• Nie masz konta?
dodaj zlecenie stwórz wizytówkę dodaj usługę
Wszystkie tematy  »  

Ciekawe filmy znalezione w sieci

  
(obserwuj)
1  |  2   z  2   Następna strona Ostatnia strona
Nikon_2004

http://vimeo.com/14585620

http://vimeo.com/13966321

http://vimeo.com/14737576

 

I coś nietypowego:

http://vimeo.com/14689198

Link Cytuj

 
0
Avatar_forum

W XII i XIII wieku szybko rozwijające się miasta włoskie stały się areną zamieszek, niepokojów i walk wewnętrznych. Biedne pospólstwo coraz częściej występowało przeciwko bogatemu patrycjatowi. Do tego dochodziła rywalizacja między poszczególnymi miastami i liczne wojny domowe. Rodziły się nowe koncepcje polityczne i społeczne. Pojawiały się też mistyczne proroctwa zapowiadające wielkie zmiany na świecie. W takich właśnie okolicznościach pojawił się Franciszek z Asyżu (uznany później przez Kościół za świętego). Stał się on ulubionym bohaterem hagiografii i legend średniowiecznych oraz literatury i sztuki. Dziś chciałbym przypomnieć jego postać. Kim był ten ubogi apostoł z Asyżu?

Urodził się w 1182 roku właśnie w Asyżu, w rodzinie bogatego kupca tekstylnego Piotra Bernardone. Franciszek był „złotym młodzieńcem” spędzającym czas na zabawach i hulankach z towarzyszami. Dlaczego więc zrezygnował z tak wspaniałego życia? Wpływ na jego decyzję o zmianie trybu życia prawdopodobnie miało to, co stało się w czasie wojny między Asyżem, a Perugią. Wówczas to młody Franciszek dostał się do niewoli, a krótko potem ciężko zachorował. Pod wpływem tych wydarzeń zerwał z dotychczasowym życiem. Zaczął żyć według wskazań Ewangelii tzn. wybrał dobrowolne ubóstwo i ascezę. Tak radykalna zmiana uczyniła z niego innego człowieka. Jak można się było spodziewać, decyzja ta spowodowała konflikt z ojcem. Syn wyrzekł się całego majątku i wszelkiej własności włącznie z ubraniem otrzymanym z domu. Postanowił zostać wędrownym kaznodzieją. Bosy i w łachmanach przemierzał odtąd drogi Umbrii i nawoływał ludzi do pokuty, dobrowolnego ubóstwa, wyrzeczenia się wojny i przemocy.

Szybko znalazł uczniów i naśladowców. Miał też wiele szczęścia. Miejscowy biskup był dla niego życzliwy, a nawet ochronił go przed gniewem ojca i otoczył opieką w pierwszych latach działalności. Jednak świecki kaznodzieja budził opór hierarchów Kościoła i wzbudzał podejrzenia w Watykanie. Franciszek napisał więc list do papieża Innocentego III prosząc go o zalegalizowanie swojej działalności. Była to sprawa trudna. Franciszek nie chciał tworzyć stałego zgromadzenia i zakładać klasztorów. Chciał wraz z uczniami wędrować i nauczać, spełniać posługi w przytułkach, szpitalach i leprozoriach (koloniach trędowatych). Papież zgodził się na taką regułę, głównie za namową kardynała Jana Colonny przychylnego Franciszkowi. Biedak z Asyżu został wyświęcony na diakona, ale zezwolono mu omawiać podczas swoich wystąpień tylko zagadnienia natury moralnej. Miał nie mieszać się w wewnętrzne sprawy Kościoła i nie krytykować go. Przyjęto też nazwę dla nowego zakonu: Bracia Mniejsi. Reguła zgromadzenia była krótka, surowa i rygorystyczna: dobrowolne ubóstwo, potępienie pieniądza, wyrzeczenie się wszelkiej własności, życie o żebraczym chlebie. W tym ostatnim wypadku nie chodziło jednak o jałmużnę. Bracia Mniejsi mieli otrzymywać datki, ale za wykonaną pracę i to tylko w naturze, a nie w pieniądzu. Bracia nie mieli też stałej siedziby. Mieszkali w szałasach lub górskich grotach i pieczarach. Wszyscy spotykali się dwa razy w roku, w dniu Zielonych Świątek i na św. Michała w małym kościółku w Porciunculi.

W swoich naukach Franciszek z Asyżu nie krytykował hierarchów Kościoła i ich polityki, odnosił się tylko do zagadnień moralnych. To powodowało, że Watykan tolerował jego działalność i nie uznawał go za heretyka, co w tamtych czasach mogło się łatwo zdarzyć (spotkało to wiele ruchów dobrowolnego ubóstwa krytykujących papieża i zbytek hierarchów Kościoła). W 1219 roku Franciszek udał się do Egiptu. Wkrótce pojawiły się pogłoski o jego śmierci. W łonie zgromadzenia zaczęto przemyśliwać o złagodzeniu surowej reguły zakonnej. Jednak Franciszek powrócił z Egiptu i na przełomie 1220/1221 roku powstała nowa wersja reguły zakonnej. Zgromadzenie otrzymało hierarchiczną strukturę organizacyjną. Generał zakonu i kapituła, podlegli im ministrowie prowincjonalni oraz instytucja nowicjatu, to najważniejsze zmiany. Nowa reguła została w 1223 roku zatwierdzona przez papieża. Zakon został praktycznie podporządkowany Kościołowi instytucjonalnemu, mimo iż Franciszek chciał tego uniknąć. W ten sposób Watykan kontrolował działalność Braci Mniejszych i zabezpieczał się przed mogącym narodzić się radykalizmem religijnym i społecznym. Franciszek odsunął się od swojego zgromadzenia i resztę życia spędził w odosobnieniu modląc się i uprawiając ascezę. Zmarł w październiku 1226 roku mając 44 lata. Pozostawił po sobie testament. Przekonał się, że między głoszonymi przez niego zasadami, a praktyką dnia codziennego, jest ogromna przepaść. Zrozumiał też, że nie jest w stanie przekonać ludzi do ubóstwa i wyrzeczenia się wszystkiego. Dziś, ze swoimi zasadami, Franciszek z Asyżu miałby zapewne jeszcze mniejsze szanse, aby przekonać do nich kogokolwiek…

 

O tym, w jakich okolicznościach zginął dyktator Włoch Benito Mussolini napisano już bardzo wiele. Wiadomo, że próbując uciec do Szwajcarii, duce został schwytany przez partyzantów, a potem rozstrzelany. Zwłoki wywieszono na widok publiczny na słupie przy stacji benzynowej. Taką wersję śmierci Mussoliniego przyjęto powszechnie w historii, ale…

Pierwsze pytanie na które nie znamy odpowiedzi, a które wiąże się ze śmiercią duce to: co stało się z tzw. „skarbem Mussoliniego”? Wiadomo, że w kolumnie samochodów, którą do Szwajcarii uciekał Mussolini, były ciężarówki wyładowane kosztownościami i pieniędzmi, które dyktator chciał ze sobą zabrać. W samochodach był miliard lirów, 16 milionów franków francuskich, 200 tysięcy franków szwajcarskich i wiele innych walut, a ponadto 66 kilogramów złota i wiele drogich, szlachetnych kamieni oraz wyrobów jubilerskich. Co się z tym wszystkim stało? Kto zabrał pieniądze i kosztowności? Czy „skarb” został gdzieś ukryty? Co stało się z dokumentami, które wywoził ze sobą duce? Prawdopodobnie rzeczy te przejęli partyzanci z oddziału, który schwytał Mussoliniego. Nigdy jednak nikogo z żołnierzy nie przyłapano na wydawaniu dużych sum pieniędzy. Czyżby „skarb” rozpłynął się w powietrzu?

Druga sprawa, to sama egzekucja duce. W czerwcu 1994 roku włoska telewizja zaprezentowała film dokumentalny produkcji amerykańskiej traktujący o tym wydarzeniu. Historyk Giorgio Pisano, który widział film (była to projekcja zamknięta, tylko dla wybranych gości) stwierdził, że duce nie został rozstrzelany pod murem willi w Mezzegra. Zginął od kul partyzantów, ale w trakcie szamotaniny w sypialni domu, w którym go przetrzymywano po aresztowaniu. Dowodem na to miało być ubranie rozstrzelanego. Brak na nim śladów po kulach plutonu egzekucyjnego! Jeden z butów ma też rozdartą cholewę. Świadczyć to może, o tym, iż w ubranie i buty ubierano dopiero trupa Mussoliniego. Inny włoski historyk, Fulvio Bellini twierdzi nawet, że partyzanci wtargnęli do sypialni Mussoliniego i próbowali zgwałcić Clarę Petacci. Wówczas duce stanął w jej obronie i został zastrzelony. Ten sam los spotkał kobietę. Jest to jedna z wielu wersji śmierci dyktatora Włoch. Czy jest prawdziwa, tego nie wiemy.

Zapewne nigdy nie dowiemy się już całej prawdy o tym wydarzeniu. Wątpliwości budzą też różnego rodzaju notatki pozostałe po Mussolinim i jego dzienniki pisane w latach 1935-1939. Czy są autentyczne? Znawcy problematyki twierdzą, że odnalezione w 1994 roku w USA, dzienniki duce są autentyczne. Czy były w posiadaniu syna dyktatora, który schronił się w Szwajcarii, czy też były częścią „skarbu duce”, który zaginął? Nie wiadomo. A może notatki pozostałe po Mussolinim zostały „sfabrykowane” wiele lat po wojnie? Ciekawe w tym wszystkim jest to, że zawierają one wiele krytycznych uwag wobec Niemców i nazizmu pisanych ręką Mussoliniego. Czy jednak aby na pewno była to ręka duce?...

Wiosną 1945 roku wojna w Europie dobiegała końca. Niemcy wycofywali się z Półwyspu Apenińskiego, a alianci zajmowali Italię. Mussolini zdawał sobie sprawę, że wszystko jest stracone i myślał tylko nad tym, jak się uratować.

Jego zaufany człowiek, generał Mischi pilnował drogi do Szwajcarii, którą duce zamierzał uciec. Przedtem chciał się jeszcze „targować” z aliantami. Większość faszystowskich dygnitarzy dawno już uciekła, gdy Mussolini wysłał swoja zonę z dziećmi do Gargano, a sam wyjechał do Mediolanu. Swojemu synowi Vittorio polecił udać się do Lugano i nawiązać kontakt z konsulem amerykańskim w Szwajcarii. Rokowania prowadzone z aliantami nic jednak nie dawały. Pozostawały dwa wyjścia: ucieczka do Szwajcarii lub honorowa śmierć na froncie. Drugą możliwość duce odrzucił. Co ciekawe, zanim zdecydował się na ucieczkę za granicę, postanowił… całą władzę przekazać partii socjalistycznej!

Za pośrednictwem kardynała Szustera nawiązał kontakt z Komitetem Wyzwolenia Narodowego. 25 kwietnia 1945 roku w pałacu kardynalskim w Mediolanie doszło do spotkania Mussoliniego i generała Cadorna z Komitetu Wyzwolenia. Generał zażądał od duce bezwarunkowej kapitulacji. Na to Mussolini się nie zgodził. Postanowił uciekać z Italii. Jeszcze tej samej nocy samochody z kosztownościami i zasobami skarbu państwa oraz Mussolinim wyjechały z Mediolanu w stronę granicy szwajcarskiej. W Como duce miał spotkać się z żoną i dziećmi i stamtąd udać się do Lozanny. Wiedział, że w Szwajcarii zostanie internowany i oddany w ręce aliantów, którzy postawią go przed sądem. Liczył jednak, że proces potrwa kilka lat i uda mu się uniknąć więzienia. Poza tym, był to lepszy los, niż trafić w ręce partyzantów.

Z Como kolumna samochodów z Mussolinim, ruszyła rankiem 26 kwietnia 1945 roku do Menaggio. Samochodów było tylko kilka, aby nie zwracać na siebie uwagi (reszta aut została skierowana do Szwajcarii innymi drogami). Duce podróżował w kolumnie samochodów oznakowanych symbolami rządowymi. Gdy okazało się, że partyzanci zamknęli drogę, powrócił do Menaggio. Tutaj sformował grupę z uciekających żołnierzy włoskich i niemieckich i mając do dyspozycji kilka samochodów oraz wóz pancerny, ruszył w stronę granicy ze Szwajcarią. Na drodze doszło do starcia z partyzantami, którzy otoczyli kolumnę aut Mussoliniego. Wywiązała się strzelanina. Niemcy nie przejawiali ochoty do walki i szybko się poddali. Dowódca niemiecki chciał, aby partyzanci puścili Niemców wolno. Mussolini przewidując, że dojdzie do legitymowania żołnierzy, przebrał się w niemiecki mundur i dołączył do żołnierzy Wehrmachtu znajdujących się w jednym z samochodów.

Tymczasem partyzanci zawarli porozumienie z niemieckim dowódcą i pozwolili Niemcom udać się w dalszą drogę do Rzeszy. Zaczęło się rozbrajanie i legitymowanie żołnierzy. Skulony w rogu samochodu Mussolini liczył na to, że uda mu się uniknąć kontroli (nie miał niemieckich dokumentów). Partyzanci nie dali się jednak nabrać na udającego pijanego i śpiącego w rogu auta żołnierza. Wyciągnęli go na zewnątrz i wtedy okazało się, że jest to… Mussolini! Uciekiniera zabrano na przesłuchanie, które trwało kilka godzin. Wieczorem 27 kwietnia zapadła decyzja o rozstrzelaniu wszystkich Włochów wziętych do niewoli na drodze, w tym Mussoliniego. Decyzję podjęto bez przeprowadzenia uczciwego, sprawiedliwego procesu sądowego. Był to więc akt zemsty. Z punktu widzenia prawa była to działalność wbrew temu prawu, ale z punktu widzenia czysto ludzkiego było to wymierzenie sprawiedliwości.

Duce przewieziono do Germasino, gdzie spędził ostatnią noc. Nad ranem przewieziono go do Giulino di Mezzegra (podobno wraz z Clarą Petacci, jego kochanką, która dołączyła na własną prośbę do uwięzionego dyktatora). Rankiem 28 kwietnia 1945 roku Mussolini stanął przed plutonem egzekucyjnym pod dowództwem komunisty Waltera Audisio. Około godziny 16.00 pod kamiennym murem otaczającym willę Belmonte w Mezzegra rozstrzelano Benito Mussoliniego i jego kochankę Clarę Petacci. Na kamiennym ogrodzeniu namalowano dwa czarne krzyże. Zwłoki duce i jego kochanki zawieziono w nocy do Mediolanu i powieszono za nogi na stacji benzynowej przy Piazza Loreto. Tłumy ludzi ciesząc się i radując ze śmierci dyktatora, opluwały i rzucały kamieniami w wiszące na słupie zwłoki. W końcu, 3 maja ciała zdjęto i pochowano na cmentarzu w Musocco. Groby uklepano płasko i ułożono na nich proste tabliczki. Mózg Mussoliniego przesłano do USA do zbadania.

 

Jak doszło do upadku Mussoliniego? Kto i dlaczego „zbuntował się” przeciwko duce? Czy buntu nie można było zdławić siłą? Na te pytania odpowiada w swojej książce M. Borucki.

Według tego badacza, przełomowym okazał się rok 1943, kiedy Włosi ponieśli ciężkie straty na frontach wojennych, a alianckie samoloty zaczęły bombardować Italię. Opozycja w społeczeństwie ponoszącym coraz większe ciężary wojenne, narastała. Również najbliżsi współpracownicy duce nie byli zadowoleni z klęsk i ciężkiej sytuacji. Jedni chcieli poświęcić dyktatora i ratować faszyzm (czyli przejąć władzę), a inni uważali, że należy skłonić Mussoliniego do ustępstw i reform, ratować kraj i wycofać się z wojny. Dyktator nie myślał jednak ustępować i zmieniać swojej polityki. Żądał od narodu coraz większych poświęceń, swoich generałów oskarżał o tchórzostwo, niedołęstwo i obwiniał ich o wszystkie klęski.

19 czerwca 1943 roku odbyło się ostatnie posiedzenie rządu pod przewodnictwem duce. Wtedy to po raz pierwszy i ostatni doszło do… dyskusji. Minister transportu opowiedział się za zakończeniem udziału Włoch w wojnie. Kilku ministrów poparło tę propozycję. Duce oskarżył swoich o zdradę i zagroził wszystkim plutonem egzekucyjnym, po czym zakończył posiedzenie rządu. Czuł się jeszcze silny. Miał poparcie ministra Roberto Farinacciego, znanego germanofila i kilku innych członków rządu. Tymczasem spisek dojrzewał. Na jego czele stali m.in. zięć duce, minister spraw zagranicznych Galeazzo Ciano, który razem z generałami Castellano i Ambrosio, dążył do zawarcie porozumienia z aliantami. Do grupy tej dołączył też marszałek Badoglio.

19 lipca 1943 roku Mussolini spotkał się z Hitlerem, który zażądał od niego większego wysiłku wojennego i wyparcia z Półwyspu Apenińskiego aliantów, którzy lądowali na Sycylii 10 maja. Na domiar złego Rzym został ciężko zbombardowany przez aliantów i powracający ze spotkania z fuhrerem Mussolini, musiał lądować poza miastem na zapasowym lotnisku. W drodze do swej siedziby, duce obserwował gruzy stolicy i ludzi, którzy byli nastawieni do niego wrogo. Nie wierzył jednak, aby ktoś śmiał mu się przeciwstawić. Żył w ułudzie, że wciąż jest silny i uwielbiany przez społeczeństwo. Nie dawał wiary ostrzeżeniom szefa policji o grożącym mu niebezpieczeństwie i buncie „poddanych”.

Wielka Rada Faszystowska zebrała się na kolejnym posiedzeniu 24 lipca. Pałac Wenecki, gdzie odbywały się posiedzenia, został otoczony przez policję. Mussolini czuł się pewnie. Gdy głos zabrał minister Grandi „czar prysł”. Grandi wprost oskarżył Mussoliniego o upadek Włoch i faszyzmu. Zgłosił projekt rezolucji zakładającej przekazanie królowi władzy nad armią, ograniczenia dyktatury i przywrócenia konstytucyjnych uprawnień organom państwa. Poparł go Ciano. Burzliwa dyskusja przeciągnęła się do późna w nocy. W końcu, rezolucje Grandiego poddano pod głosowanie. Buntownicy odnieśli zwycięstwo. Za rezolucją było 19 członków Rady, 7 było przeciwko, a 2 wstrzymało się od głosu. Mussolini był zaskoczony i wstrząśnięty. Zakończył posiedzenie i udał się do domu. Była 3 nad ranem 25 lipca 1943 roku.

Duce stracił całą swoją energię i nie wiedział co dalej robić. Dlaczego nie kazał aresztować buntowników? Czy rzeczywiście zdawał sobie sprawę z kryzysu faszyzmu i upadku jego dyktatury? Zdecydował, że przekona króla Wiktora Emmanuela do odrzucenia rezolucji i powierzenia mu dalszych rządów. Chciał to załatwić pokojowo! Dlaczego? Co ciekawsze, następnego dnia rozpoczął normalne urzędowanie w biurze. Z opóźnieniem, ale jednak, nakazał aresztować buntowników. Większości z nich nie można było jednak odnaleźć. Przewidując co może ich spotkać, ukryli się przed „siepaczami” dyktatora.

Tymczasem Mussolini po południu spotkał się z królem. Rozmowa z monarchą trwała 20 minut. Wiktor Emmanuel przerwał duce w połowie zdania i zawiadomił go, że rezolucję Rady Faszystowskiej uznał za ważną, a na premiera wyznaczył już marszałka Badoglio, dymisjonując jednocześnie Mussoliniego. Buntownicy dotarli więc do króla wcześniej i przekonali go do swoich racji. Zaskoczony Mussolini zdołał wydusić z siebie: „A więc mój upadek jest zupełny!”. Po wyjściu z rezydencji królewskiej został aresztowany. Próbował stawiać opór, ale nie było przy nim nikogo, kto udzieliłby mu pomocy. Karabinierzy siłą wepchnęli go do sanitarki i przewieźli do koszar.

W ten sposób zakończyły się rządy duce we Włoszech. Był to kres dyktatury Mussoliniego na Półwyspie Apenińskim. Wieczorem społeczeństwo zostało poinformowane o tym, co zaszło. Tłumy wiwatujących ludzi niszczyły portrety i pomniki wodza. Ci sami ludzi, którzy jeszcze do niedawna uwielbiali wodza, teraz życzyli mu jak najgorzej. Jednak historia duce jeszcze się nie zakończyła…

Gdy w 1870 roku wojska włoskie zajęły Rzym i zlikwidowano Państwo Kościelne, papież ogłosił się więźniem Watykanu. Od tej pory, między Kościołem, a państwem włoskim trwał spór. Postanowił go rozwiązać Benito Mussolini.

Po dojściu do władzy, duce postanowił ułożyć stosunki z Watykanem. Powodów dla których należało to zrobić, było kilka. W tym czasie papież poszukiwał sojuszników do walki z komunizmem, który po zwycięstwie rewolucji bolszewickiej coraz śmielej poczynał sobie w całej Europie, w tym także we Włoszech. Pod patronatem Watykanu powstała Akcja Katolicka i Włoska Partia Ludowa, które nie były jednak w stanie zrównoważyć siły ruchu socjalistycznego wśród robotników i chłopów. Z kolei duce, zdawał sobie sprawę, że mimo iż naród włoski nie wspiera już papieża jak dawniej, to jednak jest mocno przywiązany do religii katolickiej. Prowadzenie wojny z papieżem mogłoby zwrócić się tylko przeciwko niemu. Postanowił więc porozumieć się z głową Kościoła.

Rozmowy na linii Rzym-Watykan prowadzono od 1923 roku. Papież Pius XI zabronił katolikom udziału w rządzie razem z socjalistami, ale nie zabronił im współpracy z faszystami. W encyklice „Ubi Arcano Dei” wydanej po „marszu na Rzym” faktycznie poparł dyktaturę Mussoliniego. W 1923 roku pozbawił stanowiska szefa Włoskiej Partii Ludowej za to, że ten sprzeciwił się faszystowskiemu projektowi zmiany ordynacji wyborczej. Papież wielokrotnie chwalił faszyzm, Mussoliniego określał jako „męża opatrznościowego”. Z dyktatorem otwarcie sympatyzowali też kardynałowie: Vanutelli i Gasparri. Duce również wykonał kilka gestów w stronę Watykanu: zaczęto z kasy państwa wypłacać pensje proboszczom i biskupom, wprowadzono religię w wojsku i szkołach, zawieszono krzyże w salach lekcyjnych, zniesiono rozwody, zakazano pornografii, zwrócono majątki niektórym klasztorom.

Negocjacje na temat zawarcia porozumienia z Watykanem, Mussolini prowadził z kardynałem Gasparrim od 1926 roku. 11 lutego 1929 roku na Lateranie podpisano pomiędzy Włochami i Watykanem traktat, umowę finansową i konkordat. Był to sukces duce. Papież rozwiązał Włoską Partię Ludową, a uzyskał obszar 44 hektarów na którym powstało suwerenne państwo – Watykan. Religia katolicka uznana została za religię państwową, a papież uznał oficjalnie istnienie państwa włoskiego. Mussolini nie zamierzał jednak dalej ustępować papieżowi. Sprzymierzył się z Kościołem jako wrogiem komunizmu. Wspólny wróg zjednoczył więc „ogień i wodę”. Dla duce był to sojusz taktyczny, chwilowy. Nie chciał zgodzić się, aby harcerstwo podlegało Kościołowi, żądał likwidacji Akcji Katolickiej, a o katolikach wyrażał się z pogardą.

Co ciekawe, kardynał Pacelli w 1936 roku mówił o Mussolinim: „(…) jest nie tylko godnym naśladowania szefem rządu, lecz przede wszystkim światłym odnowicielem Rzymu (…)”. W czasie wojny stosunki Włoch z Watykanem były napięte. Mussolini wiedział, że Watykan „flirtuje” z siłami antyfaszystowskimi, ale nic nie zrobił w tej sprawie. Dlaczego? Na to pytanie brak odpowiedzi…

 

Po zdobyciu władzy we Włoszech, Mussolini na początku 1924 roku rozwiązał parlament, a 6 kwietnia odbyły się nowe „wybory”. Zwycięstwo odnieśli faszyści, jednak opozycja parlamentarna wciąż istniała i nie zamilkła.

Duce nie spodziewał się, że ktoś mu się jeszcze przeciwstawi i że opozycyjni posłowie „podniosą głowę”. W parlamencie, który zainaugurował działalność 24 maja 1924 roku, oprócz faszystów było 46 socjalistów i 19 komunistów. Mimo, że w mniejszości, posłowie ci głośno wyrażali swoją dezaprobatę dla duce i jego rządów. Na czele opozycji stał socjalista Giacomo Matteotti. Urodzony w 1885 roku w Trydencie, skończył studia prawnicze i rozpoczął działalność polityczną we Włoskiej Partii Socjalistycznej. Był przeciwnikiem uczestnictwa Włoch w I wojnie światowej (na tym tle m.in. doszło do jego pierwszego sporu z Mussolinim). W latach 1919 i 1921 został wybrany do parlamentu z ramienia socjalistów. W 1924 roku w swojej mowie w parlamencie zdemaskował faszystów ujawniając ich metody „walki politycznej”, zamachy i zabójstwa, skrytykował działalność rządu faszystowskiego i oskarżył duce o dyktaturę. Matteotti poddał też w wątpliwość prawdziwość wyników wyborczych. Według niego wybory zostały przez faszystów sfałszowane, a zastraszona opozycja nie mogła prowadzić normalnej kampanii wyborczej. Kończąc swoje przemówienie, Matteotti wiedział, że wydał na siebie wyrok śmierci: „Ja wygłosiłem swoją mowę. Teraz wy przygotujcie dla mnie przemówienie żałobne”. Mussolini był wściekły i nakazał „załatwienie sprawy” przywódcy socjalistów.

Przemówienie Matteottiego z 30 maja było rzeczywiście jego ostatnią mową. 10 czerwca, gdy wyszedł z domu i zmierzał do parlamentu, w małej uliczce zatrzymał się samochód. Wysiadło z niego czterech mężczyzn, którzy zażądali od posła, aby wsiadł z nimi do auta. Matteotti nie zgodził się i wywiązała się szamotanina. Po krótkiej walce, obezwładnionego posła socjalistów wepchnięto do samochodu, który szybko odjechał poza miasto. W czasie drogi żądano od Matteottiego ujawnienia nazwisk pozostałych „spiskowców” chcących dokonać zamachu na duce. Niedaleko Rzymu, w miejscowości Quartarella, zasztyletowanego przywódcę opozycji, wyrzucono z samochodu do rowu. Ktoś z przechodniów zapamiętał auto, którym poruszali się zabójcy i jego numer rejestracyjny. Sprawy nie można było ukryć. Śledztwo policji szybko doprowadziło do morderców Matteottiego. Okazało się, że byli nimi wysocy urzędnicy faszystowscy, a nici powiązań prowadziły do Mussoliniego jako zleceniodawcy. Parlamentarzyści byli wzburzeni i zażądali od rządu wyjaśnień. Mussolini zmuszony do wystąpienia przed posłami, wszystkiego się wyparł i odrzucił wszelkie podejrzenia kierowane na jego osobę. Obiecał wyjaśnić „zagadkę” śmierci przywódcy opozycji.

Pozycja Mussoliniego w partii faszystowskiej zachwiała się. Część posłów faszystowskich dała wiarę słowom opozycji i straciła zaufanie do swojego wodza. Mussolini rozważał nawet podanie się do dymisji. Przeciwko niemu wystąpili też jego „kamraci”, których dla „dobra sprawy” poświęcił i pozbawił wysokich stanowisk państwowych. Miało to uspokoić opinię publiczną. Jednak ruch ten nie zahamował oskarżeń wysuwanych przez opozycję, a przyczynił się do powstania „wewnętrznej opozycji” w partii faszystowskiej. Niektórzy członkowie partii zaczęli otwarcie wskazywać duce jako mocodawcę politycznego zabójstwa Matteottiego. Tymczasem Mussolini zarządził mobilizację milicji i wprowadził cenzurę prasy. Proces morderców Matteottiego odbył się w marcu 1926 roku. Była to komedia i kpina z wymiaru sprawiedliwości. Proces odbył się w Chieti, najbardziej faszystowskim miasteczku w całych Włoszech. Zabójcy zostali skazani na 5 lat więzienia. Nie trafili jednak do prawdziwych więzień, tylko do „ośrodków odosobnienia” ze wszelkimi wygodami przygotowanymi dla nich już wcześniej.

Nikt nie przeciwstawił się duce i nie doszło do jego obalenia. Powodem był strach, który paralizował całą partię faszystowską i jej działaczy. Wszyscy bali się duce, nikt nikomu nie ufał i nie wierzył. Dobre, sprawdzone metody włoskiej mafii zadziałały także w tej sytuacji. Zmowa milczenia skutecznie ukryła prawdę o morderstwie i stojącym za nim Mussolinim.

 

 

Po zamordowaniu przywódcy socjalistów Matteottiego i zdławieniu opozycji parlamentarnej, Mussolini miał pełnię władzy we Włoszech. Mimo to, obawiał się nastrojów niezadowolenia w społeczeństwie i nie mógł zdecydować się na wprowadzenie ustaw specjalnych. Miały one definitywnie zlikwidować resztki swobód obywatelskich i wprowadzić dyktaturę. Potrzebne było coś, co usprawiedliwiłoby wprowadzenie jedynowładztwa, zaostrzenie prawa i zniesienie wolności oraz praw obywatelskich. Właśnie wtedy (nieoczekiwanie?) doszło we Włoszech do wydarzeń, które „zmusiły” duce do wprowadzenia ustaw specjalnych i zlikwidowania swobód obywateli. Mussolini „musiał” wprowadzić dyktaturę dla ratowania państwa i porządku publicznego. „Zmusiły” go do tego przeprowadzone w krótkim czasie cztery zamachy na jego życie. Kto był ich inspiratorem i reżyserem? Być może sam duce…

Pierwszy zamach miał miejsce 25 listopada 1925 roku. Do jednego z przywódców socjalistycznych zgłosił się podstawiony przez policję prowokator, który udając nienawiść do duce, namówił socjalistę do zamachu na Mussoliniego. Ten zaufał nieznajomemu człowiekowi, wynajął pokój w hotelu, którego okna wychodziły na pałac Chigi (urzędował tu Mussolini) i ustawił karabin z lunetą wycelowany w okna gabinetu Mussoliniego. Na kilka minut przed zamachem, zjawiła się policja i socjalista-zamachowiec został aresztowany. Postawiono go przed sądem i skazano na 30 lat więzienia. Drugi zamach miał miejsce kilka miesięcy później, 7 kwietnia 1926 roku. Gdy duce wychodził z pałacu po otwarciu międzynarodowego kongresu chirurgicznego, oddała do niego kilka strzałów 50-letnia Irlandka Violet Gibson (później ustalono, że była chora psychicznie). Mussolini został lekko ranny w… nos. Irlandka została aresztowana, ale po pewnym czasie opuściła areszt i… Italię. Zniknęła bez wieści. Do dziś nie widomo, co stało się z panią Gibson.

Tymczasem 11 września 1926 roku anarchista z Paryża Gino Lucetti rzucił bombę na samochód Mussoliniego, gdy ten jechał ze swojego mieszkania do pałacu Chigi. Nikt nie zginął. Lucetti został skazany na dożywotnie więzienie. Okazało się jednak, że zamachowiec był inspirowany przez włoskiego prowokatora mieszkającego w Paryżu (został on później aresztowany przez francuska policję). Ostatni zamach na życie duce miał miejsce 31 października 1926 roku. Wówczas to, 16-letni faszysta oddał kilka strzałów do samochodu Mussoliniego. Do zdarzenia doszło w Bolonii, dokąd duce przybył, aby otworzyć nowy stadion sportowy. Policja zastrzeliła zamachowca na miejscu, a jego zwłoki wleczono później za samochodem ulicami miasta i powieszono na drzewie. Rodziców chłopaka skazano na 30 lat więzienia. Nie wiadomo, czy ktoś nie namówił młodocianego zamachowca, aby strzelał do Mussoliniego, obiecując mu pieniądze i uniknięcie kary.

Zamachy te, zapewne inspirowane przez samego duce, stały się „ostatecznymi argumentami” za wprowadzeniem przez niego w Italii dyktatury i przejęciem pełni władzy. Prowokacje miały uwiarygodnić i usprawiedliwić przed społeczeństwem potrzebę zaostrzenia prawa i ograniczenia swobód oraz wolności. Plan się powiódł.

 

 

Jak wyglądało dzieciństwo i młodość Mussoliniego? Gdzie wychował się przyszły duce? Jakim był dzieckiem: grzecznym, czy łobuzem i rozrabiaką? Jak wyglądały pierwsze lata politycznej kariery młodego Benito?

Aby odpowiedzieć na te pytania, należy cofnąć się do lat 80-tych XIX wieku. Wtedy to, 29 lipca 1883 roku w małym miasteczku Varano di Costa w gminie Predappio, urodził się Benito Mussolini. Był synem kowala i nauczycielki. Miał o dwa lata młodszego brata Arnaldo. Ojciec Benito, Alessandro Mussolini był człowiekiem światłym i oczytanym, zajmował się polityką. Był działaczem socjalistycznym i po części zwolennikiem anarchizmu. Uczestniczył w kilku kongresach socjalistycznych, działał w I Międzynarodówce. Trafił nawet na pół roku do więzienia za głoszenie swoich poglądów i udział w rozruchach. Wszystko to z pewnością miało wpływ na Benito i jego poglądy.

Jednak mały Benito był przede wszystkim znany w okolicy jako łobuz i szkodnik buszujący po cudzych ogrodach i bijący młodszych i słabszych kolegów. Razem z bratem Arnaldo spali w kuchni, chodzili skromnie ubrani, czasami nie jadali do syta. Ich rodzina była uboga, a dzieciństwo nie należało do lekkich i przyjemnych. Arnaldo był chorowity i powolny, Benito żywy, pełen energii, impulsywny, czasem okrutny. Interesował się muzyką (próbował grać na skrzypcach) i kochał zwierzęta. Po ukończeniu szkoły w Predappio został oddany przez rodziców do gimnazjum Salezjanów w Faenzy. Tutaj „dziki syn kowala” uczył się bardzo dobrze, ale też mocno rozrabiał zbierając nagany za bicie kolegów. Benito był mściwy i pamiętliwy, nigdy nie przebaczał swoim wrogom. Sprawiedliwość wymierzał sam, nigdy się nie skarżąc. Dwukrotnie wyrzucono go ze szkoły za brutalną zemstę na kolegach. Kary nie zmieniły jednak przyszłego duce.

Po zakończeniu edukacji u ojców Salezjanów, Benito trafił do Instytutu Nauczycielskiego w Forlimpopoli. Uczył się pilnie, przede wszystkim historii, geografii, języka ojczystego i pedagogiki. Mając 18 lat został nauczycielem szkół elementarnych. Wyjechał do Gualtieri, gdzie zaczął pracować w szkole jako nauczyciel klas 1-3. Wtedy to Mussolini zainteresował się socjalizmem i zaczął brać udział w życiu politycznym. Zaczął udzielać się jako mówca w lokalnej karczmie, zwłaszcza gdy spożył więcej alkoholu. W 1902 roku, po rocznym pobycie w Gualtieri, postanowił wyemigrować do Szwajcarii aby tam szukać lepszego zarobku i godziwych warunków życia. W miejscowości Orba podjął pracę jako robotnik budowlany. Szybko jednak się zniechęcił i wyjechał do Lozanny. Tutaj, gdy skończyły mu się pieniądze, rozpoczął żywot włóczęgi. Został jednak aresztowany przez policję. W końcu trafił do włoskiego handlarza win, u którego podjął pracę. Chodził też jako wolny słuchacz na wykłady uniwersyteckie z ekonomii i filozofii (interesował go zwłaszcza Sorel i Nietzche). Wkrótce został jednak wydalony ze Szwajcarii jako podejrzany o „wywrotowe” idee.

Po powrocie do kraju Benito został wcielony do wojska i rozpoczął służbę w werońskim pułku bersalierów. Po śmierci matki został zwolniony z wojska i wrócił do domu, do rodzinnej wsi. Tutaj zajął się lokalną polityką. W 1907 roku zaczął ponownie uczyć w szkole, tym razem w Tolmezzo. Jednak ze względu na „dziwne” zachowanie (wybuchy gniewu na lekcjach, nocowanie na cmentarzu, recytowanie wierszy w miejscach publicznych) został zwolniony z posady nauczyciela. W 1908 roku wyjechał do Oneglia, gdzie zaczął pracować jako nauczyciel francuskiego w prywatnym instytucie. Coraz częściej jednak angażował się w życie polityczne (trafił nawet na krótki czas do więzienia za organizowanie strajku chłopskiego). Zaczął też pisać artykuły do gazet. Współpracował z kilkoma redakcjami. Publikował również swoje nowele i powieści, głównie o charakterze antyklerykalnym. Od 1909 roku przebywał w Trydencie, wówczas należącym do Austro-Węgier. Tutaj był sekretarzem w socjalistycznej Izbie Pracy.

Od 1910 roku kariera Mussoliniego jako socjalisty zaczęła rozwijać się coraz szybciej (znany był przede wszystkim jako dziennikarz i dobry mówca). W Forli został sekretarzem partyjnym federacji prowincjonalnej. W 1911 roku zorganizował w mieście demonstrację i na dwa dni wraz ze swoimi zwolennikami, opanował miasto. Przyszły duce został za to aresztowany i skazany na 5 miesięcy więzienia. Stał się jednak popularny w całym kraju. W tym czasie ożenił się też z Rachelą Guidi, a 1 września 1910 roku urodziła się im córka Edda. Ślub cywilny odbył się w grudniu 1915 roku, a kościelny dopiero w grudniu 1925 roku. W 1912 roku podczas kongresu socjalistów w Reggio Emilia, Benito Mussolini został mianowany redaktorem naczelnym największego socjalistycznego dziennika „Avanti!”. Przyszły wódz faszystów przeniósł się do Mediolanu. Wszystkie artykuły polityczne pisał sam, pierwsza strona dziennika niepodzielnie należała do niego. W 1914 roku założył nowe pismo „Utopia”, aby upowszechniać swoje poglądy.

W przededniu wybuchu I wojny światowej, Mussolini głosił neutralność Włoch, potem wystąpił przeciwko Austro-Węgrom i Niemcom, aby na koniec poprzeć Francję! W październiku 1914 roku odszedł z „Avanti!”, a w listopadzie ukazał się pierwszy numer jego nowego pisma „Il Popolo di Italia” („Lud Włoski”). Ujawnił się w nim jako zwolennik wojny. Nie spotkało się to z przychylnością innych socjalistów m.in. Giacomo Matteotti’ego. 11 kwietnia 1915 roku podczas wiecu w Rzymie, Benito został aresztowany i trafił do więzienia. W maju 1915 roku Włochy przystąpiły do wojny, a 31 sierpnia Mussolini został zmobilizowany i wcielony do 11 pułku Bersalierów.

„Przygody” przyszłego duce na frontach I wojny światowej to już zupełnie inna historia, która chluby późniejszemu duce też nie przyniosła. O wiele ważniejsze dla niego i dla całej Europy, było to co wydarzyło się po zakończeniu wojny. To właśnie wtedy rozpoczął się nowy rozdział w życiu Mussoliniego…

Większość z nas uważa, że Mussoliniego z „aresztu” na szczycie Gran Sasso w Abruzzach, 12 września 1943 roku, po brawurowej akcji uwolnili niemieccy spadochroniarze pod dowództwem Otto Skorzennego. Obwieścił to światu w radiowym przemówieniu Joseph Goebbels. Przyjęto to za prawdę. Tymczasem rzeczywistość była trochę inna. Według dokumentacji akcji „Eiche” („Dąb”), za którą odpowiedzialny był generał Student, dowódca spadochroniarzy z XI Korpusu Lotniczego we Włoszech, Skorzenny był w tej akcji tylko… statystą. To Studentowi Hitler osobiście zlecił odnalezienie miejsca pobytu uwięzionego Mussoliniego i uwolnienie go z aresztu.

25 lipca 1943 roku król Wiktor Emanuel zdymisjonował Mussoliniego z funkcji premiera i nakazał aresztować dyktatora. Dokonała tego włoska policja na placu królewskim w Rzymie. W zakamuflowanej karetce pogotowia duce został wywieziony do koszar karabinierów na Zatybrzu, a następnie do szkoły kadetów policji, gdzie przebywał przez dwa dni. Marszałek Badoglio został premierem i rozpoczął proces kończenia wojny we Włoszech. Mussolini podobno szybko załamał się i nie stawiał oporu, nie zamierzał nic robić, poddał się. Na wieść o tym, co wydarzyło się w Rzymie, Hitler już 26 lipca nakazał Studentowi wykonać plan „Schwarz”, czyli zająć Wieczne Miasto, aresztować marszałka Badoglio, króla inowy rząd, ukarać spiskowców, odnaleźć i uwolnić Mussoliniego i przywrócić mu władzę.

Tymczasem na Sycylii wylądowali już alianci i plany zmieniono. Student miał odnaleźć i uwolnić duce, po czym sprowadzić go do fuhrera. Włosi wiedzieli jednak o niemieckich planach. Rozpoczęła się misterna gra wywiadów, mylenie tropów, wprowadzanie w błąd przeciwnika itp. „gry”. Karabinierzy wywieźli Mussoliniego z Rzymu i 28 lipca z portu Gaeta przetransportowali go na wyspę Ponza. Tutaj przebywał do 6 sierpnia. Niemcy nie mogli dowiedzieć się, gdzie przebywał duce. Generał Student nie powiedział o akcji „Dąb” nikomu, nawet Skorzennemu, którego na czele 40-osobowego oddziału SS-manów, do Rzymu wysłał Himmler. Skorzenny w ramach planu „Schwarz” miał likwidować spiskowców w otoczeniu króla Wiktora Emanuela i w armii włoskiej. Generał Student działał tymczasem samodzielnie i niezależnie od SS.

Gdy wywiadowcy Studenta dowiedzieli się, że Mussolini przebywa na wyspie Ponza, Włosi natychmiast przewieźli go do twierdzy La Madalena na północnym wybrzeżu Sardynii. Tutaj duce był całkowicie odcięty od świata. 28 sierpnia małym, sanitarnym samolotem przetransportowano go do portu nad jeziorem Braccciano, niedaleko Rzymu. Stąd, karetką pogotowia wywieziono go do Gran Sasso w Abruzzach. Udało się uśpić czujność niemieckich wywiadowców i wyprowadzić ich w pole. Ale tylko do czasu. Niemcy przypadkowo odkryli miejsce pobytu dyktatora Włoch. Ktoś zauważył zwiększony ruch na drodze do Gran Sasso, a we wrześniu odmówiono żołnierzom niemieckim zakwaterowania w hotelu „Campo Imperatore” na górze. Kolejka górska do hotelu nie kursowała, a sam hotel jakoby zamknięto. Generałowi Studentowi wydało się to podejrzane.

Nie powiadomił jednak o swoim odkryciu Hitlera (chciał przywieźć mu uwolnionego Mussoliniego „w prezencie”). Zdjęcia lotnicze potwierdzały podejrzenia Studenta. Tymczasem 8 września 1943 roku marszałek Badoglio podpisał kapitulację Włoch. Trzy dni później, 11 września, generał Student nakazał uwolnić Mussoliniego. Według planu, szybowce ze spadochroniarzami miały wylądować na polanie przed hotelem, a strzelcy górscy mieli zająć stację kolejki linowej w dolinie. W szybowcach, jako dowódca ze strony SS znajdował się Otto Skorzenny (pilnował generała karabinierów Soletiego, który miał nakłonić Włochów do oddania Niemcom Mussoliniego).

Akcja rozpoczęła się 12 września o 14.00. Plan przebiegał bez zakłóceń. Tylko jeden  żołnierz niemiecki został ranny. Włosi nie stawiali oporu. Szybko odnaleziono nie ogolonego, wychudłego i przestraszonego duce. Umieszczono go w małym samolocie, za sterami którego zasiadł as lotnictwa niemieckiego kapitan Gerlach (wylądował on i wystartował z małej łąki przed hotelem znajdującej się tuż nad urwiskiem skalnym). Do samolotu wcisnął się też Skorzenny i mimo protestów Gerlacha (przeciążenie samolotu), kazał mu startować. Start powiódł się, chociaż mało brakowało, aby zakończył się katastrofą z powodu zbytniego obciążenia samolotu. Po półtorej godzinie lotu, uszkodzony samolot na pokładzie z Mussolinim, Skorzennym i Gerlachem, wylądował na lotnisku Practica de Mare. Tutaj Skorzenny i Mussolini wsiedli do He-111 i odlecieli do Wiednia. Stąd, 14 września Ju-52 odtransportował duce do Hitlera, do Wilczego Szańca. Goebbels i Himmler przedstawili akcję uwolnienia Mussoliniego jako wielki sukces Skorzennego, a świat w to uwierzył…

Link Cytuj

 
0
Avatar_forum

Powstanie i ewolucja kogi jest trudna do ustalenia. Od wielu lat w tej kwestii ścierają się poglądy wielu naukowców. Prawdopodobnie idea dużego statku handlowego narodziła się u zachodnich wybrzeży Francji. Było to związane z handlem towarami „masowymi” zwłaszcza winem, na szlaku francusko–angielskim. Na terenie Fryzji niemieccy szkutnicy wyposażyli francuski statek handlowy tzw. „nef” w ster zawiasowy (stosowany wcześniej w małych łodziach rybackich we Fryzji). W ten sposób powstała koga ze sterem zawiasowym, podczas gdy francuski nef nadal posiadał ster boczny. W XIII wieku kupcy niemieccy wprowadzili kogi na Bałtyk i w bardzo krótkim czasie statek ten stał się dominującym typem statku handlowego w Europie Północnej. Wyparł z mórz miejscowe łodzie towarowe nie mogące, ze względu na swoją wielkość i budowę, transportować ładunków masowych. W połowie XIII wieku koga przyjęła konstrukcję, w której przetrwała niemal bez zmian do XV stulecia. W XIII i XIV wieku stała się najpopularniejszym typem dużego hanzeatyckiego statku morskiego. Ojczyzną kogi była więc Fryzja, gdzie nazwa „koga” występowała już w źródłach z X wieku („cogscult” jako jeden z dochodów fundacji w Utrechcie).

Nie od razu jednak koga wyparła z Bałtyku mniejsze łodzie skandynawskie i słowiańskie. Na podstawie źródeł możemy stwierdzić, że jeszcze w pierwszej połowie XIII wieku łodzie słowiańskie były eksploatowane w żegludze handlowej. Również Lubeczanie, korzystali z tych statków, o czym świadczy chociażby umowa zawarta w 1224 roku między Lubeką i księciem Wisławem rugijskim na temat wynajmu łodzi rugijskich do przewozu śledzi z Rugii do Lubeki. Prawdopodobnie więc Lubeczanie w pierwszym okresie swej działalności nie posiadali jeszcze odpowiedniej liczby dużych statków do przewozów masowych i musieli wynajmować mniejsze łodzie słowiańskie dla potrzeb swojego handlu.

Po raz pierwszy z kogą na Pomorzu Wschodnim spotykamy się w przywileju księcia Świętopełka dla Lubeczan z 1225–1227 roku. Dokument ten rozróżnia „navis minor” i „navis major”. Terminem „navis major” określona została koga. Na podstawie wysokości ceł płaconych przez kogę, a wyszczególnionych w tym dokumencie, można wnioskować że koga była statkiem co najmniej dwa razy większym od „navis minor”. Dokumenty określające kogę jako statek handlowy pojawiły się bardzo późno. W źródłach bałtyckich najstarsze wzmianki o kodze pochodzą z lat 1206–1210 i znajdują się w kronice Henryka z Łotwy.

Kogi pojawiały się też często na pieczęciach miast nadbałtyckich. Najstarsza pieczęć Lubeki z wizerunkiem statku pochodziła z 1226 roku. Typ statku przedstawionego na tej pieczęci nie był jednak kogą (kogi zaczną pojawiać się na pieczęciach miast nadbałtyckich od połowy XIII wieku). Wizerunek statku na pieczęci lubeckiej miał ster boczny (wiosłowy), a stewy miały kształt łbów zwierzęcych. Dziób i rufa statku były identyczne, a jego kadłub przypominał wcześniejsze łodzie skandynawskie i słowiańskie. Nie były to więc cechy charakterystyczne dla XIII–wiecznej kogi. Typowa jednomasztowa koga ze sterem rufowym zawiasowym przedstawiona została dopiero na pieczęci elbląskiej użytej w 1242 r (jest to pierwsza pieczęć przedstawiająca typową kogę XIII–wieczną). Poza tym, kogi przedstawione były także w późniejszym okresie czasu na pieczęciach miasta Gdańska i na pieczęciach niektórych miast leżących nad Morzem Północnym.

Na podstawie tych pieczęci można stwierdzić, że koga była silnym, ciężkim, jednomasztowym statkiem, stosunkowo krótkim, o wysokiej burcie. Zbudowana była na prostej stępce metodą zakładkową. Miała prostą, pochyłą dziobnicę i tylnicę. Charakterystyczną cechą konstrukcji kogi był ster tzw. tylnicowy (zawiasowy). Był on odchylany za pomocą poziomo osadzonego drążka tzw. rumpla. Wynalezienie steru zawiasowego i zastosowanie go przy dużych statkach takich jak koga, było jednym z najważniejszych wydarzeń w historii północnoeuropejskiego budownictwa okrętowego.

Budowę kogi wczesnego typu (połowa XIII wieku) możemy poznać na przykładzie wraku tego typu statku odkrytego w Kalmarze. Poszycie kogi wykonywano z najlepszego dostępnego materiału czyli z dębiny. Wykonywano je metodą na zakładkę, a poszczególne pasy poszycia uszczelniano w szwach sierścią zwierzęcą i łączono nitami żelaznymi. Usztywnienie poprzeczne zapewniały gęsto rozmieszczone denniki i wręgi przymocowane do poszycia za pomocą kołków. W kilku miejscach zamontowano również belki poprzeczne dodatkowo wzmacniające konstrukcję (ich końce wystawały poza burtę). Usztywnienie wzdłużne zapewniała w środkowej części dna nadstępka oraz przybite do denników i wręgów wzdłużniki. W rufie i w dziobie ułożone były krótkie półpokłady, natomiast śródokręcie było otwarte (przeznaczano je jako ładownię na towary). Na tylnicy zawieszano ster zawiasowy. Maszt osadzony był w nadstępce i wsparty na wysokości burt jarzmem złożonym ze wzdłużników i belki poprzecznej. Od strony dziobu, rufy i burt maszt dodatkowo podtrzymywało olinowanie. Prostokątny żagiel rozpięty był na rei, którą przytrzymywał przy maszcie rak. Reję podnoszono lub opuszczano za pomocą kołowrotu ustawionego w części rufowej statku. Kołowrót służył także do składania i podnoszenia masztu. Do manewrowania żaglem służyły odpowiednie liny. Można było zmniejszyć powierzchnię żagla za pomocą reflinek. Statek miał też kotwicę. Był to kamień objęty drewnianymi listwami. Kogi miały zanurzenie do 1,5 metra, długość do 20 metrów, szerokość na śródokręciu do 5 metrów. Mogły zabierać na pokład ładunek do 200 ton.

Pierwsze kogi nie miały kaszteli, które prawdopodobnie najwcześniej pojawiły się na statkach francuskich typu nef. Kasztele na kogach znajdujemy na pieczęciach miejskich poczynając od końca XIII wieku np.: pieczęć gdańska przywieszona do dokumentu z 1299 roku, pieczęć miasta Damme użyta w dokumencie z 1309 roku, pieczęć Strzałowa przywieszona do dokumentu z 1329 roku i pieczęć Elbląga przywieszona do dokumentu z 1350 roku. Na wcześniejszych pieczęciach przedstawione były kogi bez kaszteli np.: Strzałów 1234, Wyszomierz 1256, Elbląg 1242. Na pieczęci Damme i Gdańska zaznaczono kasztele rufowy, dziobowy i topowy (ten ostatni z czasem zaniknął). Były one prymitywne, obudowane pomostami umieszczonymi na prostym rusztowaniu belkowym. W początkowej fazie wprowadzenie kaszteli nie wywarło większego wpływu na zewnętrzny wygląd kadłuba statku. Z czasem jednak, w części dziobowej i rufowej kogi podwyższono burty i wzmocniono te części statku dodatkowymi belkami podtrzymującymi półpokłady: dziobowy i rufowy. Było to zapewne związane z obciążeniem tych części statku rusztowaniami kaszteli. Na pieczęciach Strzałowa i Elbląga konstrukcja kaszteli była inna. Rusztowania wspierające pomosty były niższe. Kasztele rufowe zostały obudowane deskami tworząc nadbudówki. Kasztele dziobowe przesunęły się do przodu i wysunęły się poza dziobnicę. Kasztele topowe zlikwidowano. Pojawiły się za to drzewce banderowe z banderami na kasztelu rufowym i dziobowym.

