniu się wojen jako środka rozwiązywania sporów, pakt o nieagresji z Polską z 1932 roku (przedłużony do końca 1945 roku) oraz konwencja londyńska z 1933 roku o definicji agresora. Jak podaje Norbert Honka, w latach 1933–1945 Niemcy złamały 25 traktatów i umów międzynarodowych, tymczasem Związek Sowiecki w okresie 1939–1945 pogwałcił aż 28 traktatów.
W wyniku kampanii wrześniowej różnie potoczyły się losy żołnierzy polskich. Według danych polskich do niewoli niemieckiej dostało się 420 tysięcy, z czego w obozach jenieckich znalazło się około 200 tysięcy żołnierzy. Źródła sowieckie podają, że Armia Czerwona wzięła do niewoli około 230 tysięcy polskich wojskowych, po czym liczba ta wzrosła do około 240 tysięcy, głównie na skutek aresztowań i dobrowolnego zgłaszania się żołnierzy do okupacyjnych władz sowieckich. Ostatnie wyniki badań wskazują, że po 20 września 1939 roku w obozach zarządzanych przez NKWD znalazło się ogółem 125 tysięcy osób, z których 42 tysiące zwolniono na tereny tzw. Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy, 42,5 tysiąca przekazano w ramach wymiany do Niemiec, a 25 tysięcy wysłano do obozów pracy.

Była jeszcze jedna grupa jeńców, o której w żaden sposób nie wolno zapomnieć. Są to żołnierze polscy, którzy bezpośrednio po wzięciu do niewoli zostali rozstrzelani lub których zamordowano w następstwie sfingowanych procesów przed sądami polowymi (niemieckim Sondergericht i sowieckim Osoboje Sowieszczanije). Miejscami zbrodni niemieckich były m.in.: Serock, Gdańsk, Bydgoszcz, Zambrów, Mszczonów, Poznań, Piaseczno, Śladów czy Uryczany. Sowieci mordowali m.in. w: Wilnie, Grodnie, Sopoćkiniach, Wołkowysku, Oszmianie, Mołodecznie, Nowogródku, Sarnach, Tarnopolu czy wreszcie podczas całodziennej rzezi w Rohatynie. Szacuje się, że Niemcy po wzięciu do niewoli, w różnym czasie i okolicznościach, rozstrzelali około 1000 jeńców Polaków, później zaś kilkuset, głównie Żydów, wydali gestapo i tym samym skazali na śmierć.
O ile na froncie polsko-niemieckim sprawa była oczywista, o tyle na froncie z Sowietami po rozpoczęciu działań przez Armię Czerwoną pojawił się dylemat. Niezależnie od dyrektywy Naczelnego Wodza marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego, nakazującej nie stawiać oporu wojskom sowieckim, część głównie młodszej i średniej kadry oficerskiej zdecydowana była podjąć walkę. Z tą postawą nie zgadzała się część generalicji i wyższych oficerów. Przyszłość pokazała, że ci, co podjęli walkę, zwiększali swoją szansę na ocalenie życia, chociażby poprzez wycofanie się na zachód i poddanie Wehrmachtowi. Szansa przeżycia wojny w niemieckich obozach jenieckich była nieporównywalnie większa, pod warunkiem stosowania się do obowiązujących tam przepisów i niepodejmowania prób ucieczek. Największe zagrożenie dla jeńców oficerów w obozach niemieckich stanowiły bombardowania przez lotnictwo alianckie. W ich wyniku m.in. 19 sierpnia 1944 roku w oflagu II D Gross Born (Borne Sulinowo) zginęło 13, a rannych zostało 26 jeńców. Z kolei 27 września 1944 roku w oflagu VI B Dössel śmierć poniosło 90 oficerów, a 230 zostało rannych. Ponownie obóz ten zbombardowano w marcu 1945 roku, wówczas zginęło 2 oficerów, a kilkunastu zostało rannych. Niemal wszyscy polscy generałowie i starsi oficerowie, którzy podjęli pertraktacje z Sowietami, ponieśli śmierć. Za przykład niech posłużą: gen. Mieczysław Smorawiński – dowódca Okręgu Korpusu Lublin, który zakazał stawiania oporu Armii Czerwonej, jeszcze zanim ukazała się dyrektywa Rydza- Śmigłego – jego zwłoki odnaleziono w lesie katyńskim; gen. Józef Olszyna-Wilczyński, dowódca Okręgu Korpusu Grodno, rozstrzelany pod Sopoćkiniami; gen. Leon Billewicz, dowódca garnizonu Dubno, osadzony w Starobielsku, a następnie rozstrzelany w Charkowie.
Z drugiej strony ppłk Marceli Kotarba, dowódca pułku KOP na Podolu, pierwszy podjął walkę z Sowietami, osłaniając kierunek wycofywania się rządu polskiego i naczelnego dowództwa, przedostał się później do Francji. Gen. Wilhelm Orlik-Rückerman, dowódca KOP, po trzynastu dniach walk z sowieckim najeźdźcą tuż przed frontem niemieckim rozwiązał swoje oddziały, a sam przedostał się do Warszawy, gdzie podjął walkę w ruchu oporu. Bohaterski gen. Franciszek Kleeberg, po wielu potyczkach z Armią Czerwoną i bitwie pod Kockiem, 5 października 1939 roku skapitulował wobec Niemców. Zmarł w 1941 roku śmiercią naturalną w oflagu. Natomiast dowódca obrony Lwowa gen. Władysław Langer 22 września 1939 roku poddał miasto Armii Czerwonej. Sam zdołał zbiec przez Rumunię do Francji, ale blisko 2 tysiące oficerów, jego podkomendnych, znalazło się w obozach sowieckich i w większości zostało zamordowanych.
Stosunkowo znaczna część żołnierzy wybrała, lub zmusiły ich do tego okoliczności, internowanie w krajach nadbałtyckich oraz na Węgrzech i w Rumunii. I tak do 2 listopada 1939 roku internowano w Rumunii około 24–25 tysięcy polskich oficerów i szeregowych. Według węgierskiego historyka Istvana Lagzi na Węgrzech internowano 45 225 wojskowych. W krajach nadbałtyckich internowano: na Litwie niewiele ponad 14 tysięcy żołnierzy, na ?otwie około 1570, w Estonii 1 oficera, w Szwecji ponad 170 marynarzy.
Ze względu na trudną sytuację operacyjną na Bałtyku i coraz gorszy stan polskich okrętów podwodnych dowódca floty 11 września 1939 roku wydał im rozkaz skierowania się do portów angielskich. W wypadku braku możliwości przedostania się na Morze Północne rozkaz nakazywał działać na Bałtyku, dopóki wystarczy zapasów, a później przebijać się do Szwecji. 17 września w godzinach rannych wpłynął na szwedzkie wody terytorialne ORP „Sęp”, którego stan nie pozwalał na dalszą walkę. Następnego dnia schronienia w Szwecji musiał szukać drugi okręt podwodny ORP „Ryś”. Kiedy po oględzinach w porcie Stawnes okazało się, że awaria jest dość poważna, dowódca okrętu zdecydował prosić o internowanie. Podobnie postąpiły załogi ORP „Żbik” i ścigacza Straży Granicznej „Batory” oraz grupa marynarzy-obrońców wybrzeża.
„Orzeł” wszedł
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
„Orzeł” wszedł do portu w Tallinie z powodu uszkodzeń i choroby dowódcy okrętu, nie w celu internowania, lecz dokonania niezbędnych napraw i pozostawienia na lądzie chorego. Na skutek nieporozumienia dotyczącego dozwolonego czasu pobytu „Orła” w porcie nastąpiło karne, trwające cztery dni internowanie.
Na początku drugiej dekady września 1939 roku były już dowódca ORP „Gryf” (okręt ten zatonął w wyniku bombardowań niemieckich w dniu 3 IX w porcie wojennym na Helu) komandor podporucznik Stanisław Hryniewiecki otrzymał zgodę dowódcy floty kontradmirała Józefa Unruga na podjęcie próby przedarcia się przez niemiecką blokadę polskiego wybrzeża w celu dotarcia do Polskiej Marynarki Wojennej w Wielkiej Brytanii. Po wypłynięciu z Babich Dołów kutrem rybackim nastąpiła zmiana planów i Hryniewiecki wraz z towarzyszącymi mu oficerami i marynarzami skierował się do łotewskiego portu Libawa, gdzie 14 września zostali internowani przez władze łotewskie.