Kasztele w początkowej fazie służyły zapewne jako schronienie dla załogi, nie przebywającej na pokładzie, który został przeznaczony na towary. Poza tym, z podwyższenia jakim były kasztele można było lepiej sterować statkiem i prowadzić lepszą obserwację. Z czasem kasztele zaczęto wykorzystywać jako pomosty dla wojowników dokonujących abordażu na statki nieprzyjacielskie. Miały więc one charakter militarny. Były umieszczane na dziobie i na rufie (rzadziej na głównym maszcie tzw. kasztel topowy służący do obserwacji). Na początku XIV wieku kasztele zostały bardziej przesunięte na dziobnicę i tylnicę, zostały obudowane deskami i uzyskały charakter nadbudówek. Zniknęły kasztele topowe, kasztele dziobowe były mniejsze, natomiast większe i bardziej rozbudowane były kasztele rufowe. Tutaj mieściła się załoga i urządzenia sterownicze, czyli ster zawiasowy i rumpel, teraz ukryte w nadbudówce. Tak więc na przełomie XIII–XIV wieku kogi zaczęły się przekształcać, a wszystko to zmierzało w kierunku powstania nowych typów okrętów w XV wieku (już w drugiej połowie XIV wieku pojawił się holk – nowy typ statku o budowie innej niż koga, z dużymi kasztelami).

Wiele pieczęci miast portowych położonych w basenie Morza Północnego i Bałtyku posiadało jako główny element sylwetkę statku. Na pieczęciach miast Pomorza Wschodniego w drugiej połowie XIII wieku pojawiły się wizerunki nowego wówczas rodzaju statku, czyli kogi. Sylwetka kogi występowała na wielkiej pieczęci Gdańska z 1299 roku i na małej sekretnej pieczęci tego miasta z 1317 roku oraz na pieczęci miasta Elbląga z 1242 roku. Na pieczęciach gdańskich został przedstawiony obraz typowej kogi z dwoma kasztelami, ze sterem rufowym, masztem oraz bocianim gniazdem i takielunkiem. Na pieczęci elbląskiej widnieje typ kogi o prostszej budowie, bez kaszteli i bocianiego gniazda. Typ statku przedstawionego na pieczęciach gdańskich musiał w tym czasie zawijać do portu gdańskiego i być obsługiwany przez ten port. Była to druga połowa XIII wieku. Wcześniej, bo w pierwszej połowie XIII wieku do Gdańska zawijały zapewne kogi bez kaszteli, prostsze w swej budowie, takie jak na pieczęci elbląskiej.

Już na początku XIII wieku kogi stały się podstawowym środkiem transportu na Bałtyku. Książę gdański Świętopełk w dokumencie datowanym na lata 1225–1227, mówił o remontach tych statków w książęcych warsztatach szkutniczych. Wynika stąd, że koga była w latach 20–tych XIII wieku dobrze znana na Pomorzu Wschodnim i znajdowała się w powszechnym użytkowaniu, przynajmniej jeśli chodzi o transport towarów na dalsze odległości. Zapewne książę nie wydawałby dokumentu, gdyby chodziło o jakiś mało znaczący rodzaj statku, którego znaczenie dla całej gospodarki regionu było niewielkie. Twierdzenie o tym, że już w pierwszej połowie XIII wieku koga była podstawowym środkiem transportu morskiego na Bałtyku potwierdzają inne źródła. Pieczęcie miast Elbląga i Gdańska z tego okresu przedstawiają kogę. Pieczęć elbląska przywieszona do dokumentu z 1242 roku przedstawia jednomasztową kogę ze sterem rufowym zawiasowym i wysuniętym bukszprytem. Wielka pieczęć miasta Gdańska przywieszona przy dokumencie z 1299 roku przedstawia typ kogi rozwiniętej z dobudowanymi dwoma kasztelami na rufie i dziobie oraz bocianim gniazdem i blankami.

Jeśli kupcy Gdańska i Elbląga w połowie XIII wieku korzystali z kogi jako środka transportu, to statki te mogły być budowane na miejscu w macierzystych portach. Jeśli miasto szczyciło się nową jednostką morską przedstawianą na oficjalnych miejskich pieczęciach, to zapewne ambicją owego miasta była samodzielna budowa tych statków. Pierwsze wzmianki o stoczni np.: w Elblągu pochodzą z 1295 roku. Pierwszy raz koga pojawiła się na pieczęci elbląskiej przywieszonej przy dokumencie z 1242 roku. Można więc twierdzić, że już kilka, kilkanaście lat później warsztaty szkutnicze w Elblągu same budowały kogi, takie jak przedstawiała pieczęć miasta. Stocznia w Elblągu musiała więc istnieć już w połowie XIII wieku, a pierwsze kogi zostały tu zbudowane zapewne w drugiej połowie XIII wieku. Podobnie, stocznia w Gdańsku w drugiej połowie XIII wieku mogła budować już własne kogi. Świadczyłoby to o wysokim poziomie umiejętności pomorskich szkutników i zaawansowanej jak na ówczesne czasy technice portowej i stoczniowej w Gdańsku i w Elblągu.

Na Pomorzu Wschodnim okręt wojenny jako środek do działań wojennych i walki wyodrębnił się na drodze ewolucyjnej z jednostki „uniwersalnej”.  W źródłach z XII–XIII wieku nie ma mowy o akcjach bojowych książąt gdańskich na Bałtyku. Nie oznacza to jednak, że tutejsi władcy nie posiadali w ogóle okrętów wojennych, takich które zdolne byłyby prowadzić walkę na morzu. Z pewnością w porcie gdańskim znajdowała się eskadra okrętów wojennych należących do księcia. Brak wzmianek w źródłach o walkach morskich na Bałtyku wskazywać może na to, że w XII-XIII wieku działania wojenne prowadzone były głównie w delcie Wisły i na śródlądziu (Wisła i Zalew Wiślany). Region ten był najpierw granicą pomorsko–pruską, a od XIII wieku granicą pomorsko–krzyżacką. To tutaj właśnie, na linii Wisły, na osi Tczew–Wyszogród wzniesiono wiele grodów kasztelańskich i strażniczych, które miały kontrolować żeglugę na rzece. Grody te stanowiły również bazy wypadowe dla książęcej floty wojennej działającej na Wiśle.

Wojenne okręty pomorskie były w dokumentach nazywane ogólnikowo „naves”. W odniesieniu do żeglugi śródlądowej występowało też określenie „korab”, ale bardzo rzadko. Niekiedy w dokumentach, obok określenia „naves”, używano też określeń „okręty zbrojne” lub „okręty z uzbrojoną załogą”: „navis cum armato custode”, „armata manu navigio”, „armati cum navibus”. Niestety źródła nie wspominały nic o wyglądzie i konstrukcji tych okrętów. Wygląd i budowę pomorskich łodzi bojowych możemy poznać analizując budowę m.in. łodzi oruńskich pochodzących z Pomorza Gdańskiego. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, iż tego rodzaju łodzi używano wówczas w walkach z Krzyżakami na Wiśle. Były to więc łodzie długie, wąskie i niskie, napędzane wiosłami. Załoga wioślarska liczyła około 20 ludzi plus kilku–kilkunastu wojów. Łodzie oruńskie były przystosowane do żeglugi po Wiśle i na Zalewie Wiślanym. Miały małe zanurzenie i płaskie dno, tak aby mogły dochodzić do piaszczystych, płytkich brzegów rzecznych. Były to więc typowe jednostki rzeczne wykorzystywane do działań wojskowych. Większość z nich z pewnością obok zastosowania wojennego, na co dzień służyła jako statki transportowe przewożące różne towary. W razie działań wojennych łodzie te były przystosowywane do nowych zadań.  Jest mało prawdopodobne, aby na Wiśle, w działaniach wojennych przeciwko Krzyżakom, wojska księcia gdańskiego wykorzystywały większe okręty takie jak uzbrojone kogi.

Zabezpieczenia wymagała również północna granica państwa pomorskiego i jak już wcześniej wspomnieliśmy książę gdański posiadał również flotę okrętów przystosowanych do żeglugi na Bałtyku. Były one napędzane wiosłami oraz żaglem i z pewnością były większe i masywniejsze od śródlądowych łodzi bojowych operujących na Wiśle. Nie można jednak przeprowadzić podziału na śródlądowe i morskie jednostki wojenne, jeśli chodzi o Pomorze. Położenie geograficzne i układ polityczny postawił władców wschodniopomorskich wobec konieczności prowadzenia działań wojennych przede wszystkim na śródlądziu. W XII–XIII wieku floty pomorskie operowały głównie na wodach śródlądowych i na Zalewie Wiślanym, jednakże wiele z okrętów wchodzących w ich skład mogło być i zapewne było używane na morzu (w jego strefie przybrzeżnej). Czynniki geograficzne i polityczne wymagały, aby łodzie które operowały na wodach śródlądowych były w stanie żeglować także na otwartych wodach morskich. Mamy tu więc do czynienia ze swoistą wymiennością ról owych okrętów. Były to jednostki w pewnym sensie uniwersalne, bo mogące operować zarówno na akwenach śródlądowych jak i na morzu. Pozwalała im na to ich konstrukcja, np.: łódź Orunia I o cechach łodzi tzw. „długiej” była zdatna do żeglugi zarówno po rzece jak i po Zatoce Gdańskiej i morzu.

W XIII wieku pojawiły się na Pomorzu Wschodnim nowe typy okrętów używanych do zadań militarnych. Dusburg pisze o „okrętach wojennych” („navem bellicam”) relacjonując przybycie Henryka z Miśni w 1236-1237 roku na Pomorze dla wsparcia misji chrystianizacyjnej Zakonu w Prusach. Używając nowego określenia „naves bellicas” kronikarz chciał z pewnością podkreślić ich nieprzeciętny charakter, wielkość i uzbrojenie. Nowa nazwa wskazywała również na zastosowanie tych okrętów. Kronikarz nadając opisywanym przez siebie jednostkom taką nazwę, wyraźnie wskazywał, iż były to okręty wojenne, przeznaczone do prowadzenia tylko i wyłącznie działań wojennych. Musiały być one zatem czymś nowym, niespotykanym na Pomorzu. Musiały też wyróżniać się na tle lokalnych okrętów bojowych uzbrojeniem, budową i wielkością. Być może były to uzbrojone, przystosowane do działań wojennych kogi. W porównaniu z łodziami długimi pełniącymi rolę okrętów bojowych, uzbrojone kogi mogły wydawać się prawdziwymi „fortecami”.

Dusburg wspominał też o „navem bellicam” relacjonując walki krzyżacko-litewskie z początku XIV wieku. Także w tym przypadku, według kronikarza, okręty te wyróżniały się wielkością, uzbrojeniem i budową na tle zwykłych jednostek bojowych. W tym wypadku autor podał więcej szczegółów opisywanych przez siebie okrętów. Być może owe okręty były wyposażone w kasztele bojowe na dziobie i rufie (wskazywałoby na to określenie „cum meniis”). Jeśli byłaby to prawda, to mielibyśmy w tym wypadku do czynienia ze statkami typu „koga”, które na przełomie XIII i XIV wieku posiadały już kasztele i mogły pełnić rolę okrętów wojennych jeśli wymagała tego sytuacja. O tym, że kogi bałtyckie posiadały pod koniec XIII wieku kasztele świadczą też źródła ikonograficzne: pieczęć miasta Gdańska przywieszona do dokumentu z 1299 roku przedstawiała kogę z kasztelami - dziobowym i rufowym. Być może w tym wypadku, dokumenty po raz pierwszy mówią o typowych, uzbrojonych i przeznaczonych tylko i wyłącznie do walki na morzu okrętach wojennych („naves bellicas”). Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy okręty, o których pisał Dusburg, posiadali tylko Krzyżacy, czy może również książęta gdańscy. Źródła nie wspominały nic o „naves bellicas” należących do księcia gdańskiego, a wszystkie jego okręty wojenne określały ogólnym mianem „naves”. Być może właśnie to rozróżnienie w nazewnictwie miało wskazywać, iż Pomorzanie posiadali okręty gorsze niż Krzyżacy i nie było wśród nich prawdziwych „naves bellicas”, a tylko zwykłe „naves”.

Źródła nie dostarczyły nam niestety informacji na temat wyglądu i budowy okrętów wojennych na Pomorzu w XII–XIII wieku. Najczęściej dokumenty podawały liczbę okrętów biorących udział w jakiejś akcji wojennej, nieraz liczbę okrętów zniszczonych. Często też podawały ilość przewiezionych żołnierzy. Brak jest natomiast jakichkolwiek opisów okrętów, czy też bitwy między nimi. Można natomiast znaleźć w źródłach wzmianki o udziale okrętów wojennych w walkach i bitwach na Pomorzu w XII-XIII wieku, zwłaszcza jeśli chodzi o wojny pomorsko-krzyżackie z połowy XIII wieku. We fragmentach mówiących o starciach militarnych, rola okrętów wojennych jest jednak niewielka. Były one najczęściej wykorzystywane do zadań transportowych, pomocniczych, odgrywały więc rolę drugoplanową wobec wydarzeń rozgrywających się na lądzie. Nie znaczyło to bynajmniej, że flota wojenna była niedoceniana przez ówczesnych władców i nie wykorzystywana w czasie działań militarnych. Przykładów na użycie flot wojennych w działaniach zbrojnych na Pomorzu Wschodnim, źródła dostarczają licznych.

Dusburg opisujący wojnę pomorsko-krzyżacką w połowie XIII wieku i walki Krzyżaków z Prusami, najczęściej wspomina o okrętach wojennych jako środku transportowym dla armii lądowych. Okręty wojenne wielokrotnie przewoziły armię krzyżacką przez Wisłę w czasie działań przeciwko Pomorzanom. W jednym przypadku kronikarz oszacował liczbę wojska przewiezionego przez Wisłę przez Krzyżaków na 2 tysiące. Jeśli nie była to liczba zawyżona, to aby jednorazowo przewieźć tylu ludzi, musieli Krzyżacy posiadać flotę około 80-100 okrętów. Nie było to wcale niemożliwe. Były to zapewne w większości łodzie  transportowe tzw. „łodzie długie”, których nad Wisłą nie brakowało i można je było zagarnąć prawowitym właścicielom drogą konfiskaty. Nie musiały to być wcale łodzie tylko i wyłącznie wojenne i należące wyłącznie do armii zakonnej. Prawdopodobnie przed użyciem ich do celów wojskowych, służyły jako zwykłe „cywilne” łodzie transportowe.

Źródła wspominały także o okrętach wojennych transportujących wojska krzyżackie prawdopodobnie przez Zalew Wiślany lub Zatokę Gdańską. Krzyżacy wyprawiali się wówczas (około 1237-1239 roku) przeciwko pogańskim Prusom. Kronikarz nie pisze niestety nic o typach statków przewożących wojska krzyżackie przez „mare recens” (Zalew Wiślany), ale można przypuszczać, iż były to uzbrojone łodzie tzw.  „długie”. Jeśli natomiast Krzyżaków wspierali w tej wyprawie „goście” z zachodniej Europy, to być może przypłynęli tu swoimi własnymi okrętami. Wśród nich mogły być pełnomorskie statki towarowe spełniające rolę okrętów wojennych (były uzbrojone i przystosowane do działań militarnych). Czy były wśród nich kogi, tego źródła nie precyzują.

Wszystkie te przykłady potwierdzają, że okręty bojowe w czasie działań wojennych na Pomorzu Wschodnim wielokrotnie przepływały Wisłę i inne rzeki pomorskie, a nawet żeglowały po Zalewie Wiślanym, a być może i Zatoce Gdańskiej. Najczęściej jednak  przewoziły wojsko spełniając rolę transportu dla armii lądowych. Tak było, gdy Krzyżacy zdobywali Ragnetę. Co najmniej 100 zbrojnych mężów szturmujących zamek i  uczestniczących w tej wyprawie odbyło podróż na łodziach wojennych. Jeśli Krzyżacy używali okrętów wojennych do przewozu swojej armii, to możemy wnioskować, że podobnie postępowali książęta wschodniopomorscy.

Rzadziej natomiast dochodziło do walk i potyczek zbrojnych z udziałem okrętów wojennych. W źródłach można jednak odszukać nieliczne fragmenty dotyczące bitew z ich udziałem. W 1239 roku została stoczona bitwa na wybrzeżu w pobliżu zamku Balga i można przypuszczać, że okręty wojenne walnie przyczyniły się do zwycięstwa Krzyżaków nad Prusami. Podobne okręty wzięły też udział w bitwie Krzyżaków z Prusami około roku 1266. Jak podaje Dusburg, Prusowie posiadający 5 łodzi bojowych zaatakowali okręty krzyżackie z wielkim impetem. W bitwie tej zginął ojciec Ulryk, ale Prusowie ponieśli duże straty i wycofali się.

Dokumenty wielokrotnie wspominały, że okręty wojenne w XII i XIII wieku żeglowały po morskich wodach przybrzeżnych i rzekach Pomorza Wschodniego oraz brały udział w walkach zbrojnych na Pomorzu. Głównym ich zadaniem, jak już wspomianłem, był jednak transport armii lądowych. Obok przewożenia wojska i zapewne sprzętu wojskowego, okręty dostarczały też innego rodzaju zaopatrzenia dla walczących stron. Podczas wojny pomorsko-krzyżackiej, kupcy krakowscy na 3 wielkich statkach dostarczyli do Torunia wiele ton żywności wspomagając tym samym załogę krzyżacką. Statki którymi dostarczono zaopatrzenie Krzyżakom, musiały być wielkie. Były to więc prawdopodobnie kogi. Tylko na nie kupcy mogli załadować wino, miód, ziarno oraz 300 krów i wołów. Żadne inne ówczesne jednostki nie mogłyby przewieźć takiego ładunku. Kogi krakowskich kupców nie miały też problemu, by Wisłą dotrzeć do Torunia. Wiele innych przekazów potwierdza, że kogi obciążone towarami pływały Wisłą do Torunia. Statki towarowe wspomagały więc oblegane miasta dowożąc żywność i żołnierzy. Przykłady te potwierdzają, że kogi mogły wspierać działania wojenne armii lądowych i brać czynny udział w walkach. We wszystkich przypadkach, transportowe kogi były z pewnością uzbrojone i przygotowane do walki.

Mimo nielicznych wzmianek w źródłach, można stwierdzić, że okręty wojenne były wykorzystywane na Pomorzu Wschodnim w XII–XIII wieku na dużą skalę. W wielu toczących się wówczas na tych terenach wojnach, praktycznie wszystkie strony konfliktów wykorzystywały okręty  w swoich działaniach militarnych. Sprzyjały temu warunki geograficzne Pomorza, dobrze rozwinięta sieć rzeczna i bliskość morza. Armie lądowe najczęściej wykorzystywały okręty do transportu lub osłony swoich działań. Dochodziło również do walk z ich udziałem, o czym kilkakrotnie wspominały dokumenty. Już wówczas formowano okręty wojenne we flotylle, czyli duże zespoły statków działające według wspólnego, określonego planu. W skład takich flot wchodziły statki o zróżnicowanej budowie, wielkości i przeznaczeniu.

Funkcje okrętów wojennych były różne w zależności od przebiegu i rodzaju działań wojennych. Zawsze jednak okręty te były lub w każdej chwili mogły być, narzędziem walki z przeciwnikiem, zarówno walki bezpośredniej jak i pośredniej. Zasadnicza funkcja okrętu wojennego przez cały okres średniowiecza nigdy się nie zmieniła.

Fałszowanie dokumentów jest tak stare, jak ich wystawianie. W średniowieczu fałszowano dokumentów bez liku, ale i w czasach nowożytnych ludzie trudniący się fałszerstwem, nie próżnowali. Dla zysku tworzyli fałszywe dowody mające świadczyć o czyichś prawach do majątku i tytułu. W Polsce najwięcej fałszerstw dokumentów dotyczyło wywodów genealogicznych. Jeśli ktoś chciał mieć za przodka np.: Cezara, lub wyprowadzić genealogię swojego rodu od… Adama i Ewy, ten szedł do dobrego fałszerza.

Zawodowi fałszerze nigdy nie udostępniali swojemu zleceniodawcy rzekomego oryginału, a jedynie kopię lub odpis. To była żelazna zasada profesjonalnego fałszerza. Kto postępował inaczej, ten szybko narażała się na zdemaskowanie. Z całej plejady utalentowanych i genialnych fałszerzy dokumentów, wyróżniał się Krzysztof Stanisław Janikowski (około 1615-1647). Ścigany za liczne rabunki, wyłudzenia i najazdy, usiłował wzbogacić się poprzez fałszowanie średniowiecznych pergaminowych dokumentów. Głosił wszem i wobec, że w ruinach zniszczonego zamku w Motarzynie koło Słupska (Pomorze), znalazł skrzynie zawierające setki starych dokumentów. Były to przede wszystkim nadania, przywileje na rzecz duchowieństwa, opactw, klasztorów i kościołów. W rzeczywistości Janikowski „produkował” w języku łacińskim na nowym (sic!) pergaminie setki „średniowiecznych” dokumentów.

O dziwo, znalazł na nie wielu klientów, przede wszystkim na terenie Prus Królewskich. Wystarczyło tylko podać treść zaginionego dokumentu, a Janikowski szybko go podrabiał i dostarczał zamawiającemu. Cena była dopasowana do możliwości klienta i wahała się od 30 do kilku tysięcy złotych! (na ówczesne czasy były to sumy ogromne). W ciągu swej pięcioletniej działalności, sprytny fałszerz zebrał podobno przeszło 15 tysięcy złotych plus prezenty! Najczęściej sfałszowane dokumenty zamawiali u niego duchowni, ale wśród klientów był nawet… kanclerz Jerzy Ossoliński i król Władysław IV Waza. Za „robotę” dla króla, Janikowski otrzymał 1200 złotych i tytuł sekretarza królewskiego! Szybko jednak okazało się, że dokumenty od Janikowskiego to falsyfikaty, podróbki. Sądy zaczęły je odrzucać jako fałszywe i bez wartości. Oszukani przez fałszerza ludzie, zaczęli domagać się ukarania ich wytwórcy. W końcu wojewoda malborski Jakub Weyher i władze miejskie Gdańska złapały kilku współpracowników Janikowskiego. Okazało się, że stał on na czele sprawnie działającej siatki fałszerzy (jeden wyrabiał pieczęcie, inny przygotowywał pergamin, jeszcze inny tłumaczył tekst na łacinę, kto inny przepisywał ten tekst). Sprawiedliwość nie dosięgła jednak Janikowskiego, gdyż ten w nocy z 30 na 31 lipca 1647 roku zginął podczas jednego z zajazdów.

Do genialnych fałszerzy nie należał natomiast działający sto lat później w Galicji Stanisław Morawski. W latach 1776-1778 wystawił on setki sfałszowanych średniowiecznych dokumentów (przywileje, nadania) głównie dla kościołów i duchownych. Cena jednej „fałszywki” wynosiła zaledwie jednego dukata! Autor był jednak partaczem i szybko został zdemaskowany. Jego „dokumenty” były nieczytelne, tekst pisany pomarańczowym atramentem roił się od błędów! W romantyzmie mnóstwo było fałszerzy tworzących nie tylko dokumenty średniowieczne, ale poematy wybitnych ludzi z przeszłości, jakoby zaginione, a potem cudownie odnalezione. Apokryfy pisali m.in. Łukasz Gołębiowski, a nawet Adam Mickiewicz! „Gigantem” wśród nich był Przybysław Dyamentowski (1694-1774), który na kilogramy wytwarzał kroniki dotyczące najdawniejszych dziejów Polski. „Odnalazły się” więc wówczas kroniki takich dziejopisów jak: Wojan, Prokosz, Kognimir, Jardo, Boczula, Świętomir. Co ciekawe, kronikę Prokosza z X wieku za autentyk uznał Julian Ursyn Niemcewicz! Na szczęście Joachim Lelewel całą rzecz zdemaskował.

Do wybitnych twórców falsyfikatów literackich należał też Konstanty Majeranowski (1787-1851) i Teodor Narbutt (1784-1864). Sfałszowane przez nich utwory przez długi czas uznawane była za autentyczne. Jeszcze w 1974 roku „Kultura” w świątecznym numerze drukowała relację pochodzącą rzekomo z XVI stulecia pióra Majeranowskiego. Oczywiście, była to „fałszywka”. Utwory Narbutta zaczęto demaskować dopiero w dwudziestoleciu międzywojennym. Sfabrykował on m.in. genealogię Jagiellonów. Tzw. rękopis randuński (zamek w Randuniu) wywodził Jagiellonów od mitycznego Gellona (Ja-Gellon – stąd Jagiellonowie).

Nasi rodzimi fałszerze i tak nie należeli do światowej czołówki. Ich osiągnięcia bledły przy takich mistrzach jak Vrain-Lucas, który w latach 1860-1870 sprzedał jako autentyki listy Piłata Ponckiego pisane z Jerozolimy do Rzymu w sprawie Chrystusa, list Sokratesa do Euklidesa, epistoły Marii Magdaleny, listy miłosne Adama i Ewy oraz wulgarne listy Kaina do Abla. Za te „oryginały” napisane w języku starofrancuskim (sic!) nabywca zapłacił ponad 100 tysięcy franków! Jeśli ktoś z czytelników kupił ostatnio „oryginał” jakiegoś utworu, czy dokumentu, jakiś rzadki rękopis… no cóż… trzeba mieć nadzieję, że jest to oryginał…

 

Niniejszy artykuł nadesłał mi Pan Adrian Dębicki ze Szczecinka. Pan Adrian dotarł do ciekawych informacji na temat pewnego centrum handlowego w swoim mieście i związanej z nim tajemniczej historii. Poniżej prezentuje on wyniki swoich dociekań. Zapraszam więc wszystkich czytelników “Ale Historii” do lektury tekstu o tajemniczej historii ze Szczecinka:

„Umarli wstaną, by upomnieć się o swoje”…

„Szczecinek znajdujący się w województwie zachodniopomorskim jest głównym miastem ziemi szczecineckiej. Obecnie trwają obchody 700-lecia tej ziemi.

We wczesnym średniowieczu na Wzgórzu Przemysława, nazywanym też Wzgórzem Bismarcka, istniał gród. Nad brzegiem jeziora położone były dwa inne grodziska: „Trzesieka” i „Zamek”. Wszystkie uległy zniszczeniu, najprawdopodobniej w okresie walk Bolesława Krzywoustego o Pomorze. Przełom XIV i XV wieku to czas ekspansji Brandenburgii. Dla przeciwstawienia się jej, książę wołogoski Warcisław IV w 1310 roku założył miasto Nowy Szczecin, czyli dzisiejszy Szczecinek. Miasto zostało lokowane na południe od istniejącej wcześniej osady rybackiej położonej nad brzegiem jeziora Wielimie.

Jak wiadomo każde miasto w średniowieczu musiało mieć swój kościół. Tak też około 1310 roku zaczęto budować kościół w Nowym Szczecinie.  Wkrótce kościół był gotowy. W końcu XVI wieku do odbudowy częściowo zniszczonej wieży, użyto XIV-wiecznej cegły z klasztoru Marientron koło Szczecinka, rozebranego w okresie reformacji („cieszył się” on wówczas „czarną legendą” o nie umiarkowaniu i pysze katolickich mnichów).

W I połowie XVII w  wieża wraz z kościołem były już po odbudowie. Wieża zakończona była barokowym hełmem dachowym, który w początku XIX wieku został przerobiony na namiotowy. Kościół nie miał bogatego wyposażenia. Warto podkreślić, że z czterech gotyckich srebrnych kielichów, dwa ufundowały księżne Anna i Jadwiga (w I połowie XVII wieku). Wokół kościoła znajdował się cmentarz obrośnięty krzakami i drzewami. Został on  zamknięty na początku XIX wieku i przeniesiony w rejon ulicy Lipowej. W I połowie XX wieku kościół został rozebrany. Tutaj historia się urywa z powodu braku źródeł.

Pojawia się jednak coś, co dzisiaj wzbudza zainteresowanie mieszkańców miasta… Na przykościelnym obszarze zostało wzniesione małe centrum handlowe, które po niedługim czasie zostało rozebrane. Z czasem w tym miejscu… powstała druga galeria handlowa. Podczas kopania fundamentów natrafiono na ludzkie szkielety. Czyżby zapomniano o nich w czasie przenoszenia ciał w XIX wieku? A może pod obecną budowlą znajdują się kolejne „niespodzianki”?

Jedno jest pewne, musiał istnieć powód, aby rozebrać pierwszą galerię handlową. Nikt nie wiedział dlaczego to zrobiono. Mieszkańcy nie stroniący od głoszenia „teorii spiskowych” spekulują, że niespokojne dusze domagały się przeniesienia na cmentarz. Obecnie często słyszę o tym, że gdy jest ciemno, światła w galerii włączają się i wyłączają samoczynnie, a ruchome schody w nocy uruchamiają się same. Moim zdaniem historia ta jest godna zwrócenia na nią uwagi. Warto spojrzeć na nią z przymrużeniem oka. Czy wierzę w spekulacje? Zachowam to dla siebie i dodam, że ruchome schody czasem wyłączają się akurat wtedy, kiedy chcę sobie na nich zjechać po zakupach ;-).”

 

Tę historię opowiedział mi jeden z mieszkańców Pomorza Gdańskiego. Rozmawiałem z nim o trudnych losach tutejszych ludzi w czasie wojny. Kanwą rozmowy był casus „dziadka w Wehrmachcie”. Historia, którą zamieszczam poniżej jest prawdziwa. Przedstawiam ją, gdyż według mnie warta jest ocalenia od zapomnienia. To historia zwykłych ludzi, codzienności:

„Było to jeszcze pod koniec XIX wieku, gdy Polski nie było na mapach Europy. Polacy żyli pod panowaniem trzech zaborców. Ci, których bieda wygnała z kraju, udawali się na emigracje zarobkową. Niektórzy, aż za ocean do Nowego Świata, inni na „saksy” do Niemiec lub Francji. Do pracy w jednej z niemieckich kopalni, gdzieś pod granicą z Francją, wyjechał też jeden z mieszkańców pewnej podtoruńskiej wsi. Zabrał ze sobą żonę i wyruszyli na „saksy”.

Po ciężkiej pracy w kopalni, na początku lat 20-tych, po Wielkiej Wojnie, gdy Polska odzyskała niepodległość, ów człowiek spakował swój dobytek i powrócił do rodzinnej wsi niedaleko Torunia. Teraz mógł już mieszkać i żyć w niepodległym, wolnym kraju. Wraz z nim do Polski wróciła żona i syn, który urodził się w Niemczech, na „saksach”. Mijały kolejne lata. Gdy we wrześniu 1939 roku Niemcy najechali na Polskę i rozpoczęła się II wojna światowa, ów człowiek już nie żył. Jednak jego syn, teraz 18-letni młodzieniec, otrzymał powołanie do Armii „Poznań”. Walczył w 25 Dywizji Piechoty w bitwie nad Bzurą. Zdołał wraz z niedobitkami Armii „Poznań” i „Pomorze” przedrzeć się przez Puszczę Kampinoską do Warszawy. Tutaj bronił stolicy, aż do jej kapitulacji.

Po złożeniu broni, trafił do niewoli. Niemcy widząc błękitnookiego blondyna z dokumentami, w których jako miejsce urodzenia figurowała niemiecka miejscowość, zaproponowali mu wstąpienie do Wehrmachtu. Odmówił. Odesłali go do jego rodzinnej wioski pod Toruń. Tutaj przez jakiś czas był „zapraszany” na rozmowy do Gestapo, gdzie przy pomocy bicia pałką w stopy, chciano przekonać go do wstąpienia do Wehrmachtu. Nie zgodził się. Przydzielono go więc do pracy w gorzelni, potem w gospodarstwie rybnym, a w końcu na kolei. Został dyżurnym ruchu i w ten sposób doczekał końca wojny.

Po wojnie wciąż pracował jako kolejarz. Pozostała mu za to miłość do wędkowania i przyrody. Nigdy nie chciał nic za to, co zrobił dla Polski...”

Lubię szachy i czasami w nie grywam. Jakimiś czas temu trafiłem w księgarni na książkę traktującą o szachach w średniowiecznej Anglii i szerzej w Europie. Natychmiast ją nabyłem i zagłębiłem się w lekturze. Okazało się, że szachy znane były również w naszym kraju i grywali w nie chętnie polscy królowie i książęta.

Rozpocząć trzeba od Kazimierza Sprawiedliwego, który choć w szachy nie grywał tak namiętnie, jak w kości, to z lubością oddawał się grom hazardowym. Wincenty Kadłubek w swojej „Kronice” opisuje jak pewnego dnia książę Kazimierz usiadł do pojedynku w kości z niejakim Janem, prawdopodobnie jednym z możnych znajdujących się w otoczeniu władcy. Gra toczyła się o dużą ilość srebra, emocje były więc wielkie. Obaj rycerze podeszli do rozgrywki bardzo poważnie. Gra zakończyła się jednak nieoczekiwanie. Kiedy kolejny rzut kośćmi rozstrzygnął o zwycięstwie księcia Kazimierza, przegrany Jan nie wytrzymał napięcia i uderzył księcia pięścią w twarz. Otoczenie Kazimierza natychmiast pojmało zuchwalca, który targnął się na majestat książęcy. I tutaj znów doszło do rzeczy nadzwyczajnej. Kazimierz okazał Janowi swą łaskę, a nawet usprawiedliwił jego zachowanie. Książę stwierdził, że to nie Jan ponosi odpowiedzialność za to, co się stało, ale zły, ślepy los, który zdecydował o wyniku gry. Niesprawiedliwy los sprowokował Jana do takiego zachowania. Czyn ten był również nauczką na przyszłość dla Kazimierza, który stwierdził, że nikt nie powinien uzależniać swoich decyzji od ślepego losu, nawet w sprawach małej wagi. Oczywiście, tak to wydarzenie przedstawił Kadłubek dla którego Kazimierz Sprawiedliwy był władcą idealnym, rozważnym, mądrym i łaskawym.

W szachy i kości grywali też inni polscy władcy. Kazimierz Wielki swój stosunek do tych gier określił w ustawodawstwie państwowym. Król potępiał gry dla zysku, czyli hazard, ale akceptował je, gdy były uprawiane dla rozrywki i ćwiczenia umysłu. Sam Kazimierz zapewne często grywał w szachy i kości. Mogły temu sprzyjać jego kontakty dyplomatyczne z Andegawenami, którzy byli znani ze swojego zamiłowania m.in. do szachów. Karol Robert z okazji spotkania w 1330 roku w Wyszehradzie z Janem Luksemburskim, podarował królowi czeskiemu zestaw do gry w szachy, w którym szachownicę wykonano z jaspisu i szafiru, a piony ze złota i szlachetnych kamieni. Podobny prezent otrzymał Luksemburczyk od węgierskiego króla w 1335 roku. Zamiłowanie do gier po Kazimierzu Wielkim przejął Ludwik Andegaweński, jego siostrzeniec. W obozie wojskowym pod Wrocławiem w 1364 roku król grał w kości i przegrał z Wilhelmem IV hrabią Flandrii 600 forintów.

Gry w szachy i kości należały do ulubionych rozrywek Jagiellonów. W szachy grywał król Władysław Jagiełło oraz jego stryjeczny brat, wielki książę litewski Witold. Długosz pisał, że Witold uwielbiał dwie rzeczy: polowania i grę w szachy. Grywał jednak co jakiś czas, gdyż uważał, że częste oddawanie się rozrywkom szachowym jest szkodliwe i prowadzi do zaniedbywania spraw państwowych. Wielkimi miłośnikami szachów byli za to Kazimierz Jagiellończyk i Zygmunt I Stary. Rachunki królewicza Zygmunta informują, że podczas pobytu na dworze węgierskim swojego brata Władysława w latach 1498-1501, królewicz namiętnie oddawał się grze w szachy i sporo przegrał. Podskarbi dworu Zygmunta, Krzysztof Szydłowiecki zanotował, że w 1500 roku szachownica królewska wymagała naprawy, co kosztowało dwukrotnie 5 węgierskich denarów. W lutym 1501 roku zakupiono natomiast 33 piony do gry wykonane z drzewa cisowego. Ze źródeł dowiadujemy się, że królewicz Zygmunt często grywał w szachy i kości na pieniądze. Robił to po obiedzie lub wieczorem po kolacji. Była to więc forma relaksu i wypoczynku.

Jak widać, polscy królowie i książęta lubili grywać w szachy i z lubością się tej grze oddawali. Grano też na pieniądze, czyli uprawiano hazard. Dziś szachy nie są już tak popularne jak 500-600 lat temu, ale wciąż należą do najbardziej znanych gier. Bez problemu można nabyć szachownicę i bierki i rozegrać partię. Zwłaszcza teraz, w zimowe wieczory…

 

Dziś kolejny tekst autorstwa Pana Macieja Brzezińskiego. Tym razem Pan Maciej przybliża nam jedną z największych tajemnic historii: czy car Aleksander I naprawdę zmarł w 1825 roku? Zapraszam do lektury:

„„Car i samodzierżca Wszechrusi”, Aleksander I Pawłowicz, panujący w latach 1801 – 1825 nazywany był przez współczesnych „koronowanym Hamletem”, „sfinksem na tronie”, „błyszczącym meteorem północy”, albo „chytrym Grekiem”, jawi się jako postać nietuzinkowa. Niewielu rosyjskich monarchów cieszyło się takim uwielbieniem wśród poddanych, jak on. Mało który z rosyjskich monarchów był także tak pełen sprzeczności, jak ten najstarszy wnuk Katarzyny II.

Urodził się w 1777 roku. Dorastał w atmosferze wrogości pomiędzy babką – Katarzyną II, a jej synem, przyszłym carem Pawłem I. Caryca ponoć chciała odsunąć Pawła od tronu i powierzyć go swemu ulubionemu wnukowi, któremu wybrała imię na cześć Aleksandra Wielkiego. Tak się jednak nie stało. Po śmierci Katarzyny w 1796 roku, Paweł został carem. Jego rządy wzbudziły niezadowolenie arystokracji. Zawiązał się spisek, który miał na celu zmusić cara do abdykacji. Spiskowcy wdarli się w nocy z 11 na 12 marca 1801 roku do komnat cesarza. Bójka, jak wywiązała się między spiskowcami, a carem doprowadziła do śmierci tego ostatniego. Aleksander i jego młodszy brat Konstanty wiedzieli o planach zamachu stanu, ale nie byli przygotowani na wieść o śmierci ojca. Gdy Aleksander dowiedział się o wszystkim, omal nie dostał ataku histerii. Jeden za spiskowców – hrabia Pahlen, powiedział mu wówczas: „Dosyć tej dziecinady Wasza Cesarska Mość, teraz musi Pan rządzić!”. Jednakże tragiczna, marcowa noc położyła się cieniem nad całym panowaniem Aleksandra I.

Poddani  byli zachwyceni młodym carem. Podziwiano jego urodę, inteligencję i obycie. Imperator wiedział, jak się podobać. Dziś powiedzielibyśmy, że był mistrzem autopromocji. Aleksander ze swej strony chciał uszczęśliwić Rosję. Przygotował szereg reform, z których jednak stopniowo się wycofał. Uważał się za republikanina, ale nie był skłonny umniejszyć swojej władzy, choćby odrobinę. Opowiadał się za przywróceniem niepodległości Polski, na tronie której się widział, ale zabiegi te zakończyły się jedynie utworzeniem w 1815 roku niewielkiego Królestwa Polskiego z bardzo liberalną konstytucją, którą sam wielokrotnie łamał. Kampanie przeciwko Napoleonowi, które prowadził najpierw w sojuszu z Austrią w 1805 rok, a następnie z Prusami w latach 1806 – 1807, zakończyły się kompromitującymi klęskami, dowodząc chwiejności monarchy i braku zdolności dowódczych. Jednakże, gdy cesarz Francuzów wkraczał w 1812 roku do Moskwy, a otoczenie cara wzywało go do podpisania pokoju z Napoleonem, ten pozostał nieugięty, mimo, że grożono mu przewrotem pałacowym i wyniesieniem na tron siostry – Katarzyny Pawłowny. Po klęsce Napoleona, imperator był fetowany z całej Europie, jako jej wyzwoliciel. Na kongresie wiedeńskim w 1815 roku wraz z innymi monarchami dokonał podziału Europy.

Po 1815 roku Aleksander coraz bardziej wycofywał się z życia politycznego, pozostawiając rządzenie państwem w rękach swojego faworyta – generała Aleksego Arakczejewa. Sam zaś coraz bardziej zagłębiał się w religijny mistycyzm. Coraz większy wpływ na niego miała baronowa Barbara von Krüdener, uchodząca za prorokinię i mistyczkę, nawołującą do pokuty i nawrócenia. Jej zwolennicy modlili się nawet do niej, uważając ja za czyniącą cuda świętą. W 1825 roku w wyniku pogarszającego się zdrowia cesarza i jego żony – Elżbiety,  postanowiono wyjechać w cieplejsze rejony Rosji. Wybór cara padł na Taganrog nad Morzem Azowskim. Pobyt ten jednak na niewiele się zdał. Cesarz Aleksander I zmarł 1 grudnia 1825 roku. I tu zaczyna się największa tajemnica tego monarchy, niewyjaśniona zresztą do dziś...

Krótko po tym, jak rozniosła się wieść o śmierci władcy, natychmiast pojawiły się pogłoski, że car żyje, ale postanowił do końca życia pokutować. Opowiadano, iż zrzekł się tronu na korzyść młodszego brata – wielkiego księcia Mikołaja (starszy od Mikołaja – wieki książę Konstanty już wcześniej utracił prawo do tronu, po poślubieniu Polki – Joanny Grudzińskiej, nierównej mu urodzeniem). Ponoć Aleksander wyjeżdżając z Petersburga przekazał tamtejszemu metropolicie zapieczętowany list, w którym miał zrzec się tronu. Inne pogłoski głosiły, że car potajemnie wyjechał z Taganrogu do Ziemi Świętej, aby tam wstąpić do prawosławnego klasztoru.

Najgłośniejsza z legend wiązała się z tajemniczym starcem-pustelnikiem - Fiodorem Kuźmiczem. Ponoć pod tym imieniem ukrywał się Aleksander. Wiele osób rozpoznało w nim cara. Pustelnik nigdy nie mówił o swoim pochodzeniu. Argumentem przemawiającym za tym, że Fiodor to Aleksander, było m. in. to, że pustelnik znał języki obce, miał arystokratyczne maniery, orientował się z ceremoniach dworskich i znał przebieg kampanii 1812 roku. Grafolodzy dopatrzyli się podobieństwa w charakterze pisma starca z pismem cara. Mimo głębokiej religijności Kuźmicz nigdy nie przystąpił do spowiedzi. Pytany o to przez biskupa Irkucka, miał odpowiedzieć: „Jeżeli nie powiem na spowiedzi całej prawdy, zdziwią się niebiosa. A jeżeli powiem, zdziwi się ziemia”. Kuźmicz zmarł w 1864 roku. Pozostawił po sobie dzienniki, które przekazał ówczesnemu carowi – Aleksandrowi II, z zastrzeżeniem, że można otworzyć je dopiero w 50 lat po jego śmierci. Po rewolucji bolszewickiej część dzienników Kuźmicza znaleziono w dokumentach rodziny Romanowów i doręczono je szefowi Ogólnorosyjskiej Komisji Nadzwyczajnej do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem Feliksowi Dzierżyńskiemu, który jednak uznał je za świadectwo zabobonu i bez czytania wyrzucił do śmieci. W 1903 roku otwarto grób starca i przeprowadzono badania antropologiczne, które nie potwierdziły hipotezy, że był to Aleksander.

Według innej legendy pod postacią starca Kuźmicza miał ukrywać się nieślubny syn Pawła I i księżnej Zofii Czartoryskiej, siostry Adama. Inna hipoteza mówiła, o tym, że był to bogaty właściciel ziemski – Fiodor Aleksandrowicz Uwarow, który sfingował własne samobójstwo w wyniku konfliktu rodzinnego. Wybitny historyk, członek rodziny cesarskiej, wielki książę Mikołaj Romanow, analizując dokumenty w tajnej kancelarii cesarskiej na przełomie XIX i XX wieku, doszedł do przekonania, że imperator nie umarł w Taganrogu. Następca Aleksandra – Mikołaj I, wielokrotnie odwiedzał w czasie swojego panowania pustelnię Kuźmicza, rozmawiając z nim na osobności. Ponoć często po takich rozmowach wychodził zapłakany. Gdy kondukt pogrzebowy dotarł do Petersburga w lutym 1826 roku, cesarzowa-wdowa Maria Fiodorowna rozpoznała zwłoki swojego syna. Nie uspokoiło to jednak plotek, że zaufany lekarz Aleksandra, chirurg Tarasow, umieścił w trumnie ciało żołnierza łudząco podobnego do zmarłego imperatora. Kiedy w latach dwudziestych XX wieku otwarto grób Aleksandra w metropolii carów rosyjskich – soborze św. św. Piotra i Pawła w twierdzy Pietropawłowskiej w poszukiwaniu klejnotów, w trumnie znajdowały się kamienie... Na legendę cara nałożyła się legenda carowej. Elżbieta bowiem przeżyła męża zaledwie o kilka miesięcy. Zmarła 16 maja 1826 roku. Pojawiły się szybko pogłoski, iż nie umarła, ale żyła jeszcze przez około 20 lat, jako mniszka Wiera Małczalnica w klasztorze w Nowogrodzie.

Abstrahując od prawdziwości legend o tajemniczej śmierci Aleksandra I, jedno jest pewne, imperator, który przez całe życie był tajemnicą, pozostawił po sobie tajemnicę i po śmierci.”

 

Dzieje prześladowań czarownic w Rzeczypospolitej szlacheckiej doczekały się wielu artykułów i rozpraw naukowych. Najbardziej frapującym zagadnieniem związanym z prześladowaniami heretyków i czarownic w Polsce, jest rozminięcie się naszego kraju z rozwojem wydarzeń w Europie Zachodniej. Jak do tego doszło?

Najprościej rzecz ujmując, w XVI wieku stosunek polskiej szlachty do kwestii wyznaniowej był „letni”, prawie obojętny. W tym czasie, w Europie Zachodniej trwały „gorące” dyskusje i spory. Zresztą, często kończyły się one, przynajmniej dla niektórych, którzy brali w nich udział, na stosach… Tymczasem, gdy stosy na zachodzie już dawno wygasły, u nas… zapłonęły! Był to pierwsza połowa XVIII wieku. Procesy o czary w Europie zaczęły się w połowie XV wieku (bulla papieża Innocentego III z 1484 roku). Fala procesów o  czary rozpoczęła się po 1560-1580 roku, a przybrała na sile w czasie trwania wojny 30-letniej. Pod koniec XVII wieku masowe procesy o czary wygasły, stały się rzadkością. W tym czasie tzn. w XVI wieku w Polsce, procesów o czary było niewiele (pierwszą czarownicę spalono na stosie w Poznaniu w 1511 roku). Jednak w XVII i XVIII stuleciu, stosy w Polsce zapłonęły w tysiącach. Szacuje się, że w tym czasie (około 200 lat – od końca XVI do końca XVIII wieku) spalono w Rzeczypospolitej około 15-20 tysięcy czarownic (według innych źródeł około 5-10 tysięcy). W jednym procesie tracono zazwyczaj kilka lub kilkanaście kobiet.

„Opóźnienie” w stosunku do Europy Zachodniej, w tym niecnym procederze, Polska zawdzięczała, ogólnie rzecz biorąc, „młodszości cywilizacyjnej”. Tyle, że w następnych stuleciach „zwłokę odrobiono, niestety zupełnie” jak pisał Bruckner w „Dziejach kultury polskiej”. Z racji swojego położenia geopolitycznego wszelkie „nowości” (choroby, ale i osiągnięcia techniczne, kulturalne) docierały do nas później. O ile w XVI wieku najwięcej procesów o czary było w Anglii, Francji, Szwajcarii i Nadrenii, to w drugiej połowie XVII stulecia „fala” dotarła do Skandynawii, Czech, Moraw, Polski i Rosji, a w XVIII wieku do Ameryki Północnej. Rodzi się więc pytanie, dlaczego w XVI wieku w Polsce było tak mało procesów o czary w porównaniu z Europą Zachodnią? Po pierwsze, znajomość demonologii w Polsce była niewielka, a literatura prawie nie istniała (jeśli już, to w języku łacińskim). Mieszkańcy naszego kraju rzadko utożsamiali „czarną magię”, czy „czary” z szatanem i złem. Nie karano za to śmiercią, ale pokutą kościelną lub grzywną. Diabeł (np.: Boruta z Łęczycy) był raczej „hulającym szlachetką”, niż groźnym księciem ciemności. Zmieniło się to w czasach reformacji i kontrreformacji. Wówczas na znaczeniu zyskały religijne symbole (krzyż, woda święcona), które miały chronić przed szatanem i czarownicami, a najczęściej przed innowiercami.

Przyczyną wzrostu ilości procesów o czary był też upadek średniowiecznych form opieki społecznej. Pojawili się na masową skalę żebracy (protestanci krytykowali i negowali działalność charytatywną kościoła katolickiego). Na wsiach pojawili się ludzie ubodzy, stare kobiety pozbawione środków do życia zaczęły trudnić się wróżbiarstwem i ziołolecznictwem. To powodowało, że często były oskarżane o czary. W Polsce, pod wpływem kontrreformacji, Kościół nasilił pomoc charytatywną dla ubogich, zwłaszcza w miastach (w XVI wieku powstały szpitale, przytułki i domy starców). Oskarżenia o czary miały też podłoże polityczne i służyły jako oręż, metoda w walce o władzę. We Francji używali jej Burbonowie, aby wzmocnić absolutyzm monarszy, a w Rosji car rozprawiał się w ten sposób z opozycją (XVII wiek). W Polsce, oskarżając o czary można było pozbyć się nie lubianego sąsiada, służącego, konkurenta w interesach itp. Nie zdarzały się jednak u nas procesy o czary o podłożu politycznym (chociaż o

Link Cytuj

 
0
Avatar_forum

(chociaż oskarżono o czary babę-czarownicę nasłaną jakoby przez królową Bonę dla otrucia Barbary Radziwiłłówny).

Wyroki w sprawach o czary ferowały w Polsce sądy świeckie, lokalne (w miastach lub na wsiach), a nie sądy „centralne”, królewskie. Ograniczało to zasięg „polowań na czarownice”, ale powodowało, że procesy o czary przetrwały w naszym kraju dłużej niż w innych częściach Europy. Podczas, gdy elita umysłowa w Polsce była przeciwna paleniu ludzi na stosach, w małych miasteczkach proceder ten trwał w najlepsze, a słaba władza zwierzchnia i sądownicza nie była w stanie tego zakazać.

W XVII wieku sytuacja pogorszyła się. Polska wieś m.in. pod wpływem wojen, zubożała. Na masową skalę pojawili się żebracy i ludzie ubodzy. Kościół nie był w stanie sobie z tym poradzić. Zwiększająca się liczba ubogiej ludności przyczyniła się do wzrostu liczby procesów o czary i coraz częstszego posądzania ludzi o paktowanie z diabłem. Naszą specyfiką było jednak to, że na stosie nie spłonął oskarżony o czary ani jeden szlachcic. Konieczność udowodnienia szlachcicowi winy, czyli w tym wypadku czarów, była niemożliwa. Nie można też było wymusić na nim zeznań przy pomocy tortur (gwarantowały to szlachcie przywileje). Profesor Tazbir w swoich badaniach odnalazł tylko jednego szlachcica spalonego na stosie za rzekome spowodowanie czarami zarazy (Wołyń 1738 rok), ale padł on ofiarą samosądu, do którego miejscową ludność namówił ksiądz i kilku innych szlachciców niechętnych „ofierze”. Szlachta w procesach o czary występowała tylko w roli oskarżycieli lub sędziów.

W porównaniu więc z Europą Zachodnią, w Polsce procesy o czary dotyczyły sfer niższych społeczeństwa i nie należały do „interesujących, ciekawych”. Polscy chłopi i mieszczanie byli nawet w ściganiu i sądzeniu czarownic bardziej zażarci i nieustępliwi, niż szlachta. W 1690 roku, w Gnieźnie tłum chciał zlinczować sędziów, gdy ci zwolnili domniemane czarownice. W naszym kraju, połowę straconych czarownic spalono w wyniku samosądów, a nie wyroków sądowych i o tym również trzeba pamiętać. Inicjatywa w tych sprawach została przejęta przez warstwy ludowe. Często procesy o czary i płonące stosy były „aktem ludowej sprawiedliwości”, rodzajem „plebejskiej czystki środowiska”. W średniowiecznym feudalizmie taka sytuacja była nie do pomyślenia.

W procesach o czary zdecydowaną większość oskarżonych stanowiły kobiety (czarownic spalono 7 razy więcej, niż mężczyzn-czarowników). Powodem było przeświadczenie o podatności kobiet na władzę i siłę szatana (wejście w posiadanie duszy odbywało się poprzez posiadanie ciała, akt płciowy szatana i kobiety był najczęstszym zarzutem wysuwanym wobec oskarżonej). Uważano też kobiety za stojące niżej w hierarchii społecznej, skłonne do histerii i halucynacji, obsesji seksualnych. Ciekawy był proces zdemaskowania czarownicy w lokalnym środowisku. Na początku lokalna społeczność „typowała” czarownicę, czyli przyszłą ofiarę. Potem udawano się do niej po rady, leki i trucizny. Niektórzy prosili nawet o środki mogące zaszkodzić wrogowi. Czasami stosowano szantaż i pod groźbą denuncjacji, „wytypowana” osoba musiała świadczyć usługi „czarownicy”. Oczywiście do czasu… „Kandydatem” na czarownicę najczęściej była kobieta zbierająca zioła, znająca się trochę na medycynie, mieszkająca na odludziu, trochę „inna” niż pozostali mieszkańcy wsi. Za czarownice w XVII-XVIII wieku zaczęto też uważać kaleki, chorych i obłąkanych. Starano się tych ludzi odizolować od społeczeństwa, a najlepiej pozbyć się ich.

Samo spalenie wiedźmy na stosie było wielkim wydarzeniem w miasteczku. Wynajmowano nawet okna w kamienicach przy rynku, płacąc za to duże pieniądze, a wszystko po to, aby „lepiej widzieć”. W Polsce w 1776 roku sejm wydał zakaz karania śmiercią za czary, organizowania procesów o czary i stosowania tortur. Nie zamknęło to całkowicie „problemu” czarownic i stosów, ale przyczyniło się z czasem do zaniknięcia tego hańbiącego procederu.

 

 

Spośród królów polskich w XVI i XVII stuleciu do jednych z najbardziej tolerancyjnych i wyrozumiałych należał Władysław IV. Przyszło mu rządzić Polską, kiedy tolerancja odchodziła w przeszłość, a na sile przybierały postawy ksenofobiczne. Mimo to, król starał się przestrzegać prawa i egzekwować przepisy związane z tolerancją wyznaniową ustalone w XVI wieku.

W sprawach religii Władysław IV znacznie różnił się od swojego ojca, który był mało tolerancyjny. Panowanie Władysława przyniosło więc pewne złagodzenie nacisku kontrreformacji. Chcąc doprowadzić do ugody między katolikami, a protestantami (toczyła się wówczas w Europie wojna trzydziestoletnia), wystąpił w roli mediatora skłóconych wyznań i w 1645 roku w Toruniu zwołał „colloquium charitativum”. Wzięli w nim udział katolicy, luteranie, kalwini i bracia czescy (do obrad nie dopuszczono arian). Mimo, że porozumienia nie osiągnięto, król zyskał w oczach wszystkich stron jako mediator oraz strażnik tolerancji i przestrzegania prawa.

Zjazd w Toruniu pogłębił natomiast rozdźwięk króla z Watykanem. Papież uważał, że król ulegał różnowiercom, Władysław IV z kolei żądał od Urbana VIII większego szacunku należnego królowi. W imieniu papieża protestował w Polsce nuncjusz Filonardi. W 1643 roku, aby zbudować przed Zamkiem w Warszawie kolumnę Zygmunta III trzeba było oczyścić plac i wyburzyć stojące na nim domy. Należały one do klasztoru benedyktynek. Filonardi zabronił burzenia tych domostw pod groźbą interdyktu, ale król nakazał je rozebrać. Sprzeciwienie się woli króla spowodowało, że nuncjusz papieski musiał Polskę opuścić. Poza tym, królewscy urzędnicy przejęli korespondencję Filonardiego do papieża, w której nuncjusz szkalował króla nazywając go „protektorem heretyków i schizmatyków”.

Podpadli Władysławowi IV również Jezuici, którzy podstępnie i wbrew woli króla przyjęli do nowicjatu młodego Jana Kazimierza. Był też władcą niepokornym jeśli idzie o sprawy wiary. Unikał długich i częstych nabożeństw, a powodem były jakoby mdłości i osłabienia, których doznawał na skutek wyziewów płynących z umieszczonych pod posadzką kościoła, trumien. W 1636 roku król przeniósł uroczyście trumnę swej ciotki Anny Wazówny, luteranki, która zmarła w 1625 roku w Brodnicy, do zboru luterańskiego w Toruniu. Dwa lata później nosił się nawet z zamiarem poślubienia kalwinki, księżniczki Elżbiety, córki palatyna reńskiego Fryderyka V Wittlesbacha, co wprawiło katolickich biskupów w oburzenie.

Władysław IV występował też, choć nie zawsze, przeciwko tumultom religijnym i pogromom w miastach. Gdy w 1633 roku w Krakowie, żacy wywlekli z trumny zwłoki protestantki, włóczyli je po mieście, a potem wrzucili do Wisły, monarcha nakazał odszukać i ukarać sprawców. Żacy zostali wydaleni z uczelni, a prowodyr zajść skazany na śmierć (duchowieństwo wybroniło go jednak od szubienicy). W 1643 roku grupa studentów wracająca z pielgrzymki do Kalwarii Zebrzydowskiej, napadła na dwór kalwina Mikołaja Kałaja. Właściciela pobito, a zrabowane łupy wywieziono na wozach. Wszyscy sprawcy zostali ujęci przez wojewodę krakowskiego Stanisława Lubomirskiego. Nie pomogli Jezuici. Czterech sprawców ścięto na rynku w Krakowie, a trzech w Tarnowie. Kara ta spotkała też inicjatora napadu, kleryka Stanisława Sadureja Skawinka.

Król interweniował w 1647 roku w Krakowie, kiedy podczas religijnego tumultu wojsko zastrzeliło kilku prowodyrów pogromu ratując w ten sposób kalwińskich mieszkańców miasta. W 1633 roku do Lublina monarcha wysłał swoich komisarzy, aby zbadali przebieg zajść w tym mieście z udziałem kalwina, doktora Samuela Makowskiego, którego oskarżono o prowokowanie pogromu. Komisarze stanęli w tym sporze po stronie kalwina. Król interweniował też w 1641 roku w Wilnie, nakazując ukaranie winnych zajść w tym mieście.

Tak jak w XVI wieku najbardziej fanatyczny król nie mógł przeszkodzić w rozwoju ruchu reformacyjnego w Polsce, tak sto lat później najbardziej tolerancyjny monarcha, nie mógł powstrzymać narastającej nietolerancji w naszym kraju. Mimo, że Władysław IV starał się przestrzegać swobód religijnych, mógł jedynie łagodzić represje skierowane przeciwko różnowiercom, ale nie był w stanie im zapobiec. Miał przeciwko sobie duchowieństwo, część szlachty i coraz większą część społeczeństwa (chłopi i mieszczanie). Zachodziły już w naszym kraju procesy nieodwracalne. W miejsce tolerancji religijnej pojawiła się ksenofobia i prostacki, prymitywny katolicyzm.

 

W Polsce inkwizycja zakończyła swoją działalność w 1571 roku, na rok przed uchwaleniem konfederacji warszawskiej. Nie prowadziła ożywionej działalności, ale jedną z dziedzin, w której miała „osiągnięcia”, była cenzura ksiąg.

Na mocy bulli papieża Innocentego VIII z 1487 roku zajmowali się nią biskupi. W rzeczywistości sprawowali ją profesorowie Akademii Krakowskiej. Pierwszy przypadek ingerencji cenzury kościelnej zanotowano w Polsce w 1491 roku. Wówczas to drukarzowi krakowskiemu Szwajpoltowi Fioloni podejrzanemu o herezję, zarzucono drukowanie cyrylicą ksiąg schizmatyckich. Ostatni Jagiellonowie zakazali sprowadzać z zagranicy, drukować i sprzedawać ksiąg heretyckich, pod karą konfiskaty dóbr, wygnania, a nawet śmierci. Od 1523 roku wprowadzono cenzurę prewencyjną (przed drukiem księgi należało oddać ją do lektury i aprobaty rektorowi Akademii Krakowskiej).

Wielokrotnie w drukarniach i księgarniach przeprowadzano rewizje w poszukiwaniu ksiąg heretyckich. Żadnego jednak z drukarzy i księgarzy za ich posiadanie, nie spalono na stosie, jak to miało miejsce w Europie Zachodniej. U księgarza krakowskiego Jana Schniczera w 1544 roku znaleziono biblię Lutra, ale ten wytłumaczył się, iż posiadał ją tylko ze względu na piękne ilustracje Albrechta Durera. Cenzura kościelna w 1543 roku zabroniła wydania „Memoriału” Jana Ostroroga (krytykował przywileje kleru i żądał oddzielenia państwa od Kościoła), a w 1551 roku skonfiskowała dzieła Andrzeja Frycza Modrzewskiego „Księga o szkole” i „Księga o kościele” (miały wejść w skład dzieła „O poprawie Rzeczypospolitej”). Co ciekawe, heretyckie dzieła, w tym również z zagranicy, w dużych ilościach znajdowały się w… bibliotece królewskiej Zygmunta Augusta!

Pierwsze drukarnie różnowiercze powstały w Polsce w Brześciu (1553), Pińczowie, Nieświeżu, Węgrowie, Lusławicach, Poznaniu (1576). Pierwszej „egzekucji literackiej”, czyli spalenia ksiąg zakazanych na stosie, dokonano w 1564 roku, gdy na rynku warszawskim spalono z rozkazu Zygmunta Augusta, dzieło arianina Grzegorza Pawła „Tabula de Trinitate”. Dwadzieścia lat później książki palono na rynku w Krakowie (dzieła arianina Chrystiana Franckena). Księgi heretyckie spalono na stosach w 1581 roku w Wilnie, w 1578 roku w Poznaniu (po zdemolowaniu drukarni luteranina Melchiora Neringa) i w 1614 roku w Krakowie.

W 1585 roku na więzienie skazano drukarza ksiąg heretyckich, arianina Aleksego Rodeckiego, ale wkrótce wypuszczono go na wolność. W 1625 roku wydano nawet wyrok śmierci na drukarza krakowskiego Andrzeja Piotrowczyka, ale wyroku nie wykonano (wygnano drukarza z miasta). Kilka drukarni w Krakowie zdemolowano podejrzewając ich właścicieli o posiadanie i drukowanie heretyckich ksiąg. Przy okazji palenia ksiąg zakazanych, niszczono też obrazy i księgi „wszeteczne”, których moralność według ówczesnych inkwizytorów, pozostawiała wiele do życzenia.

Polski indeks ksiąg zakazanych po raz pierwszy ukazał się w 1603 roku (kolejne wydania w 1604 i 1617 r.). Na indeksie znalazły się dzieła wymierzone przeciwko Kościołowi katolickiemu. Były to m.in.: pismo święte w rodzimym języku, antyjezuickie pamflety, niektóre dzieła A.F. Modrzewskiego, Biernata z Lublina, Jana Mączyńskiego, Marcina Bielskiego, Mikołaja Reja, Faustyna Socyna, Szymona Budnego i wielu innych. Na Uniwersytecie Jagiellońskim księgi zakazane wydzielono od osobnego działu. Korzystać można było z niego tylko po uzyskaniu specjalnego zezwolenia (dotyczyło to nawet profesorów). Za czytanie, sprzedawanie i przechowywanie dzieł zakazanych, groziła klątwa kościelna. Drukarzom groziła grzywna (100 zł), konfiskata nakładu książki i zamknięcie na rok drukarni (księgarni).

W XVII stuleciu rozwinęło się więc rękopiśmiennictwo i potajemny kolportaż książek (drugi obieg). Karano głównie drukarzy, palono książki, ale włos z głowy nie spadł autorom ksiąg zakazanych (albo ich nie znano, albo byli wpływowymi szlachcicami lub magnatami). Również prace historyczne poddane były cenzurze. W 1519 roku cenzura dbająca o dobro dynastii „wycięła” z kroniki Miechowity wiele kart. „Historia” Długosza ukazała się częściowo drukiem dopiero w latach 1614-1615, ale i tak została szybko skonfiskowana na rozkaz Zygmunta III Wazy (magnateria obawiała się kompromitacji niektórych rodów). Ten sam król zakazał w 1618 roku druku antysemickiego dzieła Sebastiana Miczyńskiego.

Nie mogąc wysyłać heretyków na stosy (ograniczenia spowodowane m.in. umowami tolerancyjnymi), polska kontrreformacja zadowalała się wysyłaniem na stosy dzieł literackich autorstwa heretyków. Przyczyniła się w ten sposób do pojawienia się na rynku księgarskim wielu „białych kruków”. Mimo tej działalności, nie ograniczono rozwoju reformacji i nie zlikwidowano postaw tolerancyjnych. Paradoksalnie, taka działalność kontrreformacji tj. stosowanie cenzury i zainteresowanie głównie dziełami literackimi, przyczyniła się też do ocalenia wielu istnień ludzkich. Oczywiście mówimy tu o XVI wieku i sprawach dotyczących stanu szlacheckiego. W następnym stuleciu i w odniesieniu do stanów chłopskiego i mieszczańskiego, sprawy miały się już inaczej i stosy z ludźmi w Polsce płonęły dosyć często.

Na przełomie XVI i XVII wieku postępy kontrreformacji w Polsce nie były imponujące. Nie było prześladowań i pogromów innowierców na dużą skalę, a liczba protestantów nie malała. Nie mogąc zlikwidować zborów protestanckich w miastach, kontrreformacja sięgnęła po inne niż prawo i polemiki, metody walki. Odwołano się tłumu (motłochu) i najniższych ludzkich instynktów. Niestety…

Podczas kazań w kościołach i na lekcjach w szkołach, książa zaczęli nawoływać do przepędzenia heretyków z miast. Trafiło to na podatny grunt. Starano się przy tym wykorzystywać nienawiść katolickiej biedoty do bogatego, protestanckiego patrycjatu miasta, gorliwość i fanatyzm religijny np.: studentów szkół zakonnych i świeckich, a nawet margines społeczny żądny grabieży i łupów. Z tego m.in. powodu, rozruchy wyznaniowe często łączyły się z grabieżą sklepów i domów należących do innowierców. Nie tylko więc zbory protestanckie padały łupem tłumu. Dochodziło nawet do tego, że napadano na pogrzeby protestantów i profanowano cmentarze innowiercze (pierwsze tego typu przypadki miały miejsce w Krakowie już w 1557 roku!).

W październiku 1574 roku doszło w Krakowie do zniszczenia wnętrza zboru protestanckiego przez tłum ludzi. Książki wyniesione ze zboru, ułożono w stos i podpalono, śpiewając przy tym „Te Deum Laudamus”. Interweniował wojewoda krakowski Piotr Zborowski. Pięciu uczestników pogromu ścięto, ale duchowieństwo katolickie szybko obwołało ich „męczennikami za wiarę”. W 1575 roku żacy krakowscy sprofanowali cmentarz protestancki. Powtórzyło się to w 1577 roku. Rektor uczelni nie ukarał żadnego studenta. W 1578 roku podczas pożaru ariańskiej drukarni Aleksego Rodeckiego w Krakowie, studenci zamiast pomagać gasić pożar, wrzucali do ognia książki, które dopiero co z pożaru wyniesiono. W tym samym roku żacy napadli też na pogrzeb ubogiej ewangeliczki, jej ciało wywlekli z trumny i wrzucili do Wisły.

Król wydał wówczas rozporządzenie, według którego za wszczynanie rozruchów na tle wyznaniowym karano śmiercią. Od tego momentu w Krakowie, aż do śmierci Batorego, nie było już poważniejszych tumultów. Wybuchły one jednak w 1581 roku w Wilnie. Studenci z kolegium jezuickiego obrzucili kamieniami ministrów kalwińskich i napadli na pogrzeb kalwiński. Z kolei biskup Jerzy Radziwiłł zakazał drukowania książek różnowierczych, a już wydane nakazał spalić publicznie na rynku. Tutaj też interweniował król Batory, który dopóki żył, pilnował przestrzegania zgody wyznaniowej.

Kiedy Batory zmarł w 1587 roku, w Krakowie w święto Wniebowstąpienia (maj) spalono zbór kalwiński i zniszczono jego wyposażenie. Rok później tłum obrabował i spustoszył świątynię Braci Polskich. Jeszcze gorzej było kilkadziesiąt lat później. W maju 1613 roku na ulicy w Krakowie śmiertelnie pobito krawca kalwińskiego Lorentza Habichta. W sumie w mieście tym, do połowy XVII wieku, w wyniku pogromów i napadów ze strony motłochu zginęło 10 do 12 ewangelików. W Poznaniu i Lublinie ofiar śmiertelnych nie było. W Wilnie zginęły 1 lub 2 osoby. Jeden z ministrów kalwińskich zginął w pogromie z 1611 roku, w którym spalono zbór, szkoły i domy innowierców. Wszystkie tumulty religijne były wynikiem samowoli podburzonego tłumu.

Z wyroku sądowego w Polsce w XVI-XVII wieku za swoje przekonania religijne zginęły tylko… 3 osoby! Byli to: w 1539 roku 80-letnia staruszka Melchiorowa Weiglowa, która została spalona na stosie w Krakowie (za odstępstwo od wiary katolickiej i trwanie przy herezji protestanckiej), Iwan Tyszkowic mieszczanin z Bielska Podlaskiego, któremu w 1611 roku wyrwano język, a następnie ścięto (za bluźnierstwa przeciw Św. Trójcy i podeptanie krucyfiksu) oraz Włoch Francus de Franco, który w 1611 roku podczas procesji Bożego Ciała w Wilnie bluźnił przeciw Eucharystii (ucięto mu język i poćwiartowano). Ludzie ci pochodzili spośród plebejuszy, zostali skazani za bluźnierstwa (znieważenie przedmiotów kultu), a za wyrokami stało państwo w osobie króla. Śmierci z wyroku sądowego w sprawach religijnych nie poniósł żaden szlachcic.

Warto tutaj też wspomnieć, że na stosach z rąk innowierców spalono dwóch katolików: w 1605 roku w Krakowie za bluźnierstwo spotkało to młodego rymarza, a w 1588 roku też w Krakowie niejakiego Zakrzewskiego za przerwanie nabożeństwa i zranienie pastora. Nie było to i tak wiele, w porównaniu z krajami Europy Zachodniej. W Anglii, tylko w latach 1553-1558 stracono 273 protestantów, a za panowania Elżbiety I (1558-1602) zginęło tam 189 katolików, a 40 dalszych zmarło w więzieniach. W XVI stuleciu w Niderlandach spalono, uduszono lub powieszono 877 protestantów (w tym 617 anabaptystów).

 

W połowie XVI stulecia szlachta protestancka w Polsce cieszyła się już dużymi swobodami wyznaniowymi. W 1555 roku zamierzano uchwalić (nigdy jednak tego nie uczyniono) zgodę wyznaniową, w której miano zabronić bluźnierstw przeciwko Świętej Trójcy i Eucharystii oraz zapewniano swobodę kultu i nauczania religii… katolikom! Powodem było to, że część różnowierców w swoisty sposób pojmowała tolerancję religijną.

Uchwały, które miano podjąć były potrzebne, gdyż w wielu miejscowościach podczas zamieniania kościołów na zbory niszczono „rzymskie” przedmioty kultu, a część szlachty protestanckiej obrażała uczucia religijne katolików. I tak dla przykładu: w czasie Wielkanocy w 1551 roku niejaki Mężyk po pijanemu rzucił w błoto krzyż z kościoła św. Jadwigi w Stradomiu (Kraków), a następnie podeptał go. W 1556 roku przed Bożym Narodzeniem pijani dworzanie luteranina Jana Bonera, weszli do katedry wawelskiej, zelżyli księży, zerwali niektóre wota wiszące nad grobem św. Stanisława, połamali je i wyrzucili ze świątyni. W samym Krakowie dwukrotnie tłum wtargnął do klasztorów, gdzie doszło do krwawych burd. Często też bito i lżono księży na ulicach. Tolerancyjni arianie zamieniali kościoły na spichrze i stajnie, obalali przydrożne figury i palili krzyże.

Parodiowano procesje katolickie urządzając bluźniercze pochody. Dochodziło również do kłótni o to, czy można pochować protestanta w katolickim kościele. Często na tym tle dochodziło do zamieszek. Arianin Erazm Otwinowski w czasie procesji Bożego Ciała w Lublinie w 1564 roku wyrwał księdzu katolickiemu z rąk monstrancję, rzucił ją na ziemię i podeptał. Uciekł i schronił się w domu swojego współwyznawcy. Musiał jednak stanąć przed sądem królewskim, ale tutaj w obronę wziął go… Mikołaj Rej. Ostatecznie sprawa ta „uszła na sucho” Otwinowskiemu. Podobne zajście miało miejsce w 1580 roku za panowania Stefana Batorego. Wówczas to szlachcic-kalwin Marcin Kieza publicznie podeptał Eucharystię, a potem rzucił ją na pożarcie psom. Szlachcic mógł więc wówczas bardzo dużo. Na to samo nie mógł pozwolić sobie jednak człowiek niższego stanu. W 1556 roku niejaka Dorota Łazęcka, mieszkanka Sochaczewa, rzekomo ukryła podczas nabożeństwa hostię i przekazała ją Żydom, którzy wytoczyli z opłatka krew potrzebną im do swoich obrzędów. Trzech Żydów i Łazęcką skazano na stos i wyrok wykonano.

Skąd brał się nietolerancyjny stosunek szlachty różnowierczej do katolickich przedmiotów kultu? Zapewne z samej doktryny protestanckiej opartej na wzorach genewskich, a także z samowoli i nieliczenia się z prawem przez polską szlachtę. W Małopolsce usuwano obrazy ze świątyń, a swoich poddanych różnowiercza szlachta przymuszała do przyjęcia protestantyzmu. Tolerancję w tym wypadku stosowano tylko wobec katolickiej szlachty i cudzych poddanych. Kalwini uważali, że katoliccy poddani kalwińskiej szlachty powinni przyjmować kalwinizm. Synod w Pińczowie w 1559 roku nakazał przymusowe chrzczenie i wychowywanie w kalwinizmie dzieci poddanych-katolików. Odmienne poglądy od kalwinów głosili Bracia Czescy. Uważali, że należy nawracać przykładem i słowem, a nie siłą. Również arianie potępiali przymus wyznaniowy wobec szlacheckich poddanych. Także wśród samych kalwinów, wielu było ludzi, którzy nie stosowali nacisku wyznaniowego i zapewniali swobody wyznaniowe swoim poddanym (przykłady: Raków, Lewartów). Niemniej, byli również i tacy, którzy burzyli kościoły i kaplice katolickie, do których chodzili chłopi, zabraniali im uczęszczania na nabożeństwa do innych parafii, a czasami zmuszali nawet, grożąc grzywną, do udziału w nabożeństwach protestanckich.

Trudna więc była i wyboista droga do prawdziwej tolerancji wyznaniowej. Stosowano ją najczęściej wybiórczo, tylko w stosunku do określonych ludzi i grup społecznych. Nie była to więc tolerancja w dzisiejszym tego słowa rozumieniu. Często też oczekiwano i żądano tolerancji wobec własnych poglądów i wiary, ale nie stosowano jej wobec innych od siebie ludzi i ich poglądów. Problem ten niestety dotyczy również czasów współczesnych. Wciąż musimy uczyć się tolerancji…

W XVI stuleciu, obok szerzących się w Polsce prądów reformacyjnych, rodziła się też powoli kontrreformacja. Ruch ten, który nasilił się w XVII wieku, już kilkadziesiąt lat wcześniej pod postacią m.in. sądów biskupich, odgrywał swoją rolę.

Po śmierci Zygmunta Starego, kiedy na tron wstąpił jego syn Zygmunt August, reformacja w Polsce przybrała na sile. Jak pisze prof. Tazbir, księża żenili się, kościoły zamieniano na zbory, mnichów wypędzano z klasztorów, a niektórzy z nich sami je opuszczali mając dosyć ślubów czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Kościół przeciwstawiał się tego typu zachowaniom odwołując się do władzy świeckiej. Zygmunt August w zamian za zgodę na koronację Barbary Radziwiłłówny, w grudniu 1550 roku potwierdził jedność wyznaniową w Polsce, zakaz piastowania urzędów i dostępu do senatu dla heretyków i zagroził wygnaniem z kraju tych, którzy nie wyrzekliby się swoich błędów. Król nakazał też starostom ściganie i karanie zwolenników reformacji.

Działalność kontrreformacyjną rozpoczął biskup Stanisław Hozjusz. Przed sąd biskupi postawiono trzech żonatych księży, potępiono też kilku szlachciców, którzy wspierali reformację. W Wielkopolsce sądy duchowne uznały pozwanych Krzysztofa Lasockiego i Jakuba Ostroroga za heretyków i nakazały konfiskatę ich dóbr. Wyroki zapadły zaocznie, gdyż biskupi woleli unikać bezpośrednich spotkań z oskarżonymi. Dlaczego? Warto przytoczyć tu kilka przykładów „z życia”, aby poznać odpowiedź na to pytanie. Otóż żonaty ksiądz Orzechowski stawił się u biskupa Dzieduskiego w asyście kilkuset uzbrojonych szlachciców ziemi ruskiej. Podczas czytania klątwy w katedrze przemyskiej przez biskupa, wkroczył tam Orzechowski, przerwał nabożeństwo, wszedł na ambonę i oznajmił wiernym, że to nie biskup ma rację w sporze o celibat. Biskup będąc pod „naciskiem” wydał wyrok uznający małżeństwo księdza i unieważnił wcześniejsze wyroki skazujące go jako heretyka na banicję. Ponadto Orzechowski wysłał do papieża „suplikację”, a w zasadzie groźbę, w której pisał, że jest Polakiem, a nie Włochem, od swoich poglądów na celibat nie odstąpi, a sądów duchownych się nie boi. Podobnie uczynił Konrad Krupka, szlachcic oskarżony o wspieranie heretyków. W październiku 1551 roku zjawił się w Krakowie przed pałacem biskupim w asyście kilkuset zbrojnych. To wystarczyło, aby biskup zmienił zdanie w jego sprawie.

Wyroki sądów biskupich spowodowały poruszenie w całym kraju. Nawet szlachta katolicka stwierdziła, że to zamach na „wolności szlacheckie”. Biskupi i król działali w tej kwestii bezprawnie. Sejm nie uchwalił żadnej ustawy przeciwko heretykom, a edykty królewskie łamały szlacheckie przywileje z XV wieku i gwałciły ustawę „nihil novi” z 1505 roku (nic nowego bez zgody posłów nie może być stanowione). Sejm piotrkowski z 1552 roku pokazał, że przeciwko biskupom był zarówno senat, jak i izba poselska. Posłowie otwarcie demonstrowali swoje poparcie dla reformacji. W czasie nabożeństwa, wielu z nich odwróciło się od hostii, a Rafał Leszczyński nie zdjął nawet czapki podczas podniesienia. Przeciwko biskupom wystąpił katolik, hetman wielki koronny Jan Tarnowski dowodząc, że w sprawie tej „nie o wiarę, ale o wolności chodzi”. Sejm postanowił na rok zawiesić sądownictwo duchowne w sprawach wiary (jurysdykcję duchowną w tej kwestii zniesiono ostatecznie w 1562/1563 roku). W zasadzie sądy duchowne już wówczas przestały działać, a starostowie nie wykonywali ich wyroków. Było to pierwsze znaczące zwycięstwo ruchu reformacyjnego nad Kościołem w Polsce i rodzącą się kontrreformacją.

Nie mogąc karać szlachty za herezje i odstępstwo od wiary katolickiej, sądy biskupie zajęły się plebejuszami, ale i tu spotkały opór ze strony szlachty, którą poparł nawet król. Plebejusze (chłopi, mieszczanie) mieli swobodę wyznania, podobnie jak szlachta (przynajmniej teoretycznie). W 1554 roku biskup Czarnkowski skazał na stos za sprzyjanie herezji mieszczan poznańskich: Jakuba Aptekarza, Serafina Krawca i Grzegorza Grycera. Ostatni z nich uciekł, dwaj pozostali wylądowali w lochu ratusza miejskiego. Uzbrojona szlachta obu jednak uwolniła. Stos w Poznaniu nie zapłonął. Biskup Czarnkowski nie dawał jednak za wygraną i skazał na śmierć szewca Pawła Organistę, który podczas procesu nie wyrzekł się swoich protestanckich przekonań. Obronili go możni wielkopolscy: Jakub Ostroróg, Jan Tomicki, Rafał Leszczyński i Wojciech Marszewski. Ostroróg zaprosił nawet szewca na ucztę po jego uwolnieniu z lochów.

Pierwsze więc działania kontrreformacji w Polsce nie były udane i zakończyły się porażką Kościoła. Minęło jednak kilkadziesiąt lat, a kontrreformacja umocniła się i przystąpiła do działania. Ale to już zupełnie inna historia…

 

Wydawnictwo „Iskry” wznowiło książkę prof. Janusza Tazbira „Państwo bez stosów. Szkice z dziejów tolerancji w Polsce XVI i XVII wieku”. Mimo, że pierwsze wydanie ukazało się w 1967 roku, książka ta nic nie straciła na swej aktualności. Powodem jest ponadczasowa problematyka, którą podejmuje w niej autor. Z prawdziwą przyjemnością raz jeszcze sięgnąłem po tę pozycję.

Temat tolerancji, zwłaszcza w naszym kraju, mimo upływu lat i zmieniających się uwarunkowań politycznych, społecznych i ekonomicznych, wciąż jest ważny i aktualny. W dalszym ciągu jako społeczeństwo uczymy się tolerancji. Z tego m.in. powodu wznowienie książki prof. Tazbira traktującej o tym, jak to dawniej w Polsce było z tolerancją religijną, jak wyglądała tolerancja w wydaniu naszych przodków, jest ze wszech miar cenne i pożądane. Bardzo dobrze się stało, że wydawnictwo „Iskry” wznowiło klasyczną już dziś pracę uznanego polskiego historyka. Na nic zdadzą się tu narzekania malkontentów o „odgrzewanych kotletach” itp. Na naukę nigdy nie jest za późno i nigdy jej za wiele. Książka ta jest bowiem skarbnicą wiedzy o tolerancji w Polsce w przeszłości, ale może też być drogowskazem, napomnieniem dla dzisiejszego czytelnika, jak należy postępować, jakich błędów z przeszłości unikać. Ta książka nie tylko daje wiedzę, ale też uczy i kształtuje pewne postawy. Taką mam przynajmniej nadzieję…

W przedmowie do niniejszego wydania prof. Tazbir pisze, że reedycja jest wynikiem m.in. tego, iż tolerancja jest wartością, której wciąż brakuje nam jako społeczeństwu, tak w życiu religijnym, jak i politycznym. Z tego też powodu warto przypomnieć o jej historycznych tradycjach. Mogę się z tym tylko zgodzić. W książce autor zwraca szczególną uwagę na przemiany mentalności Polaków, które przyczyniły się do tolerancji w XVI i XVII wieku, interesuje się wpływem postaw tolerancyjnych na umysłowość doby Renesansu, szuka genezy polskiej tolerancji, przyczyn dla których wyprzedziliśmy wówczas Europę w kwestiach religijnych o dobre sto lat.

Zaletą tej książki jest to, że w ciekawy i zrozumiały sposób przedstawia trudne problemy związane z religią i tolerancją z naszej przeszłości. Tłumaczy, na czym polegała tolerancja w dawnej Polsce, jaka była jej geneza i znaczenie, czym różniła się od dzisiejszej tolerancji. Wskazuje też na błędy popełnione przez naszych przodków, kontrreformację i koniec „złotego wieku” tolerancji w II połowie XVII stulecia. Autor stara się dojść przyczyn tego stanu rzeczy, czyli powolnego i nieubłaganego procesu załamywania się polskiej tolerancji, otwartości na innych ludzi i religie. Pisząc o przeszłości, pisze tak naprawdę o teraźniejszości. Wszystko to dlatego, że problem tolerancji wciąż jest aktualny, tak jak setki lat temu, wciąż nierozwiązany i wieloznaczny… Nie sposób więc odmówić tej książce ogromnego waloru edukacyjnego. Trzeba też zauważyć, że praca ta nie jest tylko peanem na cześć naszej tolerancji w XVI i XVII stuleciu. Jest w niej sporo historii „ku przestrodze”, które powinny budzić w nas wstyd, skłaniać do refleksji. Jednym słowem, jest w niej również rzecz o nietolerancji, o ciemnych stronach wyznaniowej wolności w ówczesnej Polsce. Pokazanie „dwóch stron medalu” to także ogromna zasługa autora i zaleta jego pracy.

Praca prof. Tazbira składa się z przedmowy i słowa wstępnego oraz 12 rozdziałów i posłowia. Uzupełnieniem jest krótka „bibliografia” i indeks nazwisk. W kolejnych rozdziałach pracy autor wskazuje m.in. na kilka charakterystycznych cech polskiej tolerancji w XVI i XVII stuleciu. Wskazuje na to, iż mniejsze grupy wyznaniowe (mniejszości) były bardziej tolerancyjne, niż grupy będące w większości (tolerancja malała wraz ze wzrostem liczebności wyznania). Tazbir stwierdza też, że tolerancja władców polskich była determinowana bieżącą polityką, była wynikiem chłodnej, politycznej kalkulacji, nie wynikała z rzeczywistej potrzeby wewnętrznej.

Kolejny rozdział mówi o tolerancji wśród polskiej szlachty będącej jej głównym „nośnikiem” i „propagatorem”. Wspólny „wróg”, czyli duchowieństwo katolickie (walka szlachty z duchowieństwem m.in. o majątki, stanowiska, znaczenie w państwie) przyczyniał się do jedności tego stanu i zmuszał szlachtę do tolerowania wśród siebie wyznawców innych religii. Porzucanie katolicyzmu i przechodzenie przez szlachtę na kalwinizm lub luteranizm, nie miało też często podłoża religijnego, a jedynie polityczne („opłacało się” być kalwinem, bo religia ta dopuszczała możliwość wypowiedzenia posłuszeństwa władcy). Profesor Tazbir poświęca też swoją uwagę działalności sądów duchownych i walce z nimi prowadzonej przez szlachtę. Wskazuje na wzajemne zwalczanie się innowierców w obrębie stanu szlacheckiego. Temu ostatniemu zagadnieniu poświęca cały rozdział, wskazując m.in. na to, iż tolerancja tak naprawdę ograniczała się wówczas w Polsce tylko do stanu szlacheckiego.

Dużo miejsca autor przeznacza też na omówienie genezy, postanowień i znaczenia umowy sandomierskiej i konfederacji warszawskiej. Omawia postanowienia soboru trydenckiego i edykty króla Zygmunta III Wazy. Przedstawia również narodziny i rozwój kontrreformacji. Wskazuje na początek religijnych prześladowań za czasów Zygmunta III. Zwraca przy tym uwagę na fakt, iż prześladowania te nie dotyczyły szlachty, a tylko niższych stanów (mieszczaństwo, chłopstwo). W tym czasie tolerancja wśród szlachty kwitła (mieszane wyznaniowo małżeństwa, wielowyznaniowe szkoły dla dzieci szlacheckich itp.). Profesor Tazbir pisze także o skali kontrreformacji w Polsce(w porównaniu z krajami Europy Zachodniej, Polska była rzeczywiście „państwem bez stosów”). Wskazuje przy tym jednak na fakt, iż katolicy będący w większości, przestrzegali zasad tolerancji przede wszystkim z powodu strachu przed wojną domową i religijną, a nie ze względu na prawdziwe przekonanie o jej słuszności. Nie było jedynie pobłażania dla skrajnych sekt religijnych i to zarówno ze strony katolików, jak i protestantów.

W ostatnich dwóch rozdziałach autor opisuje schyłkowy okres „złotego wieku” tolerancji w Polsce i pojawienie się postaw nietolerancyjnych, ksenofobicznych. To początek sukcesów kontrreformacji (wygnanie arian). Tazbir próbuje znaleźć przyczyny takiej zmiany postaw Polaków, wskazuje iż nie wszyscy byli nietolerancyjni (np.: król Władysław IV starał się, aby przestrzegano prawa i zachowywano wolność religijną). W sumie, autor omawia i analizuje prawie 200-letni okres w historii Polski, zmiany zachodzące w społeczeństwie, jego mentalności, sposobie postrzegania spraw religii i wiary. Stara się dociec genezy tolerancji u naszych przodków (czy była ona tylko wynikiem „obojętności” wobec innych ludzi?) i przyczyn jej końca (czy były to wojny z sąsiadami o innej niż katolicka religii?). Książka prof. Tazbira przybliża nas do odpowiedzi na wiele z tych pytań, tłumaczy i wyjaśnia wiele zjawisk i procesów związanych z tolerancją w dawnej Polsce, wylicza też popełnione błędy. Wszystko to może być przestrogą dla przyszłych pokoleń, drogowskazem jak nie należy postępować, a jakie postawy, zachowania są pożądane i potrzebne.

Wydanie książki jest dobre. Miękkie okładki i klejony grzbiet nie powinny nas zniechęcać. Zawartość merytoryczna wynagradza skromną szatę graficzną (brak ilustracji). Trzeba jednak przyznać, że mimo skromnego wydania, jest ono bardzo staranne i bezbłędne. Szkoda tylko, że bibliografia na końcu książki jest więcej niż skromna. To zaledwie „wykaz najważniejszej literatury przedmiotu” na dwie strony.

Książkę czyta się płynnie, chociaż trzeba dużo uwagi i skupienia, aby zrozumieć wywody i tok myślowy profesora. Nie jest to książka „do pociągu”. Tu trzeba nie tylko czytać, ale i myśleć. Autor posługuje się językiem prostym i jasnym, zrozumiałym także dla laika w sprawach historii. Swój wywód prowadzi w sposób klarowny i przystępny. Formułuje tezy i wyjaśnia procesy historyczne, o trudnych sprawach i zawiłych problemach pisze w prosty i zrozumiały sposób. To wielka zaleta tej książki i cecha wyróżniająca, „znak firmowy” profesora Tazbira. Autor „Państwa bez stosów” potrafi w ciekawy sposób opowiadać o czasach XVI i XVII stulecia, zainteresować czytelnika tematem. Tekst nie jest monotonny, urozmaicają go liczne dygresje i ciekawostki. Polecam tę książkę wszystkim miłośnikom i pasjonatom historii. Jest to lektura obowiązkowa. Prawdziwy pasjonat historii powinien mieć tę książkę na półce w swojej biblioteczce… koniecznie przeczytaną! Zapewniam, że jej lektura nie będzie czasem straconym. Polecam

 

Dla wielu z nas może wydać się dziwne, że pod koniec XVI stulecia postrzegano Polskę jako kraj tolerancyjny. Za tolerancyjnych uważali Polaków zwłaszcza Anglicy. Na wyspach brytyjskich wzięto już rozbrat z katolicyzmem, panował tutaj anglikanizm i trudno było posądzać Anglików o zrozumienie, sympatię, czy przychylność dla katolickiej Polski. A jednak!

Mimo, że Anglicy uważali Polskę za ostoję katolicyzmu i obawiali się katolickiej koalicji (Polska-Hiszpania) skierowanej przeciwko swojej anglikańskiej ojczyźnie, to dostrzegali, że Rzeczypospolita była krajem swobód i tolerancji religijnej, azylu dla prześladowanych. Słynny angielski podróżnik tamtych czasów Fynes Moryson przebywający również w Polsce pisał: „Żaden kraj na świecie nie jest do tego stopnia dotknięty różnorodnością poglądów religijnych (…) powstało powiedzenie, że jeśli ktoś stracił swoją wiarę, to powinien ją znaleźć w Polsce”. George Abbot, późniejszy arcybiskup Canterbury pisał, że w Polsce „wolności wszystkich religii są zagwarantowane” do tego stopnia, że obok siebie żyją „papiści, luteranie, kalwini, anabaptyści, arianie i różni inni”.

Także w Szkocji uważano Polskę za kraj tolerancyjny. W 1574 roku w Genewie ukazała się nawet książka o wojnach religijnych we Francji dedykowana narodowi polskiemu roztaczającemu opiekę nad uciekinierami – hugenotami. Jako przykład polskiej tolerancji podawano w Anglii sprawę księżnej Suffolk Katarzyny i jej męża Richarda Bertie. Oboje byli zwolennikami reformacji i po objęciu rządów w Anglii przez Marię Tudor, zostali zmuszeni przez katolickiego biskupa Gardinera do emigracji. Musieli opuścić Anglię w 1554 roku, gdyż zostali oskarżeni o wrogi stosunek do kościoła katolickiego. Rozpoczęła się ich tułaczka po Europie. W 1557 roku król Polski Zygmunt August zaprosił ich do Polski i dał im na siedzibę Kroże na Żmudzi. Tutaj mogli żyć w spokoju (zwolennicy reformacji w katolickim kraju – sic!). Wrócili do Anglii po śmierci Marii Tudor w 1559 roku. Zachowali jednak w pamięci tolerancyjnych Polaków.

Do naszej ojczyzny uciekało wielu różnowierców z krajów europejskich m.in. Anglii i Szkocji. Wśród nich byli kupcy, żołnierze, kramarze, reformatorzy i sekciarze. Liczbę Anglików i Szkotów, którzy znaleźli schronienie w Polsce szacuje się na około 15 tysięcy (większość osiedliła się w Elblągu). Uciekinierzy przywozili ze sobą wieści o prześladowaniach religijnych na wyspach brytyjskich, więzieniach i egzekucjach. Polska jawiła się im na tym tle jako oaza spokoju.

Upłynęło 400 lat od tamtych wydarzeń. Niewiele chyba pozostało dziś z tamtej polskiej tolerancji. Nie tylko religijnej. Przeciętny Polak początku XXI stulecia nie bardzo wie, co znaczy słowo „tolerancja”. Niestety…

Link Cytuj

 
0
Avatar_forum

W XIV wieku idea dobrowolnego ubóstwa jako środka do osiągnięcia doskonałości duchowej była wciąż żywa. Pojawiły się jednak głosy, które tę ideę podważały. Z krytyką dobrowolnego ubóstwa wystąpił bowiem profesor uniwersytetu paryskiego Wilhelm z Saint Amour.

Profesor stwierdził, że nie ma dowodów na to, aby Chrystus i jego uczniowie utrzymywali się z jałmużny. Uważał, że jednostka doskonała powinna utrzymywać się z pracy własnych rąk lub wstąpić do klasztoru. Wilhelm twierdził, że nie godzi się zdrowemu człowiekowi żebrać. Opowiedział się również za tezą, że nie powinno się rozdawać bliźnim wszystkiego co się posiada, nie zabezpieczywszy sobie podstawowej egzystencji materialnej. Był przeciwny żebraniu, wskazując na apostołów, którzy nie chcąc być obciążeniem dla bliźnich, sami pracowali fizycznie. Wilhelm potępił także udzielanie jałmużny ludziom zdrowym, mogącym pracować. Według niego, wielu ludzi żebrzących mogłoby spokojnie utrzymywać się z pracy własnych rąk. Byli to jednak ludzie leniwi, którzy pod pretekstem modlitwy, chcieli żyć kosztem innych. Wystąpienie paryskiego profesora spotkało się z reakcją Kościoła. Tezy Wilhelma zostały uznane za nieprawomyślne, traktat o dobrowolnym ubóstwie jego autorstwa został spalony, a on sam stał się ofiarą cenzury kościelnej. Jednak idea „dobrowolnego” ubóstwa kosztem społeczeństwa została uległa podważeniu.

Coraz częściej reformatorzy życia społecznego i religijnego musieli dokonywać wyborów: żyć z jałmużny czy z własnej pracy. Nowe bractwa religijne nawiązujące do idei dobrowolnego ubóstwa, powstawały nie tylko w środowiskach kościelnych, ale i wśród osób świeckich. Świeccy zwolennicy ubóstwa występowali pod nazwą beginów i begardów. Begini (beganki) były to zgromadzenia żeńskie. Duża ilość kobiet w Europie, spowodowała że część z nich nie mająca źródeł utrzymania, zaczęła przystępować do zgromadzeń zakonnych. Te przyjmowały niestety, głównie przedstawicielki warstwy feudalnej. Chłopki i mieszczki oraz kobiety samotne, wdowy i niezamężne wstępowały do świeckich organizacji tzw. beginaży. Były to instytucje na poły zakonne, na poły dobroczynne. Ich celem było m.in. rozwiązanie coraz trudniejszej sytuacji coraz liczniejszej rzeszy kobiet, zwłaszcza pań bez zajęcia i bez męża. Założycielem beginów był kaznodzieja ludowy z Liege, Lambert la Bogue (Jąkała), który około 1170 roku założył zgromadzenie wdów i sierot. Kobiety przebywały w oddzielnych domach, nie składały ślubów zakonnych i mogły odejść ze zgromadzenia w razie zawarcia małżeństwa. Członkinie prowadziły żywot purytański, utrzymywały się z pracy własnych rąk, nie uprawiały żebractwa. Beginki licznie występowały we Flandrii, Holandii oraz Francji i Niemczech.

Na wzór beginek zorganizowano bractwa męskie begardów we Flandrii, Niemczech i Francji. Po raz pierwszy w źródłach nazwa begardów pojawiła się w 1252 roku. Były to luźne ruchy religijne i ludowe. Często ulegały one wpływom różnych grup heretyckich zwłaszcza panteistycznej sekcie „braci wolnego ducha”. Istniały dwa odłamy begardów. Pierwszy to wędrowni pokutnicy żyjący z jałmużny (głównie chłopi i rzemieślnicy) i drugi, którego członkowie tworzyli zorganizowane gminy. Składali oni przysięgę czystości i utrzymywali się z pracy własnych rąk. Nadwyżki dochodów rozdawali ubogim. W południowej Francji i we Włoszech begini wywodzili się spośród franciszkanów i ich skrajnego skrzydła zwanego spirytuałami. Na początku XIV wieku Kościół uznał beginów za heretyków. Według inkwizytorów, założycielem tej sekty był Piotr Jan Olivi. Z dokumentów inkwizycji dowiadujemy się, że członkowie zgromadzenia wierzyli, iż Chrystus i apostołowie nie posiadali żadnej własności, odmawiali też papieżowi prawa do przewodzenia Kościołowi (uważali go za heretyka!) oraz głosili różne fantastyczne przepowiednie m.in. o tym, że ludzie odejdą od wiary i Kościół skurczy się do zaledwie 12 wiernych, tylu ilu było apostołów. Według tych przepowiedni, ludzie ci mieli na nowo nawrócić całą ludzkość na prawdziwą wiarę, a nowy świat miał być rajem na ziemi.

Te apokaliptyczne przepowiednie i ideologia antykościelna wywołały reakcję Watykanu. Beginów i beginki uznano za heretyków i rozpoczęły się ich prześladowania, które w I połowie XIV wieku przybrały na intensywności. Odtąd Kościół coraz ciężej karał wszystkich odstępców od wiary, a stosy płonęły coraz częściej…

Kim byli Bracia Apostolscy? Chyba niewielu z nas zna odpowiedź na to pytanie. O ile orientujemy się jeszcze, kim byli Bracia Polscy, czy Bracia Mniejsi, to z Braćmi Apostolskimi sprawa nie jest już taka prosta. Z tego powodu poświęcam im dziś kilka słów.

W XIII wieku we Włoszech zaczęły jak grzyby po deszczu, wyrastać nieformalne zgromadzenia deklarujące ubóstwo i uprawiające ascezę według własnego rozumienia. Ci samozwańczy asceci nazywani byli przez miejscową ludność „boscarioli” ponieważ przebywali w lasach lub „saccati” bo za odzież służył im zgrzebny wór pokutniczy. Wszyscy utrzymywali się z jałmużny. Szybko jednak zwrócili na siebie uwagę kurii rzymskiej. Watykan był niechętny tworzeniu nowych zakonów żebraczych. Papież Grzegorz X na soborze w Lyonie w 1274 roku wydał zakaz ich tworzenia, a wszystkie zgromadzenia nie posiadające papieskiego zezwolenia na działalność, miały być rozwiązane. Papieskiemu werdyktowi podporządkowali się zarówno „boscarioli” jak i „saccati”. Nie uczynili tego jednak Bracia Apostolscy. Kim byli?

Twórcą tego zgromadzenia był prawdopodobnie Gerard Segarelli z Parmy, według franciszkańskiego kronikarza Salimbena, pospolity półgłówek. Segarelli nie przyjęty do zakonu franciszkanów ze względu na „ograniczoność umysłową”, spędzał długie godziny na medytacjach w kościele i po pewnym czasie podjął decyzję o rozpoczęciu samodzielnej drogi wiodącej ku doskonałości. Przywdział szaty, jakie widział u apostołów na malowidłach kościelnych, sprzedał kawałek ziemi, która do niego należała, a pieniądze rozdał ubogim. Nie mając własności i dochodów, Segarelli utrzymywał się z jałmużny. Wędrował po Italii i wzywał ludzi do pokuty i ascezy. Nie brakowało mu słuchaczy i uczniów. Większość z nich stanowili wieśniacy. Pociągała ich wizja nie tyle duchowej doskonałości, co perspektywa łatwego życia. Segarelli nazwał swoja grupę - Bracia Apostolscy i rozpoczął w Watykanie starania o papieską aprobatę dla swojego ruchu. Można powiedzieć, że była to typowa droga ówczesnych założycieli zakonów żebrzących. Klasyczny przypadek. Niestety, o działalności Segarellego wiemy tylko z dwóch tendencyjnych źródeł: z kroniki franciszkanina Salimbena i z dokumentów trybunału inkwizycyjnego.

Cóż takiego w nich znajdujemy? Oskarżano założyciela Braci Apostolskich, że dla wypróbowania woli i wstrzemięźliwości sypiał z kobietami, ale nigdy nie dopuszczał do stosunku cielesnego z nimi. Podobne praktyki stosowali jego uczniowie, tyle że ci najczęściej nie mieli w sobie tyle silnej woli i wstrzemięźliwości, co ich mistrz. Oskarżano więc Braci Apostolskich o rozwiązłość płciową, a nawet pederastię. Jak pisze w swojej pracy T. Manteuffel, być może praktyki te były przejawem odrzucenia instytucji małżeństwa przez braci i próbą równouprawnienia kobiet. Przyjęcie nowego członka do zgromadzenia wyglądało też osobliwie. Kandydat do zgromadzenia rozbierał się do naga w obecności współwyznawców zgromadzonych w kościele i ślubował ubóstwo wyrzekając się wszelkiej własności. Bracia Apostolscy nie uznawali nad sobą władzy papieża (za jedynego swojego zwierzchnika uważali Chrystusa). Uważali też, że Kościół popadł w niewolę szatana i grzechu. Siebie uznawali za jedyny prawdziwy Kościół. Była to herezja na którą Watykan nie mógł pozwolić.

Bracia Apostolscy i ich nauki zostali potępieni w 1286 roku przez papieża Honoriusza IV, a w 1290 roku przez papieża Mikołaja IV. W 1300 roku papież Bonifacy VIII doprowadził do postawienia Segarellego przed sąd inkwizycji. Wyrok mógł być tylko jeden: spalenie na stosie. Los mistrza podzieliło też wielu jego uczniów. To jednak nie zlikwidowało zgromadzenia. Następcą Segarellego został Dolcino, syn księdza z diecezji Nowary, podobno były franciszkanin z Trydentu. Rozproszeni Bracia Apostolscy ukrywali się przed inkwizycją. Sam Dolcino przebywał w Dalmacji. Stamtąd napisał trzy listy, w których dał wykład ideologii zgromadzenia. Jego wywody nawiązywały do proroctw Joachima z Fiore. Przepowiednie Dolcino mówiły o upadku dotychczasowego porządku na świecie, wraz z Watykanem – sługą szatana i o objęciu przywództwa w nowym, lepszym świecie przez… Braci Apostolskich. Dolcino uzyskał spore poparcie wśród ludności Lombardii, a część jego proroctw spełniła się m.in. śmierć papieża Bonifacego VIII. To podniosło prestiż „mesjasza”. Nowy papież Klemens V ogłosił krucjatę przeciwko Braciom Apostolskim. Akcja „pacyfikacyjna” trwała od 1304 do 1307 roku. Wszyscy bracia zostali wymordowani. Przywódcom darowano życie, ale tylko po to, aby po torturach przed sądem inkwizycji, spalić ich na stosie.

Ludzie myślący inaczej niż Kościół, nie akceptujący jego doktryny i tradycji oraz papieża jako głowy tego Kościoła, kończyli najczęściej na stosie. Wojna Kościoła z heretykami trwała jeszcze stulecia i pochłonęła tysiące ofiar. to jedna ze smutniejszych i ciemniejszych stron historii…

W XII i XIII wieku szybko rozwijające się miasta włoskie stały się areną zamieszek, niepokojów i walk wewnętrznych. Biedne pospólstwo coraz częściej występowało przeciwko bogatemu patrycjatowi. Do tego dochodziła rywalizacja między poszczególnymi miastami i liczne wojny domowe. Rodziły się nowe koncepcje polityczne i społeczne. Pojawiały się też mistyczne proroctwa zapowiadające wielkie zmiany na świecie. W takich właśnie okolicznościach pojawił się Franciszek z Asyżu (uznany później przez Kościół za świętego). Stał się on ulubionym bohaterem hagiografii i legend średniowiecznych oraz literatury i sztuki. Dziś chciałbym przypomnieć jego postać. Kim był ten ubogi apostoł z Asyżu?

Urodził się w 1182 roku właśnie w Asyżu, w rodzinie bogatego kupca tekstylnego Piotra Bernardone. Franciszek był „złotym młodzieńcem” spędzającym czas na zabawach i hulankach z towarzyszami. Dlaczego więc zrezygnował z tak wspaniałego życia? Wpływ na jego decyzję o zmianie trybu życia prawdopodobnie miało to, co stało się w czasie wojny między Asyżem, a Perugią. Wówczas to młody Franciszek dostał się do niewoli, a krótko potem ciężko zachorował. Pod wpływem tych wydarzeń zerwał z dotychczasowym życiem. Zaczął żyć według wskazań Ewangelii tzn. wybrał dobrowolne ubóstwo i ascezę. Tak radykalna zmiana uczyniła z niego innego człowieka. Jak można się było spodziewać, decyzja ta spowodowała konflikt z ojcem. Syn wyrzekł się całego majątku i wszelkiej własności włącznie z ubraniem otrzymanym z domu. Postanowił zostać wędrownym kaznodzieją. Bosy i w łachmanach przemierzał odtąd drogi Umbrii i nawoływał ludzi do pokuty, dobrowolnego ubóstwa, wyrzeczenia się wojny i przemocy.