Z dalekiego zaplecza frontu, które w miarę ofensywy niemieckiej stawało się bliższym, z terenów graniczących z Litwą, odeszła na front polsko-niemiecki większość jednostek liniowych, bataliony i szwadrony marszowe formowane w ośrodkach zapasowych, znaczna część oddziałów Korpusu Ochrony Pogranicza i inne. 17 września pierwsze uderzenia Armii Czerwonej na północy frontu, głównie zgrupowań pancernych i kawaleryjskich wspartych związkami piechoty, zostały skierowane na stojące na Wileńszczyźnie pułki KOP „Głębokie” i „Wilejka” oraz na pułk „Baranowicze”.
Na Wileńszczyźnie, nie mając możliwości przedostania się na przedmoście rumuńskie, a jednocześnie nie chcąc trafić do niewoli, zwarte oddziały, a częściej pododdziały, grupy bądź pojedynczy żołnierze udawali się w kierunku granicy z Litwą i Łotwą.
Już wieczorem 17 września pierwsi Polacy przekroczyli granicę łotewską. Tego dnia został przerwany ruch kolejowy między Polską (Turmonty) a Łotwą (Zemgale). Ta linia kolejowa stała się jak gdyby osią ruchu oddziałów polskich wycofujących się w celu przekroczenia granicy. Miało to krótki, lecz intensywny przebieg. Większość żołnierzy polskich została internowana między 18 a 20 września. Byli to przede wszystkim żołnierze KOP, batalionów Obrony Narodowej i innych mniejszych jednostek.
Szybko zmieniająca się sytuacja militarna na Wileńszczyźnie i postępy armii sowieckiej spowodowały, że jako jedni z pierwszych zmuszeni zostali do internowania się na Łotwie polscy lotnicy i obsługa techniczna stacjonujących tu samolotów. Już 17 września wystartowały z lotniska w Lidzie 54 polskie samoloty, które obrały kurs na Łotwę.
Dnia 21 września dowódca łotewskiej Dywizji Zemgalskiej meldował swojemu dowódcy armii, że w tymczasowym obozie w Dyneburgu przebywa 1810 osób, w tym 338 cywili.
Pierwsi żołnierze przekroczyli granicę polsko-litewską 18 września około godz. 12.00 pod miejscowością Jewie. Główne przejścia graniczne były wówczas jeszcze zamknięte. Otwarto je następnego dnia rano. Mimo że granicę polsko-litewską przekraczano w zasadzie na całej długości, to większość internowań odbyła się w następujących miejscowościach: na szosie grodzieńskiej, w Kopciowie, Kodziach, Ucianie, Jewiu, Sketerach, Porach i Zawiasach.
Znad granicy internowani kierowani byli do obozów rozmieszczonych na terytorium całej Litwy. Całością przedsięwzięcia ze strony rządu litewskiego kierowało Ministerstwo Ochrony Kraju.
W trudnej sytuacji militarnej, na mocy rozkazu Naczelnego Wodza, w nocy z 17 na 18 września 1939 roku skoncentrowane na przedmościu rumuńskim jednostki polskie zaczęły przekraczać granice z Rumunią i Węgrami. Deklarując pod naciskiem Niemiec swoją neutralność, Rumunia już 15 września wyraziła gotowość internowania polskich żołnierzy.
Oddziały polskie przekraczały granicę głównie w Kutach, przez most na Czeremoszu, skąd kierowano je na Czerniowce. Inne miejscowości, gdzie dokonywano internowania, to Zaleszczyki i Śniatyń. Pierwsza, największa fala przekroczyła granicę 18 września. Przez następne trzy dni mniejsze grupy żołnierzy przechodziły na stronę rumuńską, aż do chwili nawiązania styczności z sowieckimi czołówkami pancernymi.
Podczas aktu internowania Rumuni odbierali żołnierzom jedynie broń, natomiast oficerom w zasadzie pozwalano zachować broń boczną. Z przygranicznej Bukowiny internowanych kierowano na południe kraju.
Podjęta 17 września w Kołomyi decyzja Naczelnego Wodza zwalniająca stronę rumuńską z obowiązków wynikających ze wzajemnych układów politycznych i wojskowych stworzyła sytuację szczególną. Wobec deklaracji Rumunii o neutralności z 6 września nie zapewniała tego, na co liczono najbardziej, mianowicie wolnego przejazdu w drodze do Francji.
Wśród internowanych najliczniejszą grupę stanowili lotnicy w liczbie 9276. Spośród wojsk lądowych znaczny odsetek stanowiły wojska łączności i niestety żandarmerii, która wówczas była szczególnie potrzebna na obszarach przyfrontowych. Ponadto ewakuowały się m.in. służby z DOK: Kraków, Przemyśl i Lwów, a przede wszystkim zaś Sztab Główny.
Po napaści Sowietów na Polskę coraz więcej wojsk zaczęło spływać w kierunku granicy węgierskiej, aby tam internować się, licząc m.in. na starą przyjaźń polsko-węgierską. Na Węgry przeszły m.in.: Brygada Kawalerii Pancernej płk. Stanisława Maczka, większość brygady górskiej, także sztaby DOK z: Poznania, Warszawy, Krakowa i częściowo z Przemyśla, oraz szereg innych jednostek, ośrodków zapasowych i często pojedynczych żołnierzy. Od 18 do 28 września 1939 roku, w ciągu zaledwie kilkunastu dni, na terytorium Węgier znalazło się kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy polskich, którzy w ten właśnie sposób kończyli swój udział w kampanii wrześniowej. Wszyscy oni zostali internowani i osadzeni w obozach.
Próba bilansu
Godnie, z honorem, wielkim poświęceniem i odwagą walczyły w większości we wrześniu 1939 roku jednostki wojska polskiego, ze swoimi dowódcami na czele, na wszystkich frontach obrony Polski. Walczyły tak, jak wykształceni byli ku temu ich dowódcy, jak wyszkoleni byli żołnierze i pododdziały, na ile starczyło sprzętu, wyposażenia i amunicji. W większości żołnierze polscy we wrześniu 1939 roku wykonali swoje zadania jak tylko mogli i potrafili najlepiej. W wielu przypadkach podejmowali czyny daleko wykraczające poza zakres ich obowiązków i kompetencji. Były też przypadki mniej chlubne.
Polska myśl wojskowa, która rozwinęła się w okresie międzywojennym, w niewielkim tylko stopniu wpłynęła na praktykę w kampanii wrześniowej. Pamiętamy książkę Władysława Sikorskiego pt. Przyszła wojna. Przyczyną był faktyczny stan armii i możliwości ekonomiczne państwa, które w zasadzie uniemożliwiały wprowadzenie radykalnych zmian przez najbliższe kilkanaście lat. Praktykę oparto przede wszystkim na francuskich doświadczeniach z pierwszej wojny światowej. To właśnie one kazały forsować przed i w czasie działań wojennych z Niemcami pewne, jak się okazało w praktyce, zupełnie nieprzydatne już sposoby prowadzenia działań bojowych.
System dowodzenia
Na sposób walk Wojska Polskiego we wrześniu 1939 roku istotny wpływ wywarł również wprowadzony po 1928 roku jednoosobowy system dowodzenia, w którym sztaby zostały sprowadzone do roli pomocników dowódcy ogólnowojskowego w zakresie wykonawczym zagadnień rozkazodawstwa. Co prawda tuż przed wybuchem wojny zaczęto odchodzić od tego modelu, jednak generalnie rola oficerów sztabowych, odpowiedzialnych za rodzaje wojsk i służby, kończyła się na etapie planowania przed rozpoczęciem działań bojowych.
Być może mało się u nas na ten temat mówi i pisze, ale co najmniej do 1936 roku oficerowie sztabowi byli w wojsku polskim w pewnym sensie dyskryminowani. Służba w sztabach na stanowiskach dla oficerów dyplomowanych nie upoważniała do awansów. O takowe można było ubiegać się na stanowiskach w linii, pełniąc funkcję dowódcy. W tym kontekście staje się jasne, dlaczego szef Sztabu Głównego miał stopień generała brygady, a nie generała broni, szefowie sztabów armii byli co najwyżej pułkownikami, a w grupach operacyjnych i dywizjach szefowie sztabów byli w stopniach podpułkowników lub majorów.
W takiej sytuacji, jeżeli na przykład mówimy o błędach w dowodzeniu Armią „?ódź”, to trudno wskazać bezpośredniego winnego. Czy był nim dowódca armii gen. Juliusz Rómmel, czy szef sztabu armii płk dypl. Aleksander Pragłowski? Mimo że w swoich wspomnieniach Pragłowski twierdzi, że „istniała spółka operacyjna Rómmel–Pragłowski”, to zaraz przyznaje, że nigdy nie był z dowódcą armii na odprawach u Naczelnego Wodza.
We wrześniu 1939 roku najważniejsze decyzje strategiczno-operacyjne na szczeblu Naczelnego Wodza zapadały w małym trzyosobowym gronie: marszałek Edward Rydz-Śmigły, szef Sztabu Głównego gen. Wacław Stachiewicz i jego zastępca płk Józef Jaklicz. Generalnie obowiązywał jednoosobowy system dowodzenia, w którym sztaby zostały sprowadzone do roli pomocników w zakresie wykonawczym zagadnień rozkazodawstwa. Jak wykazała kampania wrześniowa, część oficerów sztabów armii, dywizji i brygad w toku walk wykorzystana została przez dowódców ogólnowojskowych do zadań zupełnie nie związanych z działaniem wojsk, za które w tych sztabach byli odpowiedzialni.
Działania manewrowe
Już wojna polsko-bolszewicka była wojną manewrową. Przecież według większości historyków i teoretyków wojskowych niczym perła w koronie lśni manewr znad Wieprza jako podstawa polskiego sukcesu w tej wojnie.
Wobec braku sprzętu mechanicznego, samochodów, transporterów i czołgów manewrowość naszego wojska we wrześniu 1939 roku zapewnić miały brygady kawalerii. Ten mit trwał przez cały okres dwudziestolecia międzywojennego, skutecznie podtrzymywany nie tylko przez kawalerzystów, ale znaczną część kadry dowódczej, dla której koń był swoistym symbolem wojska.
Tymczasem przed wybuchem wojny nie zdawano sobie do końca sprawy ze znikomej już użyteczności kawalerii. Pomijam jej nikłą wartość bojową. Przypomnę tylko, że brygada kawalerii praktycznie nie odbiegała wartością od wzmocnionego pułku piechoty (wzmocniony dywizjonem artylerii i elementami rozpoznania oraz pododdziałami służb w sile nie przekraczającej kompanii). Manewrowość brygad kawalerii była ograniczona wydolnością koni, których hodowlę w dwudziestoleciu międzywojennym ukierunkowano na poszukiwanie zwierząt o pięknej sylwetce, wręcz gracji, szybkich i skocznych, jako że sławę kawalerii przynosiły licznie organizowane zawody hippiczne, pokazy i defilady. Natomiast mniejszą uwagę zwracano na ich predyspozycje do długotrwałych wysiłków, a już w żadnym wypadku nie ćwiczono znoszenia przez zwierzęta niewygód. Moim zdaniem jak najbardziej słusznie surowo karano żołnierzy, szczególnie luzaków, za zaniedbania w opiece i niewłaściwy stosunek do zwierząt. Ale ta opiekuńczość nie wyrabiała u koni odporności. W efekcie polska kawaleria we wrześniu nie była w stanie wyprzedzić piechoty w długotrwałych marszach, a będąc doskonałym celem dla nieprzyjacielskiego lotnictwa, broni pancernej i maszynowej, w wielu przypadkach marsze swoje i innych jeszcze opóźniała, tarasując drogi i ich pobocza.
Najwięcej kłopotów zarówno na polu walki, jak i w czasie przegrupowania pododdziałów sprawiała trakcja konna. Do zamierzonych działań manewrowych kampanii wrześniowej, długich marszów i przegrupowań armia polska była zupełnie nie przygotowana. Dla przykładu marszowa kolumna batalionu składała się z kolumn kompanii piechoty, za którymi posuwał się przeszło na 3 km długi wąż taborów, na które składały się wozy z wyposażeniem i amunicją kompanii, wozy żywnościowe, dalej wozy dowództwa batalionu, wreszcie wozy bagażowe i batalionowa kolumna amunicyjna. Długie, liczące po kilka kilometrów, kolumny amunicyjne pułków i batalionów w wielu wypadkach składały się ze zmobilizowanych chłopskich wózków jednokonnych, co czyniło je jeszcze dłuższymi. Ponadto te chłopskie wózki często psuły się, rozlatywały, tym bardziej tarasując drogi marszu. Taką kolumną w marszach odwrotowych, przy zatłoczeniu dróg i braku regulacji ruchu, trudno było dowodzić, utrzymać jej zwartość. Z reguły podczas każdego przemarszu część kolumny odstawała, gubiła drogę, błądziła i dopiero po pewnym czasie docierała do macierzystych oddziałów lub była bezpowrotnie utracona.
Przypomnę, że jedynie takie nocne marsze pozwalały mało ruchliwym polskim oddziałom odskoczyć od nieprzyjaciela, dokonać reorganizacji wojska i zająć kolejne rubieże obronne. Noce sprzyjały marszom, albowiem wojsko nie było wówczas atakowane przez lotnictwo niemieckie.
Działania obronne
Organizacja przez polskie dywizje działań obronnych i ich ogniowe zabezpieczenie ograniczone były obowiązującymi przepisami i regulaminami, a przede wszystkim stanem ilościowym własnej artylerii. Wprowadzany w życie od 1939 roku nowy regulamin działań taktycznych przewidywał organizację obrony dywizji w pasie o szerokości 7 km. W takim ugrupowaniu dywizja mogła mieć około 10 dział do ognia pośredniego i 5 do strzelania na wprost na 1 km frontu.
Niemiecka dywizja piechoty organizowała natarcie w pasie szerokości 3 km. Mogła ona środkami organicznymi osiągnąć nasycenie 42 dział i moździerzy do ognia pośredniego i 18 dział ppanc. na 1 km frontu. Ogniowa siła niemieckich dywizji pierwszorzutowych poważnie wzrastała, kiedy oddziaływały na jej korzyść liczne oddziały przydzielane szczególnie artylerii korpuśnej i armijnej oraz lotnictwa.
Bitwa graniczna i działania do 5 września spowodowały, że strona polska poniosła poważne nieodwracalne straty, które tylko powiększyły początkową niekorzystną dysproporcję sił. Zwraca uwagę fakt, że na przykład straty artylerii strzelającej z zakrytych stanowisk ogniowych były większe niż artylerii przeciwpancernej, walczącej z reguły na pierwszej linii obrony. Ten stan rzeczy może mieć swoje uzasadnienie z jednej strony w fakcie, że stanowiska artylerii do ognia pośredniego stanowiły jedne z podstawowych celów dla lotnictwa niemieckiego w pierwszej fazie działań, z drugiej zaś w lepszym wyposażeniu, wyszkoleniu i przygotowaniu pododdziałów przeciwpancernych do walki z niemieckimi czołgami. W ciągu kolejnych dni, do 9 września, za niezdolne do walki uznano dalsze około 250 dział do ognia pośredniego oraz 100 dział ppanc. W tym momencie straty w artylerii polskiej sięgnęły już około 25% stanu wyjściowego z 1 września 1939 r., przy czym były to straty dotyczące całkowicie rozbitych pododdziałów (baterii). Strat tych baterii i dywizjonów, które zachowały swoją strukturę organizacyjną i mimo niepełnych stanów mogły działać dalej, nie uwzględniono. Do 17 września Niemcy doprowadzili do sytuacji, kiedy posiadali już czterokrotną przewagę w artylerii do ognia pośredniego i ponadośmiokrotną w artylerii przeciwpancernej, przy absolutnym panowaniu w powietrzu.
Kampania wrześniowa potwierdziła, że jedynie bezpośredni ogień artylerii jest skuteczny przeciwko broni pancernej. Podejmowane przez polskie dywizje próby koncentracji ognia artyleryjskiego z zakrytych stanowisk ogniowych, w celu powstrzymania natarcia niemieckich czołgów, kończyły się z reguły niepowodzeniem. Artyleria przeciwpancerna była w zasadzie od początku używana w ugrupowaniach piechoty, rozczłonkowana, bez zbytnich możliwości manewru sprzętem. Polskie działa przeciwpancerne spowodowały znaczne straty w niemieckich jednostkach pancernych, zmechanizowanych i w sprzęcie samochodowym. Skuteczność polskich umocnień i fortyfikacji znacznie wzrastała wówczas, kiedy posiadały one właśnie artylerię przeciwpancerną. Jednak umocnienia i fortyfikacje nie były w stanie zmienić losów kampanii. Natomiast polski wrzesień przyniósł w zakresie organizacji walki przeciwpancernej doświadczenia w postaci skutecznej, chociaż ograniczonej w czasie, tzw. obrony „na jeża”, stosowanej później m.in. w kampanii francuskiej i libijskiej.