Szybko znalazł uczniów i naśladowców. Miał też wiele szczęścia. Miejscowy biskup był dla niego życzliwy, a nawet ochronił go przed gniewem ojca i otoczył opieką w pierwszych latach działalności. Jednak świecki kaznodzieja budził opór hierarchów Kościoła i wzbudzał podejrzenia w Watykanie. Franciszek napisał więc list do papieża Innocentego III prosząc go o zalegalizowanie swojej działalności. Była to sprawa trudna. Franciszek nie chciał tworzyć stałego zgromadzenia i zakładać klasztorów. Chciał wraz z uczniami wędrować i nauczać, spełniać posługi w przytułkach, szpitalach i leprozoriach (koloniach trędowatych). Papież zgodził się na taką regułę, głównie za namową kardynała Jana Colonny przychylnego Franciszkowi. Biedak z Asyżu został wyświęcony na diakona, ale zezwolono mu omawiać podczas swoich wystąpień tylko zagadnienia natury moralnej. Miał nie mieszać się w wewnętrzne sprawy Kościoła i nie krytykować go. Przyjęto też nazwę dla nowego zakonu: Bracia Mniejsi. Reguła zgromadzenia była krótka, surowa i rygorystyczna: dobrowolne ubóstwo, potępienie pieniądza, wyrzeczenie się wszelkiej własności, życie o żebraczym chlebie. W tym ostatnim wypadku nie chodziło jednak o jałmużnę. Bracia Mniejsi mieli otrzymywać datki, ale za wykonaną pracę i to tylko w naturze, a nie w pieniądzu. Bracia nie mieli też stałej siedziby. Mieszkali w szałasach lub górskich grotach i pieczarach. Wszyscy spotykali się dwa razy w roku, w dniu Zielonych Świątek i na św. Michała w małym kościółku w Porciunculi.

W swoich naukach Franciszek z Asyżu nie krytykował hierarchów Kościoła i ich polityki, odnosił się tylko do zagadnień moralnych. To powodowało, że Watykan tolerował jego działalność i nie uznawał go za heretyka, co w tamtych czasach mogło się łatwo zdarzyć (spotkało to wiele ruchów dobrowolnego ubóstwa krytykujących papieża i zbytek hierarchów Kościoła). W 1219 roku Franciszek udał się do Egiptu. Wkrótce pojawiły się pogłoski o jego śmierci. W łonie zgromadzenia zaczęto przemyśliwać o złagodzeniu surowej reguły zakonnej. Jednak Franciszek powrócił z Egiptu i na przełomie 1220/1221 roku powstała nowa wersja reguły zakonnej. Zgromadzenie otrzymało hierarchiczną strukturę organizacyjną. Generał zakonu i kapituła, podlegli im ministrowie prowincjonalni oraz instytucja nowicjatu, to najważniejsze zmiany. Nowa reguła została w 1223 roku zatwierdzona przez papieża. Zakon został praktycznie podporządkowany Kościołowi instytucjonalnemu, mimo iż Franciszek chciał tego uniknąć. W ten sposób Watykan kontrolował działalność Braci Mniejszych i zabezpieczał się przed mogącym narodzić się radykalizmem religijnym i społecznym. Franciszek odsunął się od swojego zgromadzenia i resztę życia spędził w odosobnieniu modląc się i uprawiając ascezę. Zmarł w październiku 1226 roku mając 44 lata. Pozostawił po sobie testament. Przekonał się, że między głoszonymi przez niego zasadami, a praktyką dnia codziennego, jest ogromna przepaść. Zrozumiał też, że nie jest w stanie przekonać ludzi do ubóstwa i wyrzeczenia się wszystkiego. Dziś, ze swoimi zasadami, Franciszek z Asyżu miałby zapewne jeszcze mniejsze szanse, aby przekonać do nich kogokolwiek…

Czy w latach 30-tych ubiegłego stulecia w Niemczech istniał ktoś, kto planował rozbicie ruchu nazistowskiego od wewnątrz i oczyszczenie go z antysemityzmu? Czy człowiek powiązany z Watykanem zamierzał przekonać Hitlera do katolicyzmu? Pytania te brzmią fantastycznie, ale wcale nie są pozbawione sensu.

W listopadzie 1936 roku wydano w Niemczech książkę pt. „Podstawy narodowego socjalizmu”. Autorem był biskup Alois Hudal. Książka ta miała przekonać Hitlera do powrotu na łono Kościoła katolickiego i zmienić oblicze narodowego socjalizmu. Wszystko zaczęło się jednak dwa lata wcześniej, w 1934 roku. Wówczas to Hitler spotkał się z biskupem Kolonii Karlem Josephem Schultem. Biskup wyraził zaniepokojenie antychrześcijańską agitacją narodowych socjalistów i zaprotestował przeciwko uczynieniu przez Hitlera „głównym ideologiem” nazizmu Alfreda Rosenberga. Był to autor książki „Mit XX wieku”, w której m.in. opowiadał się za poligamią, sterylizacją i ogłoszeniem „piątej Ewangelii”, która miała zdemaskować Chrystusa. Książka była „zalecana” do lektury w niemieckich szkołach. Spotkanie kardynała z Hitlerem nic w tych kwestiach nie zmieniło. Hitler nie zamierzał ustępować Kościołowi w żadnej kwestii.

W lutym 1934 roku Święte Oficjum wciągnęło książkę Rosenberga na „Indeks ksiąg zakazanych”. Szybko okazało się, że była to najlepsza reklama, na jaką mógł liczyć autor. Z dnia na dzień, książka stała się światową sensacją. O najgłośniejszej książce świata mówiono w całej Europie i Ameryce. Pół roku później niemieccy teologowie wydali studium, w którym punkt po punkcie ujawnili wszystkie błędy Rosenberga popełnione przez niego w trakcie pisania „Mitu XX wieku” (włącznie z błędami ortograficznymi!). Kolejna książka „głównego ideologa” nazizmu będąca odpowiedzią na studium biskupów, też trafiła na indeks ksiąg zakazanych. Rosenberg stał się sławny i bogaty. To nie podobało się Hitlerowi, drażnił go rozgłos wokół „Mitu XX wieku”. Książka Rosenberga burzyła Hitlerowi jego koncepcję pozyskania dla nazizmu niemieckich katolików. Pierwszym krokiem na tej drodze był konkordat z Watykanem. Jednak książka Rosenberga mogła doprowadzić do zawalenia się koncepcji Hitlera. Niemieccy katolicy musieli dokonać wyboru: Kościół lub państwo utożsamiane teraz z zakazaną dla katolików książką Rosenberga. Również kierownictwo partii nazistowskiej musiało opowiedzieć się po stronie Rosenberga lub przeciwko niemu. Tego oczekiwała opinia publiczna.

Już w 1933 roku biskup Hudal zauważył rozdźwięki w kierownictwie partii nazistowskiej. Używając prasy i kościelnych ambon zaczął wywierać nacisk na Hitlera, aby ten opowiedział się za lub przeciw Rosenbergowi i jego dziełu. Zaczął nawet żywić nadzieję, że Hitler powróci do Kościoła. Gdyby tak się stało, biskup Hudal zamierzał połączyć wiarę katolicką z doktryną narodowosocjalistyczną. W swojej rozprawie o ideologii nazistowskiej „Podstawy narodowego socjalizmu”, biskup przedstawił liczne podobieństwa między katolikami i nazistami: jedni i drudzy uznają nad sobą władzę przywódcy, papież i fuhrer są nieomylni i stanowią najwyższy autorytet, jedni i drudzy „nie przepadają” za Żydami. Według Hudala, gdyby udało się zastąpić antysemityzm antyjudaizmem, a więc nienawiść rasową niechęcią (nienawiścią) religijną, wówczas można by stworzyć zaporę przed największym zagrożeniem, czyli bolszewizmem. Sojusz katolicyzmu i nazizmu miał powstrzymać bolszewików. Tak rozumował Hudal. Papież Pius XI nie podzielał jego koncepcji i nie wierzył w jej sukces. Uważała Hitlera za materialistę pozbawionego wszelkiego pierwiastka duchowego.

Wiosną 1935 roku Hudal pozyskał dla swoich planów pierwszego sojusznika – Papena, który twierdził, że Hitler może zgodzić się na ten pomysł. W czerwcu 1936 roku Papenowi udało się zainteresować Hitlera książką biskupa. Plan połączenia nazizmu z katolicyzmem przeciwko bolszewikom trafił na podatny grunt. Dyskusje wokół książki Hudala i jego koncepcji zaczęły dzielić przywódców partii: za był Papen, przeciwko Rosenberg i Goebbels. Podobno za koncepcją Hudala opowiadali się nawet Goering, Hess i Neurath. Hitler zdecydował, aby książkę wydać. Ukazała się w listopadzie 1936 roku. Sam fuhrer opowiadał się w sporze Rosenberga z Kościołem po stronie… Kościoła!  Miał dosyć Rosenberga i sukcesu jego książki. Wszyscy mówili o „Micie XX wieku”, a nikt nie mówił o „Mein Kampf”! W listopadzie 1936 roku Hitler spotkał się z kardynałem Faulhaberem, przeciwnikiem nazizmu i niekwestionowanym „liderem” Kościoła katolickiego w Niemczech. Rozmawiano m.in. o możliwym mariażu katolicyzmu z nazizmem. Panowie nie doszli jednak do porozumienia. Jakiś czas potem, Hitler w dyskusji z Papenem oraz Goebbelsem i Bormannem, wziął stronę tych ostatnich, którzy przekonali go, że lepiej będzie dla nazistów, jeśli nie zawrą sojuszu z katolikami. Koncepcja Hudala upadła.

W tym samym czasie Watykan oficjalnie odciął się od książki niemieckiego biskupa i jego planów. Biskup poczuł się urażony stanowiskiem swoich przełożonych. Papież Pius XI podobno wpadł we wściekłość, kiedy dowiedział się o książce Hudala. Chciał ją nawet umieścić na indeksie ksiąg zakazanych! (byłby to pierwszy przypadek biskupa i jego dzieła wciągniętego do tegoż indeksu). Biskupowi odmówiono audiencji u papieża. W Niemczech został nazwany ”nazistowskim biskupem” i „nadwornym teologiem Hitlera”. Alois Hudal nie odegrał już żadnej roli w przyszłości. Po wojnie został umieszczony w klasztorze, gdzie doczekał końca swoich dni.

W zasadzie tytuł powinien brzmieć: „Jak zostać papieżem i jak się utrzymać na tym „stanowisku”. W każdym razie dziś chciałbym podać kilka przepisów na to, jak zostać papieżem i co zrobić, aby trochę nim pobyć. Oczywiście, wszystko to z przymrużeniem oka. „Przepisy” pochodzą z XV wieku, są więc lekko „przeterminowane” i prawdopodobnie w dzisiejszych czasach już nie poskutkują, ale warto wiedzieć, jak kiedyś zostawało się papieżem.

Handel urzędami, korupcja, nepotyzm oraz kupowanie głosów kardynalskich w XV wieku w Watykanie nie było niczym nowym. Wielu kandydatów na papieży opłacało kardynałów jeszcze przed konklawe i w ten sposób kupowało sobie papieską tiarę. Oprócz pieniędzy można było obiecać urzędy i posiadłości. Kiedy w maju 1492 roku zmarł Innocenty VIII, tron piotrowy stanął do dyspozycji nowego kandydata. Jednym z nich był hiszpański kardynał Rodrigo Borgia. 6 lipca zebrało się konklawe. Było dwudziestu trzech kandydatów na papieża, z czego dziewięciu było krewnymi zmarłego Innocentego. Trzy głosowania z 10 lipca nie przyniosły rozstrzygnięcia. Rodrigo Borgia, papieski wicekanclerz, był jednym z najbogatszych kardynałów. Nie był już młody, co oznaczało, że niedługo będzie papieżem jeśli zostanie nim wybrany. Był też człowiekiem „z zewnątrz”, bez powiązań (większość w kolegium kardynalskim to byli Włosi). Były to atuty Hiszpana. Borgia rozparcelował swoje posiadłości pomiędzy kardynałów i w ten sposób uzyskał ich głosy w konklawe. To wyborcze przekupstwo opłaciło się, bo 11 lipca 1492 roku Rodrigo Borgia został 210 papieżem w historii Kościoła. Przybrał imię Aleksandra VI. Nowy papież, aby przypodobać się ludowi rzymskiemu, urządził dla niego walki byków na Piazza Navona. Na cześć papieża urządzono wspaniały pochód (800 mieszczan na koniach z pochodniami), a miasto przystrojono w ołtarze i girlandy z kwiatów. Pochód koronacyjny nowego papieża z placu św. Piotra na Lateran trwał cały dzień.

Przekupstwa przy wyborze na tron piotrowy nie były wynalazkiem Aleksandra VI. Tego typu „praktyki” stosowano już wcześniej i to bardzo często. Pierwszym papieżem, który wsławił się handlem urzędami był Sergiusz II (844-847). Ten „ojciec symonii” na biskupa wyświęcił swojego brata, a biskupstwa sprzedawał m.in. na drodze licytacji! Jednym z tych, którzy doprowadzili ten „system” do perfekcji był papież Benedykt IX (1047-1048). Na tronie papieskim zasiadał trzy razy! Pierwszy raz w 1032 roku, kiedy na stolicy apostolskiej osadził go jego ojciec Alberich III i cesarz Konrad. Jednak w 1044 roku wypędzono go z Rzymu i papieżem został Sylwester III. Już w 1045 roku Benedykt znowu zasiadł na tronie piotrowym. Tego samego roku, nowy-stary papież sprzedał swój urząd (sic!) za tysiąc funtów srebra swojemu ojcu chrzestnemu Johannesowi Gratianusowi, który panował w Watykanie jako Grzegorz VI (1045-1046). Po nim na papieski tron powrócił znowu Benedykt IX. Prawda, że przedziwna karuzela?

Z kolei mistrzem nepotyzmu był Sykstus IV (1471-1484). W ciągu trzech pierwszych miesięcy swojego pontyfikatu mianował kardynałami trzech swoich krewnych. W sumie z jego rodziny, sześć osób zostało kardynałami, a trzy otrzymały tytuły książęce i hrabiowskie. Sykstus zapisał swojemu krewnemu Pietro Riario pięć biskupstw, patriarchat Konstantynopola i opactwo św. Ambrożego w Mediolanie. Roczne dochody z tych synekur osiągały sumę 60 tysięcy dukatów (dom w Rzymie można było kupić za 100-200 dukatów). Urzędy i posiadłości rozdawano nie tylko członkom swoich rodzin, ale i faworytom, artystom. Innocenty VIII urzędy i stanowiska sprzedawał. Ustanowił etaty 26 sekretarzy i 52 urzędników odpowiedzialnych za dokumenty i pieczęcie papieskie. Innocenty potrafił też „zarobić” wielkie sumy pieniędzy w niekonwencjonalny sposób. Fortunę zapewnił mu Dszem, syn tureckiego sułtana. Uciekł on od swojego brata Bajasida II pod opiekę Joannitów na Rodos. Ci przechowywali go u siebie, potem we Francji w siedzibie wielkiego mistrza, aż w końcu syn sułtana trafił do Rzymu do papieża. Orientalny książę miał własny, wspaniały i bogaty dwór, a w Watykanie był „gościem” (czytaj: więźniem) papieża. Dszem był „interesem życia” dla papieża Innocentego VIII. Za przetrzymywanie Dszema w Watykanie (Bajasid II obawiał się, że brat zechce wrócić i odebrać mu władzę) papież otrzymywał od sułtana 45 tysięcy dukatów w złocie rocznie (była to ¼ dochodów papieskich). Papież dbał o rozrywki Dszema (m.in. polowania, uczty) i chronił go jak drogocenny klejnot. Był on przecież źródłem dochodów tak długo, jak żył.

Źródłem dochodów dla Watykanu był też handel relikwiami. Zapotrzebowanie na święte relikwie (najlepiej części zwłok) było ogromne i trudno było je zaspokoić. Nagminne było okradanie katakumb i cmentarzy, poszukiwanie w nich ludzkich kości należących do świętych. Handel relikwiami był prawdziwym przemysłem. Aby były one wiarygodne, trzeba było mieć potwierdzenie, „certyfikat” z Watykanu. Za to trzeba było słono zapłacić. Obok handlu relikwiami rozwinęła się też turystyka religijna, czyli pielgrzymki. Papieżem, który szczególnie „łupił” pielgrzymów, był Benedykt IX (1032-1044). Ludzie Benedykta rabowali pielgrzymów już w drodze do miejsc świętych. Rozkwit pielgrzymowania nastąpił za Bonifacego VIII na początku XIV wieku. Papież ten wprowadził przepis (1300 r.), że odpust zupełny uzyska tylko ten, kto odbędzie pielgrzymkę do Bazyliki św. Piotra i Pawła w Rzymie. Do Watykanu napłynęły tysiące wiernych. Pielgrzymi zasilali gotówką watykańskie kasy. Wiadomo, że człowiek wierzący, za zbawienie oddałby ostatni grosz. I pielgrzymi oddawali swoje pieniądze… ale papieżowi.

Dziś temat znów z pogranicza historii i legendy. Czy stolicę apostolską może coś łączyć z siłami zła? Wydaje się, że to absurd. Bynajmniej. Z przeszłości Watykanu docierają jednak do nas informacje o próbach kontaktu papieży z siłami nieczystymi. Kronikarze wspominają o zainteresowaniu papieży czarną magią i czarami. Czy to wszystko jest prawdą, czy tylko wymysłem kronikarzy i ludzi wrogo nastawionych do papiestwa i Kościoła?

W czasie wielkiej schizmy w Kościele, kiedy na tronie piotrowym zasiadało dwóch, a nawet trzech papieży, wszyscy oni nie szczędzili sobie nawzajem oskarżeń o herezję, uprawianie czarnej magii i kontakty z demonami. Najczęściej oskarżano o to papieża Aleksandra VI (1492-1503). Niektórzy zarzucali mu nawet, że jest… Saracenem, poganinem, który pozornie nawrócił się na chrześcijaństwo. Najwięcej informacji o Aleksandrze VI pozostawił jego mistrz ceremonii Johannes Burchard. Był to Niemiec pochodzący z Alzacji, który studiował prawo, a po zostaniu doktorem praw i kanonikiem u św. Tomasza w Strasburgu, udał się do Rzymu. Tutaj kupił sobie stanowisko papieskiego mistrza ceremonii. Zawarł też bliską znajomość ze swoim poprzednikiem na tym stanowisku, Agostino Petruccim. Za panowania Sykstusa IV (1471-1484) Burchard objął urząd mistrza ceremonii i zaczął prowadzić swój dziennik, który stał się źródłem dotyczącym życia i obyczajów panujących w Watykanie (Burchard służył pięciu papieżom).

W 1502 roku opisał on m.in. „noc pięćdziesięciu kurtyzan” na dworze Aleksandra VI, czyli orgię z udziałem papieża, kilku kardynałów i 50 kurtyzan specjalnie do tego celu sprowadzonych. Orgia zaczęła się od wystawnej uczty, po której roznegliżowane panie pełzały po ziemi i zbierały kasztany rozrzucane przez papieża. Czym się to wszystko skończyło, nie trudno zgadnąć… (hmmm, czyżby premier Włoch Silvio nawiązywał do tradycji zapoczątkowanej przez papieża Borgię?). Burchard opisał również śmierć Aleksandra VI w 1503 roku. 11 sierpnia tego roku, po uroczystościach związanych z rocznicą koronacji na papieża, Aleksander zapadł na zagadkową chorobę i po tygodniu zmarł. Niektóre źródła donosiły o obecności upiora przy papieskim łożu śmierci. Podobno papież zawarł pakt z diabłem jeszcze przed swoim wyborem na tron piotrowy. Szatan zapewnił mu tron papieski na 12 lat, ale bez możliwości dotrwania do końca ostatniego roku. Kiedy termin minął, Aleksander próbował pertraktować z szatanem, ale na daremno. Papieżowi próbował pomóc Gian Pietro Carafa, późniejszy Paweł IV, ale bez powodzenia. Niektóre wersje tej legendy mówią też o siedmiu demonach pod postacią wielkich czarnych małp, które trzymały straż przy łożu umierającego papieża. Według innych plotek, przy łożu umierającego siedziały prostytutki. Po śmierci Aleksandra, jego ciało miało zacząć się gotować, po czym spuchło i straciło ludzki kształt. Zwłoki poczerniały i rozpoczął się szybki ich rozkład. Pojawił się odór rozkładu i smród siarki. Czarne psy zaczęły wyć (prawda, że klasyczne „objawy”, które można znaleźć w prawie każdej legendzie?). Zamurowane w bocznej kaplicy, w dożywotniej klauzurze, zakonnice, podobno ze strachu uciekły ze swojego dobrowolnego więzienia. Ciało Aleksandra VI grabarze pospiesznie pochwali w małym sarkofagu. Czy wszystko to było prawdą, czy tylko legendą…?

Innym papieżem oskarżonym o konszachty z diabłem był Sylwester II (999-1003). Studiował w Toledo, był humanistą, znał się na matematyce, astronomii, filozofii i przyrodzie. Był też poetą i znawcą świata greckiego. Jego ogromna wiedza budziła lęk u współczesnych. Krążyły o nim legendy i plotki: podobno potrafił wywoływać dusze zmarłych. Sylwester potrafił też oszukać i przechytrzyć diabła, który przyszedł po jego duszę. Kazał się… poćwiartować, aby uwolnić duszę zanim zostanie zabrana przez demony. W ten sposób dusza papieża uniknęła piekła. To też tylko legenda i nie wiadomo ile w niej prawdy. O kontakty z diabłem, świętokradztwo, zboczenia seksualne, sodomię, zaklinanie duchów i czarną magię posądzano wielu papieży m.in. Jana XII (955-964), Bonifacego VIII, Kaliksta III (1455-1458), czy Marcina V (1417-1431). Czy w tych oskarżeniach była choćby część prawdy? Nie wiadomo, chociaż „mądrzy ludzie” mówią, że w każdej legendzie, bajce jest „źdźbło” prawdy…

Link Cytuj

 
0
Avatar_forum

Pisałem już o zamachu na Hitlera przeprowadzonym 20 lipca 1944 roku przez grupę Stauffenberga (ZAMACH STAUFFFENBERGA CZ.1 i ZAMACH STAUFFFENBERGA CZ.2). Na temat tego zamachu ukazało się sporo artykułów i książek. Swojego czasu nakręcono nawet film z Tomem Cruisem pt. „Walkiria”. Temat jest więc dobrze znany, a mimo to do niego powracam. Dlaczego? Może dlatego, że w książce G. Knoppa „Zabić Hitlera” znalazłem dokładny opis tego, co zdarzyło się 22 lipca 1944 roku. Minuta po minucie możemy prześledzić kroki zamachowców. Warto raz jeszcze przeanalizować dlaczego zamach się nie udał i jak to się stało, że Hitler przeżył. Był to ten moment w historii, w którym losy milionów ludzi znalazły się w punkcie krytycznym, zwrotnym. Cofnijmy się więc do upalnego lipcowego dnia 1944 roku.

Około godziny 6.00 rankiem 22 lipca, bracia Stauffenberg opuścili willę w Wansee i udali się samochodem na lotnisko Rangsdorf. Czekali tutaj na nich major Stieff i porucznik von Haeften. Około 8.00 Junkers Ju-52 wystartował z lotniska (z powodu mgły odleciał z godzinnym opóźnieniem). Do kwatery Hitlera w Wilczym Szańcu, były dwie godziny lotu. Jednak już w tym momencie operacja „Walkiria” nie przebiegała jak należy. Zamachowcy mieli coraz mniej czasu, aby podłożyć bombę w Wilczym Szańcu. Spotkanie z fuhrerem było wyznaczone na godzinę 13.00. Kiedy spiskowcy wylądowali o 10.15 w Kętrzynie, pozostały niecałe trzy godziny, aby przygotować ładunek i zapalnik, uzbroić bombę i dotrzeć w pobliże Hitlera. Z Kętrzyna samochód zabrał Stauffenberga do odległego o 6 kilometrów Wilczego Szańca. Kompleks budynków i bunkrów ukryty w lesie składał się z kilku zamkniętych stref bezpieczeństwa. W pierwszej strefie mieścił się bunkier Hitlera. Tutaj swoje kwatery mieli też Goering, Himmler, Bormann, Keitel i Speer. Codzienne narady sytuacyjne odbywały się w prostym baraku, trwała bowiem jeszcze przebudowa bunkra łączności i bunkra fuhrera. Obiekty te nie były wciąż ukończone.

Po przybyciu na miejsce, Stauffenberg najpierw skierował się do kasyna, gdzie zjadł śniadanie, wypił kawę i kilkakrotnie telefonował. O 11.30 odbyła się narada u feldmarszałka Keitla. Tutaj pojawił się też Haeften, który czekał przed barakiem na Stauffenberga. Około 12.00 do Keitla zadzwonił adiutant Hitlera, przypominając, że narada u fuhrera rozpocznie się o 12.30, a nie jak planowano o 13.00. Powodem było przybycie w godzinach popołudniowych do Wilczego Szańca, Mussoliniego. O 12.25 Keitel zaprosił wszystkich oficerów do baraku Hitlera na naradę. Stauffenbergowi pozostało kilka minut na uzbrojenie bomby. Wychodząc, udał się wraz z Haeftenem do małego pokoju-poczekalni, aby rzekomo odświeżyć się (zmienić koszulę) przed spotkaniem u fuhrera. W rzeczywistości, razem ze swoim adiutantem, wyjęli z teczki dwie paczki plastiku (razem około 2 kilogramów materiału wybuchowego) i zaczęli uzbrajać bomby. Zwłoka czasowa zapalnika była ustawiona na 30 minut, ale w upalny lipcowy dzień wybuch mógł nastąpić już po 15-20 minutach. Obaj zamachowcy nie zdążyli jednak uzbroić dwóch bomb. Uczynili to tylko z jedną. Przeszkodził im sierżant Vogel, który próbował wejść do pokoju z informacją o telefonie do Stauffenberga (dzwonił inny spiskowiec – generał Fellgiebel, chcąc ponaglić Stauffenberga, gdyż narada u Hitlera już się rozpoczęła). Stauffenberg w pośpiechu schował do teczki jedną uzbrojoną bombę (drugą zabrał ze sobą Haeften). Nie było czasu na uzbrojenie drugiego ładunku. Był to fatalny błąd. Należało schować do teczki obydwa ładunki. Wybuch jednego spowodowałby eksplozję drugiego ładunku, nawet jeśli był on nieuzbrojony. Wybuch dwóch bomb z pewnością zabiłby Hitlera i wszystkich obecnych na naradzie w baraku. Ten błąd drastycznie zmniejszył szanse na powodzenie całego planu.

Haeften poszedł sprowadzić samochód, którym razem ze Stauffenbergiem mieli wydostać się z Wilczego Szańca, a pułkownik pospieszył do baraku narad. Mało brakowało, a w drodze na naradę do Hitlera, wszystko by się wydało. Pomoc w niesieniu ciężkiej teczki jednorękiemu pułkownikowi zaoferował adiutant Keitla, ale Stauffenberg zdecydowanie odmówił. Poprosił za to adiutanta, aby umieścił go w baraku możliwie jak najbliżej Hitlera. Kiedy Stauffenberg wszedł do pomieszczenia, narada już trwała. Hitler przerwał i podał mu rękę. Zamachowiec stanął obok generała Heusingera, który znalazł się między nim, a Hitlerem. Teczkę z bombą spiskowiec postawił pod stołem i nogą zaczął przesuwać ją w lewo, możliwie jak najbliżej Hitlera. Jednak masywna noga od stołu uniemożliwiła jej przesunięcie bliżej fuhrera. Kolejny pech. Już po opuszczeniu przez Stauffenberga narady, pułkownik Brandt wsunął nogą teczkę głębiej pod stół, gdyż wystawała ona nieco i przeszkadzała w poruszaniu się. Tymczasem po kilku minutach, Stauffenberg pod pretekstem ważnego telefonu opuścił pomieszczenie. Około 12.40-12.45 pułkownik dotarł do budynku adiutantury Wehrmachtu, gdzie z samochodem czekał na niego Haeften. W tym momencie doszło do eksplozji w baraku narad. Haeften i Stauffenberg wsiedli do samochodu i odjechali. Przejeżdżając obok zrujnowanego baraku zwolnili i Stauffenberg zlustrował wzrokiem otoczenie. Co widział pułkownik Stauffenberg, że zdecydował, iż Hitler nie żyje i zamach powiódł się? Nie wiadomo. Na podstawie czego stwierdził, że Hitler zginął? Tego pewnie już nigdy się nie dowiemy.

Tymczasem Hitler przeżył. Miał tylko kilka zadrapań i siniaków, przypalone włosy, porwane spodnie. Podtrzymywany przez adiutanta Schauba i służącego Lingego, opuścił barak. Po wybuchu w budynku zawalił się dębowy stół, a w miejscu, gdzie stała teczka była dziura w ziemi. Fala uderzeniowa wypchnęła okna z framugami (zresztą, były otwarte, co osłabiło siłę wybuchu) i rozbiła ściany. Z budynku pozostała kupa gruzu. Największych obrażeń doznali ci, którzy stali przed cokołem stołu. Hitler był zasłonięty masywną nogą stołu i nie odniósł poważniejszych obrażeń. Poza tym, w momencie wybuchu wychylił się daleko do przodu nad masywnym blatem stołu i to go uratowało. Z 24 osób obecnych w sali w momencie wybuchu, tylko 7 zostało ciężko rannych, z czego 4 zmarły później w szpitalu z powodu odniesionych ran. O tym wszystkim Stauffenberg nie wiedział. Był przekonany, że Hitler nie żyje. W Wilczym Szańcu ogłoszono alarm i zamknięto wyjścia. Na pierwszym punkcie kontrolnym samochód z zamachowcami przepuszczono, ale na wartowni przy wyjeździe już nie. Stauffenberg zatelefonował do komendantury, gdzie nie wiedziano jeszcze o zamachu. Komendantura nakazała wartownikom wypuścić samochód ze spiskowcami. Kierowca wiozacy ich na lotnisko przeczuwał, że coś jest nie tak: widział jak Haeften w czasie drogi wyrzucał do lasu jakąś paczkę (była to druga, nieuzbrojona bomba), a Stauffenberg był bez czapki i pasa. Mimo to zawiózł obu oficerów na lotnisko.

W Wilczym Szańcu około 14.00-15.00 stwierdzono, że zamachowcem był Stauffenberg, ale w tym czasie obaj zamachowcy byli już w samolocie i lecieli do Berlina. Wylądowali tam około 15.45. Z lotniska Rangsdorf Haeften zadzwonił do generała Olbrichta do Berlina i zameldował o śmierci Hitlera. Dopiero teraz, około 15.50-16.00 uruchomiono operację „Walkiria”. Generał Fellgiebel znajdujący się w Wilczym Szańcu miał przerwać łączność kwatery Hitlera ze światem zewnętrznym. Było to jednak niemożliwe, gdyż istniały tutaj dwie niezależne od siebie linie łączności z Berlinem (dwa nadajniki) oraz centrala w strefie zamkniętej i bezpośrednie łącze z bunkra Bormanna z Ministerstwem Propagandy Rzeszy.

 

Spiskowcy w Berlinie dowiedzieli się o zamachu na Hitlera około 13.00. Generał Fellgiebel kilka minut później wiedział już, że fuhrer przeżył. Zadzwonił do Ministerstwa Wojny w Berlinie i poinformował spiskowców, że bomba wybuchła, ale Hitler przeżył. Mimo to nalegał na przeprowadzenie przewrotu według planu. Spiskowcy w Berlinie byli w szoku po usłyszeniu tej wiadomości. Nie wiedzieli co robić. Postanowili nie uruchamiać operacji „Walkiria” i poszli jak gdyby nigdy nic na obiad. Był to kolejny fatalny błąd. Dopiero po telefonie Haeftena, spiskowcy zaczęli działać. Ale było już za późno. Operacja „Walkiria” przewidywała mobilizację armii rezerwowej i obsadzenie kluczowych stanowisk dowodzenia. Część szkoły wojsk pancernych w Berlinie i Batalion Wartowniczy „Grossdeutschland” miały obsadzić dzielnicę rządową w Berlinie. Aby do tego doszło, operację „Walkiria” musiał zaakceptować dowódca armii rezerwowej generał Fromm. Ten jednak się wahał. Nie wierzył, że Hitler nie żyje. Kazał połączyć się z Wilczym Szańcem (w tym czasie blokadę informacyjną już zdjęto) i rozmawiał z Keitlem. Ten poinformował go, że Hitler przeżył. Generał Fromm odmówił więc podpisania rozkazu „Walkiria”.

Mimo to rozkazy i hasło „Walkiria” przed 16.00 zostały wysłane do wszystkich jednostek armii rezerwowej i okręgów wojskowych. Uczynił to Mertz von Quirnheim. Łącznościowcy nie wysłali jednak rozkazów od razu. Opatrzyli je klauzulą tajności i zaczęli szyfrować, co trwało dalsze trzy godziny (takie były procedury korespondencji niejawnej). Gdyby depesze z rozkazami pozostawiono jawne, zostałyby one wysłane natychmiast. Około 16.30 na Bendlerstrasse zjawił się Stauffenberg i Haeften. Pułkownik stwierdził, że Hitler zginął. Kiedy dowiedział się, że Fromm nie wydał rozkazu rozpoczęcia operacji, wraz z Olbrichtem poszedł do niego i zakomunikował mu, iż to on osobiście zabił fuhrera i widział jego śmierć. Stwierdził, że Keitel okłamał Fromma. Do dziś nie wiadomo, co Stauffenberg rzeczywiście widział w Wilczym Szańcu, gdy stamtąd wyjeżdżał. Może widział jak z baraku wynoszono kogoś i wziął go za martwego Hitlera? A może Stauffenberg już tylko wierzył w to, że zabił Hitlera? Może tylko tyle mu pozostało, bo musiał zdawać sobie sprawę, że coś jest nie tak, że nie ma pewności… Kiedy Olbricht oświadczył Frommowi, że „Walkiria” została uruchomiona bez jego akceptacji, ten oskarżył zamachowców o zdradę. Rzucił się nawet z pięściami na Stauffenberga, ale został szybko rozbrojony. Zamknięto go w areszcie w jednym z pokoi.

Operacja „Walkiria” rozpoczęła się z dużym opóźnieniem. Dzielnica rządowa w Berlinie została obsadzona przez wierne zamachowcom oddziały. Jednak rozkazy z Berlina przez pomyłkę dotrały też do Wilczego Szańca. Tutaj szybko zorientowano się kto stoi za zamachem. Keitel  kazał nadać do wszystkich oddziałów telegram o zamachu i o tym, że Hitler żyje. Telegramy były jawne i docierały do jednostek wojskowych szybciej niż te, które wysyłali zamachowcy z Berlina. Spiskowcy opanowali też rozgłośnię radiową, ale zostali wprowadzeni w błąd i oszukani przez jej dyrektora: poinformował on ich o wstrzymaniu programów i wyłączeniu nadajników, czego nie uczyniono. Nikt z obecnych w siedzibie radia zamachowców nie znał się na urządzeniach radiowych i nie mógł stwierdzić, czy rzeczywiście urządzenia wyłączono. Poza tym, zamachowcom pokazano atrapę głównej rozdzielni i studia, podczas gdy prawdziwe znajdowały się w podziemnych schronach i dalej działały. Był to kolejny błąd spiskowców.

Od 18.00 Stauffenberg dzwonił i przekonywał dowódców jednostek, że Hitler nie żyje. Jednak o 18.28 radio przekazało informację, iż Hitler żyje i nie zginął w zamachu. To przypieczętowało los zamachowców. Dowódcy oddziałów, którzy wahali się i byli skłonni poprzeć Stauffenberga, teraz na powrót stanęli po stronie Hitlera. Załamanie się spisku nastąpiło jednak już wcześniej, około godziny 16.00. Wówczas to, generał Olbricht wydał rozkaz przystąpienia do operacji „Walkiria” Batalionowi Wartowniczemu „Grossdeutschland”. Jego dowódcą był major Ernst Remer, zwolennik reżimu hitlerowskiego. O 18.30 batalion Remera wykonał rozkaz i obsadził budynki rządowe w Berlinie, w tym Ministerstwo Propagandy, w którym znajdował się Goebbels. Remer dowiedział się jednak, że Hitler żyje i nie wiedział co o tym wszystkim sądzić. Zaczął mieć wątpliwości, chciał potwierdzenia lub zaprzeczenia tej informacji. Postanowił udać się do Goebbelsa, aby dowiedzieć się prawdy (sic!). Między 19.00, a 20.00 Remer przybył do Ministerstwa Propagandy i spotkał się z Goebbelsem. Ten przekazał mu wiadomość, że Hitler żyje i że przed chwilą z nim rozmawiał. Remer zapytał, czy też może rozmawiać z fuhrerem (nie wierzył więc Goebbelsowi!). Minister Propagandy zadzwonił do Wilczego Szańca i po chwili Remer rozmawiał z Hitlerem! Fuhrer nakazał mu stłumić bunt w Berlinie.

Zadanie to major wykonał. Jego oddziały zmieniły front. Sytuacja zamachowców stała się beznadziejna. Hitler żył, feldmarszałek von Witzleben, który miał stanąć na czele Wehrmachtu, odmówił udziału w spisku. Ministerstwo Wojny przy Bendlerstrasse zostało otoczone przez jednostki Remera. Około godziny 23.00 uzbrojeni żołnierze wkroczyli do budynku ministerstwa. Doszło do strzelaniny na korytarzach. Generał Fromm został uwolniony z aresztu. Zebrano wszystkich spiskowców w jednym pokoju: von Stauffenberg, von Quirnheim, von Haeften, Beck, Olbricht i Hoepner. Fromm oskarżył ich o zdradę. Beck poprosił go o pistolet, aby popełnić samobójstwo. Po otrzymaniu broni przystawił ją sobie do skroni i wystrzelił. Nie zastrzelił się jednak, tylko ciężko zranił. Siedział przy stole i dogorywał (później jeden z żołnierzy go dobił). Fromm dał pozostałym oficerom czas na napisanie listów pożegnalnych. Skorzystali z tego Olbricht i Hoepner. Po pół godzinie Fromm postanowił skończyć sprawę (obawiał się, że gdy nadjedzie Himmler, wciąż żywi spiskowcy wyjawią mu, że na początku spisku Fromm stał po ich stronie). Z tego powodu generał chciał pozbyć się świadków i przy okazji sobie przypisać zasługę ich likwidacji. Skazał więc na śmierć Stauffenberga, Haeftena, Olbrichta i Quirnheima. Becka kazał dobić, a Hoepnera zatrzymać w areszcie. Skazanych na śmierć wyprowadzono na dziedziniec ministerialny. Utworzono pluton egzekucyjny (10 ludzi). Pojazdy wojskowe reflektorami oświetliły miejsce egzekucji. Skazańców ustawiano pojedynczo przy pryzmie piasku i rozstrzeliwano. Pierwszy był generał Olbricht, potem von Haeften, von Stauffenberg i von Quirnheim. Krótko po godzinie 00.30 egzekucje zakończono. Operacja „Walkiria” zakończyła się fiaskiem. Zginęli przywódcy spisku, zamach się nie udał, a Hitler przeżył. Kolejny raz Opatrzność czuwała nad zbrodniarzem… A może to nie Opatrzność, tylko dyletanctwo i „amatorszczyzna” zamachowców stała się przyczyną niepowodzenia…?

Zamach ten mógł doprowadzić do śmierci Adolfa Hitlera i nieobliczalnych, trudnych do przewidzenia nawet dziś wydarzeń. Co mogłoby się stać, gdyby Stauffenberg i jego ludzie 20 lipca 1944 roku zabili Hitlera? Jak dalej potoczyłaby się II wojna światowa? Nie ulega wątpliwości, że zamachowcy mieli wówczas niepowtarzalną szansę pozbawić życia Hitlera. Nie wykorzystali jednak tej szansy, a fuhrer wyszedł z zamachu cały. Jak do tego doszło?

20 lipca 1944 roku Stauffenberg wraz z porucznikiem Wernerem von Haeftenem wsiedli do samolotu He-111 i odlecieli do kwatery głównej Hitlera w Kętrzynie. W teczkach mieli dwie bomby zaopatrzone w bezgłośne, chemiczne zapalniki. O 10.15 rano samolot z zamachowcami na pokładzie wylądował w Kętrzynie. Narada z udziałem Hitlera miała odbyć się o 13.00. Została jednak przesunięta na 12.30 ze względu na wizytę Mussoliniego. Miała odbyć się w drewnianym baraku. Stauffenberg poprosił Keitla, z którym poszedł do budynku narad, o chwilę czasu na odświeżenie się po podróży. Czas ten był mu potrzebny, aby razem z Haeftenem uzbroić bomby. Obaj musieli się jednak spieszyć i udało im się uzbroić tylko jedną bombę. Druga pozostała nieuzbrojona i zabrał ją ze sobą z powrotem Haeften.

Z uzbrojoną bombą w teczce Stauffenberg ruszył na naradę do Hitlera. Spóźnił się kilka minut. Został przedstawiony fuhrerowi. W pomieszczeniu o wymiarach 5x10 metrów było 25 osób. Pokój wypełniał olbrzymi, dębowy stół, na którym spoczywały mapy. Naprzeciwko drzwi znajdowały się trzy okna, wszystkie otwarte ze względu na upał. Blat dębowego stołu podtrzymywany był przez dwa duże wsporniki. Przy jednym z nich, na podłodze, Stauffenberg postawił teczkę z bombą. Było to w bezpośredniej bliskości Hitlera. Następnie tłumacząc się pilną potrzebą zatelefonowania, wyszedł z sali. Tymczasem teczka z bombą została przestawiona na drugą stronę drewnianego wspornika. Dokonał tego pułkownik Brandt, który natknął się na nią stając przy fuhrerze. Przeszkadzała mu, więc ją przestawił. O godzinie 12.42 nastąpił wybuch.

Stauffenberg i Haeften widzieli detonację i byli przekonani, że Hitler zginął. Wsiedli do samochodu i odjechali na lotnisko. Po drodze pozbyli się drugiej bomby, której nie udało się uzbroić. O 13.15 odlecieli samolotem do Berlina, dokąd przybyli około 16.00. Przez prawie trzy godziny zamachowcy nie podejmowali żadnych działań. W tym czasie, w Kętrzynie trwała akcja ratunkowa. Hitler przeżył. Miał oparzenia na prawej nodze, sparaliżowane prawe ramię i opalone włosy. Na jedno ucho nie dosłyszał, ale żył. Zginęły 4 osoby, 2 zostały ciężko ranne. Inni byli lekko ranni lub wyszli z zamachu bez szwanku. Hitlera uratował potężny dębowy blat stołu, który uchronił go przed eksplozją, lekka, drewniana konstrukcja budynku, otwarte okna (sprzyjało to rozejściu się fali uderzeniowej przy wybuchu), to że eksplodowała jedna bomba, a nie dwie i to, że teczka z bombą została przesunięta, przez co działanie detonacji osłabił potężny, drewniany wspornik stołu.

Generał Fellgiebl, który pozostał w Kętrzynie i wiedział, że Hitler nie zginął, nie zadzwonił do Berlina, aby powiadomić o tym spiskowców. W Berlinie trwało niezdecydowanie, nikt nie był pewien, czy Hitler przeżył, czy nie żyje. Postanowiono czekać na powrót Stauffenberga. W tym czasie zaczęli już działać Himmler (rozpoczął śledztwo) i Goebbels, który przebywał w Berlinie. Spiskowcy nie odcięli nawet łączności między kwaterą Hitlera w Kętrzynie, a Berlinem. Był to ich kolejny błąd. Dopiero o 15.30 wydano pierwsze rozkazy w ramach planu „Walkiria”. Gdy o 16.00 w Berlinie zjawili się Stauffenberg i Haeften, byli przekonani, że zamach już się rozwija. Potwierdzili obaj śmierć Hitlera. Dopiero teraz akcja spiskowców nabrała tempa. Około 16.10 generał Olbricht udał się do generała Fromma, aby przekazać mu dowództwo nad zamachem i prowadzeniem planu „Walkiria”. Ten jednak chciał potwierdzenia śmierci Hitlera i zadzwonił do Kętrzyna. Keitel poinformował Fromma, że Hitler żyje, w związku z czym, ten odmówił uczestnictwa w spisku i kierowania akcją. Mimo to, rozkazy do poszczególnych jednostek były wysłane i operacja „Walkiria” była kontynuowana. Było już jednak za późno…

 

Wśród spiskowców pojawiły się wątpliwości. Stauffenberg twierdził, że Hitler zginął. Niektórzy wierzyli jednak Keitlowi i nie byli pewni śmierci fuhrera. Brakowało zdecydowania, a czas uciekał. Niektórzy spiskowcy zaczęli się wycofywać. Generał Fromm znalazł się w „domowym areszcie”, a dowodzenie akcją objął generał pułkownik Hoepner. Wszyscy czekali jednak na objęcie dowództwa przez feldmarszałka von Witzlebena. W tym czasie niewiele zrobiono. Wśród spiskowców byli nawet sabotażyści, którzy opóźniali i dezorganizowali akcję zamachowców (np.: radiotelegrafista opóźniający wysyłanie dalekopisów i celowo zmieniający ich kolejność, co wprowadziło zamęt w działania oddziałów wojskowych biorących udział w operacji „Walkiria”).

Do wieczora tj. do 19.00-19.30, spiskowcy opanowali dzielnicę rządową w Berlinie, ale nie panowali nad resztą kraju. Nie panowali też nad łącznością i radiostacjami. Radio pozostawało w rękach Keitla. O 18.45 radiowy komunikat obwieścił, ze Hitler żyje i jest tylko lekko ranny. Od 17.30 Goebbels utrzymywał też stały kontakt telefoniczny z fuhrerem. Himmler został przez wodza III Rzeszy mianowany w miejsce Fromma dowódcą wojsk zapasowych. Miał też zająć się stłumieniem buntu. W tym czasie Stauffenberg próbował ratować sytuację, osobiście prowadząc rozmowy telefoniczne z dowódcami. Jednak coraz więcej z nich wycofywało się ze sprzysiężenia. „Walkiria” wygasała, a spisek rozpadał się. O 19.30 zjawił się w kwaterze głównej spiskowców feldmarszałek von Witzleben. Uznał akcje za nieudaną i nakazał jej zakończenie, po czym odjechał. O 20.15 akcja w Berlinie zamarła.

W międzyczasie, około 19.00 u Goebbelsa zjawił się major Remer, dowódca batalionu wartowniczego w Berlinie. Goebbels połączył go telefonicznie z Hitlerem i w ten sposób przekonał Remera, że fuhrer żyje. Major natychmiast stanął na czele wojska przeciwdziałając spiskowi. Około 21.00-22.30 jego żołnierze opanowali dzielnicę rządową w Berlinie. W stolicy był już Himmler, Kaltenbrunner, Schullenberg i Skorzenny. Spiskowcy zostali otoczeni w budynku przy ulicy Bendlera. Około 22.45 było już po zamachu. Do budynku wkroczyli żołnierze. Wywiązała się krótka strzelanina. Stauffenberg został lekko ranny. Ujęto obu braci Stauffenberg, Olbrichta, Haeftena, Mertza, Becka, Hoepnera i innych spiskowców. Kilku zdołało uciec. O 23.15 pojawił się Fromm i aresztował spiskowców. Beck próbował popełnić samobójstwo, ale dwukrotnie strzały przez niego oddane nie były śmiertelne. W końcu został dobity „strzałem miłosierdzia”. Olbricht i Hoepner napisali krótkie listy do żon. Nie było wątpliwości, że to koniec.

Na śmierć skazano pułkownika Mertza, generała Olbrichta, pułkownika Stauffenberga i pułkownika Haeftena. Hoepner został przewieziony do więzienia w Moabicie. Około północy, czterech skazanych na śmierć, wyprowadzono na podwórze i w świetle reflektorów samochodowych rozstrzelano. Dlaczego Fromm kazał bezzwłocznie rozstrzelać przywódców spisku? Prawdopodobnie obawiał się, że obciążą go swoimi zeznaniami podczas przesłuchań i oskarżą o współudział w spisku. Mimo to nie uniknął „honorowego aresztu”.

Zwłoki zamachowców spalono, a popioły rozsypano na polach, tak aby wszelki ślad po nich zaginął. Rozpoczęły się aresztowania i przesłuchania. Specjalna komisja ścigająca członków sprzysiężenia Stauffenberga działała do samego końca wojny. Cały ten czas wydawano i wykonywano wyroki śmierci na ludziach związanych ze spiskiem. Aresztowano około 7 tysięcy osób i wykonano od 160 do 180 wyroków śmierci. Zlikwidowano wówczas m.in. generała Heinricha von Stulpnagela i feldmarszałka Erwina Rommla (pozwolono mu popełnić „honorowe samobójstwo”). Samobójstwo popełnił też feldmarszałek Gunther von Kluge. Powieszono von Witzlebena, Hoepnera, Stieffa, von Hagena, von Hase i wielu innych. Ostatnie wyroki wykonywane były jeszcze w kwietniu 1945 roku. Aresztowano też rodzinę Stauffenberga. Jego dzieci musiały przyjąć nazwisko Meister i zostały umieszczone w domu dziecka w Turyngii. Żona Stauffenberga nazywała się odtąd Schank. W styczniu 1945 roku urodziła córkę, która nie zobaczyła już niestety ojca.

 

W trakcie II wojny światowej miało miejsce kilka zamachów na życie Adolfa Hitlera. Z wszystkich jednak, fuhrer wychodził cały. Do najbardziej znanych należał zamach zorganizowany 20 lipca 1944 roku przez Stauffenberga i jego ludzi. Jednak już przed latem 1944 roku część niemieckich oficerów, nie wierząc w powodzenie wojny i tracąc zaufanie do wodza III Rzeszy, próbowała się go pozbyć organizując zamachy na jego życie. Stauffenberg nie był więc pierwszym, który chciał zgładzić Hitlera.

Sprzysiężenie przeciwko Hitlerowi zawiązało się w grudniu 1942 roku. Wówczas to spotkali się Goerdeler, Tresckow i Olbricht. Postanowili przeprowadzić zamach na Hitlera, a władzę po zabiciu fuhrera oddać armii. Tresckow przebywający w sztabie grupy armii „Środek” w Smoleńsku, zorganizował angielski materiał wybuchowy oraz działające bezszmerowo zapalniki chemiczne. Olbricht oraz generał wywiadu Oster, opracowali plan przejęcia władzy w Berlinie, Kolonii, Monachium i Wiedniu przez jednostki zapasowe. Aby plan się udał, należało wyeliminować SS. Brak było jednak danych o nowopowstałych bazach SS. Z pomocą policji obyczajowej spiskowcy zewidencjonowali nowoutworzone domy publiczne i szybko okazało się, że w tych samych miejscowościach powstały też nowe garnizony SS. W ten sposób uzyskano wystarczające rozpoznanie i plan został przygotowany.

Pod koniec lutego 1943 roku ukończono przygotowania. Namówiono Hitlera, aby odwiedził grupę armii „Środek”, jej sztab. Nastąpiło to 13 marca 1943 roku. Początkowo zamierzano porwać i aresztować Hitlera. Dokonać tego miała jednostka wojskowa pułkownika von Boeselagera. Jednak feldmarszałek von Kluge zrezygnował z tego pomysłu. Obawiał się, że ochrona fuhrera może być silniejsza i nie dopuści do porwania. Postanowiono więc przeprowadzić zamach bombowy. Gdy Hitler zakończył wizytę w dowództwie grupy armii „Środek”, odleciał do swojej kwatery głównej w Kętrzynie. Razem z nim, na pokład samolotu wniesiona została teczka z dwiema butelkami koniaku oraz bombą z zapalnikiem czasowym. Bomba miała eksplodować podczas lotu. Tak się jednak nie stało. Do katastrofy samolotu Hitlera nie doszło, a on sam bezpiecznie wylądował w Kętrzynie. Nie zadziałała spłonka w bombie!

21 marca 1943 roku dokonano kolejnej próby zamachu na życie fuhrera. Podczas wizyty wodza III Rzeszy na wystawie zdobycznej, radzieckiej broni w berlińskim arsenale, miał do niego podejść pułkownik Gersdorff z dwiema bombami w kieszeniach płaszcza i wysadzić w powietrze siebie i Hitlera. Jednak fuhrer zamiast 30-minutowej wizyty w arsenale, skrócił ją do zaledwie 8 minut i Gersdorff nie miał czasu uruchomić zapalnika. Zamach nie doszedł do skutku. Mimo prób zamachowców, Hitler wciąż żył, a wojna toczyła się dalej.

Jeszcze kilkakrotnie próbowano pozbawić życia wodza III Rzeszy, ale zawsze bezskutecznie. Było kilkanaście planów, jak go zabić, ale większość nie doczekała się realizacji. Najbliżsi eliminacji Hitlera byli Stauffenberg i jego ludzie 20 lipca 1944 roku. Ale to już zupełnie inna historia…

W latach 80-tych XX stulecia, w życiu przywódcy „Solidarności” Lecha Wałęsy miało miejsce ciekawe, a mało znane wydarzenie. O zdarzeniu tym dowiadujemy się m.in. z akt byłej Służby Bezpieczeństwa, która wówczas miała Wałęsę pod stałą kontrolą (tzn. prowadziła jego obserwację).

Otóż 9 maja 1985 roku do mieszkania Wałęsów w Gdańsku – Zaspie zgłosił się człowiek, który oświadczył, że planował zamach na Wałęsę. Przywódca „Solidarności” nie wiedząc co zrobić z nieznajomym, zwrócił się o pomoc do stojących przed jego domem „aniołów stróżów”, czyli funkcjonariuszy SB. Nieznajomy mężczyzna oświadczył, że był nakłaniany do zamordowania Lecha Wałęsy, ale obawiając się o własne życie, przyszedł go o tym ostrzec. Oczywiście został natychmiast aresztowany przez funkcjonariuszy SB i odstawiony na komisariat MO w Gdańsku.

Okazało się, że niedoszłym zamachowcem był Józef Sz., który pięć lat wcześniej zamordował milicjanta i został za to skazany na 11 lat więzienia. Był też wcześniej karany za kradzieże i włamania. Leczył się również psychiatrycznie. W maju 1985 roku był na przepustce i wtedy to właśnie zapukał do drzwi mieszkania Wałęsów. Twierdził, że w czerwcu 1983 roku będąc w więzieniu w Rawiczu otrzymał list od podziemnej organizacji terrorystycznej z propozycją współpracy. Spotykał się też kilkakrotnie z jej przedstawicielem, który określał Wałęsę mianem zdrajcy i zaproponował Józefowi Sz. zamordowanie przywódcy „Solidarności”. W zamian za to miał szybciej opuścić więzienie. W trakcie śledztwa okazało się również, że Józef Sz. już trzy dni wcześniej, bo 6 maja 1985 roku odwiedził Wałęsę, ale wówczas ten uznał go za „nawiedzonego”, dał mu trochę pieniędzy i odesłał. Lech Wałęsa odmówił jednak złożenia zawiadomienia o przestępstwie, a postępowanie w całej sprawie umorzono w czerwcu 1986 roku.

Cała ta historia może wydawać się nieprawdopodobna, czy też mało poważna. Jednak wówczas wywołała duże poruszenie w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, a Służba Bezpieczeństwa wzmocniła bezpośrednią „ochronę” Wałęsy. Być może, jak chcą tego niektórzy, to sama SB wymyśliła rzekome przygotowania do zamachu, aby skłonić Wałęsę do wyrażenia zgody na oficjalną ochronę przez funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu. Miało to pomóc SB w utrzymaniu stałej kontroli nad przywódcą „Solidarności”. Utrzymywanie stałej „obserwacji” Wałęsy angażowało dużo sił i środków SB, poza tym było mało efektywne. Zorganizowanie skrytej obserwacji przekraczało możliwości SB, było również nieopłacalne. Jedynym wyjściem było więc skłonić Wałęsę do dobrowolnego poddania się „ochronie”. Cała sprawa z „zamachem na Wałęsę” mogła być więc prowokacją Służby Bezpieczeństwa. Czy tak jednak było naprawdę? Brak na to dowodów i pewnie nigdy całej prawdy o tych wydarzeniach się już nie dowiemy…

 

Link Cytuj

 
0
Avatar_forum

Co ze złotem ukrytym w Białym Jarze?


Czy Polska to kraj bogaty, który może sobie pozwolić, by 1,5 tony złota Wrocławia leżało w ziemi ? Sprawa ukrytego tam złota jest znana od ponad 50 lat, za sprawą Herberta Klosego. Klose był oficerem niemieckiego Prezydium Policji we Wrocławiu. Aresztowany w 1953 roku przez WUBP przyznał się. że uczestniczył w ukrywaniu złota pochodzącego z  dolnośląskich banków.

Według zeznań Herberta Klosego, opisanych później w wielu publikacjach 1, akcja miała następujący przebieg:

Już w listopadzie 1944 wraz z standartenfuhrerem SS Ollenhauerem 2 zajmowali się typowaniem miejsc nadających się na skrytki dla władz Wrocławia. Około 20 listopada, schodząc ze stoków Śnieżki, wytypowano miejsce na skrytkę w jej rejonie.  W połowie stycznia 1945 z gmachu Prezydium Policji we Wrocławiu ewakuowano ostatnie zgromadzone tam skrzynie. Klose otrzymał od Ollenhauera polecenie przygotowania do ewakuacji 23 skrzyń ze złotem i aktami wrocławskiej policji.  Skrzynie zostały załadowane na samochody i zawiezione na lotnisko. „Samolot, który je zabrał, został ostrzelany, musiał zawrócić i część skrzyń znowu znalazła się w piwnicach Prezy­dium Policji. Druga część pozostała na pokładzie” 3.  Wczesnym rankiem z prezydium policji wywieziono resztę skrzyń. Konwój zawierający resztę wrocławskiego złota składał się z 3-4 ciężarówek 4 i samochodu osobowego.  Dowódcą konwoju był Ollenhauer , a zastępcami Klose i Seifert. Konwój skierował się do Karpacza, gdzie skrzynie przeładowano na sanie. Oficerowie odpowiedzialni za konwój dosiedli koni.  Ollenhauer odebrał broń od Klosego i  Seiferta. Po przeładowaniu ładunku na sanie skierowano się w stronę schroniska „Samotnia” nad Małym Stawem. Niestety, świadek do celu konwoju nie dotarł, gdyż w rejonie „Samotni” spadł z konia i stracił na dłuższy czas przytomność. W związku z czym nie

 pamięta dalszych szczegółów tej akcji. 

Tyle dziennikarskie sensacje na ten temat, które to powstały  głównie w oparciu o wywiad Klosego przed kamerami TV.

 Analizując relacje dziennikarskie i wypowiedzi Klosego w materiale filmowym dla TV Wrocław, dochodzimy do wniosku że kapitan Klose kłamie lub też nie pamięta po latach tego, co zeznał podczas przesłuchań w 1953 r.


W relacji telewizyjnej  Klose często przytakuje reporterowi i potwierdza to, co ten sugeruje mu w zadawanych pytaniach.  Prowadzący wywiad nie zawsze pozwala  rozwinąć myśl Klosemu. Przebieg wywiadu sprawia wrażenie wyreżyserowanej  scenki , gdzie wszystkie pytania i odpowiedzi ustalono wcześniej.

Już na samym początku rozmowy zostajemy zaskoczeni „szczerością” hauptmana w odpowiedziach udzielanych  reporterowi telewizji:

 Reporter: Pan był oficerem policji niemieckiej we Wrocławiu w stopniu kapitana , tak ?

Klose:  Milicji nie, wojska.

Reporter: Wojska, tak?

Klose:  Wojska, wojska. Normalne wojsko.

Reporter: Wehrmachtu?

Klose:  Wehrmachtu.

Reporter: A od kiedy?

Klose:  Od 42 roku.

Reporter: We Wrocławiu?

Klose:  We Wrocławiu 

Z akt UBP i protokołów przesłuchań wiadomo, że  Klose służył w SS Schutzpolizej na terenie Francji, Belgii, później rejonie Katowic. Następnie z Katowic przeniósł się do Wrocławia, gdzie do końca wojny pracował w stopniu kapitana w Prezydium Policji 6.

W innej notatce służbowej zapisano: „.. W roku 1939 zapisał się do Schulzpolizei we Wrocławiu przebywając w domu . W roku 1940 został powołany do służby w policji i skierowany do Bytomia do SS Schutzpolizei, z Bytomia wyjechał do Cieszyna, gdzie odbywał przeszkolenie będąc w SS Schutzpolizei. Z Cieszyna po roku czasu został skierowany do Francji do Orsee koło Paryża, gdzie otrzymał stopień porucznika „SS Schutzpolizei”. Z terenu Francji został przeniesiony do Holandii, a następnie do Wrocławia do Polizeipresidium, gdzie otrzymał stopień kapitana...”.

W relacji telewizyjnej Klose przyznaje, że brał udział w akcji ukrywania Wrocławskiego złota pod Śnieżką. Twierdzi, że miało to miejsce na przełomie października i listopada 1944.

Reporter: Może umiejscowimy to w czasie. Kiedy to było ?

Klose: To było tak w końcu października , początek listopada. Już trochę śnieg był.

Reporter: 1944 rok

Klose: 1944 rok. Już lepki śnieg był ...

 Jednak z  protokołu przesłuchania Klosego przez SB z dnia 7.02. 1953 wynika, że po raz pierwszy o całej sprawie ukrywania złota dowiedział się dopiero 15.11.44 roku w gmachu Prezydium Policji. Dalej zeznaje, że w tym dniu został przydzielony do tego zadania jako podkomendny Ollenhauera 7.

W trakcie przesłuchania relacjonuje dzień po dniu. I tak już następnego dnia z Ollenhauerem udali się w teren z zamiarem typowania miejsc nadających się do ukrycia cennych depozytów. Zeznaje, że pierwszego dnia swoje poszukiwania prowadzili w okolicach Wrocławia, następnego wzdłuż autostrady legnickiej, potem udali się do Cieplic i pod Śnieżkę, gdzie wytypowali miejsce na skrytkę. Kolejnego dnia wrócili ponownie w okolice Wrocławia, gdzie podczas penetracji terenu spadł z konia doznając kontuzji, co wyłączyło go z dalszych działań na okres około dwóch tygodni 8.

W innym protokole precyzuje: „...w czasie objazdów koło Wrocławia po kilku dniach złamałem rękę i leżałem w szpitalu. Po wyjściu ze szpitala spotkałem por. Alfreda Seiferta, który powiedział mi ze koło Sędziszowej ukryto złoto...”9

 Z przytoczonych faktów wynika, że  o ile faktycznie Klose brał udział w ukrywaniu złota pod Śnieżką, to nie mogło to być wcześniej jak w pierwszej dekadzie grudnia.

Co znajduje potwierdzenie w jego zeznaniach, w których stwierdził, że około 15.12.1944 dwadzieścia skrzyń ze złotem i aktami załadowano na samochody celem przewiezienia na lotnisko. Jednak samolot, który miał zabrać ładunek, pozostawił jego część, gdyż nie mógł dolecieć do miejsca przeznaczenia na skutek działań wojennych.

Następnego dnia po wywiezieniu złota do koszar wrócił Wolf 10. Spytał  Klosego, czy domyśla się, gdzie był ? Klose stwierdził, że pewnie ukryć złoto, na co otrzymał twierdzącą odpowiedź od Wolfa, który to stwierdził, że złoto ukryto pod Śnieżką.11

Z powyższych zeznań wynika, że Klose nie brał bezpośrednio udziału w ukrywaniu złota, a samo ukrycie musiało nastąpić nie wcześniej jak w drugiej połowie grudnia 1944 roku. Koniec akcji ukrywania depozytów nastąpił prawdopodobnie przed 18.01.1945, gdyż już 19 wojska radzieckie swymi zagonami pancernymi podeszły pod Wrocław, a 14.02.1945 nastąpiła całkowita blokada miasta.

 W związku z przytoczonymi zeznaniami nasuwa się pytanie, dlaczego Klose kłamie i jaka jest prawda o złocie Wrocławia? Jeżeli przyjmiemy, że kopie dokumentów udostępnione przez mjr Siorka 12 są prawdziwe, to należy przyjąć, że Klose usiłował ukryć prawdę o złocie i swoim udziale w tej akcji.  

 Z dokumentów i zeznań Klosego wynika jednoznacznie, że był on oficerem SS Schutzpolizei.  Stąd wniosek, że  nieobce  mu były  techniki przesłuchań i doskonale wiedział, jak zeznawać przed funkcjonariuszem UBP, aby ukryć niewygodne dla niego fakty.

 Gdy aresztowano go w 1953, musiał być mocno zaskoczony i niekoniecznie musiał zdawać sobie sprawę, iż jego zatrzymanie wynikało jedynie z faktu, że jego nazwisko znajdowało się na liście płac Prezydium Policji we Wrocławiu. Zdezorientowany przyznał się do faktu brania udziału w ukrywaniu złota Wrocławia. Fakt ten odcisnął się  piętnem na całym dalszym jego życiu. Jednak zeznał tylko to, co chciał, nie przyznał się do brania udziału w samym ukrywaniu, nie obciążył siebie ani też nikogo ze współpracowników. Nie miał nawet pewności co do rangi i tożsamości Ollenhauera, swojego bezpośredniego przełożonego. Nie potrafił wyjaśnić swojej roli w całej tej akcji.

Po latach, indagowany przez reportera TV co do roli, jaką mu powierzono w akcji pod Śnieżką, nie potrafi odpowiedzieć na proste pytania.

Reporter: Komu wojsko podlegało, które transportowało skrzynie ?

Klose: Trudno mi powiedzieć ...

Reporter: To znaczy, że pełnił pan rolę statysty. Czy jak wiem – tłumu ? 

Klose: Jaka faktycznie miała być nasza rola , tego my się nie dowiedzieli.... Ja nawet nie dowiedziałem się do dzisiaj.... Dlaczego nam jeszcze broń odebrali” 

W jednej z notatek UBP napisano: „Pewne materiały sugerują, że Klose został mianowany przez Abwehrę , podlegającą w tym czasie SS, szefem grupy dywersyjno-sabotażowej na powiat Złotoryja” 13. Inaczej mówiąc Werwolfu do którego zadań należała też ochrona ukrytych depozytów. Klose w momencie aresztowania posługiwał się fotokopią dokumentu upoważniającą  go do wykonywania zawodu weterynarza. W ocenie UBP dokument ten był fałszywy, stwierdzono że dokonano fotomontażu.  Nie ulega wątpliwości, że Klose był zaufanym oficerem SS, któremu powierzono  sekrety ukrycia złota banków Dolnośląskich. W zeznaniach stwierdził, że Wolf nakazał mu bezwarunkowo opuścić ten teren i udać się na zachód do amerykańskiej strefy okupacyjnej. Dlaczego więc osiadł w powiecie Złotoryja w okolicach, gdzie niedaleko Wolf miał rodzinę?

Czy Egon Wolf miał coś wspólnego z „Wolfem” jednym z szefów Werwolfu na Dolnym Śląsku ? Według Klosego to Wolf zabrał plany, gdzie ukryto złoto, z którymi zamierzał udać się do Köln.

 Niejasności jest wiele, w związku z czym nie należy traktować rewelacji TV Wrocław bezkrytycznie.

 Wydaje się, że Klose usiłował w swojej relacji telewizyjnej jeszcze bardziej zawikłać sprawę i wybielić swą osobę. Dlaczego aż dwukrotnie zaznaczył w relacji dla telewizji, że podczas akcji pod Śnieżką Ollenhauer odebrał mu broń ?

Według telewizyjnej relacji Klosego, gdy dojechali do Karpacza, pozostawili transport i udali się konno z Ollenhauerem w góry w kierunku Małego Stawu. Ollenhauer po drodze ciągle się rozglądał, badając teren. Podczas tego rekonesansu  Klose miał kolejny upadek podczas jazdy konnej, który to wykluczył go z dalszej akcji. Z całego zdarzenia utkwił mu w pamięci kamień przy wodospadzie, na którym siedział z Ollenhauerem  i Seifertem, zanim doprowadzono im konie. 

Redaktor usiłował przypominać i manipulować rozmówcą, stwierdzając w zadawanych pytaniach: „Bo nie jechaliście do schroniska tylko wzdłuż Małego Stawu?”. Klose potakiwał redaktorowi sugerując, że  wypadek miał miejsce w okolicach schroniska „Samotnia”, koło małego Stawu 14.  

Jaka zatem jest prawda ? Jedna rzecz nie ulega wątpliwości -Klose był pod Śnieżką z  Ollenhauerem pierwszy raz w listopadzie 1944 podczas typowania skrytek. Co potwierdził podczas przesłuchania 7.02.1953 roku, gdzie zeznał : „... Z Jeleniej Góry pojechaliśmy do Cieplic,  po czym w kierunku na Śnieżkę. Dojechaliśmy jak tylko można było samochodem, po czym szliśmy piechotą na Śnieżkę, za linią kolejki linowej. Zaszliśmy na górę , po czym schodziliśmy z powrotem  i major pokazywał miejsca, które według niego najbardziej odpowiadały na wykonanie schowka i zakopania złota. Miejsce to mógłbym jeszcze dziś pokazać.”

Ze złożonego oświadczenia wynika, że znał miejsca wytypowane przez Ollenhauera i raczej w obliczu powagi sytuacji nie nabierał funkcjonariuszy UB.

W relacji tej nie ma mowy o Małym Stawie czy „Samotni”, kapitan zeznaje jedynie, że dojechali dokąd się dało i dalej szli za linią kolejki linowej. Z tego lapidarnego opisu wynika , że mogli podążać w kierunku  Śnieżki tylko doliną Złotego Potoku, który płynie przez Biały Jar.

Wówczas faktycznie musieliby minąć dolną stację kolejki linowej na Kopę, a samochód zapewne pozostawili przy Dzikim Wodospadzie na ?omnicy.  Wodospad, o którym mowa, jest prawdopodobnie tym samym wodospadem, o którym mowa w relacji telewizyjnej, a w którego okolicy zatrzymał się konwój ciężarówek  ze złotem i  spod  którego Klose wraz z  Ollenhauerem udali się w góry na oględziny terenu zakończone feralnym upadkiem kpt. Klosego.

Ponadto z wypowiedzi Klosego podczas przesłuchania nie wynika jednoznacznie, że  weszli oni na Śnieżkę, tylko że szli na Śnieżkę, być może wcale nie doszli  na sam szczyt,  a jedynie do  Równiny pod Śnieżką lub nawet jeszcze niżej. 

Aby wejść tą drogą  na szczyt Śnieżki i wrócić, potrzeba około sześciu godzin, a w międzyczasie musieli oni jeszcze dokonywać penetracji zboczy w celu wyszukania odpowiednich miejsc dla ukrycia depozytów. Ze względu na krótki dzień i zmrok szybko zapadający w górach o tej porze roku, jest to mało prawdopodobny scenariusz.

 Wobec sprzecznych faktów i relacji nasuwa się  pytanie. Czy Klose kilka tygodni później  był ponownie w tym miejscu i brał  udział w bezpośredniej akcji ukrywania złota? 

Mimo że opowiadanie jego w wielu miejscach jest sprzeczne z jego zeznaniami, wygląda na to, że był on ponownie w górach z  Ollenhauerem w masywie Śnieżki.

 W relacji telewizyjnej Klose stara się przedstawić jako żołnierz Wehrmachtu, rozbrojony przez Ollenhauera, który to nie wiedział, jakie mu powierzono zadnie w całej tej operacji, a niczego nie pamiętał, ponieważ zaraz na początku całej akcji zaliczył upadek z konia i stracił przytomność. Klose w programie stwierdził, że ładunek ukryto jesienią  gdzieś w rejonie Małego Stawu w okolicach schroniska „Samotnia”.  Dzięki czemu wyprowadził w pole wszystkich zainteresowanych. Wypowiedzią tą zwiększył hipotetyczny rejon ukrycia złota, co znalazło odzwierciedlenie w poszukiwaniach w rejonie domku myśliwskiego, akcji płetwonurków w wodach Małego Stawu i kilku innych miejscach pod Śnieżką.

Z telewizyjnego reportażu mógł być zadowolony jedynie sam Klose, któremu po raz wtóry udało się wyprowadzić w pole nas wszystkich, a sprawę jeszcze bardziej zagmatwać.

 Rejon Śnieżki znany jest z wysokich opadów śniegu, tak więc wiele innych miejsc, w tym  równiny pod Śnieżką, było o tej porze roku  niedostępne nawet dla zaprzęgów konnych.  Prawdopodobnie jedynie główna brukowana droga biegnąca od Świątyni Wang, nieopodal „Samotni” do „Strzechy Akademickiej” i  dalej na równinę pod Śnieżką do przełęczy pod Śnieżką, była w dolnym odcinku przejezdna. Niestety, górny odcinek tej drogi często ginie pod zaspami tworzonymi przez częste na tej wysokości zawieje.  

Wydaje się, że w takich okolicznościach kierujący akcją Ollenhauer nie ryzykowałby transportu złota z  Wrocławia do Karpacza, gdyby całe to przedsięwzięcie miało rozbić się o warunki pogodowe panujące w górnych partiach gór w rejonie Śnieżki. Ollenhauer  nie mógł sobie pozwolić, aby ładunek złota utknął gdzieś w zaspach śnieżnych czy też został zmieciony przez lawinę. 

Gdyby akcja miała miejsce w środku zimy, jak wynikało z pierwotnych zeznań hauptmana, należałoby wykluczyć niedostępne ze względu na zagrożenia lawinowe tereny:  w rejonie kotłów Małego i Wielkiego Stawu, kotłów pod Śnieżką, źródeł Złotego Potoku, gdzie pod lawiną w 1968 roku zginęło około dwudziestu turystów z byłego NRD i ZSSR.

Fakty  te pozwoliłby znacznie zawężyć  teren poszukiwań. Jednak w telewizyjnej  wersji wydarzeń Klosego nie była to już zima tylko jesień.

Z telewizyjnej relacji hauptmana Klosego wynika jeszcze jedna ciekawa sprawa. Podaje on, że pozostawili oni konwój ciężarówek koło wodospadu i udali się wraz z Ollenhauerem  w góry konno. Dlaczego tak się stało i jaki cel był tej konnej przejażdżki? Klose nie potrafił odpowiedzieć, ale przedstawił bardzo ciekawą okoliczność, na podstawie której można snuć domysły, że był jednak obecny podczas samego ukrywania złota. 

Taki przebieg wypadków jest wielce prawdopodobny, gdyby akcja miała jednak miejsce zimą, jak to wynikało z pierwotnych zeznań kapitana.

Można by założyć, że oficerowie udali się w górę Białego Jaru, aby sprawdzić, czy sanie dotrą tą drogą do miejsca przeznaczenia. Należy tu nadmienić, że droga ta była w  fatalnym stanie i jest tak do dziś. Służy tylko pieszym schodzącym z Śnieżki i „Strzechy Akademickiej” do Karpacza. Na początkach XIX droga ta była utwardzona i służyła prawdopodobnie do transportu urobku z istniejących tam kopalń. Obecnie  na szlaku tym jest pełno wykrotów skalnych i dotarcie saniami z ciężkim ładunkiem w górę nieprzetartego szlaku mogło stanowić problem.  Zapewne o warunkach transportowych drogą w górę Białego Jaru  decydowała  ilość leżącego tam śniegu. Istnieje też bezpieczniejsza, ale dłuższa droga do Białego Jaru. Należałoby wówczas udać się wspomnianą już brukowaną drogą biegnącą z Karpacza Górnego w pobliżu Świątyni Wang, a przechodzącą nieopodal schroniska „Samotni” do „Strzechy Akademickiej”. Stamtąd  dostać się krótkim stromym zjazdem w dół na sam początek  Białego Jaru. Od tej strony Białego Jaru byłoby znacznie łatwiej poruszać się wąwozem, gdyż droga biegłaby cały czas w dół. Taki wariant mógłby być rozważany  przez ukrywających jako rozwiązanie rezerwowe, w przypadku trudności z dotarciem do miejsca przeznaczenia podczas realizacji pierwszego założenia operacji.

Niestety, jaką drogę obrano zapewne nigdy się nie dowiemy, gdyż jedyny świadek tych wydarzeń miał stracić przytomność wskutek upadku z konia w Białym Jarze. 

 Z przytoczonych tu relacji wydaje się, że Biały Jar jest prawdopodobnym  miejscem ukrycia przynajmniej części złota Wrocławia. Lokalizacja ta wynika z analizy zeznań  Klosego w czasie jego aresztowania przez UBP  w 1953.

Jest też mało prawdopodobne, aby ukryto ładunek na odkrytym terenie pod Śnieżką czy w którymś z głębokich kotłów, gdzie w każdej chwili mogła zejść lawina. Trzeba też zaznaczyć, że była to zima i dzień był krótki, chowający mieli niewiele czasu, raptem kilka godzin. We wszystkich relacjach i podczas przesłuchań, i przed kamerami TV, mimo całkiem różnych wersji tej samej historii, Klose  twierdzi zawsze, że transport złota opuścił gmach Prezydium Policji we Wrocławiu rano. Wobec trudnych warunków na drogach, wskutek panującej zimy i dróg zatłoczonych wojskiem i uciekinierami kolumna samochodów ciężarowych potrzebowała przynajmniej około trzech godzin, aby przebyć 140 km z Wrocławia do Karpacza. Zakładając, że musiał w tym wypadku nastąpić przeładunek z ciężarówek na zaprzęgi końskie, a także był niezbędny czas na samo ukrycie cennego ładunku i jego zamaskowanie, zespół Ollenhauera miał do dyspozycji  około 4-5 godzin na dotarcie z Orlinka do miejsca ukrycia depozytu i powrót. Stąd więc jest mało prawdopodobne, aby ładunek ten dotarł w górne partie Śnieżki.  Trzeba też zauważyć, że gdyby operacja ukrywania złota miała miejsce na otwartym terenie, to zostałaby narażona na przypadkowe wykrycie przez postronnych obserwatorów będących wysoko w górach czy w licznie rozlokowanych na tym terenie schroniskach.

 Co jeszcze przemawia za tym, że złoto złożono w Białym Jarze ?

 Przede wszystkim fakt, że jest to rejon dawnych prac górniczych. Podkreślił już to W. Antkowiak w swojej książce „Nie odkryte skarby”.

Jak wynika z planów kopalni i zaznaczonych tam dokładnie obrysów działek wy­bierkowych z zaznaczeniem lat, w których były eksploatowane, kopalnia funkcjonowała w na pewno w latach 1827-1832, roboty trwały więc co najmniej cztery lata. 15

Kopalnia była udostępniona dwoma szybami o głębokości 40 m (Gustaw i Heinrich) oraz dwoma sztolniami. Jedną długości około 60 m (St. Barbara), drugą znacznie krótszą bez nazwy. 

Kopalnia ta jest idealnym miejscem na skrytkę, jej układ wyrobisk zapewnia swobodne wprowadzenie ładunku do długiej sztolni wraz z wozami. Z planu wynika, że jej wysokość ma około 1 Łatra pruskiego (łtr)16,to jest około 2 m. Długość  chodnika i jego  miarę prostoliniowy przebieg umożliwiał wprowadzenie do sztolni kilu sań lub wozów z ładunkiem. Ponadto ładunek można było składować w chodnikach powyżej sztolni odwadniającej, co gwarantowało bezpieczeństwo papierom wartościowym niemieckich banków i aktom policji.

Układ wyrobisk kopalnianych umożliwia stosunkowo łatwe dotarcie do wnętrza kopalni,  mimo odstrzelonych sztolni 17, ponieważ gniazdo skały rudnej znajdowało się tuż pod powierzchnią. W odpowiednich miejscach sklepienie komór wybierkowych ma grubość ok. 1 m , a więc przebicie się przez tak cienką warstwę skały nie nastręcza większych trudności. 

 Największym problemem  jest znalezienie sztolni, teren ten był wielokrotnie penetrowany przez różne grupy poszukiwaczy. Nam poszukiwania sztolni zajęły dwa lata, pracowaliśmy przeszukując metr po metrze cały ten teren. Kopalnia okazała się znajdować znacznie niżej niż się wszyscy spodziewaliśmy. 

 Wobec czego rodzą się pytania. Czy warto ją otwierać? Czy faktycznie złoto Wrocławia złożono w tej kopalni? Czy skrytka nie została opróżniona w latach pięćdziesiątych przez ówczesne władze? Przecież Klose w protokole przesłuchania deklarował się wskazać to miejsce. Czy z tej szansy nie skorzystano? Późniejsze władze PRL-u  w latach osiemdziesiątych powołały specjalną grupę operacyjną żołnierzy, którzy przeprowadzali poszukiwania w tym rejonie 18. A może odkopana XVIII-wieczna kopalnia  mogłaby się stać kolejną atrakcją turystyczną Karkonoszy ?

Trudno na te pytania odpowiedzieć, ale wydaje się, że władze robią wszystko, by nikt do takich miejsc nie dotarł. Jest to problem nie tylko Śnieżki, ale wielu innych miejsc w Polsce.

 

Link Cytuj

 
0
Avatar_forum


Góry Sowie czas zbrodni i czas kłamstw


Obszar Dolnego Śląska, ziemie województwa wrocławskiego i opolskiego stanowiły w latach drugiej wojny światowej potężne zagłębie, kompleks przemysłu wojennego hitlerowskiej Trzeciej Rzeszy. Na rzecz wojny i na rzecz zwycięstwa hitleryzmu nad Europą i światem pracowały na tym obsza­rze kopalnie, huty, zakłady zbrojeniowe, zakłady wytwarzające wyposażenie dla Wehrmachtu, SS, dla licznych formacji policyjnych, które nieludzkim terrorem podtrzymywały szaleńczą ideologię i szaleńcze plany Adolfa Hit­lera, kierownictwa SS, NSDAP.

W połowie 1943 r. lotnictwo Koalicji Antyhitlerowskiej podjęło dzia­łania, które bardzo poważnie zagrażały niemieckiemu przemysłowi zbroje­niowemu. Samoloty alianckie docierały w tym czasie w głąb Niemiec, nisz­czyły fabryki produkujące broń, wyposażenie dla Wehrmachtu i SS, zakłady przemysłu ciężkiego, rafinerie ropy, lotniska wojskowe. Z każdym tygodniem, miesiącem wzmagały się działania bojowe lotnictwa alianckiego, co grozi­ło hitlerowskiemu Wehrmachtowi klęską.

W tej sytuacji Niemcy postanowili przenieść przemysł zbrojeniowy na obszary mniej zagrożone przez lotnictwo alianckie, a ponadto postanowio­no zrealizować wcześniejsze plany przeniesienia poważnej części przemys­łu zbrojeniowego pod powierzchnię ziemi. Rękami więźniów i jeńców wojennych kilkunastu narodowości rozpoczęto na Dolnym Śląsku, w górzystym terenie, wykuwanie w skałach potężnych obiektów- wielokilometrowych korytarzy, hal pod przyszłą produkcję broni w tym również, jak wykazały powojenne badania, broni specjalnej, rakiet i całych systemów rażenia przeciwnika na dużą odległość.

W takiej sytuacji powstały podziemne obiekty w Górach Sowich w Walimiu, Głuszycy, Rzeczce, Soboniu, Osówce, Włodarzu, Sokolcu -Gontowej i w innych miejscach Gór Sowich i rejonów sąsiednich. Przy budowie zbrojeniowego olbrzyma, który miał zapewnić Niemcom sukcesy, zwycięstwo na frontach wojny, ginęli ludzie-Góry Sowie stały się grobem wielu tysięcy Polaków, Rosjan, Żydów, Ukraińców, Włochów, jeńców sowieckich pochodzących z republik azjatyckiej części ZSRR. Ich szczątki nigdy po wojnie nieekshumowane, a w większości nigdy nieodnalezione, zalegają na całym Dolnym Śląsku, na całym obszarze Gór Sowich.

Po zakończeniu wojny sowiecka Czerwona Armia oraz specjalne bataliony NKWD, zbrodniczej formacji Stalina i jego ekipy, obrabowały cały Śląsk ze wszystkiego, co można było wywieźć. Zrabowano również wyposażenie podziem­nych obiektów niemieckich w Górach Sowich. Polakom pozostawiono ogołocone podziemne hale, kilometry podziemnych korytarzy. A gdy nastał już czas, kiedy można było podjąć badania, poszukiwania tego, co sowieci nie zdołali odnaleźć i zrabować, Polacy nie zdobyli się na podjęcie przyzwoicie zapla­nowanej , skoordynowanej akcji poszukiwawczej mającej na celu zgłębienie ta­jemnic podziemnego piekła niemieckiej machiny masowego mordu.

Poszukiwania prowadzone były najczęściej , z jednym wyjątkiem, przez grupy amatorskie, przez poszukiwaczy przygód i skarbów. Co pewien czas na obszarze Gór Sowich ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach ludzie zajmujący się penetracją podziemnych obiektów. I w ten polski tradycyjny bałagan (tradycyjny, ale niekoniecznie przypad­kowy) wkroczyli „specjaliści”, najczęściej, choć nie tylko, z Republiki Fede­ralnej Niemiec, z Austrii. Od wielu już lat przyjeżdżają oni do Polski, penetrują zbadane i niezbadane obszary Dolnego Śląska, zwłaszcza Gór Sowich i głoszą w rozmowach z polskimi poszukiwaczami, w publicystyce, swoją wersję na temat owych podziemnych korytarzy, olbrzymich hal i innych budów i urzą­dzeń, Zgodnie z tą wersją owe ciągnące się kilometrami podziemia, obetonowanie, okablowane, opatrzone w systemy hydrauliczne, ciągi zaopatrzenia w energię, kanalizację, dopływ powietrza, to ...kwatera polowa Hitlera i jego sztabu.

I ani słowa w owych wersjach-legendach o prawdziwym przeznaczeniu owych potężnych obiektów podziemnych. A nawet człowiek nieobeznany z budownict­wem przemysłowym, nieobeznany z techniką zbrojeniową, dostrzega prawdziwe przeznaczenie budowy giganta niemieckiego na skalistym obszarze Dolnego Śląska, w Górach Sowich.

Prowadzone przez kilkadziesiąt lat, poczynając od lata 1964 r., badania, po­szukiwania dowodów, świadków a przede wszystkim badania podziemnych po­mieszczeń w Górach Sowich, pozwalają obalić kłamliwe wersje przekazywane do nas z Niemiec, choć nie tylko z tego kraju, o rzekomej budowie w Górach Sowich liczącej całe kilometry kwatery Hitlera.

Nie ulega raczej wątpliwości prawdziwy cel owych kłamstw : zniechęcić Polaków do dalszych badań i poszukiwań, odsunąć ich od prawdy na temat pod­ziemnych obiektów w Górach Sowich. Bowiem wiele wskazuje na to, że nie uda­ło się nam zgłębić wszystkich tajemnic gigantycznego systemu podziemnego i nie można wykluczyć tego, iż nie dotarliśmy do obiektów najważniejszych, do tych, których nie zdołali odnaleźć sowieci po maju 1945 r. Wygląda na to, że w Niemczech funkcjonują instytucje, organizacje, które liczą na to, że dzięki naszej polskiej ociężałości, nieróbstwu, niekonsekwencji tamci będą mieli możliwość w przyszłości, może nawet niezbyt dalekiej, wrócić legalnie, opróżnić te obiekty, do których Polacy nie dotarli dotąd.

Cokolwiek by miało nie być, warto, jak się wydaje, ujawniać kłamliwe wersje podrzucane nam z za zachodnich i południowych granic co do przeznaczenia podziemnych hitlerowskich budów, warto dementować sfabrykowane na Zacho­dzie kłamstwa na temat rzekomej budowy kwatery Hitlera w Górach Sowich. Bowiem  spora część owych podziemnych urządzeń nadaje się jeszcze do wykorzystania. Byłoby bardzo dobrze, gdyby to Polacy zagospodarowali owe pomieszczenia i urządzenia, a nie ich dawni właściciele.

W połowie roku 1944 wojskowy wywiad brytyjski dysponował wiedzą- choć nie szczegółową, a ogólną- o budowie w Górach Sowich giganta- kompleksu podziemnego oraz budownictwa naziemnego, którego celem była rozbudowa potencjału militarnego Trzeciej Rzeszy. Londyńska centrala wywiadu wojskowego podjęła decyzję o zdobyciu dokładnych informacji o tym, co się dzieje w Górach Sowich, co Niemcy szykują. Postanowiono zrzucić w okolicach Walimia, Rzeczki, Jugowic dwie ekipy specjalistów, którzy mieliby za zadanie przeniknąć w głąb obiektów, utrwalić na taśmie wszystko, co wyda im się  godne zainteresowania, a ponadto dotrzeć do informatorów z brytyjskiej siatki wywiadowczej zbudowanej na tubylcach, zebrać od nich materiał informacyjny- i wrócić ustaloną trasą do centrali. W centrali londyńskiej nie wykluczano, iż Niemcy będą usiłowali tu, w Górach Sowich,  podjąć badania, produkcję broni masowego rażenia. Ryzyko tego przedsięwzięcia było ogromne, ale przy kompletowaniu ekip zastosowano zasadę ochotniczego  zgłaszania się do tej akcji.

W styczniu 1944 r. dwa nieoznakowane Liberatory zrzuciły nad Górami Sowimi w pobliżu Walimia, Głuszycy dwie ekipy, każda po trzy osoby. Wywiadowcom udało się zebrać bardzo ciekawy i ważny materiał dla wywiadu wojskowego aliantów zachodnich. Jednakże nie zdołali dostarczyć tego materiału do londyńskiej centrali. Pobyt brytyjskiej ekipy trwał krótko- zlokalizowani przez służbę bezpieczeństwa-SD, otoczeni w swoich kryjów­kach, walczyli do ostatniego pocisku, do ostatniego granatu i do ostatniej fiolki cjankali. Zginęli wszyscy, a Niemcom nie udało się zidentyfikować ich przynależności narodowej, państwowej. Ustalono jedynie, że spadochroniarze zrzuceni zostali przez samoloty typu Liberator.

Sowiecki wywiad wojskowy już przed aliantami zachodnimi, o prawie rok wcześniej posiadał informacje o budowie w Górach Sowich obiektów o charakterze przemysłowym i obronnym. Na Dolnym Śląsku działała bowiem od wielu lat sowiecka siatka wywiadowcza, która zaktywizowała się bardzo od końca 1942 r. W samym Walimiu sowieci mieli agenturę i dwóch wysoko wykwalifikowanych  agentów.  Od marca-kwietnia 1943 r. z Gór Sowich do centrali w Moskwie przekazywane były informacje o podjęciu budowy -giganta o środkach materiałowych, o kadrze niemieckich specjalistów i o załodze SS-SD. Jednakże Rosjanie, mimo odpowiednich porozumień zawartych w lecie i jesieni 1941 r. z aliantami zachodnimi o współpracy i przekazywaniu sobie wzajemnie informacji wywiadowczych odnoszących się do działań Wehrmachtu, Luftwaffe, Kriegsmarine, SS, przemysłu zbrojeniowego Trzeciej Rzeszy, nie ujawniali sojusznikom swojej wiedzy o tym, co się w Górach. Sowich działo.

Dla wzmocnienia swojej siatki agenturalnej na Dolnym Śląsku, a ściśle w okolicach Wałbrzycha, Walimia, Głuszycy, Sierpnicy rosyjski wywiad wojskowy zrzucił w połowie września 1943 r. trzy grupy, po sześć osób każda. Grupy zrzucane były w odstępach jednodniowych. Szło o to, ażeby w razie wpadki nie utracić za jednym razem 18 osób i wysoko wyspecjalizowanego sprzętu. W czasie prac badawczych prowadzonych w latach 60-tych przez GKBZHwP udało się ustalić nazwiska /kryptonimy/ dowódców dwóch z owych grup. Byli to: lejtnant Walery Kudriawcow i major Ewgienij Ponomarienko.

Jedna z tych grup, ta, której nazwiska dowódcy nie udało się ustalić, zdołała dotrzeć do Walimia, zebrać bogaty materiał wywiadowczy  i  przekazała drogą radiową  do Moskwy. Był to  jedyny meldunek, bowiem służba  pelengacyjna Abwehry zlokalizowała grupę. W walce  opodal  Walimia cała grupa poniosła śmierć. Nie  zdołano w czasie  poszukiwań i  przesłuchań  świadków, w tym autochtonów z Walimia  i  okolic, ustalić  losów pozostałych  sowieckich  grup wywiadowczych. Niewykluczone, że zdołały one zebrać odpowiednie materiały, przekazać je do moskiewskiej centrali i przetrwać w ukryciu aż do na­dejścia wojsk sowieckich w maju 1945 r.

Jedno jest pewne - Czerwona Armia i oddziały specjalne NKWD po maju 1945 r. dokładnie wyrabowały wszystko to, co znajdowało się na terenie gigantycznej budowy w Górach Sowich, a co z mocy postanowień jałtańskich i poczdamskich należało się Polsce. Jednostki specjalne armii i NKWD działały z pełnym rozpoznaniem terenu i obiektów.     


Wałbrzych, ul. Pocztowa


Wałbrzych pozostaje na uboczu tras wielu eksploratorów podążających przeważnie w kierunku Walimia czy Kłodzka. Niektórzy wiedzą, że jest to miasto leżące obok zamku Książ. A jednak miasto to, z pozoru szare i niepozorne, skrywa w sobie wiele tajemnic i ciekawostek, które powoli wyłaniają się z przeszłości. Gromadzące się w miarę upływu czasu, luźne informacje skłaniają ku temu, aby spróbować odsłonić tajemnice Wałbrzycha z czasów ostatniej wojny. Miasta może niezbyt wielkiego, ale ważnego dla przemysłu wojennego III Rzeszy ze względu na rozwinięte wydobycie węgla kamiennego, zakłady przemysłowe i posiadającego wielką jak na owe czasy zaletę- praktycznie do końca wojny nie było bombardowane. Dlatego przeniesiono tutaj np. firmę „Ziehl-Abegg” z Berlina, która dla potrzeb Luftwaffe produkowała między innymi odbiorniki sygnału radarowego „Flensburg” i „Naxos”. A jednak Niemcy zbudowali na terenie miasta wiele schronów przeciwlotniczych. Z jednym z nich wiążą się pewne podejrzenia. Zacznijmy jednak od początku.

W swojej książce „Nie odkryte skarby” Włodzimierz Antkowiak przytacza za Wacławem Dominikiem zeznania niemieckiej dziewczyny z BDM: „ W kwietniu 1945 roku zostałam umieszczona wraz z pewnym chłopcem z Hitlerjugend w budynku znajdującym się obok obecnej mleczarni. Miałam pilnować, by mieszkańcy tego budynku nie wyglądali przez okna. W każdym pokoju tego budynku z oknami wychodzącymi na sąsiednie wzgórze był ktoś, kto pilnował mieszkańców tak, jak my. Kiedy mój kolega i lokatorzy zasnęli, wyjrzałam ukradkiem przez okno i zobaczyłam dużą kolumnę samochodów wojskowych. Zdejmowano z nich duże skrzynie i wnoszono do otworu wydrążonego we wzgórzu. Nosili te skrzynie mężczyźni z Waffen-SS. Jestem tego pewna, bo mieli na sobie mundury. Każdą skrzynię niosło czterech mężczyzn, więc musiały być bardzo ciężkie. Przez okno wyglądałam tylko przez moment, gdyż się bałam, ale cała akcja ukrywania tajemniczych skrzyń trwała całą noc, gdyż przez całą noc słyszałam warkot przyjeżdżających i odjeżdżających samochodów ciężarowych. Po wkroczeniu wojsk radzieckich słyszałam, że jakiś żołnierz rosyjski wszedł do tego otworu na wzgórzu, ale zabił go wybuch podłożonej tam miny”. Koniec cytatu.    Od tego czasu prawdopodobnie nie prowadzono w tym miejscu żadnych poważnych prac poszukiwawczych. Według autora wejście do sztolni znajduje się w rejonie ulicy Wrocławskiej, jednak stwierdza, że nie udało się w sposób jednoznaczny zlokalizować tego miejsca. Do informacji na ten temat powraca Włodzimierz Antkowiak w swojej następnej książce „Poszukiwanie skarbów ukrytych w Polsce”. Stwierdza w niej, że wybuch miny pułapki, która zabiła żołnierzy radzieckich, spowodował „poderwanie” chodnika i zawał. Dodaje także, że prowadzono w tym miejscu jakieś prace  w latach siedemdziesiątych i potem w latach dziewięćdziesiątych. Efekt tych prac pozostaje nieznany.

W 10-tym numerze nieistniejącego już dziś czasopisma „Poznaniak” Radosław Dukat opublikował artykuł na podstawie informacji uzyskanych od Stanisława Siorka. W artykule oprócz zdjęć opublikował także plan podziemi. Treść tego artykułu sugeruje związek pomiędzy schronem przeciwlotniczym a zeznaniami „młodej Niemki”.

 Bezpośrednio po wojnie schrony przeciwlotnicze pozostawały w gestii wojska, potem przejęła je Obrona Cywilna. Informacje dotycząca tego obiektu są zwięzłe: „schron bierny murowany, 130 m od mostu na rzece Pełcznicy, powierzchnia ogólna – 381 m kw., powierzchnia użytkowa – 346 m kw., są trzy zawaliska” (stan na 28.02.1970 r).

Z planu wynika, że to typowy schron przeciwlotniczy. Usytuowany przy ulicy Pocztowej nad brzegiem Pełcznicy. Posiadał sześć wejść oznaczonych kolejno literami od A do F. Wejścia A, B i C usytuowane są nad brzegiem Pełcznicy, a wejście D obok miejsca, gdzie w czasie wojny stała hala gimnastyczna . Wejście E znajdowało się przy drodze obok cmentarza. Wejście F znajdowało się na zboczu i prowadziło do klatki schodowej, która prowadziła w dół do schronu. Na współczesnych mapach są zaznaczone tylko wejścia C i D (opisane jako „piwnice”). W każdej sztolni za wejściem znajdowała się śluza gazowa. Poziom obiektu to ok. 403 m n.p.m. Wejścia do schronu są usytuowane na następujących wysokościach:  A – 407,63 m n.p.m.,  B – 408,22 m n.p.m., C – 401,45 m n.p.m., D – 401,58 m n.p.m., E – ok.408 m n.p.m., F – ok.420 m n.p.m.

Chodniki od wejść A, B, E i F schodzą w dół do poziomu obiektu, natomiast od wejść C i D wznoszą się do góry. Na początkowy odcinek sztolni od wejścia C wykorzystano istniejącą piwnicę (Eiskeller). Brak lewej strony planu nie pozwala na stuprocentowe określenie kształtu i ilości wejść do obiektu. Jednak jest to dokument pokazujący stan bieżący prac i uwzględniający dokonane zmiany. Poziom rzeki Pełcznicy w tym miejscu wynosił w ostatnich latach 399,7 m n.p.m. W czasie wojny na terenie, pod którym znajduje się schron, był park (Irrgarten). Jest to zgodne z niemiecką praktyką polegającą na lokalizacji schronów przeciwlotniczych, o ile było to możliwe, pod parkami, w pobliżu cmentarzy, budowli zabytkowych lub sakralnych. Sytuację tego rejonu w czasie ostatniej wojny obrazuje fragment planu Wałbrzycha zamieszczony poniżej.

Wałbrzych to stare górnicze miasto. Można więc spodziewać się w tym rejonie śladów prac górniczych

Mapa górnicza tego rejonu datowana na 1905 rok ujawnia położenie wyrobisk złoża nr 7, położonego na głębokości 398 m npm. należącego do kopalni Segen Gottes. i ciągnącego się od Feld Schtacht do Pełcznicy (patrz mapka).

Na północ od schronu, znacznie bliżej mleczarni, tuż przy brzegu Pełcznicy znajduje się wlot starej sztoln, która dochodzi do złoża nr 7. Na mapie górniczej z 1876 roku opisana jest jako Mundloch des alten Segen Gottes Stolln. Wlot sztolni w tym miejscu może oznaczać, że była to sztolnia odwadniająca. Usytuowanie planu sztolni do mapy jest na pewno obarczone pewnym błędem i nie musi oznaczać, że obiekt miał połączenie z wyrobiskami kopalnianymi, jednak nie musi wykluczać takiej możliwości. Z planu i mapy wynika, że w poziomie była to różnica wynosząca ok. 5 m.

Z opowiadania „młodej Niemki” można wysnuć pewne wnioski. Nie mieszkała w budynku, w którym przebywała, nie znała więc za dobrze otoczenia. W tym,  że budynek znajduje się obok mleczarni, mogła zorientować się w jakiś czas po akcji ukrywania skrzyń, może już po zakończeniu wojny. Duża  kolumna samochodów musiała zajmować pewien odcinek drogi lub ulicy i widziała ją pod pewnym kątem. Prawdopodobnie wyglądała przez okno tylko przez krótką chwilę,  uchylając nieco zasłonę. Okna na pewno były zasłonięte chociażby ze względu na obowiązujący nakaz zaciemnienia. Sztolnia znajdowała się na tyle blisko, że w nocy mogła rozróżnić szczegóły. Potwierdza to także fakt dobrej słyszalności pracy silników przy zamkniętych oknach.

Wizja lokalna w terenie pozwoliła ustalić, że wejść do schronu nie widać z budynku obok byłej mleczarni. Można więc spokojnie wykluczyć hipotezę o ukryciu skrzyń  w schronie przeciwlotniczym. Tym bardziej, że lokalizacja schronu była znana. Zgodnie z wojenną praktyką mieszkańcy pobliskich domów mieli przydział do schronu, a nawet poszczególnych wejść. Czy ukryto skrzynie w starej sztolni?  Ale o tym następnym razem.

Link Cytuj

 
0
Avatar_forum

 

Czy powiedziano i odkryto wszystko w sprawie Riese ?

 

Od lat ukazuje się wiele publikacji dotyczących budowy podziemnych kompleksów w Książu i na południe od Wałbrzycha. Setki amatorów mocnych wrażeń i poszukiwaczy zapuszczało się w rozległe podziemne systemy Osówki, Walimia, Jugowic, Sobonia, Włodarza, a nawet jeszcze dalej na południe- na zbocza Sokolca i Włodyki. Przyjęto wszystkie te kompleksy określać jednym wspólnym mianem Riese, kryptonimem, jakiego Niemcy używali w stosunku do budów realizowanych przez dyrekcję budowy znajdującą się w Jedlinie (Tannhausen).
Jednak nikomu z badaczy nie udało się jednoznacznie określić przeznaczenia tych obiektów, a nawet ustalić bezspornie, jakie znane kompleksy wchodziły w skład i były objęte kryptonimem Riese. Toczone są spory czy Riese to jedna z kwater Hitlera, czy też zespół kompleksów przemysłowych, a może jest wszystkim po trochu.
Mimo że kompleksy są dostępne, nie odkopano jeszcze wielu sztolni, które zostały wysadzone i zamaskowane przez Niemców, a także przez naturę, w miarę upływu lat. Wiele z tych sztolni nadal zazdrośnie skrywa mroczne tajemnice II Wojny Światowej. Abstrahując od pojedynczych sztolni, jest bezspornym faktem, że nie odkryto i nie zlokalizowano również kilku całych kompleksów należących do tej olbrzymiej budowy. Jednym z takich kompleksów jest „Jedlinka”, kompleks położony najbliżej dyrekcji budowy w Jedlinie. W poniższym artykule postaram się przybliżyć fakty i dowody na istnienie obiektu i wskazać lokalizacje jego sztolni.

Istotnym śladem wskazującym na budowę i pracę w podziemnych kompleksach, są informacje zebrane przez KBZH w Polsce. Szczególnie te dotyczące lokalizacji obozów i prac wykonywanych przez poszczególne komanda robocze (KL). Komanda robocze powstałe wokół budowy Riese to filie obozu koncentracyjnego Gross-Rosen.
Badając monografie poświęcone filiom tego obozu, autorzy nie zawsze się zgodni co do ilości podobozów i ich lokalizacji. Wynika to miedzy innymi ze zmian organizacyjnych tych obozów, ciągłego zakładania i likwidowania mniejszych podobozów. Inną przyczyną są zmiany nazw i granic miejscowości, w których te obozy lokalizowano. I tak miejscowość Głuszyca (po wojnie Gleszcze Puste 1945; Głuszyce 1946; Głuszyca), dzielona na Głuszyce i Głuszycę Górną nosiła przed wojną nazwę Wustegierssdorf i odpowiednio Ober Wustegierssdorf. Graniczyła bezpośrednio z Jedliną Górną – Tannhausen Blumenau. Granica miejscowości przebiegała dalej na południe niż obecnie, a fabryki Websky i Mayer-Kauffman należały do Tannhausen-Blumenau (Jedlinki Górnej), a nie Głuszycy.
W opracowaniu Marka Maciejewskiego „Filie obozu koncentracyjnego Gross-Rosen w Górach Sowich (1943-1945)” autor, powołując się na więźnia M. Jerzyka, stwierdza jakoby w zabudowaniach fabryki włókienniczej w Głuszycy zorganizowano obóz, w którym przebywało około 2000 ludzi. Autor przypuszcza, że dane te pochodzą z początku istnienia obozu i jego organizacji. W dalszym czasie z obozu tego miano wydzielić podobozy o nazwie Gemeinschaftslager I, II i III, lecz nie udało mu się ustalić ich lokalizacji. Jest to informacja ogólna, faktycznie na terenie tym istniały trzy fabryki włókiennicze, w których istniały obozy wspólnoty przemysłowej- lager III, IV, V. Tylko obóz IV znajdował się na terenie Głuszycy, obozy numer III i V znajdowały się już na terenie Jedlinki.

Mariusz Aniszewski w swojej książce „Podziemny świat Gór Sowich” stara się podać dokładniejszą lokalizację: „ Tannhausen - powstał prawdopodobnie na przełomie kwietnia i maja 1944 roku w zabudowaniach produkcyjnych firmy Websky na pograniczu Jedliny Górnej i Głuszycy”. Na stronie 39 pod pozycją Tannhausen (Jedlinka) mówi, że był to dawny obóz nr 5 Śląskiej Wspólnoty Przemysłowej, po przejęciu tego obozu przez OT utworzono jeszcze dwa podobozy 5 i 6, z których to lokalizacja obozu nr 6 nie jest obecnie znana. W związku z czym powstaje pytanie: gdzie znajdował się ten obóz? Tannhausen (Jedlina) to ogromny obszar administracyjnie obejmujący dzisiaj Jedlinkę Górną (od 1933 Tannhausen-Blumenau, a wcześniej Ober Tannhausen), Jedlinkę (Mitell-Tanhausen), Olszyniec (od 1933 r Nieder Tannhausen), tereny na północ od stacji kolejowej Jedlina Dolna aż za górę Kawiniec (określane jako Gemeindebezirk-Tannhausen) i na południe do góry Sajdak (określane jako Gutsbezirk-Tannhausen).