Wrzesień 1939 roku wykazał, że Wojsko Polskie było nieprzygotowane do prowadzenia obrony przeciwpancernej i bezbronne pod względem obrony przeciwlotniczej. Mjr Stanisław Ihnatowicz tak pisał w lutym 1940 roku w Paryżu na temat przygotowania 7 DP, walczącej na przedpolach Częstochowy, do obrony przeciwlotniczej i chemicznej: „Nierealne opracowanie O.P.L.G. [obrony przeciwlotniczej i gazowej – M.S.] W rzeczywistości nie było potrzebnego personelu do takich organów O.P.L.G. jak drużyny ratowniczo-sanitarne, odkażające, posterunki obserwacyjno-alarmowe. Przyczyna – brak nacisku na tę dziedzinę wyszkolenia. Przeszkolonych p-gaz było zaledwie kilku na cały pułk. W rozpoznawaniu sylwetek samolotów nie byli szkoleni ani szeregowi ani też oficer. Nie było w użyciu bieżącym aktualnych sylwetek samolotów (dopiero bezpośrednio przed wojną można było sprowadzić). […] Wojsko praktycznie nie było przygotowane do walki z bronią panc. i oddziałami zmotoryzowanymi – zarówno kontyngent, jak i kadra. W ciągu ostatnich 4–5 lat 7 DP miała tylko dwa ćwiczenia (kilkudniowe) z udziałem broni panc., a znaczna ilość szeregowych widziała pierwszy raz w życiu czołgi dopiero na wojnie”.
W praktyce czynna obrona przeciwlotnicza oparta była na będącym na wyposażeniu lekkim karabinie maszynowym o małym zasięgu (do 900 m). Jego skuteczność przy długich kolumnach wojsk oraz znacznym rozczłonkowaniu w ugrupowaniu bojowym była minimalna. Oczywiste wnioski w tych kwestiach znalazły swój wyraz jeszcze podczas wrześniowych działań, przede wszystkim podczas obrony Warszawy. Później te doświadczenia zostały wykorzystane w kampanii francuskiej 1940 roku. Natomiast we wrześniu 1939 roku odnotować należy w polskich oddziałach pierwsze dość powszechne próby stosowania biernej obrony przeciwlotniczej, przede wszystkim w postaci starań, aby przestrzegać zasad maskowania podczas marszów i zmian ugrupowań bojowych.
Na zapleczu walczących wojsk
Wszelkie marsze stanowiły przysłowiową piętę achillesową kampanii. Czy nie można było temu zaradzić? Odpowiedź jest oczywista, można było. Jako przykład niech posłużą wydarzenia w nocy z 7 na 8 września pod Wyszkowem. Pamiętamy wcześniejszy fragment relacji gen. Krzischa i losy trzech dywizji (1 DP, 33 DP i 41 DP). W bezładnym wycofywaniu się, by nie rzec ucieczce, znalazła się tam owej nocy masa wojska, głównie z Armii „Modlin” i SGO „Narew”, ściągająca tu prawie w panice z różnych przyczyn i z nie zawsze jasnymi celami. Drogi dojazdowe do miasta były zapchane. Zdążające na przeprawę mostową najprzeróżniejsze kolumny wojskowe wzajemnie przecinały sobie drogi marszu, gubiły części swoich kolumn, powstawała napięta atmosfera, którą dodatkowo potęgował widok palącego się Wyszkowa, a w zasadzie już jego zgliszcz. I wówczas zjawił się tam gen. Wincenty Kowalski, dowódca 1 DP i SGO „Narew”. Ogromnym wysiłkiem osobistym i oficerów swojego sztabu opanował koszmarną sytuację. Spowodował opróżnienie dróg dojazdu, wprowadził na moście drogowym przechodzenie wojsk w dwóch równoległych kolumnach. Przy okazji zbierał rozbite pododdziały, a również i co większe zwarte jednostki, i odsyłał je do miejsc zbiórek. W ciągu nocy przez most potrafiono przeprowadzić m.in. większość Mazowieckiej BK, 33 i 41 DP oraz część jednostek 1 DP. Zorganizował też Kowalski obronę przeciwlotniczą mostu i dzięki temu przemarsz mógł odbywać się również w ciągu następnego dnia. Kiedy wieczorem przeszły przez most oddziały osłonowe, przepuszczono również samorzutnie ewakuującą się ludność cywilną, a następnie most wysadzono przed zbliżającym się nieprzyjacielem. Tym samym gen. Kowalski pokazał, że można było odpowiednio zabezpieczyć i pokierować ruchem na drogach podczas kampanii.
Musiał zatem osobiście dowódca dywizji, ba – nawet grupy operacyjnej czynić to, co należało i należy do wyspecjalizowanych służb w wojsku. Jeżeli mówimy o kierunkach badań nad kampanią wrześniową, to jednym z zasadniczych jest problem roli, zadań i udziału w niej żandarmerii wojskowej i służb porządkowo-ochronnych i regulacji ruchu. Wydaje się, że nie tłumy uchodźców cywilnych, nie naloty niemieckiego lotnictwa, wreszcie nie możliwości transportowe i manewrowe polskich wojsk, lecz właśnie brak właściwego zabezpieczenia porządku na tyłach walczącego wojska był przyczyną takiego stanu, jaki mieliśmy. Podczas tej samej kampanii zupełnie inna sytuacja panowała po drugiej stronie frontu. Ale wojska niemieckie miały doskonale zorganizowany system ochrony i regulacji wojsk. Wzmiankowany problem dotyczy także ówczesnych zadań i obowiązków na wypadek wojny oraz ich realizacji przez policję, straż pożarną i inne służby oraz przez cały system administracji państwowej od szczebla podstawowego do centralnego.
W tym miejscu można również postawić pytanie, jak wywiązała się ze swoich zadań administracja? Wśród przechowywanych w Londynie sprawozdań jest m.in. relacja ppor. Mariana Krzyżaniaka, który w sierpniu 1939 roku został przeniesiony z referatu bezpieczeństwa w Gostyniu na stanowisko zastępcy starosty powiatowego w Żninie. Ponieważ referent mobilizacyjny w tym powiecie chorował, Krzyżaniak przejął jego obowiązki. Jego uwagi do pracy w warunkach wojennych administracji szczebla powiatowego są następujące:„Trudność wywołała ewakuacja urzędów. Zgodnie z zarządzeniami Wydziału Wojskowego Urzędu Wojewódzkiego przewidywano ewakuację w dwu rzutach, częściowo koleją, częściowo kołowo podwodami. Tymczasem ewakuacja kolejowa okazała się niemożliwa, gdyż wskutek bombardowań kolej nie mogła podstawić wagonów. [...] Dnia 4 września pod wieczór na polecenie d-cy 26 DP nastąpiła ewakuacja władz i urzędów rzutu II (całkowita). Wojska dywizji w ciągu nocy miały zająć linię obronną przechodzącą środkiem powiatu.
Nasuwa się uwaga, że taka automatyczna ewakuacja wszystkich władz ma wiele ujemnych stron. Przede wszystkim z powiatu odchodzi cała policja, co powoduje chwilowy okres braku władzy bezpieczeństwa. Jeśli wojsko wkracza niezwłocznie i posiada dostateczną ilość żandarmerii, nie powstają specjalne trudności. Jeśli jednak wejście wojska się opóźni, jeśli żandarmerii jest mało, wreszcie jeśli wojsko nie obsadza całego powiatu w głąb, to na tyłach tego wojska powstaje niebezpieczna pustka władz, w której mogą grasować elementy przestępcze i dywersanci. Wydaje się mnie, że co najmniej policja winna się ewakuować dopiero po zdaniu swych funkcji żandarmerii, podlegając od ewakuacji II rzutu d-cy wojskowemu. Tak samo należałoby organizować ewakuację części Starostwa”.
Z problematykąpracy tyłów, z zagadnieniami zabezpieczenia walczących wojsk operacyjnych wiąże się kolejny problem, stanowiący jedną z ciemniejszych stron tej wojny. Mianowicie chodzi o grzebanie poległych. Walczące odziały nie zawsze mogły i miały czas dokonać pochówku swoich kolegów, współtowarzyszy walki. Zaduch rozkładających się trupów ludzkich i koni napełniał powietrze przez całą kampanię wrześniową. Na poparcie tych słów przytoczę fakt, że Niemcy po kapitulacji twierdzy modlińskiej zastali tam około 2 tysiące nie pogrzebanych ciał polskich żołnierzy. Rodzi się więc pytanie, jak działały odpowiedzialne za tę sferę wojny służby i administracja cywilna? Zapewne Czytelnicy doskonale wiedzą, jak pod tym względem przygotowany był 2 Korpus Polski przed bitwą pod Monte Cassino, ile trumien kazał przygotować gen. Władysław Anders, zanim dał rozkaz do natarcia
Morale wojsk, dezercje i dywersja
Sprawą wymagającą szczegółowej analizy i wielostronnej oceny sytuacji i okoliczności, jakie im towarzyszyły, są przypadki mniej lub bardziej świadomej czy niezamierzonej paniki, do jakiej dochodziło w toku kampanii wrześniowej w oddziałach walczących wojsk. Odnotowano tego rodzaju ekscesy m.in. we wspomnianej już 8 DP. W tym przypadku najczęściej sugerowano, że były to skutki zmęczenia oddziałów nocnymi marszami. W 8 DP jej pułki do 5 września miały za sobą od 6 do 9 marszów nocnych, co rzeczywiście mogło już powodować zmęczenie fizyczne i wyczerpanie psychiczne. Niektórzy analitycy kampanii wrześniowej sugerują jednak, że przyczyn wydarzeń w nocy z 4 na 5 września należy szukać w dywersji, o którą posądza się przede wszystkim rezerwistów Niemców, powołanych do 32 pp. Jeszcze przed I wojną światową Prusacy celowo osiedlali niemieckie rodziny na przedpolu twierdzy modlińskiej, szczególnie na kierunku granicy z Prusami. Ten fakt potwierdza m.in. w swojej relacji por. Antoni Kuligowski.
Być może pewne światło na to, co napisane powyżej, rzuca fragment relacji dotyczący dnia 7 września, którą sporządził kpt. Wasicki z 32 pp: „Około g. 2-ej wymijały nas 4 samochody ciężarowe załadowane ludźmi, ubranymi w drelichowe kombinezony koloru khaki i czarne berety. Zatrzymałem ich. Porucznik jadący w pierwszym samochodzie okazał mi rozkaz ewakuacyjny wystawiony dla Biura Cenzury z Poznania i podpisany przez szefa sztabu O.K. VII. Rozkaz ten był ostemplowany pieczęcią okrągłą O.K. XII, ale taką, jakiej używa się do laku. Zapytany porucznik wyjaśnił, że pieczęć do tuszu była już zapakowana. To objaśnienie wówczas mnie zadowoliło. Dzisiaj o tem myślę inaczej”.
W toku kampanii żołnierze polscy spotykali się wielokrotnie z aktami dywersji, może nie na taką skalę jak w Bydgoszczy, ale niemiecka V kolumna była podczas kampanii wrześniowej bardzo aktywna. Kpt. Emil Jabłoński z jednostki saperów twierdzi, że podczas obrony Warszawy działało wielu niemieckich dywersantów poprzebieranych w polskie mundury. Mjr Stefan Hernik z dowództwa obrony Warszawy pisze w swojej relacji: „Działalność dywersyjna była b. silna i śmiała. Podawano sygnały świetlne z poddasza wysokości kamienic – meldunek dcy 41 dal., strzelano z dachu o zmroku, rzucano wielkimi kamieniami z góry i przecinano kabel połączeń telef. – meldunek dcy 1/29 pal. Na ulicach Pragi strzelano w biały dzień do przechodzących lub przejeżdżających oficerów, czego doświadczyłem na sobie w czasie inspekcji stanowisk, a o czym najlepiej świadczy śmierć kpt. Strzeleckiego”.
O zwartości i morale wojska decydowało wiele czynników. Oto jak przedstawia ten problem cytowany już ppłk Czesław Obtułowicz, dowódca 11 pułku artylerii lekkiej stacjonującego w czasie pokoju w Stanisławowie i częściowo w Kołomyi: „Wcielenie starszych roczników [rezerwy – M.S.] do oddziałów jak się okazało w działaniach wojennych niekorzystnie odbiło się na morale pododdziałów. Żołnierze tych roczników przeważnie nie opanowani nerwowo (ślady wojny światowej) wznosili w bateriach lęk i demoralizację. (Krytykę przełożonych).
Mniejszość narodowa: przeszło 30% Ukraińców oraz kilka procent Żydów.
Ukraińcy początkowo zachowywali się poprawnie, jednak po kilku dniach walk odwrotowych przejawili niechęć i bierny opór. Po przekroczeniu Sanu nastąpiła dezercja i wyraźna dywersja (przecinanie połączeń telef.), a po wejściu w lasy ‘Szkło’ i ‘Janów’ zorganizowano masową dezercję / w nocy na postoju dn. 13–14 [września – M.S.] wszyscy jezdni artyl. i woźnice taborowi zbiegli, powodując osłabienie linii ogniowej, gdyż trzeba było uzupełnić jezdnych kanonierami z obsługi [dział – M.S.] i telefonistami”.
Natomiast trudno uznać za wiążącą w odniesieniu do całego wojska opinię wyrażoną przez cytowanego już mjr. Ihnatowicza, który napisał w swoim sprawozdaniu: „Żołnierz wykazał słabą odporność psychiczną. O ile na początku duch był dobry i w okopach żołnierz trzymał się bardzo dobrze, o tyle po pierwszym niepowodzeniu nastrój się załamał i w otwartym polu wojsko nie wytrzymywało nawet bardzo słabego ognia. Odnosi się to w znacznej mierze i do większości kadry zawodowej, która nie brała udziału w poprzednich wojnach”.
Reorganizacja wojska, zapoczątkowana zaledwie kilka miesięcy przed wybuchem wojny, nie mogła zaowocować sukcesami w kampanii wrześniowej 1939 roku. Za późno bowiem było na to, aby nowe koncepcje i sposoby dowodzenia oraz wiele słusznych i dalekowzrocznych przedsięwzięć organizacyjnych, podjętych w wojsku II Rzeczypospolitej, mogło natychmiast naprawić niedociągnięcia i braki. Wynikały one, co trzeba szczególnie podkreślić, bynajmniej nie z winy dowódców kolejnych szczebli. Zasadniczą przyczyną były ograniczenia ekonomiczne młodego, odradzającego się państwa. Musimy zawsze pamiętać, że okres odradzania się państwa polskiego do chwili wybuchu wojny z Niemcami, także okres odradzania się wojska trwał zaledwie dwadzieścia lat. Mimo trudnej sytuacji ekonomicznej, mimo konieczności budowy armii od podstaw, mimo wojen o granice, szczególnie wojny z bolszewikami, mimo wielkiego kryzysu ekonomicznego, który objął cały niemalże świat i nie pozostał bez wpływu również na sytuację ekonomiczną Polski, we wrześniu byliśmy w stanie wystawić armię, która potrafiła przeciwstawić się niemieckiej nawale.
Wyszkolenie taktyczne, sprzęt i wyposażenie oraz organizacja wojska były niedostateczne w stosunku do wymogów, jakie postawili Niemcy w toku walk. Wojsko polskie nie było w stanie odpowiednio przeciwstawić się jednostkom niemieckim, zwłaszcza że te ostatnie rozpoczęły wojnę działając w myśl nowoczesnych zasad taktyki i sztuki operacyjnej, która wywarła znaczące piętno na sposobach prowadzenia wojny przez główne państwa biorące udział w drugiej wojnie światowej.
Przede wszystkim przed rozpoczęciem kampanii Niemcom udało się osiągnąć niezbędną przewagę sił i środków gwarantującą powodzenie w działaniach zaczepnych. Ponadto strona polska zrobiła zbyt mało, aby ten niekorzystny stan rzeczy zmienić. Na przykład w bitwie granicznej Polacy wykorzystali zaledwie około 100 dział artylerii ciężkiej i około 60% artylerii dywizyjnej. Inicjatywa w kampanii, poza drobnymi epizodami i krótkim okresem polskiej aktywności nad Bzurą, należała do Niemców. Przewaga ilościowa i jakościowa przeciwnika przyczyniła się do tego, że strona polska pozbawiona została w zasadzie możliwości prowadzenia działań zaczepnych.
Decydujący wpływ na przebieg kampanii miała przewaga niemieckiego lotnictwa, które jako jedno z podstawowych zadań bojowych miało przeprowadzać bombardowania ważnych celów na bezpośrednim zapleczu frontu, głównie węzłów komunikacyjnych oraz kolumn wojskowych.
Na efektywność oddziaływania wojsk polskich negatywny wpływ miał brak dostatecznej liczby bezprzewodowych środków łączności. Natomiast sprzęt przewodowy zawiódł, albowiem linie telefoniczne szybko ulegały zniszczeniu pod ogniem artylerii nieprzyjaciela lub utracie w czasie nagłych, z reguły wymuszonych, zmian w ugrupowaniu bojowym. Natomiast posługiwanie się radiem było początkowo ze względów ochrony tajemnicy zakazane. Zresztą radiostacje nie wytrzymywały trudów wojny. Natomiast dobra łączność, głównie radiowa, pozwalała niemieckim dowódcom natychmiast reagować ogniem na sytuację pola walki.
I jeszcze jedno. Mam prawo podejrzewać, że biorący udział w kampanii wrześniowej żołnierze łączności-telefoniści, a przynajmniej znaczna ich część, nie posiadali broni, bo nie przewidywały tego ówczesne etaty. Taki stan rzeczy ujemnie wpływał na ich samopoczucie, na tzw. ducha bojowego. Przecież nawiązywali oni łączność w szczególnie trudnych warunkach, idąc samotnie (patrolami) z dala od pododdziałów przez lasy i inne niebezpieczne okolice, narażeni na spotkanie z patrolami nieprzyjaciela lub dywersantami, nie mieli czym bronić siebie i stawianej linii. Z tego, co wiem, jedynie w części oddziałów dowódcy nakazali wydać telefonistom broń z nadwyżek, a później nawet zdobyczną, jeśli takowa była.