We wspomnianej już monografii Marka Maciejewskiego „Filie obozu koncentracyjnego Gross-Rosen w Górach Sowich (1943-1945)”, autor na str. 141 wymienia obóz Olszyniec jako Erlenbusch. Jednak, zgodnie z nazewnictwem obowiązującym od 1933, jest to właściwie Tannhausen. Obóz ten znajdował się na terenie gospodarstwa Alfreda Sprotte, który to z ramienia NSDAP nadzorował jako Kreislagerfiihrer obozy pracy w powiecie wałbrzyskim. Informacje o tym obozie w 1968 przekazał Adam Religa, który po wojnie przejął gospodarstwo. Z zeznań Religi wynika, że zastał on na terenie gospodarstwa obóz składający się z 5 baraków i 4 budynków straży. W każdym baraku znajdowało się 100 piętrowych prycz, całość była ogrodzona drutem kolczastym. Maciejewski twierdzi, że los więźniów tego obozu jest nieznany , wiadomo tylko, że chorych wywieziono do Kolc. M. Aniszewski1 podaje jeszcze więcej szczegółów dotyczących tego obozu. Więźniowie tam zatrudnieni mieli pracować przy drążeniu tuneli i w przygotowywaniu infrastruktury dla bliżej nieokreślonego kompleksu. Ponadto brali udział przy kopaniu rowu przeciwczołgowego w bliżej nieustalonym miejscu. Obóz ten był jeszcze w kwietniu 1945 wizytowany przez 6 oficerów SS, którzy dokonali selekcji więźniów. Wśród oficerów rozpoznano doktora Thilo, współpracownika doktora Mengele z Oświęcimia. Analizując powyższe fakty i przeprowadzając badania terenowe udało nam się zlokalizować ten zagadkowy kompleks. Znajduje się on za górą Kawiniec, mniej więcej w połowie odległości pomiędzy Olszyńcem a Jedliną Zdrój (Charlottenbrunn). Jak wynika z fotografii lotniczej, w miejscu tym znajdują się pozostałości po obozie, a dokładniej fundamenty baraków. Ilość baraków mniej więcej odpowiada opisowi przytoczonemu przez Religę w pracy Marka Maciejewskiego. Na zdjęciu widoczne są pozostałości po 5 barakach. Ponadto budynki od 1 do 4 nieregularne i o solidniejszych fundamentach, przeznaczone były zapewne dla załogi niemieckiej. Obiekty oznaczone jako X, bliżej niezidentyfikowane, mogą być pozostałościami po kuchni, wartowni, śmietniku, wiacie lub innych obiektach towarzyszących wszystkim obozom, a niewymienionymi przez Adama Religę. Ponadto na zdjęciu (fot 2) widoczne są rowy o których wspominał M Aniszewski ,oznaczone literą G. Rowy te niekoniecznie muszą być przeciwpancerne, jak wynikało z relacji świadka. Są to prawdopodobnie sondażowe górnicze rowy poszukiwawcze, gdyż teren ten leży na uskoku geologicznym bogatym w minerały rudne, w tym baryt. Porównując mapy topograficzne przedwojenne i powojenne tego terenu zauważymy i inne istotne zmiany. Przede wszystkim poniżej obozu powstał zbiornik wodny B oraz cmentarz C. Elementy te często towarzyszą obozom przy budowanych kompleksach. Gdzie w takim razie znajduje się ten podziemny kompleks ? Kompleks ten powstał już w istniejących wyrobiskach górniczych. Udostępniony był sztolnią, do której wjazd znajdował się nieopodal drogi z Olszyńca do Jedliny Zdrój czy Rusinowa. Wyrobiska tej kopalni drążone były w skale gnejsowej, nadającej się według normatywów niemieckich do budowy podziemnych kompleksów. Obóz zlokalizowano około 300 m powyżej sztolni, dokładnie nad wyrobiskami kopalni, które w tym miejscu znajdowały się na głębokości około 45 m. Głębokość ta była wystarczająca i spełniała wymagania niemieckie dotyczące odporności podziemnego obiektu przed nalotami bombowymi. W wspomnianym miejscu znajduje się kilka chodników górniczych, które łatwo można było adaptować na potrzeby kompleksu. Miejsce to było udostępniane szybem o głębokości 45 m znajdującym się na terenie obozu. Pozostałe dwa szyby mogły spełniać role szybów wentylacyjnych. Obiekt był prawdopodobnie zasilany energią elektryczną z linii energetycznej wysokiego napięcia przebiegającej nieopodal wjazdu do sztolni. Przebudowa przez Niemców wyrobisk górniczych powyżej Jedliny Zdroju i regulacja cieków powyżej utworzonego zbiornika wodnego prawdopodobnie wpłynęła ujemnie na bilans wodny w tym rejonie i spowodowała zanik wód leczniczych, co z kolei po wojnie stało się przyczyną upadku uzdrowiska w Jedlinie Zdroju. Obecnie uzdrowisko używa do kuracji pitnej wód mineralnych dowożonych ze Szczawna Zdroju. Podsumowując: przytoczone fakty pozwalają przypuszczać, że na wzgórzach pomiędzy Olszyńcem a Jedliną Zdrój Niemcy prowadzili jakieś prace w oparciu o istniejące tam wyrobiska górnicze. Takich miejsc jak to opisane, jest jeszcze sporo na terenie budów Riese i oczekują one na zbadanie i swoich odkrywców. Nieodkryte kompleksy znajdują się także w Wałbrzychu, Sierpnicy, Sowinie, Świerkach i kilku innych miejscach. Czy wszystkie zostaną odkryte i zbadane ? Komu zależy, aby nie dotarli do nich poszukiwacze i badacze historii ? Kiedy znów tryśnie zdrojowe źródełko w Jedlinie Zdroju ?


Świdnica - składnica skarbów Generalnego Gubernatorstwa

Autor: J. Robert Kudelski

Pod koniec II wojny światowej Dolny Śląsk stał się schronem III Rzeszy nie tylko dla przemysłu i ludności ewakuowanej z zachodnich i centralnych regionów Niemiec. Latem 1944 roku przeniesiono tu również wiele komórek Generalnego Gubernatorstwa. Wraz z tonami dokumentów i grupą urzędników na Dolny Śląsk trafiły surowce, waluty i bezcenne skarby zrabowane w okupowanej Polsce. Część z nich odnaleziono po upadku III Rzeszy, inne czekają na swoich odkrywców.

W lipcu 1944 roku Armia Czerwona przełamała niemiecką obronę na wschodzie i rozpoczęła ofensywę, która poważnie zagrażała Generalnemu Gubernatorstwu. Postępy militarne Rosjan były tak duże, że Hans Frank polecił rozpoczęcie akcji zabezpieczającej majątek zgromadzony przez jego urząd i przygotowanie planów ewakuacyjnych. W tym celu powołano m.in. Sztab dla Spraw Uchodźców i Ewakuacji, na czele którego stanął SS-Brigadeführer dr Harry von Craushaar. Jego zadaniem było przeprowadzenie dyslokacji przemysłu i niemieckiej ludności, która zasiedliła dawne tereny Rzeczypospolitej. Dr Ernst Boepple został Pełnomocnikiem dla Spraw Ewakuacji Placówek Służbowych Rządu Generalnego Gubernatorstwa, a doradca Hansa Franka ds. zbiorów sztuki, dr Ernst Wilhelm Palezieux, otrzymał zadanie wyszukania na Dolnym Śląsku „jakiegoś obiektu jakoDienststelle dla rządu”.W tym celu wynajął „zamek w Siechau [Sichów koło Jawora – majątek rodziny von Richthofen – przyp. aut.]1. Gdy zawiadomiłem o tym Franka, iż wynająłem ten zamek, wówczas Frank kazał mi się tam zatrzymać dla odebrania rzeczy, które tymczasem zostały już z Krakowa wysłane. Istotnie w kilku dniach nadeszły trzy wagony, z których dwa zawierały urządzenia biurowe i akta, zaś jeden obejmował dzieła sztuki, obrazy pozawijane w dywany i różne materiały z obicia mebli”2. Pałac w Sichowie miał stanowić nie tylko biuro Generalnego Gubernatora, ale również gromadzić najcenniejsze przedmioty „zabezpieczone” na terenie byłego państwa polskiego. Do rezydencji Richthofenów przewieziono ulubione obrazy Franka (specjalna lista zawierała 14 cennych dzieł sztuki), m.in. 2 Rembrandty, da Vinci, Rafaela, Rubensa, dwa Dürery, Cranacha i inne. Transport zawierał również depozyt 24 najcenniejszych rękopisów zrabowanych z polskich kolekcji oraz zbiór kolejnych 46 obrazów (w tym dzieła Breughla, Metsu, Kulmbacha, Dürera). Ernst Palezieux ulokował te zabytki w pałacu pod nadzorem konserwatora dr. Eduarda Kneisela i wrócił na Wawel. Był zaskoczony, że podczas jego nieobecności do Świdnicy wyjechał kolejny transport skarbów, znajdujących się pod opieką urzędu Generalnego Gubernatora. „Co się tyczy przedmiotów sztuki złożonych w Świdnicy (Schweidnitz) to o nich nie wiedziałem. Kneisel pisał mi, że to są ze Lwowa rzeczy, które przyszły do Świdnicy. Pojechałem tam obejrzeć je, ale nie mogłem uzyskać do tych rzeczy dostępu ani wglądu w nie”3.Wśród tych przedmiotów były zabytki z muzeów warszawskich, w tym trzy obrazy Jana Matejki („Rejtan”, „Batory pod Pskowem”, „Unia Lubelska”), które zostały przejęte przez Niemców i przeniesione do Lwowa. Palezieux był przeciwny wywiezieniu obrazów z Polski. W swoich zeznaniach wielokrotnie podkreślał, że decyzja o ich „ewakuacji” została podjęta bez jego wiedzy. „Z końcem roku 1944 rozmawiałem z dyrektorem Muzeum Narodowego Koperą [prof. Feliks Kopera – przyp. aut.] w sprawie obrazów Matejki, które wywiezione zostały na Śląsk, zdaje się do Świdnicy (Schweidnitz). Zgodziłem się na powrót tych obrazów do Krakowa i wydałem zlecenie Kneiselowi, by sprawę tę załatwił. Co się jednak stało z tymi obrazami, oraz czy i jak Kneisel rzecz tę załatwił, tego nie wiem. Kto wydał zarządzenie przewiezienia tych obrazów z Krakowa na Śląsk względnie z Polski na Śląsk tego ja nie wiem, gdyż o ich wywiezieniu dowiedziałem się dopiero od Kopery. O ile pamiętam, te obrazy miały pochodzić z Muzeum warszawskiego”4. Rozwiązanie tej zagadki znajduje się w sprawozdaniu dr. Eduarda Kneisela z 1945 roku. Dzięki temu dokumentowi wiadomo, że decyzję o wywiezieniu ze Lwowa zabytków (w tym obrazów Matejki) podjął gubernator Dystryktu Galicja, dr Otto Gustav Wächter. Zgodnie z planami ewakuacyjnymi przygotowanymi przez urząd dr. Craushaara, „Gouverneur Galizien” miało zostać przeniesione właśnie do Świdnicy i okolicznych majątków. Z tego powodu w ten rejon Dolnego Śląska trafiła olbrzymia ilość bezcennych zabytków, które już w kilka dni po upadku III Rzeszy stały się celem poszukiwań prowadzonych przez urzędników Ministerstwa Kultury i Sztuki.

Muzealnicy dość szybko trafili na ślad składnic zlokalizowanych na Dolnym Śląsku. Potwierdzeniem ich skuteczności jest dokument z 15 maja 1945 roku zawierający szczegółowe lokalizacje depozytoriów, w których ukryto polskie dzieła sztuki. „1. Adelsdorf koło Goldbergu – podobno w starym spichrzu: rękopisy Ossolineum i kilkaset skrzyń książek z Biblioteki Jagiellońskiej; 2. Seichau, powiat Jaworze (Jauer) – w zamku Richthoffenów: zbiory z Wawelu, Muzeum Czartoryskich i inne; 3. Warmbrunn koło Jeleniej Góry (Hirschberg) – w zamku Schafgotschów: zbiory Muzeum Narodowego w Warszawie, podobno 3 czy 5 wagonów kolejowych; 4. Bauten – w zakładzie karnym: archiwalia z Warszawy; 5. Kuhnau koło Wrocławia – zbiory Muzeum Narodowego w Warszawie i inne; 6. Świdnica – zbiory z Warszawy [podkr. aut.]”5. Pod koniec maja 1945 roku Ministerstwo Kultury i Sztuki wysłało na Dolny Śląsk grupę muzealników pod kierownictwem prof. Stanisława Lorentza, dyrektora Muzeum Narodowego w Warszawie. Celem podróży miał być krótki rekonesans, ale „rezultaty objazdu przekroczyły wszelkie oczekiwania. Okazało się bowiem, iż znaczna liczba dzieł sztuki, wywiezionych przez Niemców z Warszawy po Powstaniu, oraz duża ilość zbiorów katowickich, których los nie był znany, jak również zbiory ewakuowane w ostatniej chwili przez Niemców z Krakowa, pozostały na Śląsku. Zgrupowane one były w Prudniku i pod Prudnikiem, w Świdnicy i kilku zamkach okolicznych [podkr. aut.]”6. Korzystając z pomocy radzieckiego komendanta i polskich urzędników, którzy tworzyli lokalną administrację, przedstawiciele Ministerstwa Kultury i Sztuki podjęli błyskawiczne działania mające na celu zabezpieczenie zabytków zdeponowanych w tym rejonie. Profesor Stanisław Lorentz wspominał po latach, że w Świdnicy odnalazł „masę cennych”7.Kolejne dzieła sztuki udało się odnaleźć dzięki relacjom i zeznaniom Niemców, którzy brali udział w ukrywaniu polskich skarbów.

Dworzec w Świdnicy – okres międzywojenny


Wicestarosta świdnicki w asyście pełnomocnika grupy operacyjnej Rady Ministrów oraz kilku innych osób reprezentujących polską administrację przesłuchał 25 maja 1945 roku dwóch Niemców, którzy posiadali bogatą wiedzę na temat miejsca zdeponowania polskich zbiorów muzealnych. Pierwszy z nich, Artur Szibler, był spedytorem, któremu powierzono „przechowywanie i konserwację przedmiotów stanowiących własność zrabo­wanego przez Niemców Muzeum Warszawskiego”, Paul Dorn był zaś właścicielem jednego budynków, który zamieniono na składnicę dzieł sztuki wywiezionych z Generalnego Gubernatorstwa. Jak poinformował polskich urzędników, w jego lokalu zdeponowano zabytki „na zlecenie nadburmistrza Trinka, przez spedytora Sziblera Artura”. Szibler zeznał, że depozyt dzieł sztuki otrzymał „w drugim półroczu 1944 r., a miano­wicie w ten sposób, że zgłosił się do mnie doktor rzeczoznawca archiwista z Wrocławia z nakazem, że mam z kolei odbierać sukcesywnie transporty muzealne i archiwalne Muzeum Warszawskiego. Pierwszy transport składający się z ok. 2 wagonów przyszedł w okresie Bożego Narodzenia, drugi transport ok. Nowego Roku, następne dwa transporty w okre­sach 15-dniowych. Każdy transport składał się z 2 wagonów. Oddający transport archiwista Niemiec należał do sztabu wysiedleńczego z Warszawy (Röunungskommando)”8. Artur Szibler poinformował przedstawicieli polskiej administracji, że przetransportował przejęty depozyt do magazynów, które znajdowały się przy Waldenburgstrasse nr 12 i 27. Jak twierdził, do chwili wkroczenia Rosjan do Świdnicy „z rzeczy zdeponowanych u mnie pod nr 12 nic nie zginęło”. Paul Dorn dodał, że „jak długo ten dom [przy Waldenburgstrasse 27 – przyp. aut.] zajmował nic z tych rzeczy nie zginęło”.Jednak na rozkaz wojskowych władz niemieckich musiał opuścić miasto przed wkroczeniem Rosjan, a „po powrocie zaś stwierdziłem, że okna i drzwi były rozbite i niektóre skrzynie uszkodzone”. Mimo rabunku w magazynach zlokalizowanych przy Waldenburgstrasse 12 i 27 odnaleziono dużą ilość zabytków. Koncentracja tak ogromnych zbiorów w jednym miejscu spowodowała, że polscy muzealnicy postanowili urządzić w mieście składnicę dzieł sztuki. Jak podaje wrocławski historyk Józef Gębczak, była ona „dwukrotnie uruchomiana: w lecie 1945 i w 1947 na krótkie okresy, pod kier. Felicji Strzemboszowej” 9. Jednak nie tylko Świdnica stanowiła depozytorium skarbów wywiezionych z Generalnego Gubernatorstwa.

Zamek Grodno w Zagórzu Śląskim


Artur Szibler i Paul Dorn zeznali przed przedstawicielami polskiej administracji, że oprócz zabytków, które przeniesiono do Świdnicy, część dzieł sztuki pochodzących z Warszawy zgromadzono w „zamku Kinau [powinno być Kynau – Zagórze Śląskie – przyp. aut.] i w zamku Michelsdorf [dziś Michałkowa – przyp. aut.], (w odległości 2–3 km od Kinau), oraz w okolicy Strigau [Strzegom – przyp. aut.], przeważnie składające się z dywanów, arrasów, makat itp. Bliższe dane o tych rzeczach mogą podać spedytorzy: Hertrams Oskar i ’Peter und Radeke’. W zamku Kinau i Michelsdorf zostało wyładowane trzy 15-tonowe wagony” 10. Ministerstwo Kultury i Sztuki dość szybko podjęło próbę zabezpieczenia zabytków, które Niemcy zgromadzili we wspomnianych obiektach. W czasie prac rewindykacyjnych okazało się, że w Zagórzu Śląskim znajdowała się „składnica konserwatora z Berlina. Kieszkowski przy okazji szukania zbiorów polskich w 1945 wymienia tę składnicą jako zniszczoną, która uległa rozproszeniu i grabieży w czasie działań wojennych. Styczyński w styczniu 1947 wymienia tę składnicę jako zawierającą militaria, ale nie przewiduje zwózki ruchomości, ponieważ składnica ma już charakter muzeum i jest pod opieką konserwatora wojewódzkiego” 11. Mimo zabezpieczenia tego obiektu i zbiorów ocalałych z rabunku jeszcze wiele lat po wojnie rejon zamku znajdował się w centrum zainteresowań służb specjalnych, które penetrowały Dolny Śląsk w poszukiwaniu ukrytych skarbów. Sprawa Zagórza Śląskiego zainteresowała również znanego w środowisku eksploracyjnym majora Stanisława Siorka z wrocławskiej Służby Bezpieczeństwa. W czasie prowadzenia kwerendy prasy dolnośląskiej w jednym z artykułów w dzienniku „Pionier” (później „Słowo Polskie”) oficer SB znalazł informację o tunelu, który miał rzekomo przechodzić pod zamkiem i prowadzić w stronę Świdnicy. Siorka zaintrygował fakt, że wejście do podziemi zostało zawalone pod koniec wojny. Wydarzenie to łączył z informacją o przywiezieniu w ten rejon cennych dzieł sztuki.

Kolejnym obiektem, który zgodnie z zeznaniami Artura Sziblera i Paula Dorna miał stanowić składnicę polskich zabytków, był XVIII-wieczny pałac w Michałkowej. Zgodnie z informacjami przekazanymi przez Józefa Gębczaka w rezydencji znajdowała się „składnica konserwatora z Berlina12. Kieszkowski w czasie objazdów zwiadowczych w 1945 r. stwierdził, że w zamku znajduje się spora liczba dywanów i skrzyń z Muzeum Narodowego w W-wie i że nie wszystkie zostały uratowane. Wcześniej zbiory tej składnicy zabezpieczył Pełnomocnik Komit. Ekonom. Rady Ministrów. Skrzynie ze zbiorami zdeponował w starostwie w Świdnicy pod opieką referatu Kult. i Sztuki” 13. Witold Kieszkowski, który zajmował się zabezpieczaniem tych zabytków z ramienia Ministerstwa Kultury i Sztuki, w swojej relacji z prac rewindykacyjnych wspominał, że „w zamku Michałkowa (pow. Wałbrzych) znajdowała się spora liczba dywanów i skrzyń z Muzeum Narodowego w Warszawie”14. Odnalezione zabytki wyrewindykowano, a XVIII-wieczna rezydencja została później zamieniona na dom wczasowy.

Zbiory militarne zgromadzone w zamku Grodno – okres międzywojenny


W zeznaniach Artura Sziblera pojawiła się również informacja o dużej składnicy zlokalizowanej w rejonie Strzegomia. Niemiec mówił najprawdopodobniej o pałacu w Morawie, gdzie zgromadzono najcenniejsze zabytki przeniesione z Sichowa. Wśród tych dzieł sztuki były m.in. rzeźby, cenne dywany i obrazy z kolekcji Muzeum Czartoryskich (autorstwa Leonarda da Vinci, Rafaela Santi, Rembrandta van Rijn) oraz dzieła Canaletta ze zbiorów warszawskich. Pod koniec stycznia 1945 roku najcenniejsze z nich zostały zapakowane w 3 skrzynie i wywiezione do rezydencji Hansa Franka do Bawarii. Kolejną partię polskich dzieł sztuki zdeponowanych w Morawie zabezpieczył konserwator Günther Grundmann. Najpierw kilka skrzyń przewiózł do Cieplic, a później ewakuował je do Coburga. Na miejscu przekazał je Amerykanom, którzy zwrócili je Polsce w 1946 roku15. Kiedy do Morawy dotarli wreszcie polscy muzealnicy, z przerażeniem stwierdzili, że w pałacu „urządzone były legowiska dla żołnierzy. Z czego zrobione? Ułożone jedne na drugich leżały tam, zrabowane jeszcze w 1939 roku z Gabinetu Rycin UW, albumy Stanisława Augusta. W skórzanych oprawach, ze złoconymi literami, tak łatwe do rozpoznania... Później obszukiwaliśmy jeszcze starannie okolice willi i znajdowaliśmy grafiki zmięte dla higienicznego użytku. Zbieraliśmy je starannie i potem profesor Lenart w swojej pracowni wszystko to jakoś wyczyścił, odmył, tak że udało się je odratować”16.

 Błyskawiczne dotarcie polskich muzealników do niemieckich składnic wcale nie oznaczało zabezpieczenia wszystkich zabytków wywiezionych z terenu Generalnego Gubernatorstwa. Prof. Witold Kieszkowski wspominając swoją działalność rewindykacyjną podkreślał, że uratowano zaledwie część dzieł sztuki zgromadzonych w rejonie Świdnicy. „Niektóre ze składnic zniszczone zostały w czasie działań wojennych lub uległy rozproszeniu i grabieży (pałac w Zagórzu Śląskim – Kynau – pow. Wałbrzych)”17. Największą stratą dla polskich zbiorów było zniknięcie obrazów Jana Matejki („Rejtan”, „Batory pod Pskowem”, „Unia Lubelska”). Dopiero 26 czerwca 1945 roku inż. Graumann dostarczył prof. Stanisławowi Lorentzowi informację, że w restauracji „Waldschlöschen”, w małej miejscowości Hain (dziś Przesieka) koło Podgórzyna i Jeleniej Góry znajdują się skrzynie z polskimi zabytkami. Na miejscu odnaleziono obrazy Matejki oraz paczki z dziełami sztuki stanowiącymi własność Galerii i Muzeum Prehistorycznego ze Lwowa.

Świdnica – ulica Wałbrzyska w okresie II wojny światowej


Mimo że od wspomnianych wydarzeń minęło już 60 lat, wciąż istnieje duża szansa na odnalezienie zabytków, które zdeponowano lub ukryto w rejonie Świdnicy. Wierzyli w to m.in. szefowie grupy operacyjnej penetrującej Sudety w poszukiwaniu „złota Wrocławia” i dzieł sztuki ukrytych przez Niemców. O tym, że przypuszczenia służb specjalnych nie były bezpodstawne, przekonują pojawiające się od czasu do czasu informacje o próbach sprzedaży jakiegoś zabytku znajdującego się w rękach mieszkańców powiatu świdnickiego

 

Link Cytuj

 
0
Avatar_forum

Jam skarb twój...

 

Wielu marzy o znalezieniu skarbów, zdobyciu bogactwa. Jest to wpływ lektur i odwiecznego pragnienia przygody, a także chęci dokonania odkryć przynoszących nagrodę w postaci klejnotów, złota itp. W XIX stuleciu po lekturze „Iliady” o odkryciu słynnego skarbu Priama marzył młody Heinrich Schliemann, co dało impuls do zainteresowania się uczonego archeologią i poszukiwania zaginionej Troi.

Większość skarbów i cennych dzieł sztuki odnaleziono przez przypadek. Tak było np. z rzeźbą Wenus z Milo. Grecki rolnik, orząc pole, zauważył w ziemi szczelinę, powstałą zapewne po trzęsieniu ziemi. Ze szczeliny wystawał fragment posągu. Podobnych przypadkowych odkryć dokonano też w Polsce. W 1967 roku w zamku Grodziec na Śląsku dzieci znalazły w korzeniach zwalonego przez wichurę drzewa garnek wypełniony monetami z XIV i XV wieku, w latach 70. w Poznaniu w trakcie konserwacji kamienicy przy ulicy Kramarskiej 8 znaleziono w piecu garnek z monetami z XIV wieku. Było ich 5200 sztuk i ważyły 20 kilogramów. Skarb można dziś oglądać w poznańskim muzeum. Historia znalezisk – a nie tylko poszukiwań – na ziemiach polskich jest bardzo interesująca.           

Najpierw warto wyjaśnić, czym różnią się skarby od innych znalezisk? W archeologii skarb to zespół wartościowych przedmiotów ukryty przeważnie w ziemi, zwykle w naczyniach glinianych. Takie znalezisko daje uczonym wiele informacji o zamożności dawnych posiadaczy, wymianie handlowej i kontaktach zagranicznych (np. obecność monet z odległych krajów świadczy o handlu z kupcami z tych stron). Należy odróżniać skarby w sensie ścisłym (zbiory cennych przedmiotów z metali szlachetnych, biżuterię, monety, a także dzieła sztuki) od pozostałych przedmiotów poszukiwanych przez grupy hobbystów, np. broni i innych militariów.

Przedwojenna „Encyklopedia Powszechna” wydawnictwa Gutenberga definiuje pojęcie „skarb” następująco: „rzecz wartościowa, która tak długo leżała w ukryciu, żewłaściciel stał się nieznanym”. Jak widać, jest to określenie bardzo nieprecyzyjne: często bowiem znamy właścicieli skarbu (np. Bursztynowej Komnaty), nie znamy tylko miejsca jego ukrycia.

Według Zygmunta Glogera, autora Encyklopedii staropolskiej słowo „skarb” pochodzi od słowa „scefr”, tj. drobna moneta. W Polsce piastowskiej i później często zakopywano w ziemi skarby monet umieszczonych w garnkach. Od czasów Batorego odkryty skarb należał do właściciela ziemi. „Za odkrycie skarbu prawo polskie nie oznaczało wysokości nagrody dla znalazcy, pozostawiając to szlachetności właściciela i uznaniu sędziego” – pisał Gloger. Inaczej sprawy te regulował Statut Litewski, obowiązujący w Wielkim Księstwie Litewskim, gdzie aż do czasów Konstytucji 3 maja obowiązywało inne prawo, istniał osobny skarb i działały odmienne od koronnych formacje wojskowe. Na Litwie zatem połowa wartości znaleziska należała się znalazcy

W zaborze pruskim i w Królestwie Kongresowym również połowa skarbu należała wg prawa do właściciela ziemi, drugą zaś mógł zatrzymać znalazca. Ten przepis był korzystny, o ile znalazca umiał ocenić wartość skarbu nie według ilości, a wartości. Nie musiał liczyć jedynie na łaskawość właściciela gruntu i dokonaną przez niego wycenę.

Później przepisy zmieniły się na niekorzyść odkrywców. Carskie okólniki z 2. połowy XIX stulecia stanowiły, że znalezione monety należy przekazać lokalnej policji, skąd przekazywano je dalej władzom guberni. Z guberni znaleziska miały trafiać do Cesarskiej Komisji Archeologicznej, działającej od połowy XIX stulecia w Petersburgu. Władzom rosyjskim zależało na zdobyciu cennych przedmiotów i wywiezieniu ich z ziem polskich. Zdarzało się jednak, że właściciele gruntów odmawiali zgody na przekazanie monet do Petersburga czy na ich przetopienie.Przepisy stanowiące, iż znalazca otrzymuje połowę wartości skarbu, obowiązywały również w Polsce międzywojennej. Dopiero w PRL prawo zostało zmienione i znalazcom wypłacano jedynie nagrodę wg uznania muzeów, które przejmowały znaleziska. Często wynagrodzenie to nie zwracało kosztów poszukiwań czy nawet dojazdu do muzeum, zatem nic dziwnego, że przypadkowi znalazcy skarbów nie zgłaszali specjalistom cennych przedmiotów. Niestety, stan ten nie został zmieniony w III RP. Obecnie właściciel gruntu nie jest właścicielem znalezionego na jego ziemi skarbu. Znalezione skarby w całości należą do państwa, co jest nonsensem. Te rozwiązania prawne, sprzeczne z polską i europejską tradycją, doprowadziły do utraty cennych dla nauki przedmiotów. Ich znalazcy woleli sprawę zatuszować i albo pozostawić sobie cenne przedmioty, albo je po cichu sprzedać, niż otrzymać (i to nie zawsze) mizerną nagrodę z budżetu muzeum. Uregulowania prawne powodują, że poszukiwania skarbów w Polsce odbywają się na dziko. Zabierają się za to amatorzy, bez wykształcenia historycznego, archeologicznego, którzy swoimi „wykopkami” niszczą bezpowrotnie cenne stanowiska archeologiczne czy ruiny zamków.

Przykładem miejsca takich dzikich poszukiwań są ruiny zamku w Szymbarku na Pojezierzu Iławskim. Po wojnie rozeszła się wieść, że w dawnej posiadłości rodu Finckensteinów ukryte są cenne przedmioty, biżuteria rodzinna, urastająca do rangi „skarbu”. Nocami wielu śmiałków buszowało po ruinach, wykuwając dziury w murach, kradnąc przy okazji pozostałości wyposażenia zamku. W latach 60. skradziono płytę z napisem, znajdującą się na wieży bramnej. Do dziś nie wróciła na swoje miejsce. W latach 70. „rozebrano” dach jednej z ocalałych wież. O odnalezieniu skarbu nic nie słychać, co oczywiście nie znaczy, że nikt niczego w ruinach nie znalazł. Może po prostu wolał nic nie mówić i wywiózł znalezisko za granicę.

Wielu poszukiwaczy organizuje własne ekipy eksploratorskie, wyposażone w coraz lepszy sprzęt. Poszukiwacze drogocennych przedmiotów na ogół znają literaturę fachową, są też dosyć dobrze wyposażeni w plany penetrowanych budowli. Natomiast przypadkowi odkrywcy nie tylko nie wiedzą nic o miejscu poszukiwań, nie znają nawet przybliżonej wartości znaleziska, ale też bywa, iż niszczą cenne przedmioty, które uda im się znaleźć. Wiele razy zdarzało się także, iż amatorzy zdobycia skarbów ginęli pod zwałami gruzów, które nieopatrznie naruszyli kopiąc w lochach. 

Niektóre skarby znalezione w Polsce przepadły, ponieważ cenne monety czy wyroby jubilerskie przetopiono. Tak stało się ze skarbem monet odkrytym w Jadownikach czy z monetami znalezionymi w Korzkwi. Zdarza się, że niefrasobliwy znalazca używa bezcennych monet np. jako... podkładek pod gwoździe! Tak pewien rolnik zniszczył w 1960 roku szesnastowieczne monety króla Zygmunta Starego i księcia Albrechta Hohenzollerna, znalezione w Żurawcach na Zamojszczyźnie. Nieświadomy wagi znaleziska chłop użył monet właśnie jako podkładek pod gwoździe i przybił nimi papę na dachu domu. Był to najcenniejszy dach, jaki istniał w Polsce.

Dlatego należy zmienić prawo i dać poszukiwaczom jakąś godziwą rekompensatę za odkryte znaleziska. Jeśli skarb nie ma dużej wartości historycznej, a jedynie materialną, to powinien pozostać w rękach odkrywcy, jeśli znalezisko ma wartość cenną dla nauki – wówczas odkrywca powinien mieć prawo do połowy jego wartości.

Burzliwe dzieje Polski, często obfitujące w dramatyczne wydarzenia, wojny i grabieże, przyczyniły się do tego, że w wielu miejscach kraju ukrywano przed wrogami cenne przedmioty, zakopywane przez dawnych właścicieli przed grabieżą. Przedstawię tu pokrótce historię najciekawszych odkryć skarbów w Polsce.

W 1631 roku w Jadownikach pod Iłżą pewien rolnik w czasie prac polowych wyorał pługiem naczynie pełne starożytnych monet. Monety przekazał dzierżawcy majątku, który z kolei wręczył znalezisko – zgodnie z prawem – właścicielom ziemi: mnichom z klasztoru w Miechowie. Wśród monet były wczesnośredniowieczne denary węgierskie, brakteaty (monety z cienkiej blachy wybijane jednostronnie) królów Węgier z XIII stulecia, Andrzeja II i Beli IV. Niestety mnisi nie mieli szacunku dla skarbu. Monety przetopili i z uzyskanego kruszcu wykonali kielich mszalny z pateną.

Cennego odkrycia dokonano w 1726 roku w Jaworze, na Śląsku. Przebudowywano tam stary szpital. W trakcie prac budowlanych wykopano złoto: 2 złote sztabki o wadze 42 gramów oraz 400 złotych monet z XIV wieku. Były tam floreny pochodzące z różnych krajów, monety francuskie, czeskie, węgierskie, złote skudaty bite w Antwerpii przez cesarza Ludwika Bawarskiego, monety angielskie z czasów Edwarda III. Ciekawym dla nauki znaleziskiem był złoty floren bity na Śląsku w połowie XIV wieku przez księcia legnickiego Wacława I.         

W pierwszej połowie XVIII wieku w Korzkwi koło Ojcowa pewien rolnik wyorał pługiem ponad 800 denarów rzymskich z I i II wieku n.e. Właściciel wsi Adam Jordan... przetopił monety będące w złym stanie. Krakowski złotnik Józef Cypler wykonał z uzyskanego w ten sposób srebra piękny kufel z pokrywką, ozdobnym uchwytem i napisem po łacinie na pokrywce: „Silny oracz orząc pole w Korzkwi, wyorał pługiem to bogactwo, z którego jest dzban. Dawna Fortuno, będę cię już pił z pełnego dzbana...” Najlepiej zachowane 188 monet... wtopiono w ścianki naczynia, by służyły jako ozdoba. W XVII i XVIII wieku panowała moda na zdobienie rozmaitych naczyń dawnymi monetami. W kuflu Cyplera tkwią więc denary cesarzy rzymskich Nerona, Wespazjana, Tytusa, Nerwy, Trajana, Hadriana, Marka Aureliusza i innych. Kufel ten znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Poznaniu. Podobne można oglądać w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Ciekawego odkrycia skarbu dokonano w XVIII stuleciu w Warszawie. Na początku panowania Stanisława Augusta kopano fundamenty pod oficynę tarasową zamku (od strony Wisły). Robotnicy przypadkowo znaleźli garnek żelazny pełen dukatów. W garnku znajdowała się kartka z napisem: „Kto znajdzie, niech pamięta o duszy Michała”. Król wręczył skarb znalazcy, nakazując spełnienie warunku, tj. by odkrywca dał na mszę za wspomnianego Michała.

W 1847 roku w Bochni wybuchła sensacja. U jubilera sortującego złoto przeznaczone na przetopienie właściciel wsi Śledziejowice nazwiskiem Niedzielski zauważył metalowy krążek. Przy bliższych oględzinach okazało się, że jest to moneta o wadze 3,5 grama z napisem WLADISLAVS DI G REX oraz sylwetką św. Stanisława. Uratowaną przed przetopieniem monetą był... złoty dukat króla Władysława Łokietka, wykopany przez robotników niwelujących ziemię w miejscowym klasztorze Bernardynów. Dukat ten był unikatem i pierwszą polską złotą monetą, wybitą prawdopodobnie z okazji koronacji Łokietka.

Po pewnym czasie monetę tę kupił kolekcjoner hrabia Emeryk Hutten-Czapski, fundator muzeum Czapskich. W jego zbiorach znajdowało się 11 000 monet polskich. Obecnie zbiory Czapskiego wraz ze złotym dukatem Łokietka znajdują się w Muzeum Narodowym w Krakowie, ale z niezrozumiałych powodów od II wojny nie są udostępniane zwiedzającym. Już w 1972 roku na łamach „Życia Warszawy” publicysta i satyryk Witold Zechenter domagał się otworzenia dla publiczności zbiorów Czapskiego. Bez skutku. Może teraz Muzeum Narodowe w Krakowie uzna wreszcie, że zbiory przekazane przez fundatora narodowi polskiemu nie są prywatną własnością muzeum, lecz należą do społeczeństwa. Brak miejsca na ekspozycję nie może być wytłumaczeniem ukrycia monet, Emeryk Czapski na potrzeby muzeum przekazał bowiem także budynek.

Z dukatem Łokietka wiąże się jeszcze inna historia. Drugi egzemplarz tej monety miał w swej kolekcji pewien warszawski numizmatyk. Dukat ten pochodził ze skarbu wykopanego w 1914 roku na Wołyniu. W 1943 roku widział ten egzemplarz kolekcjoner nazwiskiem Terlecki. Po wojnie ślad po dukacie przepadł. I oto w roku 1974 pewien mieszkaniec radzieckiego wtedy Kowna zaproponował muzeum wileńskiemu kupno tej monety. Sam podobno kupił ją ok. 1960 roku w Królewcu (Kaliningradzie) od miejscowego dentysty. Uczeni radzieccy nie byli zainteresowani kupnem polskiej monety. Muzeum w Wilnie nie zakupiło więc dukata Łokietka, a polskim muzeom nawet nie zaproponowano kupna bezcennej monety! I tak przepadł ślad po złotej monecie króla Łokietka, cennej nie tylko z powodów materialnych, ale głównie historycznych. Według naszych badaczy dukat ten mógł być nawet wcześniejszą emisją niż moneta z Krakowa. Złote dukaty Łokietka były bowiem bite dwukrotnie: 8 maja i 27 września 1330 roku. Miejmy nadzieję, że dukat jeszcze istnieje, nie został przetopiony i może obecny właściciel zaoferuje monetę polskiemu muzeum.

Inne cenne znalezisko w Polsce to np. słynny skarb z Borucina. W 1856 roku w Borucinie na Kujawach znaleziono 6 złotych i 31 srebrnych ozdób: paciorków z guzami, zdobionych filigranem, linulę, czyli wisiorek w kształcie półksiężyca ze srebra, puzderko srebrne, będące  schowkiem na amulety lub relikwie, pokryte wzorem roślinnym, bransoletę, łańcuch pleciony i 2 zawieszki. Bransoleta później zaginęła. Naukowcy ustalili, że skarb pochodzi z XI wieku, a więc z początków istnienia państwa polskiego. Znajduje się on obecnie w zbiorach Muzeum Archeologicznego w Warszawie.

Jakże często los odkrytego skarbu jest niepewny. Przykładem może być historia znaleziska z Gościkowa. W listopadzie 1867 roku w wielkopolskim Gościkowie zakładano system odwadniający piwnice w budynku dawnego klasztoru Cystersów. W trakcie prac znaleziono ponad 7,5 tysiąca srebrnych monet o łącznej wadze 220 kilogramów! Był to największy skarb monet odnaleziony na polskich ziemiach. Znalezisko zdeponowano w sądzie powiatowym w Międzyrzeczu. Miejscowe władze odmówiły zdeponowania skarbu w Berlinie. Należy pamiętać, że tereny te znajdowały się wówczas pod zaborem pruskim.

Skarb podzielono na dwie części. Jedna z mocy prawa należała do państwa, drugą zabrał znalazca. Część upaństwowiona mimo oporu lokalnych notabli trafiła do berlińskiej mennicy. Do zbiorów muzealnych przekazano tylko 119 okazów. Resztę... przetopiono. Co ze swoją częścią zrobił odkrywca skarbu, nie wiemy.

Nie zawsze znalazcy oddawali skarb właścicielowi ziemi. Oto we wsi Głębokie w Wielkopolsce 3 października 1872 roku oracz na polu pana Radońskiego wykopał gliniany garnuszek. Potrącony lemieszem garnek rozbił się i wysypały się z niego cienkie monety. Chłop postanowił ukryć przed właścicielem swe odkrycie. Akta sądowe przechowują opis sprawy: „Znalazca dostrzegłszy w nich srebro począł spiesznie zbierać w kieszeń co mógł, krusząc tym sposobem na drobne kawałki wszystko, co się w jego ręce dostało. Rzucili się za nim inni rataje, do których przyłączyły się żony, co właśnie wtedy śniadanie swym mężom przyniosły i w krótkim czasie co mogli, to wyzbierali. Trzeba było siłą odebrać monety ratajom”. Znalezisko liczyło pierwotnie 2000 brakteatów. Z tej liczby udało się opisać już tylko 1250 monet. Były to piastowskie monety z czasów Mieszka, Bolesława Chrobrego i Kazimierza Odnowiciela. Monety zostały ukryte prawdopodobnie w okresie rozbicia dzielnicowego. Odkrycie miało ogromne znaczenie naukowe, pozwoliło bowiem na zbadanie pierwszych monet w państwie Piastów. 

W roku 1927 w Kaliszu, a ściślej w dzielnicy Zagórzynek odkryto skarb monet, medalionów i różnych ozdób (datowanych na koniec V i początek VI wieku). Według badaczy był to skarb dynastii panującej w miejscowym plemieniu, być może szczepu Lugiów. Należy pamiętać, że Kalisz jest jednym z najstarszych miast w Polsce i wiadomości o nim podał już Ptolemeusz. 

 Z kolei w 1928 roku w Boroczycach, miejscowości na Wołyniu, na południowy zachód od Łucka znaleziono skarb monet i przedmiotów z późnego okresu wpływów rzymskich, związany z osadnictwem Gotów na tych terenach, a więc w pierwszych wiekach naszej ery. Odkrycie pozwoliło wykazać, że Goci dotarli nie tylko na Pomorze czy Ruś Kijowską, ale byli w innych miejscach, np. na Wołyniu.

Największy dotąd skarb numizmatyczny w Polsce odnaleziono w Słuszkowie koło Kalisza w roku 1935. Znalezisko zawiera kilkadziesiąt kilogramów XI-wiecznych monet, tzw. krzyżówek oraz srebrnych paciorków. Przez lata odkrywcy byli posiadaczami skarbu. W 1958 roku przekazali go do muzeum w Kaliszu, gdzie można oglądać 13 tysięcy monet.

Znajdowano nie tylko monety. We wsi Basonia na Lubelszczyźnie (gmina Józefów) w 1914 roku odkryto skarb bursztynowy z późnego okresu wpływów rzymskich. Było to kilkaset kilogramów brył surowca i około 30 kilogramów paciorków wykonanych na tokarce. W średniowieczu bursztyn ceniono na równi ze złotem. Dziś to znalezisko jest również cenne dla nauki, rozszerza bowiem obraz kultury materialnej na ziemiach polskich przed powstaniem państwa Piastów.

Okres II wojny światowej był dla polskich kolekcjonerów i muzeów czasem tragicznym. Niemcy przygotowywali się do rabunku cennych kolekcji już od 1937 roku. Na podstawie polskich katalogów niemieccy uczeni sporządzili listy przedmiotów, które zamierzano ukraść Polsce. W 1939 roku z „wizytą przyjaźni” przybyła ekipa niemieckich kustoszy muzeów z doktorem Dagobertem Freyem na czele. Ustalili, gdzie znajdują się upatrzone przedmioty. W momencie wybuchu wojny specjalna instytucja powołana do grabieży dóbr kultury, „Ahnenerbe”, podlegająca Himmlerowi, zabrała się do plądrowania polskich muzeów i kolekcji prywatnych. Wywieziono z Polski dzieła Rafaela, Tycjana, Canaletta, Cranacha, obrazy polskich malarzy, przedmioty sztuki złotniczej, księgozbiory. Niektóre ze skradzionych dzieł odnalazła w 1945 roku grupa polskich uczonych powołana przez dyrektora Muzeum Narodowego w Warszawie, Stanisława Lorentza. W Przesiecie koło Cieplic na Śląsku odnaleziono zbiory numizmatyczne z Muzeum Narodowego w Warszawie, grafiki ze zbiorów króla Stanisława Augusta, kielich mszalny z 1480 roku i barokowy kielich z katedry św. Jana w Warszawie, inkunabuły i starodruki, płótna Matejki: „Batory pod Pskowem”, „Rejtan” i „Unia Lubelska”. Na Śląsku znaleziono też kolekcje wywiezione przez hitlerowców po powstaniu warszawskim. W Cieplicach znajdował się też m.in. wielki srebrny krzyż z XIV wieku zdobyty przez Władysława Jagiełłę pod Grunwaldem. W Szklarskiej Porębie odnaleziono dzieła sztuki pochodzące ze Śląska. Rosjanie jednak nie pozwolili polskim uczonym na poszukiwania! Przekazali jedynie 33 skrzynie ze zbiorami Muzeum Narodowego w Warszawie. Polscy badacze zauważyli, że składy skradzionych przez Niemców zabytków w chwili, gdy weszli do nich nasi uczeni, były już splądrowane. Tak więc wiele cennych przedmiotów dostało się do rąk m.in. żołnierzy radzieckich. W ten zapewne sposób drugi egzemplarz dukata Łokietka trafił do Kaliningradu.

Do dziś do słynnych obrazów, jakie znajdowały się przed wojną w Polsce, a których nie odnaleziono, należy „Portret młodzieńca” Rafaela. Nie wiemy, gdzie znajduje się wiele cennych przedmiotów z polskich muzeów czy prywatnych kolekcji. Część odpowiedzialności spada na złodziei z Wehrmachtu czy SS, NKWD, a także rozmaitych dygnitarzy partyjnych, którzy po wojnie wykorzystali parcelację majątków polskiej arystokracji i nielegalnie weszli w posiadanie skarbów z pałaców i zamków podległych „reformie rolnej”.

Po II wojnie światowej odkrycia skarbów są naukowo opisywane, toteż o wielu znaleziskach możemy nie tylko przeczytać, ale i je obejrzeć. W Muzeum Archeologicznym w Łodzi można na przykład podziwiać monety znalezione w Oleśnicy pod Łodzią podczas prac przy budowie obory. Gospodarz z Oleśnicy, Jan Kowalczyk, we wrześniu 1958 roku wykopał naczynie wypełnione ozdobami ze srebra oraz monetami. Po zbadaniu znaleziska przez archeologów okazało się, że wśród monet są denary anglosaskie, czeskie i niemieckie z XI wieku oraz – i to była ogromna sensacja – najstarsze polskie monety: denar Mieszka I i denar Bolesława Chrobrego. 

Nie wszystkie odkrycia skarbów były przypadkowe. 27 maja 1961 roku, w czasie prowadzenia badań wykopaliskowych w grodzisku w Skrwilnie (między Rypinem a Lipnem), doktor Jadwiga Chudziakowa z Torunia znalazła w pobliżu dworu niezwykle cenny skarb. W jego skład weszły przedmioty ze złota, srebra i pozłacane. Była to biżuteria o dużej klasie artystycznej. W znalezisku był pas złocony złożony z czworobocznych ogniw, cztery złote bransolety z kolorową emalią, sześć łańcuszków, 50 pereł, 16 guzów od żupana – pięć złotych z rubinami, pięć srebrnych, pozłacanych i sześć srebrnych z diamentami, wisior z syreną, zdobiony ornamentem roślinnym, wysadzany szafirami, rubinami, diamentami i wiszącymi perłami, pierścionki z diamentami i rubinami, cztery srebrne lichtarze z początku XVII wieku, dwa z ornamentem roślinnym, mające czworokątną podstawę i nóżki w kształcie psich głów, dwa z podstawą okrągłą i ozdobami w kształcie liści akantu, dzban z pokrywą zwieńczoną lwem i ornamentem girlandowym, akantowym oraz z misą wykonaną w 1617 roku, z ornamentem o motywach aniołków, owoców i akantu. Dodatkowo w skarbie znajdowały się kufel z pokrywą i 12 łyżek wykonane przez toruńskich mistrzów. Wyroby ze złota ważyły 2 kilogramy, a przedmioty ze srebra około 5 kilogramów.

Janusz Bieniak z Muzeum Okręgowego w Toruniu na podstawie inicjałów i herbów Rogala i Prawdzic ustalił właścicieli tego znaleziska. Dzięki herbom na łyżkach i inicjałach udało się stwierdzić, że właścicielem skarbu był podczaszy płocki Stanisław Piwo, szlachcic z ziemi dobrzyńskiej, herbu Prawdzic. Część przedmiotów miała sygnatury wskazujące, że stanowiły własność jego żony Zofii Magdaleny.

O wartości skarbu stanowi nie tylko jakość artystyczna zabytków, wartość użytego kruszcu i kamieni szlachetnych, ale też oznaczenia rodowe. Jest więc cennym materiałem naukowym, ukazującym zamożność średniej szlachty Rzeczypospolitej w połowie XVII wieku. „Bez wahania powiązać można zakopanie skarbu ze szwedzkim najazdem za czasów Jana Kazimierza” – mówił Janusz Bieniak. W czasie potopu Stanisław Piwo ukrył swoje cenne przedmioty, a następnie zginął. Skarb ze Skrwilna został odkryty dopiero w drugiej połowie XX wieku, a obecnie znajduje się w zbiorach Muzeum Okręgowego w Toruniu i tam można go oglądać.

 Inne odkrycia miały czasem też dramatyczne konsekwencje. Latem 1963 roku w Zimnej Wodzie koło Gostynia, w pałacu hrabiego Grochulskiego, zamienionym za czasów PRL na zakład odwykowy dla alkoholików (!) znaleziono w trakcie remontu w łazience skrzynię z ocynkowanej blachy, a w niej biżuterię, kilogram monet (2,5 tysiąca), w drugiej skrzyni porcelanę, pasy kontuszowe, dawne pistolety, książki, gobelin i wiele cennych pamiątek rodzinnych, m.in. pamiętniki, które hrabia ukrył w 1945 roku przed Armią Czerwoną. Znalazcom... wytoczono proces o zabór własności... państwowej. By przedmioty zwrócić właścicielowi lub spadkobiercom, władzom nie przyszło nawet do głowy. A przecież właściciela skarbu znano. Nie było to mienie państwowe, bo przepisy o reformie rolnej upaństwowiały ziemię, a nie sprzęty, ruchomości, pamiątki rodzinne.

Dnia 17 listopada 1972 roku w Ozorkowie właściciele domu przy ulicy Orzeszkowej wycięli gruszę. W korzeniach drzewa znaleźli naczynie gliniane, z którego wysypały się srebrne monety. Skarb trafił do Muzeum Regionalnego w Łęczycy. Badacze stwierdzili, że w naczyniu znajdowało się 7 kilogramów srebrnych monet z XIV wieku: m.in. grosze krakowskie Kazimierza Wielkiego wybite ok. 1370 roku – dziś jest to wielka rzadkość numizmatyczna.

Z kolei w grudniu tego samego roku w Kotowicach, w trakcie budowy obory robotnicy znaleźli 1000 monet europejskich, wśród nich denary czeskie, duńskie, bawarskie, monety arabskie oraz różne ozdoby. Znalazcy dużą partię monet zabrali. Część sprzedali przypadkowym chętnym. Gdy wieść się rozeszła, do Kotowic pojechali naukowcy i wzywali znalazców do przekazania skarbu muzeum. W znacznej mierze apele te odniosły skutek.

Jedną z największych rewelacji ostatnich lat było odkrycie skarbu w Środzie Śląskiej, miejscowości leżącej 30 km na zachód od Wrocławia. Podczas budowania fundamentów domu 24 maja 1988 roku łyżka koparki natrafiła na garnek ze srebrnymi monetami. Niebawem na sąsiedniej posesji odnaleziono skarb srebrnych i złotych monet oraz biżuterii z XIII i XIV wieku i złotą koronę. Historia skarbu jest interesująca. W czasie epidemii dżumy, która w 1348 roku dziesiątkowała ludność Europy, król czeski Wacław, późniejszy cesarz Karol IV Luksemburski, dał Żydowi Mojżeszowi (w dokumentach Muscho) ze Środy w zastaw klejnoty koronne. Mojżesz dał władcy pieniądze, a skarb ukrył. W zamian za pieniądze otrzymał nie tylko klejnoty, ale też prawo pobytu na Śląsku przez 3 lata oraz zwolnienie z podatku. Jednakże niebawem Mojżesz zmarł, być może na zarazę. Przez 6 wieków skarb znajdował się w ukryciu i nikt o nim nie pamiętał. Dopiero przypadek go ujawnił. Niestety w dużym stopniu skarb rozkradziono. Obecnie liczy on 2924 monety srebrne i 39 złotych. Najcenniejszym znaleziskiem jest korona królewska wysadzana szlachetnymi kamieniami (turkusy, szmaragdy, rubiny), składająca się z 12 elementów zwieńczonych wizerunkiem orła Hohenstauffów. Jest to najpewniej wyrób sycylijski z 2. połowy XIII wieku. Według szacunków badaczy wartość korony wynosi ponad 50 milionów dolarów. Wyjątkowa jest też zapona od płaszcza ceremonialnego z XIII wieku. Uczeni uważają, że jest to jeden z najwspanialszych zabytków na świecie. Zapona jest misternie wykonana i bogato zdobiona. Była wyrobem francuskim. Karol IV przekazał też Mojżeszowi złotą taśmę – wyrób czeski z początku XIV w. Skarb ten był prezentowany w 2001 roku w Muzeum Archeologicznym w Warszawie. Na co dzień można go oglądać w ratuszu w Środzie, gdzie mieści się Muzeum Regionalne.