Dobrze zaplanowany system zaopatrzenia w amunicję sprawił, że wojska generalnie nie odczuwały braków w zaopatrzeniu w tym zakresie. Oczywiście można mnożyć przykłady, kiedy tej amunicji brakowało, jednak wynikało to przede wszystkim ze strat spowodowanych działaniami bojowymi, szczególnie bombardowaniami kolumn amunicyjnych przez lotnictwo nieprzyjaciela w trakcie marszów i w rejonach ześrodkowań. Natomiast po kampanii w magazynach i składach wojskowych zostało jeszcze dużo wszelkiego rodzaju sprzętu, wyposażenia i materiałów wojennych i wojskowych.
Nie sprawdziły się w kampanii wrześniowej tradycje, idea i doktryna działań wojennych, które tkwiły w świadomości i w myśl których byli kształceni wyżsi dowódcy wojska II RP
Warunki i sposoby prowadzenia wojny, w jakich przyszło dowodzić Wojskiem Polskim we wrześniu 1939 roku, były odmienne od przewidywanych przez przedwojenną doktrynę i tradycje polskie, które bazowały przede wszystkim na idei wojny ruchomej, opartej na manewrze w skali operacyjnej. Ideę, której autorem i wyznawcą był marszałek Piłsudski, skutecznie wszczepiano w mentalność polskich dowódców.
Rozwój teorii i praktyki sztuki wojennej w pierwszej połowie XX wieku spowodował uprzywilejowaną rolę agresora w konfliktach zbrojnych. Wykazała to nie tylko kampania wrześniowa, lecz również przyszłe, zwycięskie walki PSZ na Wschodzie i na Zachodzie. Tu mała dygresja. Otóż po drugiej wojnie światowej sposób prowadzenia walki, przede wszystkim ewolucja w kierunku działań nieregularnych, partyzanckich itp. spowodował, że to agresorzy zaczęli ponosić nagminnie porażki w wojnach.
Działania bojowe kampanii wrześniowej 1939 roku przyniosły wyższym dowódcom wiele istotnych doświadczeń, przede wszystkim w dziedzinie operacyjnego i taktycznego użycia wojsk w nowoczesnej wojnie, potrzeb w zakresie jej struktur organizacyjnych, organizacji dowodzenia i pracy sztabów, wreszcie zabezpieczenia logistycznego. Nie wszystkie z tych doświadczeń znalazły zrozumienie w sztabach i dowództwach alianckich, gdzie przyszło dalej walczyć polskim żołnierzom. Wszystkie natomiast wzbogaciły praktyczno-teoretyczny dorobek polskiej myśli wojskowej.
Przebieg działań wojennych w kampanii wrześniowej narzucił przeciwnik
Przebieg kampanii wrześniowej w pewnym stopniu zaskoczył, nie tylko polskich wyższych dowódców, już na etapie poprzedzającym działania bojowe. W przygotowaniach niemieckich zatarła się różnica między okresem mobilizacji, koncentracji i rozwinięcia sił zbrojnych w obszarach wyjściowych. Siła, z jaką rozpoczęto atak na Polskę, stanowiła największe zaskoczenie dla polskich dowódców.
Historycy września 1939 roku, jak chociażby Władysław Pobóg-Malinowski czy Marian Porwit, wielu dowódców oceniają bardzo krytycznie, zwłaszcza tych, którzy pozostawili swoje oddziały na polu bitwy, chociażby generałowie: Kazimierz Fabrycy, Juliusz Rómmel, Stefan Dąb-Biernacki czy inni. Lecz we wrześniu zdecydowana większość wyższych dowódców dobrze i bardzo dobrze wypełniała swoje obowiązki – na tyle, na ile pozwalały warunki prowadzenia tej kampanii. Należy przy tym pamiętać o tych, którzy bohatersko polegli w walce, a więc o generałach: Mikołaju Bołtuciu, Stanisławie Grzmot-Skotnickim, Franciszku Władzie, Józefie Kustroniu i innych.
Wielu z wyższych dowódców wyróżniło się w tych dniach września, przede wszystkim gen. Tadeusz Kutrzeba, mimo kontrowersyjnych opinii gen. Antoni Szylling czy dowodzący 1 Dywizją Piechoty gen. Wincenty Kowalski.
Przebieg kampanii wiązał się z sytuacją polityczno-militarną, w jakiej znalazła się Polska
To właśnie sytuacja polityczno-militarna sprawiła, że wojsko walczyło we wrześniu 1939 roku w osamotnieniu, jednocześnie oczekując na pomoc aliantów, głównie Francji i Anglii. To oczekiwanie, ta wiara w nadejście wojsk francuskich i brytyjskich pozwoliła armii i społeczeństwu tak długo prowadzić zbrojny opór.
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|
|
|
|
Rok 1944 na Kresach Wschodnich. Wyzwolenie czy zniewolenie?
W połowie 1943 roku rząd polski w Londynie zaczął poszukiwać odpowiedzi na pytanie: jakie podjąć kroki w razie dalszego cofania się Niemców na froncie wschodnim? Rodziło ono szereg innych pytań, wśród których były kwestie dotyczące szans i skutków zbrojnego powstania w kraju przeciwko Niemcom, możliwości przeciwdziałania okupacji radzieckiej i inne. Analizowano na przykład problem, czy Armia Krajowa (AK) w walce z wycofującymi się Niemcami jest w stanie opanować pewne obszary kraju, wyłonić tam polską administrację i w ten sposób metodą faktów dokonanych stworzyć określoną sytuację formalnoprawną, zanim wkroczą Rosjanie? Zadawano sobie pytanie, jak AK ma reagować na podobne akty ze strony Ukraińców, Białorusinów, Litwinów czy partyzantów radzieckich1?
Tymczasem w mroźną noc z 3 na 4 stycznia 1944 roku Armia Czerwona przekroczyła niedaleko Rokitna, na wschód od Saren, granicę polsko-radziecką, którą wytyczał traktat podpisany w 1921 roku w Rydze. W pierwszych dniach pobytu Armii Czerwonej na ziemiach polskich nie doszło do bezpośredniego kontaktu z oddziałami Wołyńskiego Okręgu Armii Krajowej. Swoim zwyczajem Rosjanie po zajęciu większych miejscowości urządzali wiece propagandowe. Nie inaczej było w Sarnach, gdzie podczas takiej imprezy odczytano rezolucję do Stalina, z treści której wynikało, że miejscowe społeczeństwo ukraińskie oddaje się opiece „Wielkiego Związku Sowieckiego”2. Zapowiadało to „powrót” tych ziem do ZSRR. Czy można było temu zaradzić? Wejście Armii Czerwonej na ziemie polskie zbiegło się w czasie z przygotowanym i ogłoszonym 4 stycznia 1944 roku w Moskwie „Projektem deklaracji Polskiego Komitetu Narodowego”. W sprawie granic przyszłej Polski projekt uzasadniał potrzebę ich przesunięcia na zachód oraz umocnienia Polski nad Bałtykiem. Przedłożony przez Wandę Wasilewską dokument wschodnią granicę pozostawiał do wytyczenia Związkowi Radzieckiemu. Nie był to bynajmniej akt dobrej woli ze strony Wasilewskiej i jej ekipy, lecz co najwyżej deklaracja uległości wobec decyzji Stalina. Otóż w chwili, kiedy Armia Czerwona przekroczyła granice Polski, Stalin zdecydował, że nie musi oznaczać to natychmiastowego powoływania na zajętych obszarach polskiej administracji, chociażby całkowicie zależnej od Moskwy. Na przełomie 1943 i 1944 roku w planach Stalina i polskich komunistów zaczęła przeważać koncepcja oparcia się w przedsięwzięciach organizacyjnych przyszłego państwa na działaczach komunistycznych i wojsku. Sądzić należy, że decyzją na równi polityczną, co i wynikającą z potrzeb militarnych było postanowienie o przegrupowaniu głównych sił I Korpusu ze Smoleńszczyzny na Front Ukraiński. Podjęto je w lutym 1944 roku na posiedzeniu Centralnego Biura Komunistów Polskich (CBKP). Zasadniczym jego powodem był fakt, że Armia Czerwona zbliżyła się w niektórych miejscach na odległość około 50 km do Bugu. Na zapleczu radzieckich jednostek aktywizowało się ukraińskie podziemie zbrojne – nastawione tak samo wrogo do Rosjan, jak i do Polaków. Stalin znalazł się w niezręcznej sytuacji, kiedy to na terenach formalnie należących jeszcze do Polski powinien był przystąpić do pacyfikacji ludności i rozprawienia się z narodowowyzwoleńczymi trendami polskimi i ukraińskimi. Obecność tam wojsk polskich miała wpłynąć na unormowanie sytuacji, a z drugiej strony – poprzez pobór do armii polskiej – pozbawić zaplecza kadrowego tamtejsze struktury Armii Krajowej i ukraińskich organizacji zbrojnych. Z drugiej strony, na wiosnę 1944 roku, podczas wizyty delegacji Krajowej Rady Narodowej (KRN) w ZSRR, prowadząc m.in. 5 czerwca rozmowy w Centralnym Komitecie Komunistycznej Partii Ukrainy w Kijowie z jej sekretarzem Nikitą Chruszczowem, delegacja polska wielokrotnie podkreślała, że mordowanie Polaków odbywa się za akceptacją miejscowych władz radzieckich3. Wejście Rosjan na ziemie polskie zbiegło się z podjętą przez Armię Krajową akcją „Burza”4. Akcja, przygotowana i prowadzona na polecenie rządu w Londynie, miała udowodnić gotowość do wspólnej z Armią Czerwoną walki o wyzwolenie ziem polskich i pobicie niemieckich najeźdźców. Władze emigracyjne sądziły, że występując w roli gospodarzy oddziały Armii Krajowej swoją obecnością w wystarczający sposób potwierdzą prawa do polskiej państwowości na tych ziemiach. W Londynie żywiono optymistyczną i naiwną zarazem nadzieję, że ewentualna współpraca bojowa Armii Krajowej z Armią Czerwoną stworzy szansę na nawiązanie porozumienia ze Związkiem Radzieckim. Początkowo Rosjanie podjęli próby nawiązania współpracy. Jak podaje cytowany już T. Żenczykowski, warunki współpracy postawione w marcu 1944 roku dowódcy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty ppłk. Janowi Kiwerskiemu „Oliwie” były racjonalne5. Rosjanie żądali całkowitego podporządkowania bojowego dywizji dowództwu radzieckiemu i reorganizacji ze struktur partyzanckich na jednostkę liniową. Jednocześnie zapewniali dywizji broń i wyposażenie zgodnie z radzieckimi normami. Rosjanie gotowi byli uznać narodowy charakter dywizji, której władze znajdują się w Warszawie (Delegatura Rządu) i Londynie (Rząd RP). Natomiast stawiali bezwzględny i z punktu widzenia zasad prowadzenia wojny ze wszech miar uzasadniony warunek, że na tyłach radzieckich frontów nie ma prawa być jakichkolwiek oddziałów partyzanckich. Jednocześnie prawie wszystkie oddziały wojskowe Polskiego Państwa Podziemnego były szczegółowo rozpoznane przez radzieckie służby specjalne. W tej sytuacji, w nielicznych przypadkach kiedy doszło do współdziałania bojowego Armii Czerwonej z oddziałami Armii Krajowej, po kilku dniach, a czasami tygodniach, NKWD dokonywało rozbrajania i aresztowań wśród tych drugich. Natychmiast spotykało się to z ostrymi protestami – szczególnie władz londyńskich. Z drugiej strony Komenda Główna AK bynajmniej nie ułatwiała ułożenia stosunków z Rosjanami. Świadczy o tym chociażby wydany 12 lipca 1944 roku rozkaz gen. Tadeusza Komorowskiego, w którym czytamy m.in.: „Jedynie w walce z Niemcami współdziałamy z Sowietami. Stawiamy Sowietom opór polityczny, polegający na ciągłym i nieustępliwym dokumentowaniu samodzielności wszystkich przejawów życia polskiego zorganizowanego, a więc również zagadnień wojska i wojny. Opór ten ma być zbiorowym przejawem woli Narodu Polskiego w utrzymaniu niepodległego bytu”6.
Kiedy latem rozpoczęła się ofensywa brzesko-sandomierska, można było mieć jedynie nikłą nadzieję, że Armia Czerwona zmieni metody postępowania wobec AK na terenach na zachód od Bugu. Początkowo sami Rosjanie nie bardzo wiedzieli, jak ustosunkować się do polskich oddziałów na tych ziemiach. Radzieccy dowódcy podejmowali próby rozmów z dowódcami oddziałów AK, powstrzymując się także od ich rozbrajania. Nie jest mi wiadome, aby przed sierpniem 1944 roku wydano rozkaz odnośnie do traktowania oddziałów Armii Krajowej przez Armię Czerwoną na terenach między Bugiem a Wisłą. W przewidywaniu ofensywy radzieckiej latem 1944 roku i rozpoczęcia na Lubelszczyźnie akcji „Burza” tamtejszy komendant okręgu AK płk Kazimierz Tumidajski 29 czerwca wydał specjalny rozkaz, w którym wzywał podwładnych do poświęcenia wszystkich sił walce zbrojnej. Okręg zmobilizował około 12 tysięcy ludzi, dla pozostałych nie starczyło bowiem broni. Jednocześnie gotowość osiągnęły szeroko rozbudowane struktury przyszłej administracji Delegatury Rządu. O skali przedsięwzięcia niech świadczy fakt, że Armia Krajowa na Lubelszczyźnie samodzielnie, wyprzedzając Rosjan, wyzwoliła m.in. Bełżec, Lubartów, Kock, Firlej, Krasnystaw, Urzędów czy Poniatową. Wspólnie z jednostkami radzieckimi wyzwolono: Tomaszów Lubelski, Łuków, Puławy, Chełm, Radzyń, Międzyrzec, Zamość i Białą Podlaską. Dnia 22 lipca AK zdołała zająć i zabezpieczyć w Lublinie szereg ważnych obiektów. W nocy z 22 na 23 lipca, podczas natarcia na miasto oddziałów radzieckiej 2 armii pancernej, pomoc AK w toku walk ulicznych okazała się nieoceniona. W wyzwolonym całkowicie mieście od rana 25 lipca pojawiła się na murach odezwa wojewódzkiego Delegata Rządu, na ulicach dyżurowały zaś patrole Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa. Dowódca 69 armii radzieckiej gen. Władimir Kołpakczi 27 lipca przedstawił komendantowi okręgu AK płk. Tumidajskiemu ultimatum: albo wszystkie podległe mu oddziały podporządkują się ledwie co utworzonemu Naczelnemu Dowództwu Wojska Polskiego, albo będą natychmiast rozbrojone. Tumidajski pozostał zakładnikiem Rosjan do momentu rozpoczęcia składania broni przez AK. Po zajęciu przez przybyłą z Wołynia 27 dywizję Kocka, Firleja i Lubartowa jej kadra i żołnierze zostali podstępnie rozbrojeni przez 74 Dywizję Piechoty Gwardii. Podobny los spotkał na Wileńszczyźnie tamtejsze zgrupowanie AK, dowodzone przez płk. Aleksandra Krzyżanowskiego, biorące udział w operacji „Ostra Brama”. Przez kilka dni w Białymstoku spór o władzę toczyli przedstawiciele Delegatury Rządu, dowództwa 3 armii radzieckiej oraz przybyli wysłannicy PKWN. W efekcie aresztowano i zesłano w głąb Rosji wojewódzkiego Delegata Rządu Józefa Przybyszewskiego, białostockiego inspektora AK Władysława Kaufmana i jeszcze kilka osób. Podobnie postępowano z żołnierzami AK na Rzeszowszczyźnie, w rejonie Lwowa i na terenie Podokręgu Warszawa–Wschód AK. Na przełomie lipca i sierpnia 1944 roku Rosjanie ogłosili obszar między Wisłą a Bugiem przyfrontową strefą okupacyjną. Na zajmowanych od początku 1944 roku przez Armię Czerwoną ziemiach polskich natychmiast po przejściu frontu tworzono sieć obwodowych, miejskich, okręgowych i gminnych komendantur wojennych. W rękach komendantów wojennych spoczywała cała władza na podległym im terytorium, ponadto posiadali oni daleko idące uprawnienia wobec zamieszkałej i przebywającej tam ludności. Istotnym zadaniem komendantur było ewidencjonowanie i ochrona mienia. Przywilejem prowadzącego wojnę jest zabezpieczenie funkcjonowania własnych wojsk na określonym obszarze poza linią frontu. Ponadto 26 lipca 1944 roku przedstawiciele PKWN podpisali w Moskwie porozumienie, które gwarantowało Armii Czerwonej pełnię władzy na wyzwalanych terenach. Oficjalnie dopiero 1 sierpnia Stalin, wspólnie z zastępcą szefa Sztabu Generalnego Armii Czerwonej gen. Aleksiejem Antonowem, wydał rozkaz rozbrajania oddziałów AK i innych, które nie były podporządkowane PKWN. Dyrektywa nakazywała aresztować wszystkich oficerów AK, w stosunku zaś do pozostałych żołnierzy sugerowała, aby – jeśli wyrażą gotowość walki z Niemcami – wcielać ich do jednostek zapasowych 1 Armii Wojska Polskiego.