Podobna historia wiąże się ze znalezieniem w 2000 roku we Wrocławiu skarbu stu tysięcy denarów. Odkryto go podczas prac budowlanych przy ulicy Kazimierza Wielkiego. Koparka wydobyła z ziemi gliniany dzban, w którym znajdowało się sto tysięcy srebrnych monet z XV wieku, m.in. denarów królów Polski Władysława Warneńczyka i Kazimierza Jagiellończyka. Denary ważyły 45 kilogramów! Co ciekawe, o skarbie musiało być głośno przed wiekami. Ktoś przed laty już go szukał. Archeolodzy natrafili na 5 wykopów wokół skarbu, najbliższy znajdował się... 30 centymetrów od dzbana z monetami.

Dnia 3 czerwca 2004 r. gazeta „Ziemia Łódzka” zamieściła informację o odkryciu wartościowego znaleziska. W trakcie budowy autostrady w okolicy Parzęczewa pod Łodzią pracownicy budowlani trafili na dzban ze srebrnymi monetami, ozdobami i bryłkami srebra. W dzbanie było 1100 denarów o łącznej wadze 1 kilograma. Monety zostały wybite w Polsce, Czechach. Saksonii, na Węgrzech. Uczeni z Muzeum Archeologicznego i Etnograficznego w Łodzi uważają, że skarb ukryto przed działaniami zbrojnymi na przełomie XI i XII wieku. Przez kilka stuleci dzbanek przeleżał w ziemi – aż do 2004 roku. Dyrektor muzeum profesor Ryszard Grygiel ocenia znalezisko jako dużą rzadkość numizmatyczną. 

Z kolei w sierpniu tego samego 2004 roku sensacją było odnalezienie w Głogowie skarbu ponad 5 tysięcy złotych i srebrnych monet. Odkryto go podczas rutynowych badań archeologicznych prowadzonych w Głogowie przed rozpoczęciem budowy. Znaleziono 273 złote monety, 301 srebrnych oraz blisko 5 tys. drobnych monet, takich jak szelągi i grajcary. To jedno z największych odkryć w powojennej historii Dolnego Śląska. Wstępnie oceniono, że monety pochodzą z lat 1555–1648. Wśród nich znajdują się takie ciekawostki jak monety tureckie czy talar francuski.
„Chyba każdy archeolog marzy o znalezieniu takiego skarbu” – powiedział Zenon Hendel z głogowskiego Muzeum Archeologiczno-Historycznego. Najpierw jeden z archeologów znalazł pojedynczą monetę. Natychmiast zabezpieczono teren i rozpoczęto poszukiwania kolejnych. Okazało się, że monety leżą w piasku luzem. Kiedyś były schowane w kufrze, w sakiewkach, lecz z czasem drewno kufra zbutwiało. Zapewne jakiś głogowski kupiec schował w kufrze swój majątek w obawie przed rozruchami wojny 30-letniej. Muzeum w Głogowie otrzymało skarb w depozyt. Decyzję o przekazaniu skarbu podjął w kwietniu 2005 roku wojewódzki konserwator zabytków we Wrocławiu Andrzej Kubik. Obecnie trwa jego inwentaryzacja i wstępne naukowe opracowywanie.
Dyrektor muzeum w Głogowie Leszek Lenarczyk chce, żeby jego placówka otrzymała zbiory na własność. „Gdy zostanie wpisany do naszych ksiąg inwentarzowych, liczymy, że uda nam się zdobyć pieniądze na jego konserwację” – poinformował. Przedstawiciele muzeum i samorządu zapowiedzieli, że podejmą starania, aby skarb już na początku 2006 roku był eksponowany w tutejszym muzeum.

Cenne skarby znajdują się m.in. w Muzeach Narodowych w Poznaniu, Warszawie, Szczecinie, Muzeum Archeologicznym w Warszawie, Muzeum Okręgowym w Toruniu, Muzeum Ziemi Rawskiej w Rawie Mazowieckiej, Muzeum Okręgowym w Białymstoku, Muzeum Archeologicznym i Etnograficznym w Łodzi (są tu zbiory z ponad 100 skarbów!) i tam można je oglądać.

Wiele skarbów znajduje się jeszcze w ziemi lub specjalnych skrytkach i czeka na swoich odkrywców. Na odnalezienie czeka np. Bursztynowa Komnata. Warto wspomnieć o kilku miejscach, w których już poszukiwano drogocennych przedmiotów. Oto na początku lat 30. w Szydłówku, północnej dzielnicy Kielc wybuchła prawdziwa „gorączka złota”, w prasie ukazała się bowiem historia skarbu, ukrytego w 1914 roku przez uciekającego przed nacierającym wojskiem niemieckim generała rosyjskiego. Przed swą ucieczką generał ukrył w jakiejś skrytce kosztowności, złoto, rozmaite cenne przedmioty, które zdobył (można się domyślać, że niezbyt legalnie) stacjonując w Kielcach. Mieszkańcy miasta rzucili się do poszukiwań, przekopali niemal całą dzielnicę, ale skarbu nie znaleźli. Być może artykuł o skarbie był „kaczką dziennikarską”, ale możliwe, że historia o ukrytym skarbie rosyjskiego generała była prawdziwa i drogocenności doczekają się swego odkrywcy. A oto kilka miejsc, gdzie cenne przedmioty na pewno się znajdują, gdyż ich obecność została potwierdzona w źródłach historycznych. W Sarnowie koło Chełmna proboszcz miejscowego kościoła w czasie potopu ukrył przed Szwedami kosztowności parafialne. Niestety w 1658 roku zmarł, nie wyjawiając miejsca ukrycia skarbów. Parafianie długo szukali kosztowności, ale bez rezultatu. Jest to jeden z nie odnalezionych skarbów potwierdzonych historycznie.

Z kolei pod koniec XIX wieku we wsi Bojano znaleziono i ... niestety utracono cenny zapewne skarb. W pobliskim bagnie robotnicy wyłowili skrzynię z osobliwymi rusztami. Myśląc, że to żeliwo, wrzucili „ruszty” z powrotem do bagna. Tylko jeden z pracowników wziął sobie na pamiątkę jeden poczerniały pręt. Po odczyszczeniu okazało się, że ruszt był... sztabką złota. Pozostałe sztabki ponownie utonęły w bagnie. Może kiedyś, gdy np. przeprowadzi się w tym miejscu roboty drogowe, ktoś ponownie odnajdzie skrzynię z dziwnymi rusztami. Późniejsze poszukiwania nie przyniosły rezultatów.

Prawdziwe są też informacje o zatopionej w okolicach Wielbarka na Mazurach skrzyni ze złotymi monetami. Skarb ten to kasa rosyjskiej armii „Narew” generała Samsonowa. Waży podobno ok. 100 kilogramów i został zatopiony w trakcie odwrotu Rosjan w czasie I wojny światowej. Ktoś będzie miał naprawdę ogromne szczęście, gdy ją znajdzie. Poza satysfakcją nie może spodziewać się wielkiej nagrody, bo dla nauki monety ze skrzyni nie przedstawiają wartości. Cenne są zaś z powodu ilości złota. Należy więc podejrzewać, że odkrywca skarbu nie zgłosi się do muzeów ani do konserwatora zabytków, tylko – wbrew prawu, ale w zgodzie z rozsądkiem – przywłaszczy sobie znalezisko. Chyba że wcześniej zmienią się przepisy i odkrywcom będzie opłacało się przekazywać informacje o swych znaleziskach muzeom. Może uda się odnaleźć Bursztynową Komnatę i skradziony przez Niemców obraz Rafaela, a może też drugi egzemplarz złotego dukata Władysława Łokietka? Ciekawe, co jeszcze odnajdą poszukiwacze skarbów w Polsce? 

Link Cytuj

 
0
Avatar_forum

 

Nie wszystko dotąd powiedziano o nieludzkiej bierności wobec zagłady

 

 

 

W okresie od jesieni 1939 do maja 1945 roku Niemcy wspólnie ze swoimi poplecznikami – Ukraińcami, Litwinami, Łotyszami, Chorwatami, policją i żandarmerią francuską, faszystami rumuńskimi, węgierskimi, estońskimi wymordowali 6 milionów Żydów europejskich – przez masowe rozstrzeliwania mężczyzn, kobiet, dzieci, w komorach gazowych Oświęcimia, Treblinki, Sobiboru, Bełżca, Stutthofu, na Majdanku lubelskim, w KL Warschau, w obozach koncentracyjnych i obozach niewolniczej pracy na terenie Rzeszy, w Austrii, na Ukrainie, Białorusi, w Rumunii. Żydów mordowano w gettach, w lasach, na polach, w rowach przydrożnych.

Historycy zajmujący się po wojnie epoką zagłady Żydów europejskich wracają co pewien czas do sprawy związanej z niezrealizowanym przez mocarstwa zachodnie bombardowaniem szlaków kolejowych wiodących z Polski i całej prawie Europy do komór gazowych Oświęcimia i innych ośrodków zagłady. Sprawa ta jest do dziś otwarta i nie ma podstaw, by sądzić, że szybko się zdezaktualizuje.

Służby informacyjno-wywiadowcze Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej regularnie przekazywały władzom krajowym Polskiego Państwa Podziemnego, a te z kolei rządowi polskiemu w Londynie materiały – informacje o niemieckich planach totalnej zagłady Żydów polskich, o kolejnych jej etapach. Odpowiedzialne instytucje, a także przywódcy polscy w Londynie oraz w USA, informowały na bieżąco rządy państw sprzymierzonych. Polacy domagali się podjęcia przez mocarstwa Zachodu odpowiednich działań na rzecz ratowania Żydów przed totalną zagładą. Komenda Armii Krajowej proponowała sprzymierzonym stałe bombardowanie tras kolejowych i mostów prowadzących z Polski i innych krajów Europy do komór gazowych Oświęcimia, Treblinki, Bełżca, Soboboru i uniemożliwienie Niemcom transportu skazanych na zagładę.

Rezydenci służb wywiadowczych USA i Wielkiej Brytanii byli doskonale zorientowani co do niemieckich planów zagłady Żydów polskich i europejskich i, niezależnie od swoich rutynowych czynności, gromadzili i przekazywali do Londynu i USA informacje o totalnej zagładzie Żydów. Informacje o sytuacji Żydów w okupowanej przez Niemców Polsce docierały do Londynu i Waszyngtonu również z innych źródeł – włoskich, węgierskich, rumuńskich, szwajcarskich, szwedzkich i fińskich.

Wieści płynące w latach 1939–1942 z Europy Środkowowschodniej, głównie z Polski, dziennikarzom amerykańskiej prasy i radia mogły  wydawać się niewiarygodne, ponieważ nie mieściły się w ludzkiej wyobraźni, ale rządy Wielkiej Brytanii i USA miały pełną lub prawie pełną świadomość, dokładną wiedzę o tym, co działo się na okupowanych przez Niemców ziemiach Polski, Ukrainy, Litwy, ?otwy, Estonii, Rumunii, Czechosłowacji. Prezydent USA Roosevelt, rząd i kongresmani znali obraz totalnej zagłady Żydów polskich.

Wywiad wojskowy USA – Office of Strategic Services przejawiał jedynie minimalne zainteresowanie sprawą zagłady. Dopiero w kwietniu 1944 roku OSS otrzymał pierwszy szczegółowy opis dokonywania w Oświęcimiu masowego mordu na Żydach; na Zachód  dotarł on już znacznie wcześniej, jako że dokument ten został osiem miesięcy przedtem opracowany przez służby Armii Krajowej. OSS nie zrobił z treści tego dokumentu żadnego użytku. Informacje o zagładzie przekazywane były różnymi kanałami przez agentów CIA – Central Intelligence Agency, Centralnej Służby Wywiadowczej USA. Znacznie lepiej od  amerykańskiej była zorganizowana w Polsce brytyjska siatka agenturalna. Działały tu różne niezależne od siebie agentury i rezydenci. Jedną z nich była organizacja o kryptonimie MI-9 – Military Intelligence Department 9 – Wojskowa Służba Wywiadowcza. Poza nią działał na okupowanych ziemiach polskich rezydent MI-6. Agentury tych służb funkcjonowały w okupowanej Polsce samodzielnie, nie współpracowały ze służbami wywiadowczymi ZWZ–AK.

Z chwilą rozpoczęcia przez Niemców totalnej zagłady Żydów polskich rząd polski na emigracji podjął działania mające na celu uświadomienie zachodniemu światu, naszym sojusznikom w koalicji, widma zagłady całej bez wyjątku społeczności żydowskiej. Rząd RP postanowił pozyskać dla swoich działań opinię i poparcie Zachodu. W 1940 roku, jeszcze przed podjęciem przez Niemców ostatecznej decyzji  o całkowitej fizycznej likwidacji Żydów polskich i europejskich, podjęta została akcja pomocy żywnościowej dla Żydów w okupowanym kraju. Dla uzyskania pomocy oddelegowano do USA dr. Ludwika Rajchmana.

Rząd polski wystosował do rządów państw sprzymierzonych notę z datą 3 maja 1941 roku. W nocie tej, opublikowanej w „Białej Księdze – The German occupation in Poland” wydawanej w językach angielskim, francuskim i hiszpańskim, przedstawiono obraz niemieckiego terroru w Polsce  oraz nieludzkiego traktowania Żydów.  Ukazały się dwa tomy „Czarnej Księgi” (Black Book). W tomie II ukazano przykłady bicia Żydów, morderstw przez masowe rozstrzeliwania, palenie żywcem Żydów w synagogach w Warszawie, ?odzi, Pabianicach, Będzinie. Wymieniano liczby rozstrzelanych mężczyzn, kobiet, dzieci. Przedstawiono tam przykłady torturowania Żydów, gwałcenia kobiet żydowskich, rabowania ich dobytku, tworzenia gett, a także opisywano panujące w nich warunki.

Księgi były szeroko kolportowane w Wielkiej Brytanii i USA. Ich treść dotarła do agencji prasowych w wielu krajach, przekazano je rządom państw sprzymierzonych. W pierwszych dniach grudnia 1942 roku do Londynu dotarł Jan Karski, emisariusz Delegata Rządu, prof. Jana Piekałkiewicza. Za pośrednictwem Karskiego przywódcy społeczności żydowskiej w Polsce zwracali się do rządu polskiego oraz do rządów państw sprzymierzonych. Ukazywali  obraz totalnej  zagłady. W czasie kiedy Karski znalazł się w Londynie, z 410 tys. Żydów warszawskich pozostała przy życiu już tylko garstka niedobitków. Wówczas, w okresie 1940–wiosna 1942, nie wszyscy na Zachodzie skłonni byli jednak uwierzyć w to, co przekazywał Zachodowi rząd polski. Świat nie był w stanie zrozumieć skali barbarzyństwa i zagłady realizowanej przez Niemców.

Przedstawiciele środowisk żydowskich w Polsce, członkowie różnych liczących się organizacji, wskazywali rządom sprzymierzonych, że aby wstrzymać akcję totalnej zagłady i uratować resztki żydowskiego narodu, należy wobec Niemców posłużyć się siłą. Żydzi domagali się od sprzymierzonych nieustannego bombardowania niemieckich miast i zrzucania ulotek informujących naród niemiecki o rozmiarach zbrodni dokonywanych w imieniu tegoż narodu przez Wehrmacht, SS i policję na Żydach i Polakach. Przywódcy żydowscy wskazywali, że ostrzeżenie o skutkach okrucieństw i zbrodni może przerazić społeczeństwo niemieckie, zmusić je do wywarcia presji na kierownictwo polityczne Rzeszy i dowództwo niemieckiej armii i policji, spowodować w efekcie przerwanie akcji zagłady.

Prezydent USA Roosevelt sprzeciwił się uchyleniu decyzji Departamentu Stanu o ograniczeniu imigracji do USA ocalałych od zagłady uchodźców żydowskich. W taki to sposób zamknięto Żydom drogę do ocalenia na terytorium USA. Są liczne dowody na to, że Roosevelt poświęcał sprawie zagłady Żydów europejskich bardzo mało uwagi, że nie był zainteresowany informacjami o zagładzie, a swemu personelowi polecił kierowanie wszystkich spraw związanych z Holocaustem do Departamentu Stanu. Taką samą postawę zajmowała w owym czasie cała amerykańska władza wykonawcza. Nawet wówczas, kiedy Roosevelt interesował się działaniami na rzecz ratowania ofiar ludobójstwa niemieckiego, nie chciał ponosić z tego powodu żadnego ryzyka politycznego.W grudniu 1942 roku, w dobie ogromnego wzmożenia przez Niemców masowej eksterminacji Żydów w Polsce, z wielkim trudem zgodził się na rozmowę z działaczami żydowskimi na temat tego, co działo się w Europie Środkowowschodniej, na temat eksterminacji. W okresie późniejszym odmawiał prośbom o kolejne spotkania i rozmowy na ten temat. W październiku 1943 roku, kiedy Niemcy wyrzynali resztki Żydów, Roosevelt opuścił Biały Dom, aby uniknąć spotkania z rabinami, którzy zamierzali ponowić prośby o ratunek dla jeszcze żyjących  Żydów.

W świetle istniejących dowodów i bogatej dokumentacji nie ulega wątpliwości, że Departament Stanu USA nie był zainteresowany ratowaniem Żydów europejskich mordowanych przez Niemców i ich satelitów. Przeważała tam obojętność wobec Holocaustu. Wprawdzie Sekretarz Stanu Hull wydał publiczne oświadczenie potępiające niemieckie ludobójstwo dokonywane na Żydach, ale zarazem przejawiał minimalne zainteresowanie problemem zagłady, nie przypisywał większego znaczenia tej sprawie.

To właśnie funkcjonariusze Departamentu Stanu odcięli na początku roku 1943 dostęp do informacji o zagładzie, napływających od środowisk żydowskich w Szwajcarii. Ci sami funkcjonariusze odrzucili rumuńską ofertę uwolnienia 70 000 Żydów. Wspólnie z Brytyjczykami spowodowali fiasko konferencji bermudzkiej w 1943 roku, której oficjalnym celem było znalezienie sposobów na uratowanie od zagłady jak największej liczby Żydów. Fiasko tej konferencji oraz haniebny jej przebieg wywołały oburzenie całej społeczności światowej, potępiającej niemieckie ludobójstwo.

Istnieją dowody na to, że Departament Stanu świadomie zamknął obszar USA jako miejsce azylu dla ocalałych z zagłady Żydów i przyczynił się do tego, że państwa Ameryki Południowej poszły śladem USA.

Nie ulega wątpliwości, że nawet najbardziej zdecydowana akcja aliantów nie zdołałaby ocalić więcej niż jedną trzecią skazanych przez Niemców na zagładę. Ale solidne zaangażowanie się ze strony USA i Wielkiej Brytanii w akcję pomocy mogłoby zachować przy życiu blisko 2 miliony Żydów spośród 6 milionów wymordowanych.

Ameryka nie uczyniła w tej sprawie nic.

Związek Sowiecki, druga potęga militarna, polityczna i gospodarcza ówczesnego świata, pozostał bierny wobec zagłady Żydów europejskich. Stąd Żydzi nie mogli spodziewać się ratunku. Stalin był zdecydowanym antysemitą, nie tolerował Żydów. Był sprawcą zagłady wielu najwybitniejszych przedstawicieli tego narodu – uczonych, działaczy gospodarczych, kulturalnych, wybitnych twórców, dowódców wojskowych, dyplomatów, działaczy partyjnych. To z jego inicjatywy NKWD organizowało sfingowane procesy żydowskich lekarzy, agronomów, literatów, twórców kina i teatru sowieckiego.Żadne kwoty pieniężne przekazywane przez Republikę Federalną Niemiec (nawiasem mówiąc nędzne), przez instytucje państwowe i pozarządowe, przez różne fundacje i stowarzyszenia, żadne świadczenia pieniężne przekazywane przez Niemców narodom przetrzebionym, wymordowanym przez regularną armię niemiecką – Wehrmacht (Gott mit uns na klamrach pasów!), przez Luftwaffe, formacje SS i kolaboranckie formacje wojskowe i policyjne, zwłaszcza ukraińskie, litewskie, łotewskie, nigdy nie zrekompensują tragedii i niewinnej krwi dziesiątków milionów ludzi wielu narodowości, wymordowanych w latach drugiej wojny światowej.


I chyba nigdy w przyszłości nie uda się nikomu usprawiedliwić świadomej i celowej bezczynności ze strony mocarstw Zachodu w sprawie ratowania życia 6 milionów Żydów europejskich i kilkuset tysięcy Romów. Prawdopodobnie nie uda się za pomocą krętactw, pseudohistorycznych argumentów i łgarstw dyplomatycznych uzasadnić rzekomej słuszności odmowy bombardowania tras kolejowych, którymi Niemcy – wojsko, SS, policja i kolejarze Deutsche  Reichsbahn – przewozili Żydów z Polski, Grecji, Francji, Holandii, Belgii, Austrii, Rumunii, Czechosłowacji do komór gazowych w Oświęcimiu, Bełżcu, Treblince, Sobiborze, Majdanku lubelskim.O zagładzie Żydów europejskich – Polaków, Ukraińców, Białorusinów, Rosjan z rąk niemieckich świat zachodni, a zwłaszcza USA, kraje Ameryki Południowej, Australia, bardzo niewiele dotąd wiedzą. I nic nie wskazuje na to, że zechcą wiedzieć.Przez kilkadziesiąt powojennych lat nie udało się niestety  nigdy skutecznie ścigać i osądzić chociażby najważniejszych zbrodniarzy wojennych – Niemców, Ukraińców, Litwinów, ?otyszy, Chorwatów. Wielu spośród nich znalazło schronienie i pomoc w zatrudnieniu w Anglii, USA, Brazylii, Chile, Paragwaju. W Kanadzie np. znaleźli schronienie i pomoc ze strony rządu najbardziej okrutni oprawcy polskiej ludności kresowej, członkowie tzw. Armii Powstańczej OUN.W 60 lat po najbardziej krwawej w dziejach ludzkości wojnie należałoby uczciwie, odważnie określić postawy rządzących mocarstwami Zachodu w latach tej wojny wobec  braku z ich strony pomocy dla mordowanych 6 milionów Żydów europejskich. Należałoby choćby raz głośno powiedzieć, że winnymi zagłady 6 milionów Żydów i ponad 3 milionów Polaków byli nie tylko Niemcy, ich satelici i pomocnicy, ale również najwyżsi rangą przedstawiciele mocarstw Zachodu, ze strony których skazani na zagładę oczekiwali ratunku. Oczekiwali nadaremnie.

Link Cytuj

 
0
Avatar_forum

 

Einsatzgruppen - czołowa formacja hitlerowskiego ludobójstwa

 

„Nigdy jeszcze nie postawiono przed sądem 23 ludzi, którzy by odpowiadali za wymordowanie przeszło miliona swoich bliźnich” – z wyroku Amerykańskiego Trybunału Wojskowego w Norymberdze (Fall 9 – kwiecień 1948)

 

Einsatzgruppen der Sicherheitspolizei – tę nazwę przywódcy hitlerowskich Niemiec nadali specjalnej formacji stworzonej przez Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy (Reichssicherheitshauptamt), składającej się z oddziałów przeznaczonych do „zwalczania na  zapleczu wojsk działających w kraju nieprzyjacielskim wszelkich elementów wrogich Rzeszy i antyniemieckich”. Takie zasady określiły wytyczne dla tej formacji ustalone przez Naczelne Dowództwo Wojsk Lądowych Wehrmachtu (OKH – szef gen. Walther von Brauchitsch) oraz szefa Sicherheitspolizei i SD (policji i służby bezpieczeństwa) i jednocześnie szefa Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) SS-Obergruppenführera Reinharda Heydricha 31 lipca 1939 roku, a więc na miesiąc przed najazdem na Polskę. Z innych dokumentów tych instytucji, a także z wypowiedzi Hitlera, marszałka Wilhelma Keitla i innych wodzów III Rzeszy wynikało, że do głównych zadań tworzonych Einsatzgruppen miało należeć zabijanie Polaków i Żydów, a zwłaszcza inteligencji. Służyły temu również opracowane przez RSHA, a uzupełniane przez volksdeutschów z prohitlerowskich organizacji działających w Polsce,   listy proskrypcyjne osób, które należało uwięzić w pierwszej kolejności.

Plany władców III Rzeszy wobec ludności Polski skonkretyzował Hitler na naradzie w Obersalzbergu 22 sierpnia 1939, stwierdzając między innymi, że „rozwiązanie kwestii wschodniej” wymaga zniszczenia Polski. Dla uzyskania potrzebnej Niemcom przestrzeni życiowej (Lebensraum) niezbędna jest „fizyczna zagłada ludności pochodzenia polskiego, aby tego dokonać, Wehrmacht musi być bezlitosny”.

Przywódcy Niemiec hitlerowskich swoich dalekosiężnych planów oczywiście nie ogłaszali. Ich  realizację miało ułatwić utrzymywanie przeznaczonych na zagładę narodów w nieświadomości ich przyszłego losu, co do pewnego czasu się udawało. Niemniej jednak bardziej  dalekowzroczni politycy polscy, od dawna i głębiej rozumiejący istotę faszyzmu i rasistowskiej doktryny hitleryzmu, wskazywali na rozmiary niebezpieczeństwa grożącego społeczeństwu polskiemu i całej ludzkości. Potwierdzeniem ich przestróg okazały się już pierwsze działania hitlerowskich najeźdźców we wrześniu 1939 roku – wprowadzenie odpowiedzialności zbiorowej jako formy zemsty na bezimiennych mieszkańcach za straty, jakie najeźdźcy ponosili z rąk bohatersko broniących się wojsk polskich, brutalny  stosunek do ludności cywilnej i mordowanie jej pod byle jakim pretekstem, jak np. w Warszawie. Realizację tych planów powierzono zarówno Wehrmachtowi, jak i specjalnym ruchomym jednostkom policyjno-gestapowskim – Einsatzgruppen – grupom operacyjnym (dalej w skrócie EGr.).

W ostatnich dniach sierpnia 1939 utworzono w Wiedniu, Opolu, Wrocławiu, Drawsku i Olsztynie 5 Grup Operacyjnych (Einsatzgruppen), którym nadano oznaczenia od I do V i przydzielono do poszczególnych dowództw armii uderzających na Polskę. Na ich czele stali kolejno: SS-Brigadeführer Bruno Streckenbach, SS-Obersturmbannführer Emanuel Schäfer,   SS-Brigadeführer Lotthar Beutel, SS-Obersturmbannführer Hans Fischer i SS-Brigadeführer Ernst Damzog. Przeważnie byli to wysokiej rangi członkowie SS, szefowie policji bezpieczeństwa (Sicherheitspolizei – Sipo) i tajnej policji państwowej – gestapo – w poszczególnych prowincjach III Rzeszy. Einsatzgruppen liczyły wtedy w sumie ok. 3000 ludzi – funkcjonariuszy Sipo, gestapo, policji kryminalnej (Kripo) i SS, a później także miejscowych hitlerowców. Formacjom tym, które określa się niekiedy jako „bataliony” lub „brygady śmierci”, nadano kryptonim „Tannenberg”, co miało symbolizować niemiecki odwet za  klęskę  pod Grunwaldem w 1410 roku.

Te oddziały śmierci posuwały się w głąb Polski zaraz po oddziałach Wehrmachtu. Terenem ich działania było Krakowskie (EGr. I), Częstochowa i Radom (EGr. II), Pomorze i Białostockie (EGr. III), Kępno, Kalisz, ?ódź (EGr. IV), płn. Mazowsze (EGr. V). Ponadto 3 września Himmler powołał do działania na Śląsku grupę operacyjną i specjalnego przeznaczenia (Einsatzgruppe zur besonderen Verwendung) pod dowództwem SS-Obergruppenführera Udo von Woyrscha (prezydenta policji w Gliwicach), a 12 września we Frankfurcie nad Odrą Einsatzgruppe VI pod dowództwem SS-Oberführera Ericha Naumanna celem działania w Wielkopolsce. Einsatzgruppen składały się z szeregu mniejszych grup  (Einsatzkommando i Sonderkommando – w skrócie EK i SK), ale niektóre z nich działały samodzielnie, np. Einsatzkommando 16 dowodzone  przez szefa gestapo w Gdańsku Rudolfa Trögera, obejmujące tereny polskiego Wybrzeża i Pomorza Gdańskiego.

Na podstawie decyzji Hitlera Einsatzgruppen oraz szefowie wkraczających do Polski innych jednostek policyjnych mieli prawo do natychmiastowego – nawet bez wprowadzonych jednocześnie policyjnych sądów doraźnych – rozstrzeliwania na miejscu wszystkich podejrzanych o stawianie oporu, tzw. insurgentów. W praktyce rozstrzeliwano wszystkich Polaków podejrzanych o wrogość wobec Niemców, a także Żydów. Jak obliczono, we wrześniu 1939 r. przeprowadzono 522 egzekucji, w których uśmiercono 11 000 osób, a w paź­dzierniku w 99 egzekucjach 4200 osób. Według dokładnych obliczeń ofiarami Einsatzgruppen, a także Wehrmachtu i policyjnych sądów doraźnych padło 16 336 osób cywilnych, Polaków i Żydów, w tym obrońcy Śląska, Poczty Gdańskiej, mieszkańcy Bydgoszczy, gdzie Einsatzgruppe I rozstrzelała ok. 400 Polaków, Częstochowy, gdzie 3 i 4 września zamordowano 277 osób, w tym 25 kobiet i 8 dzieci. W Złoczewie (Sieradzkie) zabito ok. 200 Żydów, pod Pułtuskiem 80, w Przemyślu 600. Rozstrzeliwań Żydów dokonywano m.in. na podstawie rozkazu Heydricha z 21 września 1939, w którym nakreślił perspektywę „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej (Endlösung)”, realizowaną później. Niemały udział w tych zbrodniach miały formacje tzw. samoobrony (Selbstschutz), złożone ze zhitleryzowanych volksdeutschów, ściśle powiązane z Einsatzgruppen.

Już w czasie pierwszych dni wojny władcy III Rzeszy nakazali zniszczenie polskiej warstwy kierowniczej, m.in. 8 września 1939 Heydrich stwierdził na naradzie personelu kierowniczego Sipo i SD: „Przodujące warstwy ludności w Polsce winny być w miarę możliwości unieszkodliwione. Pozostałe, niższe warstwy ludności nie otrzymają specjalnych szkół, i zostaną w jakiejś formie dyskryminowane”. W tym celu szefowie Einsatzgruppen mieli sporzą­dzić dodatkowe listy proskrypcyjne Polaków uznanych za „warstwę kierowniczą” do likwidacji do dnia 1 listopada 1939, co Heydrich powtórzył na  odprawie 16 października. Znalazło to wyraz w tzw. akcji A–B (Allgemeine Befriedungsaktion), której ofiarą padło kilka tysięcy przedstawicieli polskiej inteligencji.

Akcję tę – rozpoczętą przez Einsatzgruppen – kontynuowały stacjonarne urzędy, komendy i placówki Sicherheitspolizei i SD (w ich składzie główną rolę odgrywało gestapo), które kontynuowały działalność i przejęły kadry Einsatzgruppen i podległych im oddziałów, już po formalnym zakończeniu ich funkcji, na podstawie rozkazu Heydricha z 20 listopada  1939. Wynikiem tej akcji było kilkadziesiąt tysięcy ofiar do końca 1939 roku. Jak podał szef zachodnioniemieckiej centrali dla zbadania zbrodni III Rzeszy dr Adalbert Rückerl – było ich 60–80 tysięcy.

Za formalną aprobatą Hitlera, w wyniku takich i innych działań ludność okupowanej Polski miała przekształcić się w „pozbawiony przywództwa lud roboczy”,  który „będzie corocznie dostarczać Niemcom robotników sezonowych i robotników do specjalnych przedsięwzięć (drogi, kamieniołomy, budowle)”.

Jak stwierdził Heydrich w swym późniejszym sprawozdaniu dla Himlera z 2 lipca  1940 roku, Einsatzgruppen „na podstawie uprzednio przygotowanych danych przeprowadzały aresztowania, konfiskaty i zabezpieczenie ważnego materiału politycznego, zadając silne ciosy wrogom Rzeszy spośród emigracji, żydostwa, przeciwnikom polityczno-kościelnym, jak również II i III Międzynarodówce”.

Przytoczono tu tylko niektóre dane z dokumentacji znajdującej się w Archiwum Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, częściowo opublikowane m.in. przez Kazimierza Leszczyńskiego w 1971 r. w Biuletynie GKBZHwP (t. XXII).

Decyzją Hitlera Wielkopolskę, Pomorze, Śląsk i Zagłębie, dużą część ziemi łódzkiej i Mazowsza inkorporowano do Rzeszy. Po wysiedleniu stąd Polaków miały się one stać krajem czysto niemieckim. Z reszty ziem Polski Centralnej i Południowej (ziemie wschodnie zająłby wówczas Związek Radziecki) utworzono tzw. Generalne Gubernatorstwo (GG), którego wielkorządcą Hitler mianował Hansa Franka.

Wytyczną dla utworzonego na bazie Einsatzgruppen aparatu policyjno-gestapowskiego działającego w okupowanej Polsce  było m.in. przemówienie Himmlera wygłoszone 15 marca 1940 r.: „głównym i najważniejszym zadaniem jest wykrycie wszystkich przywódców polskich, aby można było ich unieszkodliwić. [...] Fachowców pochodzenia  polskiego wykorzysta się w naszym przemyśle wojennym. Potem znikną wszyscy Polacy ze świata. [...] Głównym zadaniem jest zniszczenie wszystkich Polaków [alle Polen zu vernichten]”. Miało również nastąpić „całkowite wygaśnięcie pojęcia Żydów”. Na podstawie tych i wielu innych wytycznych i rozkazów metodą działania przekształconego z Einsatzgruppen aparatu Sipo i SD stały się masowe aresztowania Polaków i Żydów, mordowanie zakładników i tysięcy innych niewinnych ludzi, akcja masowych wysiedleń połączonych ze znęcaniem się i grabieżą dobytku, polowań na ludzi do pracy niewolniczej w Niemczech, segregacji rasowej, zakładania gett i wyniszczania ludności żydowskiej. Terror, tj. działania wzbudzające powszechne zastraszenie i grozę, stał się podstawową metodą polityki okupantów hitlerowskich w Polsce, ich głównym sposobem rządzenia. W stosunku do narodów podbitych spełniał on różnorakie funkcje, przede wszystkim zaś doraźną funkcję eksterminacyjną.

Równolegle przygotowywano w RSHA dalekosiężne plany eksterminacji narodu polskiego w oparciu na idei Hitlera wyrażonej m.in. w Obersalebergu 22 sierpnia 1939. Jeszcze przed uderzeniem na ZSRR Hitler zapowiedział Hansowi Frankowi, iż „z Polski uczyni w ciągu 15–20 lat kraj czysto niemiecki”.

W okresie największych sukcesów niemieckich, w drugiej połowie 1941 i w 1942 r. w wydziale III B RSHA pracowano nad kolejnymi wersjami planu pod nazwą Generalplan Ost. Według wariantu tego planu z kwietnia 1942 r. 80–85% Polaków, 75% Białorusinów, 65% Ukraińców i innych Słowian – ogółem 31 milionów ludzi – miało zostać przesiedlonych na Syberię, pozostałych zaś –14 milionów – miano wymordować lub zgermanizować.

Terytoria opróżnione po wysiedleniu Polaków i innych narodów słowiańskich miano zasiedlić przez Niemców. Gdyby okazało się ich zbyt mało, na tych przestrzeniach miano osiedlić także Duńczyków, Norwegów, Holendrów i przedstawicieli innych narodów germańskich,   a  po  zwycięstwie Niemiec  także Anglików.          Natomiast wszystkich Żydów miano „wyeliminować” jeszcze w czasie wojny, przed spodziewanym zwycięstwem Niemiec, w ramach tzw. ostate­cznego rozwiązania kwestii żydowskiej. Projekt ten, obejmujący wszystkie kraje europejskie okupowane lub będące pod wpływem Niemiec, został przestawiony przez władze III Rzeszy 20 stycznia 1942 w Wannsee pod Berlinem na konferencji z udziałem przedstawicieli 21 państw związanych z III Rzeszą lub zależnych od niej. Z niemiecką dokładnością ustalono plan wymordowania 11 milionów żyjących tam jeszcze mężczyzn, kobiet i dzieci pochodzenia żydowskiego. Obecny tam przedstawiciel rządu GG z Kra­kowa, sekretarz stanu dr Josef Bühler plan ten nie tylko akceptował, lecz domagał się jak najszybszej eliminacji Żydów z GG, gdyż – jego zdaniem – Żydzi stanowią tam duże niebezpieczeństwo jako nosiciele epidemii i pokątni handlarze.       

Wstępem do tego miała być segregacja „rasowa”, mająca na celu izolowanie od społeczeństwa polskiego ludzi uznanych przez władze hitlerowskie za Żydów, niezależnie od ich narodowości i wyznania, tylko na podstawie przynależności religijnej ich przodków. Osadzono ich w zamkniętych dzielnicach, gdzie poddawano ich stopniowemu unicestwianiu przez głód i choroby przy jednoczesnym niszczeniu ich odporności psychicznej i aktywności życiowej.

Dotychczasowy sposób zabijania przez masowe rozstrzeliwanie postanowiono zastąpić metodami „przemysłowymi” przez wytrucie ludzi w komorach gazowych. Już 8 stycznia 1942 rozpoczął działanie obóz śmierci w Chełmnie nad Nerem, 17 marca w Bełżcu, od kwietnia w Sobiborze, od czerwca w Treblince oraz komory gazowe we wcześniej zorganizowanych obozach Auschwitz-Birkenau (w Oświęcimiu), Majdanku i innych. W okresie sukcesów niemieckich na froncie wschodnim w 1942 r. zginęły w komorach gazowych ok. 2 miliony obywateli polskich oraz innych krajów, przede wszystkim Żydów, a także 26 tysięcy Cyganów. Pozostawionych na razie przy życiu ok. 350 tysięcy Żydów w gettach szczątkowych i specjalnych obozach pracy SS niemal całkowicie wymordowano w latach 1943–1944. Wojnę przeżyło ok. 120 tysięcy, głównie przy pomocy Polaków, którzy czynili to mimo śmiertelnego zagrożenia. Ocalało też ok. 20 tysięcy Cyganów, głównie dzięki ucieczkom do Węgier i Rumunii.

Nasilenie terroru w stosunku do ludności polskiej, szerokie zastosowanie metody publicznych egzekucji zbiorowych, których ofiarą padali często ludzie przypadkowo schwytani na ulicach, w domach,  kościołach itp., fala obław, polowań na ludzi, masowa grabież mienia i żywności – wszystko to umacniało w społeczeństwie polskim świadomość zagrożenia zagładą i konieczności zbrojnej samoobrony. Los Żydów przekonywał, iż przywódcy Rzeszy Niemieckiej zdolni są do dokonania masowego mordu na całych narodach, w zależności od odpowiednich warunków politycznych i technicznych, rezygnując przy tym nawet z dotychczasowych korzyści ekonomicznych płynących z niewolnictwa. 

Przekonanie to stało się bodźcem do powstania w Polsce szerokiego ruchu antyhitlerowskiego – ruchu oporu, przejawiającego się w różnych strukturach organizacyjnych i różnych formach, takich jak opór cywilny, sabotaż, a zwłaszcza walka zbrojna, która okazała się najbardziej skutecznym sposobem przeciwstawiania się terrorowi i ludobójczym planom okupanta. Wykazała to m.in. kontrakcja polskich organizacji wojskowych na prowadzoną w okrutnej formie akcję wysiedleńczą na Zamojszczyźnie, która miała zapoczątkować uczynienie z Generalnego Gubernatorstwa „niemieckiego obszaru osiedleńczego”.

Potwornej fali zbrodni hitlerowskich nie mogły zahamować oświadczenia, odezwy i groźby rządów państw koalicji. Rządowi gen. Sikorskiego udało się po czterech miesiącach starań uzyskać ogłoszenie w kwietniu 1940 roku wspólnej odezwy rządów Anglii, Francji i Polski „Do sumienia Świata”, piętnującej zbrodnie dokonane w Polsce i zapowiadającej odpowiedzialność za to władz Rzeszy. Władze te, rozzuchwalone sukcesami swej armii i podbojami kolejno Danii, Norwegii, Belgii, Holandii, Francji, a później Jugosławii i Grecji – zlekceważyły te ostrzeżenia i protesty. Przygotowywały też następne wielkie uderzenia na Związek Radziecki, w którym specjalne, ludobójcze działania miały wykonać ponownie utworzone brygady śmierci Einsatzgruppen.

Hitlerowskiej polityce terroru i ludobójstwa i przeciwdziałaniu jej przez polski ruch oporu poświęcono setki prac naukowych (z fundamentalnymi pracami prof. Czesława Malajczyka na czele) oraz tysiące różnego rodzaju publikacji książkowych i prasowych. Szersze niż skrótowe omówienie tych problemów wykraczałoby poza ramy niniejszej publikacji.

Sukcesy wojenne Niemiec, ich kolejne podboje w Europie, przy stosunkowo niewielkim nasileniu oporu zbrojnego w krajach podbitych, rozzuchwalały przywódców III Rzeszy i sprzyjały snuciu i po części także realizowaniu przez nich planów panowania nad światem i zniszczenia opornych i niepożądanych narodów i społeczeństw.

W grudniu 1940 roku Hitler podjął decyzję o uderzeniu na Związek Radziecki. 18 grudnia Naczelne Dowództwo Wehrmachtu (OKW) rozpoczęło przygotowania do tego w postaci planu „Barbarossa”. Celem tego i innych planów agresji było militarne podbicie tego państwa, rozczłonkowanie go i skolonizowanie. Ludność zajmowanych terenów miała stanowić rezerwuar sił roboczych dla Rzeszy Niemieckiej, a znaczna jej część miała zostać fizycznie zniszczona.

Realizacja takich i innych „zadań specjalnych” została powierzona zgodnie z dyrektywą szefa OKW feldmarszałka Wilhelma Keitla z 13 marca 1941 r. „führerowi” SS i policji niemieckiej Heinrichowi Himmlerowi i podporządkowanym mu formacjom, z RSHA na czele. 25 marca 1941 r. doszło do porozumienia szefa RSHA Heydricha z Naczelnym Dowództwem Wojsk Lądowych (Oberkommando des Heeres – OKH) o współdziałaniu ich formacji przy wykonywaniu „zadań specjalnych” po wkroczeniu na zajmowane tereny ZSRR. Zgodnie z tym porozumieniem do poszczególnych Grup Armii zostały przydzielone ruchome Grupy Operacyjne (Einsatzgruppen) policji bezpieczeństwa w sile 800–1200 ludzi – gestapowców, żandarmów, policjantów itp., dzielące się na Oddziały Operacyjne (Einsatzkommando – skrót EK lub EKDO) i Oddziały Specjalne (Sonderkommando – SK), których łącznie było 18.

I tak: do Grupy Armii „Północ” dowodzonej przez feldmarszałka Wilhelma von Leeba, mającej uderzyć na kraje bałtyckie i Leningrad została przydzielona EGr. A z SS-Brigadeführerem Walterem Stahleckerem na czele. Gdy zginął z rąk partyzantów 23 marca 1942 r., jego następcą został SS-Standartenführer Heinz Jost.

Do grupy Armii „Środek” feldmarsz. Fedora von Bocka nacierającej na Białoruś i Moskwę przydzielono EGr. B, dowodzoną przez SS-Gruppenführera Artura Nebe.

Do Grupy Armii „Południe” feldmarsz. Gerda von Rundstedta przydzielono EGr. C na czele z SS-Brigadeführerem Otto Raschem. Miała ona działać na Ukrainie. Natomiast południową część Ukrainy oraz Krym po północny Kaukaz miała „oczyścić” EGr. D na czele z SS-Gruppenführerem Otto Ohlendorfem, przydzielonym początkowo do 11 Armii.

Specjalnym rozkazem Himmlera utworzono szereg dalszych oddziałów specjalnych spośród sił policyjno-gestapowskich działających dotąd w Generalnym Gubernatorstwie i Prusach Wschodnich; i tak np. do Białegostoku, natychmiast po zdobyciu tego miasta, skierowano EK złożone z 50 warszawskich gestapowców dowodzonych przez SS-Obersturmführera Wofganga Birknera. Do Lwowa udało się 150 gestapowców sformowanych w Krakowie pod dowództwem komendanta policji bezpieczeństwa i SD w GG SS-Oberführera Eberharda Schöngartha, a 30 gestapowców z Lublina udało się na Wołyń. Ponadto do zachodniej części Litwy, tj. do Kłajpedy, Kretyngi i Połągi udała się Grupa Specjalna z Olsztyna i Tylży, a także z wcielonych w 1939 r. do Rzeszy Suwałk, która rozpoczęła akcję od Augustowa.

Grupy te działały przez kilka tygodni, po czym większość z nich wróciła na tereny swojej wcześniejszej działalności. Ich dzieło przejęły w całości sformowane centralnie Einsatzgruppen.

Koncepcja Einsatzgruppen oparta była na wypróbowanych w Polsce metodach działania i kadrach, z tym że ich działalność terrorystyczna miała uzyskać znaczne rozwinięcie w postaci masowych rozstrzeliwań ludzi uznanych przez nich za komunistów, inteligencji oraz wszystkich Żydów.

W maju i czerwcu 1941 przeszkolono kadrę dowódczą Einsatzgruppen w Pretzsch nad ?abą i Düben w Saksonii. Instruowali ich Heydrich i szef personalny RSHA Streckenbach. Wskazówką dla ich działalności eksterminacyjnej w stosunku do ludności cywilnej i jeńców wojennych były m.in. wytyczne OKW z 19 maja 1941. Zaczynały się od słów: „Bolszewizm jest śmiertelnym wrogiem narodu niemieckiego […] Walka z nim wymaga bezwzględnego i energicznego działania przeciwko bolszewickim agitatorom, dywersantom, sabotażystom, Żydom i doszczętnego wytępienia wszelkiego oporu – czynnego lub biernego”.

Aparat propagandowy Goebbelsa zapewniał odpowiednie uzasadnienie dla mordów dokonywanych na ludności cywilnej i jeńcach. Goebbels nazwał Rosjan „zbiorowością zwierzęcą”, a Żydów „podludźmi” (Untermenschtum). Armię Czerwoną przedstawiono jako „czerwone hordy z azjatyckich stepów” lub „ludzkie stada”, komunistów zaś jako „zbrodniarzy i zbór żydowski”, który należy zgładzić.

Wyszkolenie przyszłych masowych morderców i nasycenie ich odpowiednią propagandą przyniosło wkrótce straszliwe rezultaty. Ich odbiciem są sprawozdania zbiorcze sporządzane w RSHA na podstawie meldunków poszczególnych Einsatzgruppen, pod nazwą Ereignismeldungen UdSSR (meldunki o wydarzeniach dot. ZSRR), rozsyłane według rozdzielnika w 50 egzemplarzach m.in. dla Himmlera, Heydricha, dowódców SS i policji w prowincjach Rzeszy i krajach przez nie okupowanych. Zachowane są w Archiwum Federalnym (Bundesarchiv) w Koblencji. Jest tam 195 raportów zbiorczych na 2579 kartach datowanych od 23 czerwca 1941 do 24 kwietnia 1942, rozsyłanych początkowo codziennie, a później co 2–3 dni.

Od 1 maja 1942, gdy ruchome Grupy Operacyjne przekształciły się w stacjonarne komendy Sipo i SD, ich raporty zbiorcze z okupowanych obszarów na wschodzie (Meldungen aus den besetzten Ostgebieten) rozsyłano co tydzień. W Koblencji jest 55 takich raportów, liczących 1668 kart. W sumie więc trzeba było przejrzeć 4247 kart. Jest oczywiste, że w niniejszej  publikacji – zgodnie z jej tytułem – można było tylko krótko zrelacjonować ten zasób dokumentów i przytoczyć niektóre fragmenty o działalności Einsatzgruppen.

Innym istotnym źródłem jest wyrok w procesie Einsatzgruppen przed amerykańskim Sądem Wojskowym w Norymberdze, odbytym pomiędzy 25 lipca 1947 i 10 kwietnia 1948, opublikowany w opracowaniu Kazimierza Leszczyńskiego i Siegmara Quilitzscha w 1963 r. w Berlinie pt. Fall 9 i w tymże roku w Polsce w opracowaniu i tłumaczeniu Szymona Datnera, Janusza Gumkowskiego i Kazimierza Leszczyńskiego w XIV tomie Biuletynu Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce.

Lektura tych dokumentów musi wstrząsnąć każdym, kto je czyta. Sędziowie amerykańscy stwierdzili wówczas: „Mamy tu do czynienia z udziałem w zbrodni o niespotykanej nigdy dotąd brutalności i o takim niepojętym okrucieństwie, że umysł wzdraga się przed wyobrażeniem sobie tego, a wyobraźnia zawodzi przy rozważaniu takiego upodlenia, jakiego ludzka mowa nie jest w stanie wyrazić”. I dalej: „W wielkim smutku, lecz pełni nadziei przystępujemy do przedstawienia tej rozmyślnej rzezi miliona niewinnych i bezbronnych mężczyzn, kobiet i dzieci”, dokonanej przez „ponure bandy w postaci Einsatzgruppen, które licząc ok. 3000 ludzi zamordowały w ciągu niespełna dwóch lat co najmniej 1 milion ludzi”.

Sąd amerykański dysponował meldunkami Einsatzgruppen, nieraz przytaczał je w uzasadnieniu wyroku i przy tym stwierdzał: „Każda niemal strona tych sprawozdań ocieka krwią i jest otoczona żałobną obwódką tragedii i rozpaczy”.

Meldunki dzienne i sprawozdania Einsatzgruppen zawierają szczegółowe dane i opisy popełnionych przez nie zbrodni. W myśl rozkazów Hitlera i Heydricha, ofiarami rozstrzeliwań na okupowanych terenach byli zakładnicy brani spośród ludności cywilnej, a także ludzie uznani za komunistów i współpracowników władz radzieckich, inteligenci i inne elementy „niepożądane”, a wśród nich psychicznie i nieuleczalnie chorzy, jednostki „aspołeczne, politycznie zakażone, małowartościowe pod względem rasowym”, Cyganie, mówiący po tatarsku Krymczacy (szczep tatarski wyznający religię mojżeszową), wszyscy Żydzi. Ofiarą mordów padali także miejscowi Polacy, m.in. na Wołyniu, Białostocczyźnie, w Nowogródzkiem i Lwowskiem, o czym będzie mowa niżej.

W pierwszych tygodniach wojny w meldunkach RSHA o działalności Einsatzgruppen sporo miejsca zajmowały informacje o wyczynach grup policyjno-gestapowskich wydelegowanych z Warszawy, Krakowa, Lublina i Prus Wschodnich (o których już wspomniałem). Ich dziełem były tysiące ofiar na terenach bliskich granicy z 1941 roku. M.in. do 11 lipca 1941 gestapowcy z Tylży rozstrzelali 1743 osób, w tym 316 w Augustowie. W Białymstoku już 27 czerwca, przy udziale 322 batalionu policji niemieckiej, spalono 700 Żydów w synagodze, rozstrzelano dalszych 2000 oraz 300 poza miastem, dalszych 194 zaś w dniu 9 września. W Grajewie rozstrzelano 650 Żydów, w Szczuczynie 800 Żydów i ludzi uznanych za komunistów. Niezadowolenie szefa EGr. SS-Gruppenführera Artura Nebe wywołał fakt, iż do 13 lipca 1941 jego podkomendni zamordowali w Grodnie i Lidzie „tylko” 96 Żydów. „Wydałem rozkaz, aby działano tu bardziej intensywnie” – meldował Nebe. Rozkaz wykonano.

Jak zapisał dowódca 322 batalionu policji niemieckiej (sformowanego w Wiedniu) major Nagel w dzienniku wojennym, jego podkomendni rozstrzelali w Białymstoku w dniach 6–17 lipca 105 osób cywilnych, głównie Żydów i Polaków. Później batalion ten działał w rejonie Białowieży pod bezpośrednim nadzorem dowódcy SS i policji „Russland-Mitte” SS-Gruppenführera Ericha von dem Bacha, gdzie do 22 sierpnia zabił 359 Żydów, a następnie wyruszył dalej, mordując, na Białoruś i Smoleńszczyznę.

W Brześciu – jak meldował dowódca sformowanej w Generalnym Gubernatorstwie Grupy Operacyjnej Specjalnego Przeznaczenia SS-Oberführer Eberhard Schöngarth – zabiła ona do 9 września 1941 1317 Żydów i komunistów. W ?omży i okolicach mordowała i organizowała pogromy grupa gestapowców z Ciechanowa i Płocka dowodzona przez Hermana Schapera (wg Anny Bikont). Działał tu m.in. przybyły z gestapo w Suwałkach SS-Hauptsturmführer Waldemar Macholl.

Równocześnie na zajmowane tereny przybywały Einsatzgruppen utworzone przez RSHA. 25 czerwca weszła do Kowna Grupa A dowodzona przez SS-Brigadeführera Waltera Stahleckera. Inspirowani i częściowo uzbrojeni przez niego tzw. „partyzanci litewscy” już tej samej nocy zamordowali 1500 Żydów, a w ciągu pogromu trwającego przez kilka następnych dni dalszych 2300, a więc w samym Kownie 3800. 28 czerwca przybyło do Kowna Einsatzkommando 10 SS-Sturmbannführera dr. Ericha Ehrlingera, który utworzył z „partyzantów” 5 batalionów litewskiej policji pomocniczej. Terenem masowych mordów był odtąd w Kownie Fort VII, gdzie – jak wynika z raportu dowódcy EK 3 SS-Standartenführera Karla Jägera – do listopada 1941 zamordowano 23 203 ludzi, w tym jednego dnia – 9 października – 9200.