W sierpniu wojska NKWD dokonały aresztowań we wszystkich oddziałach AK, które ujawniły się przed Armią Czerwoną. Na całym obszarze między Bugiem a Wisłą powtórzyła się sytuacja z wiosny. Terror NKWD objął nie tylko organizacje zbrojne Polskiego Państwa Podziemnego, w tym przede wszystkim Armię Krajową, ale również szerokie warstwy polskiego społeczeństwa. W ramach tworzonych struktur komend wojennych ich komendanci, w razie pojawienia się oddziałów Armii Krajowej lub innych organizacji zbrojnych, otrzymali prawo i obowiązek podjęcia wszelkich działań w celu ich rozbrojenia. Kiedy na przełomie września i października 1944 roku Stalin wezwał do Moskwy kierownictwo PKWN i PPR, zażądał wówczas zastosowania wobec przeciwników politycznych i społeczeństwa totalnego terroru. Ostrzegał, że w innym przypadku po odejściu Armii Czerwonej społeczeństwo polskie natychmiast odsunie komunistów od władzy. Według opinii działaczy podziemia sytuacja, która wytworzyła się po wkroczeniu Armii Czerwonej, nosiła wszelkie znamiona nowej okupacji. Przypuszczać należy, że straty poniesione wówczas przez naród, a przede wszystkim przez Armię Krajową, były porównywalne z ponoszonymi podczas okupacji niemieckiej. Nasuwa się kolejny problem. Czy te kilkadziesiąt tysięcy ludzi, w tym kilka tysięcy żołnierzy AK, których wówczas aresztowano i deportowano w głąb Rosji, można było uratować? Przede wszystkim należy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy akcja „Burza” była potrzebna i do końca przemyślana? Potrzebna, bez wątpienia, i w początkowej fazie przemyślana. Sądzę jednak, że jej kierownictwo nie zareagowało we właściwym momencie na określoną sytuację, z jaką zetknęły się oddziały uczestniczące w „Burzy”. W nadzwyczaj trudnej, by nie rzec beznadziejnej, sytuacji nie zdobyto się na realną ocenę szans akcji i nie podjęto próby uratowania przynajmniej części żołnierzy AK. Wszak dla wielu, szczególnie młodych, wstąpienie do komunistycznego Wojska Polskiego było szansą uratowania się przed aresztowaniem lub innymi represjami, a nawet śmiercią. W szeregach wojska można było znaleźć w miarę bezpieczny azyl oraz zwiększyć szanse na to, aby z czasem wrócić do normalnego życia i ewentualnie podjąć dalsze działania. Późną jesienią 1943 roku mijała euforia związana z utworzeniem polskich formacji zbrojnych przy komunistycznym Związku Patriotów Polskich (ZPP) w ZSRR. Problemy organizacyjno-kadrowe spowodowały, że proces tworzenia jednostek I Korpusu Polskich Sił Zbrojnych (PSZ) w ZSRR został w pewnym stopniu zahamowany. Jednak najważniejszymi przyczynami wyraźnego stonowania euforii były z jednej strony reperkusje po niezbyt fortunnym popisie 1 Dywizji Piechoty im. T. Kościuszki pod Lenino, z drugiej zaś w pełni uzasadnione obawy polskich komunistów z ZPP. Ci drudzy zdawali sobie sprawę, że zostaną przyjęci przez większość społeczeństwa w kraju w sposób niezbyt przychylny, zwłaszcza na północno-wschodnich terenach II Rzeczypospolitej, gdzie mieszkańcy zaznali już „dobrodziejstw” komunistycznej władzy radzieckiej. Dnia 5 maja 1944 roku powstał Polski Sztab Partyzancki, którego zadaniem miało być aktywizowanie ruchu partyzanckiego oraz prowadzenie akcji sabotażowo-dywersyjnych na terenach Polski tuż przed wkroczeniem tam Armii Czerwonej. Sztab został utworzony jako swoista przeciwwaga dla akowskiej „Burzy”. Jego kierownikiem był Aleksander Zawadzki, lecz praktycznie kierował nim zastępca Zawadzkiego płk Sergiej Prytycki. Jego zadaniem było także udzielanie wsparcia w walce o władzę Armii Ludowej i siłom prokomunistycznym w kraju. Był to twór fikcyjny, który składał się z 13 wydziałów wspomnianego sztabu i w zasadzie z jednego batalionu dowodzonego przez mjr. Henryka Toruńczyka. Teoretycznie było mu również podporządkowanych kilka jednostek partyzanckich wydzielonych z radzieckich: Ukraińskiego i Białoruskiego Sztabu Partyzanckiego. Późnym latem 1944 roku wpływ na relacje między przedstawicielami Delegatury Rządu, dowódcami Armii Krajowej z jednej strony a przedstawicielami aparatu władzy reprezentującymi Krajową Radę Narodową i jednostki partyzanckie byłej Armii Ludowej miały zaszłości sięgające kilku lat okupacji, m.in. sprawy związane z rozmowami, jakie Delegatura Rządu i Komenda Główna AK prowadziły w lutym 1943 roku z przedstawicielami Polskiej Partii Robotniczej (PPR) z Władysławem Gomułką na czele. Wówczas to przedstawiciele delegatury zaczęli rozpowszechniać pogłoskę, że inicjatywa PPR w sprawie wspólnego frontu walki była tylko manewrem politycznym, komuniści z góry bowiem zakładali, że ich propozycja wspólnej walki zostanie odrzucona. Cała prasa podziemna rozpętała wówczas nagonkę na PPR. Tym samym w strukturach Polskiego Państwa Podziemnego znalazła się ona w jeszcze głębszej izolacji7.
Na równi z sytuacją, której animatorem był Związek Radziecki, decydujący wpływ na przyszłość Polski chciały i mogły mieć polskie władze i organizacje polityczne na Zachodzie. Faktem jest, że sytuacja polityczna Polski zdecydowanie pogorszyła się wraz ze śmiercią gen Sikorskiego i aresztowaniem przez gestapo komendanta Armii Krajowej gen. Stefana Roweckiego. Nowy premier Stanisław Mikołajczyk, jak również nowy naczelny wódz gen. Kazimierz Sosnkowski swoją międzynarodową pozycją nie dorównywali Sikorskiemu. Również nowy komendant AK gen. Komorowski nie był tej klasy kierownikiem ogromnej konspiracyjnej organizacji militarnej co jego poprzednik. Przede wszystkim nie wytrzymywał presji psychicznej, żyjąc w ciągłej obawie przed aresztowaniem8.
Na jesieni 1943 roku premier Stanisław Mikołajczyk przedstawił prezydentowi Władysławowi Raczkiewiczowi stanowisko rządu dotyczące wejścia wojsk radzieckich na tereny Polski. Dokument ten pt. „Instrukcja dla kraju” został także przedstawiony premierowi Wielkiej Brytanii Winstonowi Churchillowi, jednak Brytyjczycy zignorowali go zarówno podczas wizyty ich delegacji rządowej w Moskwie, jak i na konferencji w Teheranie. Jedynie w kraju instrukcja posłużyła komendantowi głównemu Armii Krajowej do opracowania planu „Burza”. W zasadzie jeszcze przed wkroczeniem Armii Czerwonej na przedwojenne ziemie polskie upadła nadzieja na przywrócenie stosunków dyplomatycznych między Polską a ZSRR dzięki współdziałaniu na polu walki. W związku z przekroczeniem granicy przez wojska radzieckie premier Mikołajczyk wydał oświadczenie, które na żądanie brytyjskiego Foreign Office zostało zmienione, co zniekształciło jego pierwotny merytoryczny sens. Otóż w początkowej formie zawierało ono takie m.in. słowa: „Naród Polski ma prawo spodziewać się pełnej sprawiedliwości, której pierwszym warunkiem jest możliwie najszybsze przywrócenie polskiej suwerennej administracji na całości uwolnionych ziem Rzeczypospolitej”. Dalej w oświadczeniu podkreślano, że: „zachowanie się Polaków w tej wojnie świadczy, że Polska nigdy nie uznawała i nie uzna rozwiązań narzucanych siłą. Polska oczekuje, iż Związek Radziecki, ze względu na znaczenie przyszłych przyjacielskich stosunków między oboma narodami, nie zaniedba respektowania obecnych praw Rzeczypospolitej i jej obywateli”. Na skutek wspomnianej interwencji z tekstu wykreślono dwa słowa: w pierwszym zdaniu słowo „całości”, w drugim zaś – „obecnych”. Tym sposobem tekst Mikołajczyka zyskał zupełnie inny sens.
Link Cytuj
|
|
|
0
|
|