W Wilnie litewscy „partyzanci” inspirowani przez Stahleckera do 23 lipca 1941 zabili 7620 Żydów i komunistów. Odtąd – jak zapewnił w meldunku Stahlecker – będzie się likwidować ich rękami po 500 osób dziennie, przeważnie w Ponarach pod Wilnem. Już 19 września Jäger meldował, że wspólnie z oddziałami litewskimi zabito tam w sumie 85 000 Żydów.

Na ?otwie działała EK 2 dowodzona przez Edwarda Straucha. Według jego meldunku z 15 lipca 1941 rozstrzelała ona w Rydze 3900 Żydów, w Dynaburgu 1150, w Mitawie wszystkich Żydów – 1550. Ogółem na ?otwie do 10 listopada zabito 31 598 Żydów oraz spalono dwie wsie za współpracę z partyzantami radzieckimi.

W Estonii Sonderkommando 1a do 14 stycznia 1942 zabiło wszystkich tamtejszych Żydów – o czym triumfalnie zameldował jego dowódca dr Martin Sandberger.

Ogółem Einsatzgruppe A rozstrzelała na terenie Litwy, ?otwy, Estonii i płn. Białorusi do końca 1941 roku 214 450 Żydów. 23 marca 1942 z rąk partyzantów radzieckich zginął Stahlecker. Po nim funkcję przejął SS-Brigadeführer Heinz Jost. Morderstwa trwały, objęły one także Żydów przybywających do gett utworzonych w Rydze, Kownie, Wilnie i innych miastach z Niemiec, Holandii i innych krajów okupowanych przez III Rzeszę.

Dnia 5 lipca 1941 przybyła do Mińska Einsatzgruppe B dowodzona przez Artura Nebe. Do 29 lipca zamordowała ona w Mińsku 1050 Żydów, komunistów i Azjatów. Dziennie zabijano po 200 ludzi. M.in. w rasistowskim szale zamordowano w Mińsku 733 ludzi o „azjatyckim wyglądzie”. Nie przeszkodziło to w późniejszym tworzeniu z jeńców pochodzących z Azji tzw. legionów: turkiestańskiego, azerbejdżańskiego, kałmuckiego, tatarskiego itp. W Słucku przy udziale litewskich „partyzantów” zabito 10 rodzin uchodźców żydowskich z Polski. Ogółem zaś EK 8 (dowódca dr Otto Bradfisch) i EK 9 (dowódca dr Albert Filbert) zamordowały na Białorusi do 13 września 23 804 ludzi, w tym wszystkich Żydów z gett w Słucku, Witebsku, Mohylowie i innych miastach. Do 14 listopada EGr. B uśmierciła 45 467 osób. Niektóre meldunki EGr. B porażają swoim cynizmem, np. wymordowanie wszystkich Żydów w Gorodku, Newlu i Janowiczach (łącznie 2019) uzasadniono troską o zapobieżenie niebezpieczeństwu „zarazy”, „świerzbu” itp.

Na dzień przed wkroczeniem wojsk niemieckich Einsatzgruppen do Lwowa grupy bojowe ukraińskich nacjonalistów z obydwóch odłamów OUN (Bandery i Melnyka) rozpoczęły 27 czerwca akcję powstańczą przeciwko wycofującym się wojskom radzieckim, krwawo przez nie stłumioną. W 3 dni później wkroczył do Lwowa utworzony przez Abwehrę i jej przedstawiciela prof. Teodora Oberländera składający się z nacjonalistów ukraińskich batalion „Nachtigall” z Romanem Szuchewyczem (późniejszy dowódca UPA „Czuprynka”) na czele. Nastąpił pogrom Żydów i Polaków, gdy w dniach 1–6 lipca zabito 3000 niewinnych ludzi głosząc, iż jest to odwet za zamordowanie przez NKWD licznych więźniów. Udział w tym brała EK 5 dowodzona przez Erwina Schulza oraz gestapowcy z Krakowa.

W dniu 2 lipca trzech gestapowców aresztowało b. premiera RP prof. Kazimierza Bartla, który 26 lipca został rozstrzelany na specjalny rozkaz Himmlera. W nocy 3 na 4 lipca grupy gestapowców, żandarmów i „Nachtigallowców” aresztowały na podstawie wcześniej sporządzonych spisów 23 profesorów i docentów lwowskich wyższych uczelni oraz 25 osób zastanych w ich mieszkaniach. Nad ranem tegoż dnia niemal wszystkich rozstrzelano i zakopano w masowym grobie na Wzgórzach Wóleckich.

W tym czasie – od 1 lipca – przebywał we Lwowie sztab Einsatzgruppe SS-Brigadeführera dr. Otto Rascha oraz wspomniana już grupa specjalna z GG Schöngartha, która według meldunku z 28 sierpnia zamordowała przy udziale nacjonalistów ukraińskich 1154 ludzi, a do 9 września dalszych 710. Do 16 lipca zamordowano we Lwowie ok. 7000 Żydów, w Tarnopolu 710, w Stanisławowie zaś 300 osób spośród polskiej i żydowskiej inteligencji, w tym 120 nauczycieli. Kolejny pogrom we Lwowie nastąpił 25 i 26 lipca z okazji rocznicy zabójstwa Symona Petlury, gdy zabito ok. 15 000 Żydów, głównie na „piaskach” lesienickich.

Dalsze morderstwa trwały w założonym 15 listopada 1941 obozie janowskim, ok. 130 000 mieszkańców utworzonego we Lwowie 23 lipca 1941 getta wywieziono w 1942 r. do obozu śmierci w Bełżcu. Taką samą śmierć zadały władze hitlerowskie wszystkim mieszkańcom gett nowo utworzonego dystryktu Galicja w Generalnym Gubernatorstwie. Ponurą rolę odegrał dowódca SS i policji w tym dystrykcie SS-Gruppenführer Friedrich Katzmann. Tymczasem EGr. C Ottona Rascha opuściła Lwów i 19 lipca urządziła się w Żytomierzu, a podlegała jej  EK 6 dr. Erharda Krögera w Równem, gdzie do 11 lipca zdążyła zabić 240 ludzi, w Dubnie 100, w Krzemieńcu 130 Żydów (zatłuczono ich kijami). Do 9 sierpnia w Równem zamordowano 370 Rosjan i 1643 Żydów, do 7 listopada – 15 000, w Łucku 2000, w Pińsku 4500, w Berdyczowie 1 i 2 września zabito 1303 Żydów, w tym 876 kobiet. W Żytomierzu za zgodą gen. Reinharda (tak w meldunku) rozstrzelano 30 lipca 180 komunistów Żydów (prawdopodobnie jeńców), do 17 września 6584, a ostatnich 3145 Żydów zabito tam 7 października. W Humaniu zdołano zabić „tylko” 1412 Żydów, gdyż 8000 jakoby uciekło. W Radomyślu Sonderkommando 4 SS-Standartenführera Paula Blobela rozstrzelało 1107 Żydów, milicja ukraińska zaś 561 dzieci żydowskich. Blobel cynicznie meldował, że mord ten spowodowany był „brakami żywności m.in. dla dzieci i niebezpieczeństwem zarazy”. Do 6 września 1941 jego SK wymordowało 328 Żydów, a do 30 listopada 59 018. W Kamieńcu Podolskim oprawcy Söngartha rozstrzelali w ciągu 3 dni 23 600 Żydów (meldunek  z 11 września).

Do najstraszliwszych zbrodni Einsatzgruppe C, podległego jej SK 4 Blobela i 2 pułków policyjnych należy rozstrzelanie w ciągu 2 dni (29 i 30 września) 33 771 kijowskich Żydów w Babim Jarze. Meldowano o tym 2 i 7 października 1941, a 3 listopada opisano to bardziej dokładnie: „Gdy ogłoszono o przesiedleniu Żydów, sądzono że stawi się ich 5–6000, lecz w wyniku niezwykle zręcznej organizacji znalazło się ich ponad 30 000. Do ostatniej chwili przed egzekucją wierzyli oni, że chodzi tu o przesiedlenie”. Do tego dnia zamordowano w Kijowie 75–80 000 ludzi, w tym 8000 za działalność „probolszewicką”. W celu wymiany „doświadczeń” w akcji mordowania nie-Żydów tak pisano 17 września: „aby wywołać mniemanie, że gestapo działa sprawiedliwie i bada starannie każdy przypadek, EK 6 (Krögera) przeprowadza egzekucje Rosjan i Ukraińców w taki sposób, aby o nich się dowiedziano”.

Podobny podstępny chwyt jak w Kijowie zastosowała EGr. C w Połtawie, gdzie wezwano Żydów plakatami do zarejestrowania się, po czym 1538 z nich rozstrzelano. Ich odzież przekazano burmistrzowi, który zobowiązał się dostarczyć ją przede wszystkimi volkdeutschom. Do tego dnia wataha Blobela zamordowała 50 018 ludzi, a EK 5 Meyera 36 147. Jeszcze 6 marca 1942 meldowano o zabiciu dalszych 3237 Żydów i 710 komunistów partyzantów.

Swój szlak znaczyła licznymi morderstwami Einsatzgruppe D dowodzona przez Ohlenbuscha, która posuwając się przez Mołdawię wzdłuż brzegów Morza Czarnego przechodziła przez tereny okupowane przez Rumunów. Sprawozdawcy RSHA skarżyli się na dokonywane przez nich liczne rabunki i gwałty, ale chętnie z Rumunami współdziałano dla zabijania Żydów. I tak w Czerniowcach zabito 3106 Żydów i 34 komunistów, w Kiszyniowie EK 11 (dowódca Baul Zapp) zamordowała 551 Żydów, w Chocimiu 150, w Mikołajowie i Chersonie wymordowano wszystkich Żydów i komunistów – razem – do 18 października – 40 699. Gdy 22 października w Odessie wyleciał w powietrze budynek NKWD, Komenda miasta i dowództwo 10 dywizji rumuńskiej, Rumuni wybili ok. 10 000 Żydów; 26 października EGr. D zameldowała o zabiciu tam 31 767 Żydów i komunistów.

Po zdobyciu przez Niemców Krymu, 19 listopada sztab Ohlendorfa przeniósł się do Symferopola. Do 15 grudnia 1941 zabito tam 1639 komunistów, 17 645 Żydów, 2504 Krymczaków i 820 Cyganów, a do 8 stycznia 1942 rozstrzelano 79 246 ludzi, do 18 lutego 86 642, w tym w Symferopolu 10 000, tj. wszystkich Żydów Krymczaków. W połowie marca 2286 Żydów, 1071 Cyganów, 1435 komunistów i partyzantów. Do końca marca 1942 EGr. D rozstrzelała ogółem 91 678 osób.

Wspólną metodą dla wszystkich policyjno-gestapowskich batalionów śmierci było przede wszystkim rozstrzeliwanie ofiar, po uprzednim rozkazaniu im, aby złożyły na wyznaczonym miejscu swoją odzież i wszystkie posiadane przedmioty. Jeden z głównych oprawców Karl Blobel tak zeznał na procesie: „Sprowadzano każdorazowo po 15 ludzi na brzeg masowego grobu […] Wskutek zajęcia pozycji klęczącej większość ofiar wpadła od razu do grobu”. Często oprawcy kazali ofiarom wchodzić do wykopanych dołów jeszcze za życia. „Gdy rozstrzelano jeden szereg, wchodził następny i kładł się na zwłokach” – zeznał inny oprawca. Oskarżeni kaci zeznawali, że ich ofiary prawie bez wyjątku szły na rzeź spokojnie, bez oporu. Jeden z mieszkańców osiedla położonego blisko miejsc zbrodni, będący mimowolnym świadkiem egzekucji stwierdził: „Bez krzyku lub płaczu ludzie rozbierali się […] całowali i żegnali czekając na skinienie SS-mana, który stał nad dołem. […] Nie słyszałem żadnej skargi ani prośby o litość”.

Nie przytaczam dalej tych zeznań ze względu na potworność scen mordowania ludzi, a zwłaszcza dzieci.

Później część ofiar mordowano już w sposób „udoskonalony”, trując ich gazami spalinowymi w specjalnych autobusach śmierci. Już we wrześniu 1941 otrzymały je bataliony Sipo i SD z EGr. C na Ukrainie, wypróbowano je także od stycznia 1942 w Chełmnie w Polsce, a na wiosnę 1942 przez jednostki EGr. D na Krymie. Uznano, iż stwarza to możliwości lepszego ukrywania zbrodni, gdyż zwykle rozstrzeliwań dokonywano na oczach ludności i wiadomości o tych masowych morderstwach dochodziły do szerokiego świata.

Masowe rzezie przyniosły Trzeciej Rzeszy ogromne korzyści materialne. Skrupulatnie obliczano sumy pieniężne i kosztowności zabierane ofiarom przed ich uśmierceniem i meldowano o tym władzom nadrzędnym. Odzież i inne przedmioty należące do ofiar przekazywano niemieckiej opiece społecznej (Nationalsozialistische Volkswohlfarth – NSV), np. po masakrach w Kijowie i Żytomierzu wywieziono tego 137 ciężarówek. Złoto, srebro i zegarki odsyłano do Berlina. Odzież ofiar mordu w Połtawie przekazano mianowanemu przez Niemców burmistrzowi, który zobowiązał się, że w podziale uwzględni przede wszystkim volksdeutschów. Przekazywano im również bydło i dobytek rozstrzeliwanych chłopów i palonych wsi.

W sentencji wyroku wydanego w procesie przywódców Einsatzgruppen przez Amerykański Trybunał Wojskowy w Norymberdze w kwietniu 1948 stwierdzono: „Bataliony Operacyjne nie potrzebowały stawiać czoła kulom i granatom. Nie otrzymały rozkazu galopowania na paszcze armatnie. Ich zadaniem było rozstrzeliwanie nieuzbrojonej ludności cywilnej, stojącej nad swoimi grobami”. Dlatego też – w odróżnieniu od Wehrmachtu – ich straty były minimalne. Rosnąć zaczęły dopiero wtedy, gdy rozwinął się ruch partyzancki.

Wskutek bohaterskiego oporu wojsk radzieckich nie udało się objąć ludobójczymi działaniami głównych miast Związku Radzieckiego – Moskwy i Leningradu. Zgodnie z rozkazem Hitlera z 7 października 1941 miały one zostać totalnie zniszczone, nawet gdyby zechciały skapitulować. W przeświadczeniu o rychłym ich zdobyciu dowódcy Einsatzgruppen mianowali już szefów i skład osobowy oddziałów operacyjnych, które miały wejść tam tuż za Wehrmachtem i rozpocząć masowe rozstrzeliwania zgodnie z zamierzeniami przywódców III Rzeszy. Przy EGr. A utworzono oddział przedni dla Leningradu (Vorkommando Petersburg), a przy EGr. B Vorkommando Moskau dla wkroczenia do Moskwy. Jego szefem został SS-Standartenführer Hans Six, profesor uniwersytetu w Królewcu.

Dnia 18 lipca 1941 meldowano, że Leningrad zostanie zdobyty w ciągu 3–5 dni, a Vorkommando oczekuje na to w Pskowie. 23 lipca szef EGr. B meldował, iż Vorkommando Moskau oczekuje w Smoleńsku na podjęcie działań policyjnych i gestapowskich w Moskwie, aby szybko zlikwidować działaczy komunistycznych według przygotowanych już spisów i zdobyć ważne materiały dokumentalne.

Jeszcze 7 października 1941 istniało to Vorkommando, ale nie doczekało się sukcesów. Na papierze został także w maju 1942 przygotowany w Ministerstwie Rzeszy dla okupowanych Ziem na Wschodzie (Ostministerium) Alfreda Rosenberga plan podziału administracyjnego dla nowych Komisariatów Rzeszy pod nazwami: Moskowien i Kaukasien.

Ofiarami zbrodni wojennych popełnionych przez Einsatzgruppen przy udziale Wehrmachtu były także tysiące jeńców wojennych Armii Czerwonej. Na podstawie rozkazów szefa OKW Keitla, m.in. cytowanego wyżej rozkazu z 19 maja 1941 oraz dyrektywy OKW z 6 czerwca 1941 (Kommissarenbefehl), a także rozkazów Heydricha z 28 czerwca i 7 lipca miano jeńców posegregować, a oficerów politycznych, komunistów, przedstawicieli radzieckiej inteligencji oraz wszystkich Żydów bądź likwidować na miejscu, bądź przekazywać do dyspozycji Einsatzgruppen i innych jednostek Sipo, które rozprawią się z nimi. W rozkazie operacyjnym nr 8 z 17 lipca 1941 Heydrich pisał, aby egzekucji jeńców „nie dokonywać ani w samym obozie, ani w jego pobliżu: nie mogą one być publiczne i muszą być przeprowadzone w sposób możliwie niespostrzeżony”.

Za zbrodnie na jeńcach byli odpowiedzialni również niektórzy dowódcy Wehrmachtu. Dowódca 6 Armii marsz. Walter von Reichenau wydał 10 października 1941 rozkaz, m.in. wyjaśniający żołnierzom, aby dążąc do „pełnego unicestwienia systemu żydowsko-bolszewickiego” i „wpływów azjatyckich” zrozumieli konieczność sprawiedliwego odwetu na żydowskich podludziach, oraz zastosowania drakońskich środków przeciwko partyzantom i ich pomocnikom. Podobne rozkazy wydawali też dowódca 17 Armii von Hoth, 18 Armii gen. Georg von Küchler, 11 Armii gen. Erich von Mannstein i inni.

Niekiedy jednak dowódcy EGr. skarżyli się na niektórych oficerów Wehrmachtu, m.in. na komendantów obozów jenieckich, którzy ociągali się z wyławianiem przewidzianych do uśmiercenia kategorii jeńców. Według meldunku z 3 listopada 1941 komendant obozu w Winnicy oddał nawet pod sąd kilku oficerów za to, że wydali na śmierć gestapowcom 372 jeńców-Żydów. Zdarzały się jednak takie fakty, jak np. w Boryspolu, gdzie komendant obozu jeńców wezwał EK 4a dowodzoną przez Blobela w celu rozstrzelania 1109 jeńców Żydów, w tym 78 rannych (meldunek 12 listopada 1941).

Władze hitlerowskie podejmowały wysiłki, aby do ludobójczych działań wciągnąć mieszkańców zajmowanych terenów. Pierwsze „sukcesy” tych inspiracji (w Kownie) skłoniły szefa RSHA Heydricha do wysłania dowódcom Einsatzgruppen 29 czerwca 1941 następujących instrukcji: „W nawiązaniu do ustnie udzielonych już 17 czerwca w Berlinie wskazówek przypominam, co następuje: Nie należy stawiać przeszkód do samooczyszczenia (Selbstreinigungsaktionen), występujących w antykomunistycznych i antyżydowskich kręgach na nowo zajętych obszarach. Przeciwnie, należy je wywoływać nie pozostawiając śladów, intensyfikować, jeśli to potrzebne oraz kierować na odpowiednie tory, w taki jednak sposób, żeby miejscowe ‘koła samoobrony’ nie mogły później powoływać się na rozporządzenie lub udzielone polityczne przyrzeczenia. […] Tworzenia stałych oddziałów samoobrony z centralnym kierownictwem należy z początku unikać, zamiast nich celowe jest wywoływanie miejscowych pogromów w sposób wyżej przedłożony”.

Dnia 1 lipca Heydrich powtórzył to w rozkazie do wszystkich dowódców EGr. i EK, dodając następujący fragment: „Na nowo zajętych, zwłaszcza byłych polskich terenach, mieszkający tam Polacy okazują się antykomunistyczni i antyżydowscy. Jest zrozumiałe, że akcje oczyszczające rozciągają się przede wszystkim na bolszewików i Żydów. W odniesieniu do polskiej inteligencji rozstrzygnięcia nastąpią później, chyba że w obliczu zagrożenia, przez zwlekanie, będą konieczne natychmiastowe działania. Dlatego jest rzeczą oczywistą, że do akcji oczyszczających nie należy brać tak nastawionych Polaków, chyba że w ograniczonych miejscowych warunkach będzie można wykorzystać ich dla pogromów lub jako wartościowych wywiadowców. Powyższą taktykę należy stosować we wszystkich podobnych przypadkach”.

Było to więc zbrodnicze podżeganie ludności zajmowanych przez Niemców terenów do maltretowania i zabijania współobywateli. Chodziło też o złamanie im kręgosłupa moralnego. Meldunki wskazują, iż udało się to tylko na niektórych terenach Litwy i Galicji. Zupełnie nie udało się do tego skłonić Polaków, poza Jedwabnem i kilkoma innymi masteczkami w ?omżyńskiem.

Przedstawione w meldunkach RSHA niektóre fakty zbrodni faszystów ukraińskich i litewskich oraz Tatarów krymskich, jak też innych formacji kolaboranckich w służbie Wehrmachtu, policji i Waffen SS, nie świadczą o postawie całych ich społeczeństw. Szereg meldunków wskazuje na potępianie przez nie dokonywanego na ich oczach ludobójstwa. Np. dowódca EGr. A Walter Stahlecker skarżył się w meldunku z 20 września 1941, iż organizowanie pogromów napotkało na wyraźne trudności, mimo „pewnych sukcesów” w tej dziedzinie w krajach bałtyckich. Ale jego następca SS-Brigadeführer Heinz Jost zarzucał 16 marca 1942 litewskim, łotewskim i estońskim formacjom policyjnym, zorganizowanym decyzją podjętą przez Himmlera 10 września 1941 w czasie jego pobytu w Rydze, że w morderczym szale zabijają wszystkich partyzantów, także tych, od których gestapo mogło uzyskać cenne zeznania.

Dnia 29 sierpnia 1941 szef EGr. B Arthur Nebe meldował ze Smoleńska, iż (na Białorusi) „mimo naszych wysiłków ludność nie tylko nie podejmuje własnych akcji przeciwko Żydom, lecz wykazuje brak zrozumienia dla środków zastosowanych przez Niemców przeciwko Żydom. Słychać głosy, że postępowanie z Żydami jest nieludzkie”. Stwierdzenie to powtórzył w raporcie z 7 października 1941.

Szef EGr. C SS-Brigadeführer dr Otto Rasch stwierdził 9 sierpnia 1941, że podjęte na Ukrainie próby inspirowania pogromów Żydów „niestety nie przyniosły spodziewanych sukcesów”. Sądził on, że wynika to ze strachu ludności przed powrotem władz radzieckich. Z Kijowa meldowano 12 września, że „ludności tamtejszej prawie nigdzie nie można uaktywnić do działań przeciwko Żydom”. Aby nie drażnić ludności, egzekucje przeprowadza się w tajemnicy. A 13 października Rasch stwierdził, że „antysemityzm na tle rasowym jest obcy ludności (Ukrainy). Brakuje przywódców i inicjatywy pogromów”.

Meldunki RSHA z Ukrainy często omawiały sytuację wśród podzielonych na odłamy Stepana Bandery, Andrija Melnyka i „Tarasa Bulby”-Borowcia nacjonalistów z OUN i ustosunkowywały się do ich działalności. Niemało było też aresztowań i egzekucji Ukraińców, zwłaszcza z ugrupowania Bandery.

W meldunkach z okupowanych terenów Ukrainy, Białorusi, Litwy, ?otwy, Estonii i Rosji znalazło się niemało fragmentów odnoszących się do tamtejszych Polaków. Obok informacji o zachowaniu się ludności polskiej, o Kościele rzymskokatolickim, o stosunkach z innymi narodami, meldowano także o represjach wobec Polaków, o aresztowaniach członków wykrytych organizacji polskich i o polskim ruchu oporu. I tak 29 sierpnia 1941 pisano o aresztowaniach i rozstrzelaniu członków podziemnej organizacji polskiej na Wołyniu, 12 września o czynnej pomocy Polaków dla zbiegłych jeńców radzieckich i tworzonych przez nich grup partyzanckich, 27 września dowódca EGr. A oskarżył Polaków o pomaganie Żydom na Wileńszczyźnie, szef EGr. B wskazywał na konieczność objęcia represjami policyjnymi także Polaków, którzy aktywizują działalność w rejonie Nowogródka i Baranowicz, szef EGr. C 18 października meldował zaś o propolskich tendencjach w Żytomierskiem (zapewne wśród Polaków). 14 listopada rozstrzelano na Wołyniu 100 Polaków, którzy pozostawali w kontaktach z polskim ruchem oporu w Warszawie. EGr. A meldowała, iż wobec nasilenia ruchu oporu Polaków na Wileńszczyźnie 6 stycznia 1942 „zdusiło w zarodku” próbę organizowania przez Polaków sabotażu i partyzantki; zlikwidowano też polską tajną radiostację. 12 stycznia 1942 meldowano RSHA o aresztowaniu osób narodowości polskiej, które znalazły się w niewoli w ZSRR i po przeszkoleniu zostały zrzucone na spadochronach w rejonie Baranowicz. Wskazywano, iż działalność Polaków na tym terenie zmierza do wszystkiego, co może osłabić władze i armię niemiecką. W tym celu nawiązali oni kontakty z sowiecką partyzantką. 23 lutego pisano: „Rosyjscy partyzanci i polski ruch oporu przygotowują powstanie. Planują naprzód wytępić małe garnizony Wehrmachtu i uderzyć na Mińsk. Ogłoszono tam stan alarmowy”.

Było to tylko kilka fragmentów z meldunków Einsatzgruppen odnoszących się do Polaków. Także późniejsze meldunki z Ukrainy, Białorusi i Litwy – już po rozwiązaniu Einsatzgruppen – mówią wiele o represjach wobec tamtejszych Polaków.

W pierwszych miesiącach po 22 czerwca 1941 Ereignismeldungen UdSSR obejmowały nie tylko działalność Einsatzgruppen na obszarach zajmowanych na Wschodzie, lecz także wskazywały na różne przejawy ruchu oporu i represji podjętych przez władze hitlerowskie w krajach będących w ich zasięgu, m.in. w Polsce, Jugosławii, Czechosłowacji, Francji, Belgii, Holandii, a także w Austrii i Niemczech. Stopniowo jednak coraz więcej miejsca w tych meldunkach zajmują informacje o ruchu oporu na okupowanych terenach Białorusi, Ukrainy i Rosji, o lądowaniu spadochroniarzy itp.

Początkowo władze hitlerowskie nie doceniały siły i zasięgu tego ruchu, spodziewały się szybko i krwawo go zdławić, traktując to zarazem jako dogodny pretekst dla masowych rzezi ludności. „Ta partyzancka wojna posiada także pozytywną stronę – stwierdził Hitler 16 lipca 1941 – stwarza nam ona możliwość unicestwienia wszystkiego, co okazuje się nam przeciwnym”. Do akcji włączono Wehrmacht: „Führer zarządził, aby wszędzie wkroczyć najostrzejszymi metodami, aby ruch ten zniszczyć jak najszybciej. M.in. za każdego żołnierza niemieckiego ukarać śmiercią 50–100 komunistów tak, aby działało to odstraszająco” – pisał marsz.  Keitel  w rozkazie z 16 września 1941.

Nie pomogły drakońskie metody. W początkach 1942 r. aktywność sił policyjnych, dotąd niemal bez reszty zaabsorbowanych mordowaniem bezbronnej ludności i chwytaniem do robót przymusowych w Rzeszy, skupiała się na walce z partyzantami, na ekspedycjach karnych itp. Straty partyzantów wyolbrzymiano, głównie przez zaliczanie do nich okolicznych mieszkańców zabijanych przy tej okazji. Od końca 1941 r. ruchome Einsatzgruppen zaczęto stopniowo przekształcać w stacjonarne komendy i placówki SS – policji bezpieczeństwa i służby bezpieczeństwa (Sipo i SD), z udziałem niemal tych samych „wypróbowanych” kadr. Wyższym dowódcą SS i policji dla Kraju Wschodniego (Ostland) obejmującego Litwę, Łotwę, Estonię i Białoruś oraz strefy Russland-Nord został SS-Obergruppenführer Friedrich Jaeckeln, dla strefy Russland-Mitte Erich von dem Bach, dla Ukrainy i strefy Russland-Süd SS-Obergruppenführer Hans-Adolf Prützmann.

Dokończyły one eksterminacji ludności żydowskiej skoncentrowanej uprzednio w gettach oraz Cyganów i umysłowo chorych, ale coraz większa ich uwaga poświęcana była zwalczaniu rosnącego ruchu partyzanckiego. Stanowi to odrębne zagadnienie, którego tu nie poruszam.

Zsumowanie fragmentarycznych danych zawartych w omawianych meldunkach dowodzi, iż Einsatzgruppen do końca swej działalności, tj. do stycznia 1942 (w niektórych przypadkach dłużej) zamordowały 402 065 osób spośród ludności cywilnej.

Kierownik Centrali Badania Zbrodni Hitlerowskich w RFN Adalbert Rückerl stwierdził, iż do końca kwietnia formacje policyjne zamordowały ok. 560 000 ludzi. Amerykański Trybunał Wojskowy w Norymberdze oskarżył kierowników Einsatzgruppen o unicestwienie ok. 1 miliona ludzi.

Zakończenie działalności Einsatzgruppen nie oznaczało przerwania trwającego ludobójstwa. Dokonywały tego stacjonarne komendy Sipo i SD, dywizje SS i Waffen SS, różne formacje policyjne. Według obliczeń historyków radzieckich ofiarą ludobójstwa padło na Ukrainie ponad 4 miliony ludzi, na Białorusi ok. 2,5 miliona (tj. ponad 25% jej ludności), w okupowanych regionach Rosji prawie 1,7 miliona, 700 tysięcy na Litwie, 650 tysięcy na ?otwie, 150 tys. w Estonii, nie licząc tych, których wywieziono i pozbawiono życia poza ojczystym krajem. Dodać do tego należy ofiary spośród jeńców wojennych – żołnierzy Armii Czerwonej. Jak wynika ze statystyk OKW, spośród 5 750 000 wziętych do niewoli żołnierzy radzieckich, 1 030 000 zlikwidowano przez jednostki Sipo i SD (w tym przez Einsatzgruppen) oraz „przy próbie ucieczki”, 280 000 zmarło w czasie transportów, 1 980 000 zmarło z głodu i chorób – łącznie ok. 3 300 000.

Na zmianę ludobójczej polityki władz hitlerowskich nie wpływały protesty i ostrzeżenia rządów koalicji, w tym noty rządu ZSRR z 25 października 1941 i 6 stycznia 1942, deklaracja londyńska 9 państw (w tym Polski) z 18 grudnia 1942, deklaracja moskiewska z 30 października 1943 i szereg innych dokumentów rozpowszechnionych na całym świecie. Zapowiedziane w nich ukaranie sprawców zbrodni mogło jednak nastąpić dopiero w wyniku pokonania Niemiec, wysiłkiem walczących na frontach armii państw antyhitlerowskiej koalicji.

Ich zwycięstwo umożliwiło ujęcie i osądzenie wielu sprawców hitlerowskich zbrodni, w tym głównych realizatorów masowego mordu na ludności cywilnej. Znaleźli się oni na ławie oskarżonych w procesie Einsatzgruppen (nr 9) przed Wojskowym Sądem Amerykańskim w Norymberdze, toczącym się od 15 września 1947 do 10 kwietnia 1948. Wśród 24 oskarżonych dowódców Einsatzgruppen i Einsatzkommandos wszyscy mieli wyższe wykształcenie, było 8 prawników, 1 profesor uniwersytetu (Six) oraz eksksiądz (szef EK 6 Ernst Biberstein). Ci wykształceni ludzie dopuścili się takich zbrodni, które – jak stwierdzono w uzasadnieniu wyroku – „ze względu na rozmiar i zasięg ich bestialstwa nie dają się opisać”.

Spośród nich szef EGr. B (od listopada 1941) Erich Naumann, Paul Blobel, Werner Braune (szef EK 2b), Otto Ohlendorf (szef EGr. D) zostali skazani na karę śmierci i wyrok wykonano, Ernest Biberstein, skazany na śmierć i ułaskawiony, w wyniku amnestii ogłoszonej przez Wysokiego Komisarza Johna McCloya wyszedł w 1958 r. Inni, skazani na śmierć lub dożywotnie bądź długoletnie więzienie, znaleźli się wkrótce na wolności, jak szef EK 2 Edward Strauch, szef EK 12 Gustav Nosske, szef EK 5 Erwin Schulz, Franz Six, Walter Blume szef SK 7a, Heinz Jost – szef EGr. A i inni. Niektórzy z nich zostali w RFN adwokatami, radcami w koncernach, jak Jost, dyplomatami, jak Six, funkcjonariuszami policji. To może wyjaśnić, dlaczego ten wyrok został udostępniony do opublikowania dopiero po 15 latach, w 1963 roku, mimo iż w 1948 roku Amerykański Try

Link Cytuj

 
0
Avatar_forum

 

Zbrodniarze z fortu III w Pomiechówku

 

Tysiące Polaków z północnego Mazowsza przewinęło się w latach 1941–1945 przez kazamaty katowni w Pomiechówku1. Wielu z nich zginęło męczeńską śmiercią, przy czym winę za ich unicestwienie ponoszą funkcjonariusze Fortu III.

Na wstępie należy podkreślić, że jest trudne do ustalenia, jakie funkcje pełnili poszczególni członkowie załogi więzienia oraz w jaki sposób jego ogniwa podlegały strukturze organizacyjnej. Na taki stan rzeczy wpływa brak dokumentów. Nieliczne materiały archiwalne nie pochodzą bezpośrednio z więziennej kartoteki. Właściwa zaś dokumentacja, która obciążała oprawców, została przez nich zniszczona doszczętnie 31 lipca 1944 r., tuż po wymordowaniu ostatnich 281 więźniów. Udało się jednak odtworzyć częściowo strukturę organizacyjną Polizeigefängnis Pomiechówek na podstawie fragmentarycznych materiałów oraz zeznań świadków, które znajdują się w Instytucie Pamięci Narodowej.

Najprawdopodobniej więzienie podlegało SS-Standartenführerowi Canarisowi, urzędującemu w Królewcu. Mieściła się tam bowiem siedziba administracyjna gauleitera Prus Wschodnich oraz okupowanych polskich ziem północnego Mazowsza i Białostocczyzny. Bezpośredni zaś nadzór nad Fortem III sprawowało od 1941 do 1944 r. gestapo z Nowego Dworu Mazowieckiego.

Znamienne jest, że – niezależnie od funkcji, jakie spełniał Fort III w polityce eksterminacyjnej w stosunku do ludności północnego Mazowsza – nadzór nad jego działalnością sprawowali funkcjonariusze gestapo w Nowym Dworze Mazowieckim: komisarz Schaper, a w Ciechanowie radca rządowy SS-Sturmbannführer Schulz. To również ich podpisy figurują na meldunkach o wykonaniu wyroków wysyłanych do przełożonych2.

Na czele więzienia karno-śledczego stał komendant, odpowiedzialny za całokształt spraw związanych z prawidłowym działaniem więzienia. Głównym jednak jego zadaniem było zapewnienie bezpieczeństwa. Urząd komendanta od początku 1943 r. aż do likwidacji więzienia w lipcu 1944 r. sprawował prawdopodobnie SS-Obersturmführer Jerzy Scherfer3. Warto w tym miejscu wspomnieć, iż niektórzy z byłych więźniów sprawowanie funkcji komendanta przypisują Pfenigowi vel Fenikowi4, gestapowcowi pochodzącemu z Niemiec. Nie udało się jednak ustalić, kto kierował Fortem III w okresie od marca do jesieni 1941 r., kiedy był on zarówno obozem dla przesiedlonych Polaków, jak i gettem zbiorczym obozu dla Żydów.

Przed wojną SS-Obersturmführer Jerzy Scherfer5 mieszkał w Polsce. Bardzo dobrze znał go więzień Józef Olszewicz, ponieważ mieszkał z nim w tej samej wsi Nowy Modlin6. Rodzice Scherfera posiadali w Modlinie sklep spożywczy7. Edukację zaś pobierał w Szkole Powszechnej w Kosewie pow. Nowy Dwór Mazowiecki. Jego szkolnym kolegą był Tadeusz Pawelski, aresztowany wraz z ojcem Władysławem 9 kwietnia 1943 roku. Scherfer rozpoznał go w więzieniu, a następnie zwierzał się „że na froncie wschodnim stracił rękę”8.

Polacy znali Scherfera z bicia nawet tych, którzy nie ukłonili mu się na ulicy9 .

Był to typ zwyrodniałego sadysty. Więzień Jan Jóźwiak tak po latach wspominał: „przyszedłem do jednej z cel [...] zobaczyłem tam leżącego, strasznie pobitego stróża z folwarku z Jaskółkowa. Stróż ten, gdy ja przyszedłem, już konał. Po krótkim czasie [...] zmarł. Współwięźniowie powiedzieli mi, że stróża tego pobił w nieludzki sposób Scherfer”10 . Scherfer brał udział w katowaniu Żydów przebywających w obozie-gettcie w Forcie III. Fakt, o którym mowa, potwierdza zeznanie Józefa Olszewicza: „Widziałem również, że Scherfer brał udział w katowaniu Żydów, a następnie selekcjonował poszczególne osoby, które zamordowano”11.

Do tego należy jeszcze dodać, iż jest on odpowiedzialny za masowe egzekucje dokonywane od wiosny 1943 roku do 31 lipca 1944 r. w Pomiechówku. Po wojnie zaś Scherfer osiedlił się w Republice Federalnej Niemiec.

Na pion komendantury więzienia składali się: adiutant komendanta podoficer sztabowy (Stabsscharführer) i oficer sądowy (Gerichtsoffizier). W więzieniu funkcjonował również Oddział Polityczny (Politische Abteilung). Było to przedstawicielstwo Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (Reichssicherheitshauptamt – RSHA), a dokładniej wydziału IV (Abteilung IV Gegner und Abwehr) gestapo.

Oddział Polityczny dzielił się na następujące piony działania: przyjęć, przesłuchań oraz służby rozpoznawczej. Nie udało się jednak stwierdzić, czy w Forcie III istniał pion prawny i Urząd Stanu Cywilnego. Fakt ten wynikał najprawdopodobniej z łączenia w specyficznych warunkach więzienia gestapo niektórych pionów

Do obowiązków Oddziału Politycznego należało m.in.: prowadzenie akt personalnych więźniów, korespondencja z placówkami gestapo i policji kryminalnej (Kriminalpolizei – Kripo), przyjmowanie więźniów, prowadzenie przesłuchań, przechowywanie odpisów akt oskarżenia oraz wyroków wydanych na więźniów, przygotowania do egzekucji, a także zwalczanie prób działalności konspiracyjnej wśród aresztowanych.

Na czele Oddziału Politycznego w więzieniu stał prawdopodobnie SS-Obersturmführer Otto Brauer12 .Jeden z więźniów, któremu udało się przeżyć, opisał go w następujący sposób: „niskiegowzrostu, szczupły, lat około 55, ciemny blondyn, lekko pochyły”13. Przed wojną mieszkał on w Gdańsku przy ul. Langhurhstrasse 314 . Więzień Jan Jóźwiak, trzymany w forcie od 17 stycznia do 13 czerwca 1944 r., ocenił, na podstawie relacji więźniów i własnych obserwacji, że Brauer zamordował osobiście „więcej jak 50 więźniów Polaków”15.

W ramach Oddziału Politycznego wyodrębnione były dwa kierunki działania: polityczny i kryminalny. Pierwszym z nich kierował prawdopodobnie oficer gestapo (nie udało się jednak ustalić jego stopnia) Pfenig vel Fenik16, funkcjonariusz gestapo w Nowym Dworze Mazowieckim. Były więzień tak go scharakteryzował: „Prowadził on tzw. śledztwo. Wyróżniał się szczególnym okrucieństwem w stosunku do więźniów. Bez żadnych podstaw kopał więźniów w brzuch, bił po twarzy i szczuł psami. Z całą pewnością Fenik ma na swym sumieniu wielu zamordowanych więźniów. Był to mężczyzna w wieku około 50 lat, wzrostu niskiego, otyły, twarz owalna, jasny blondyn, oczy niebieskie”17.

Funkcję kierownika odpowiedzialnego za prace pionu kryminalnego pełnił prawdopodobnie gestapowiec Liedke – sekretarz Kryminalnego Komisariatu Policji Granicznej Modlin-Nowy Dwór18, który pochodził prawdopodobnie z okolic Sochocina19.

W Forcie III, oprócz funkcjonariuszy SS i gestapo wchodzących w skład komendy więzienia w Pomiechówku i przedstawicieli gestapo z Nowego Dworu Mazowieckiego, służbę pełnili inni gestapowcy, wachmani i pracownicy administracji. Rekrutowali się oni głównie z volksdeutschów i kolonistów niemieckich, znających zarówno język polski, jak i polskie środowiska, z którymi przed wojną utrzymywali ścisłe kontakty. Z tego też powodu byli oni szczególnie groźni dla więźniów.

Wykaz załogi Fortu III sporządzono na podstawie zachowanych nielicznych dokumentów i relacji świadków. Prześledzono również w niektórych przypadkach ich dalsze losy. Należy jednak pamiętać, iż podany poniżej materiał jest z konieczności niepełny i zawiera wiele luk oraz tzw. „białych plam”.

 

1. CZESŁAW BROSS vel CZESŁAW PROSS – pochodził z Zakroczymia. Członek gestapo. Wyróżniało go szczególne okrucieństwo w prześladowaniu i torturowaniu Polaków. Brał udział w zamordowaniu 8 października 1944 roku w Pomiechówku i Nowym Dworze Mazowieckim 104 Polaków20 .Spowodował również aresztowanie i osadzenie w Forcie III Zofii Krauze z Zakroczymia, którą tam zamordowano. Brał udział w aresztowaniu Stefana Staszewskiego, który zginął w Dachau21.Do aresztowanych kobiet Czesław Bross zwracał się „ty k...”22. Według opinii ludzi, którzy go znali w okresie wojny, „był to człowiek ohydny, który lubił pokazywać, co potrafi znęcając się nad więźniami. [...] Bił, maltretował i znęcał się osobiście nad więźniaminarodowości żydowskiej”23. Tamara Szklennik stwierdziła, „że przez niego zginęło wiele ludzi zterenu Zakroczymia i Trzeciego Fortu”24.

2. ROMAN BROSS – s. Adolfa i Emmy z d. Dering, ur. 9 sierpnia 1918 roku we wsi Galach, pow. Nowy Dwór Mazowiecki25.Brał udział w torturowaniu Polaków i Żydów w Zakroczymiu 12 stycznia 1940 roku w tzw. „krwawy piątek” oraz w październiku 1944 roku26.Był on członkiem załogi więzienia prawdopodobnie od wiosny 1943 roku.

3. EDWARD BROSS27vel EDWARD PROSS – ur. 1 listopada 1913 roku w Gałach, s. Franciszki Pross z d. Stałczewskiej28.Należał do załogi więzienia prawdopodobnie albo od końca 1942 roku albo wczesnej wiosny 1943 roku. Po wojnie osiedlił się Republice Federalnej Niemiec. W 1969 roku mieszkał w Niederbachen przy Cereonstrasse 429.

4. BLEISCHMIDT vel BLAUSCHMIDT30 – prawdopodobnie podoficer gestapo, pełniący służbę w pionie Oddziału Politycznego. Prowadził przesłuchania więźniów. Był także członkiem nowodworskiego gestapo. Władysław Jendor widział, nie pojedynczy, przypadek, jak Bleischmidt w sposób sadystyczny traktował więźniów. Zamęczył on, wraz z dwoma innymi gestapowcami, kelnera z Włocławka. „po pobiciu kijami, mężczyźnie temu wybijał wszystkie zęby, a z głowy ciekła duża ilość krwi. Po tym pobiciu mężczyzna ten natychmiast zmarł”31 .Inny Polak, Aleksander Suwiński, tak scharakteryzował osobnika, o którym mowa: „Zastępcą komendanta więzienia w Pomiechówku był oficer lub podoficer gestapo o nazwisku Blauschmidt, popularnie nazywany przez więźniów „Blajszmitem”. [...] Cechował się szczególną okrutnością wobec więźniów. Niejednokrotnie widziałem, jak bił on więźniów kijem i również szczuł więźniów psami. Szereg razy i ja byłem przez niego bity. Więźniowie mówili mi, że on również uczestniczył w egzekucjach na więźniach, odbywających się na zapleczu fortu na tzw. „górce”32.Jadwiga Dąbrowska podała następujący rysopis zbrodniarza: „Podoficer gestapo Blechschmidt był wysokiego wzrostu mężczyzną, szczupłym, ale był dobrze zbudowany i mógł mieć on około 30 lat”33 .

5. EDWARD BOROW vel EDWARD BORAU – członek załogi więzienia w Forcie III34. Jednak brak bliższych danych na jego temat.

 6. ALEKSANDER BODACH – volksdeutsch pochodzący z cegielni Kosowo35. Również na jego temat brak danych.

7. JÓZEF CIBOROWSKI – s. Ludwika i Anny z d. Bołotow, ur. 9 stycznia 1922 roku w Bronisławce koło Starego Modlina36.Podczas okupacji mieszkał wStanisławowie nieopodal Pomiechówka. Należał do SA (Die Sturmabteilung der NSDAP – Oddziały Szturmowe NSDAP). W 1942 roku powrócił z frontu i służył w gestapo37. Do grona oprawców wszedł na początku 1943 roku i działał do końca lipca 1944 roku. W nieludzki sposób znęcał się nad więźniami. Maltretował ich, bił grubym drągiem. Był on wyrafinowanym sadystą, mordującym swoje ofiary powoli, systematycznie. Ze spokojną twarzą, bez zmrużenia oka, obserwował do końca, jak gaśnie życie torturowanego. Współuczestniczył w większości masowych egzekucji. Nadieżda Leszczyńska tak go określiła: „znajdował szczególnie wewnętrzne zadowolenie wtedy, gdy zabijał więźniów masowo”38. Warto dodać, że Ciborowski bił więźniów drewnianym trzonkiem od szpadla zakończonym żelaznym okuciem39.Józef Bargieł, opowiadając o swym pobycie w Forcie III, tak wspominał swego oprawcę: „Pewnego razu Ciborowski zaczął bić mnie trzonkiem od szpadla po plecach tak silnie, że złamał mi dwa żebra”40. Stanisławowi Kościńskiemu podczas przesłuchania „poprzetrącał ręce trzonkiem odszpadla” i do chwili obecnej ma je bezwładne41.W czerwcu lub też w lipcu 1967 roku Ciborowski, wraz z żoną, mieszkał u swego krewnego w Bronisławce pod Pomiechówkiem42.

8. DRUŻYŃSKI vel DROŻDZYńSKI – volksdeutsch43 , pełnił w więzieniu funkcję strażnika. Brak bliższych danych na jego temat.

9. FIASKE44– brak bliższych danych.

10. GRUNBERG45 – brak danych.

11. GROSIEK46 – brak danych.

12. ROBERT HEIGEL – pochodził z Nowego Modlina lub Nowego Dworu Mazowieckiego. volksdeutsch. Brał udział w tzw. „krwawym piątku” 12 stycznia 1940 roku w Zakroczymiu47. Od wiosny 1941 roku aż do likwidacji więzienia pełnił funkcję wachmana. Był on typem patologicznego mordercy i sadysty. „Widziałam osobiście – mówiła N. Leszczyńska – jak Robert Heigel w sposób nieludzki i bestialski znęcał się nad Żydami bijąc ich kolbą karabinu po całym ciele ‘gdzie popadło’. Wielokrotnie widziałam osobiście jak pobitych do nieprzytomności przez Heigla Żydów kładziono na beczkowóz i nieprzytomnych wieziono do obozu. Nie wykluczam tego, że na skutek pobicia Żydów do nieprzytomności przez Heigla niektórzy Żydzi mogli umrzeć”48. Według niepotwierdzonych informacji w latach sześćdziesiątych Heigel mieszkał w Warszawie, gdzie pracował jako kierownik jednej z piekarni49.

13. HOCHMAN – brak danych50.

14. HINC – prawdopodobnie pochodził z Woli Płaciszewskiej. Od wiosny 1941 roku był strażnikiem w obozie. Zamordował siedemnastoletnią Halinę Bocian51.

15. KLUPKA vel CHLUPKA – wachman, pełnił obowiązki magazyniera. Wśród więźniów krążyła opinia, że jest on niebezpieczny dla więźniów52.

16. WILHELM KELM – volksdeutsch pochodzący z Nowego Dworu Mazowieckiego. Był funkcjonariuszem gestapo. W więzieniu prowadził przesłuchania53.Nie udało się jednak dokładnie ustalić pełnionej przez niego funkcji.

17. WŁADYSŁAW LANGER – przed wojną mieszkał w Nowym Dworze Mazowieckim. Był wachmanem w Forcie III. Po wyzwoleniu – jak podaje Piotr Tadeusz Rączka – został rozpoznany i dokonano na nim samosądu. Przez rozjuszony tłum został on zatłuczony szpadlami54 . Według innych informacji w 1945 roku przed Sądem Powiatowym w Nowym Dworze Mazowieckim odbył się jego proces55 .

18. KONSTANTY LEWANDOWSKI – volksdeutsch, urodzony w Stanisławowie koło Pomiechówka56.W Forcie III pełnił służbę od wiosny 1941 r. Władysław Matros widział Lewandowskiego w forcie w czerwcu 1941 r. „Jeden z więźniów, Polak, w czasie sprzątania podwórza zabrał z plandeki rozstawionej na murawie jeden bochenek chleba. Chleb ten był przeznaczony dla załogi. Za to przez sześć dni każda zmiana wartownicza, w szarych mundurach, biła tego więźnia kolbami karabinów. Między innymi bił również Konstanty Lewandowski. Na szósty dzień tego bicia więzień ten zmarł”57.

19. EDWIN MENCZ vel MENC – reichsdeutsch. Funkcjonariusz gestapo w Nowym Dworze Mazowieckim. Brał bezpośredni udział w mordowaniu więźniów58.

20. ADOLF MINKLEIN – był prawdopodobnie funkcjonariuszem gestapo. Osobnik o wyraźnych skłonnościach sadystycznych. Zimny, wyrafinowany morderca. Z kamienną twarzą obserwował śmierć torturowanych ofiar. Szczególną zaciekłość i bezwzględność przejawiał on w stosunku do inteligencji polskiej. Minklein osobiście zamordował dr. Michała Łojewskiego z Mławy.

21. MEYER59 – prawdopodobnie strażnik w Forcie III. Brak bliższych danych na jego temat.

22. KONSTANTY MUDROW – s. Mikołaja i Wandy z d. Flaum, ur. w 1921 roku we wsi Stanisławowo koło Pomiechówka. Prawdopodobnie funkcjonariusz gestapo w Nowym Dworze Mazowieckim. Z relacji byłych więźniów wynika, że był on szczególnie podłym i okrutnym oprawcą. Z satysfakcją mordował więźniów słabych i chorych. Jan Jóźwiak tak o tym mówił: „z relacjiwspółwięźniów dowiedziałem się, że Konstanty Mudrow osobiście zamordował wielu więźniów”60.Brał bezpośredni udział w egzekucji Polaków 24 czerwca lub 24 lipca 1944 roku61.Z materiałów OKBZH w Warszawie wynika, że został skazany przez sąd w ZSRR na 25 lat więzienia, lecz nie za zbrodnie popełnione w Polsce. W więzieniu siedział tylko około 3–5 lat, a następnie został zwolniony62.W latach 1947–1948 mieszkał w Słonimiu w rejonie Baranowic63.

23. GRZEGORZ MUDROW – ur. 8 stycznia 1915 roku w Stanisławowie. Brat Konstantego. Funkcjonariusz katowni w Pomiechówku. Od 1940 lub 1941 roku należał do SA. Brał udział w rewizjach, łapankach oraz w pacyfikacjach wsi64. W 1958 roku był w Pomiechówku lub w Stanisławowie65.Ponownie przyjechał tam około 1964 roku66.W 1968 roku mieszkał w Dobiegniewie przy ul. Mariana Buczka 2. Zatrudniony był w Przedsiębiorstwie Budownictwa Rolniczego w Strzelcach Krajeńskich67.O dalszych losach brak danych.

24. HELENA MUDROW – c. Mikołaja i Wandy z d. Flaum, ur. 1 maja 1924 roku w Stanisławowie. Prawdopodobnie od początku 1944 roku wchodziła w skład obsługi więzienia. Była sekretarką i tłumaczką w gestapo68. Z zeznań byłych więźniów Fortu III wynika, że H. Mudrow wyróżniała się podłością i sadyzmem. N. Leszczyńska tak o niej mówiła: „z relacji innych więźniów i więźniarek dowiedziałam się [...], że Helena Mudrow między innymi rewidowała kobiety więźniarki szukając złota nawet w narządach rodnych kobiet [...] w sposób szczególnie okrutny znęcała się nad więźniami – szczuła ona więźniów psami oraz biła ich kijami. Mówił mi o tym również mój rodzony brat Piotr Nikitin, który już nie żyje. Opowiadał mi on, że będąc w obozie w Pomiechówku jako więzień, widział osobiście jak Helena Mudrow w sposób szczególnie sadystyczny i okrutny biła więźniów kijami oraz jak szczuła ich psami. Brat mówił mi, że trudno jest w słowach określić sadystyczne, podłe i nieludzkie metody znęcania się nad więźniami”69.O zachowaniu się H. Mudrow w stosunku do więzionych Polaków opowiadał również Władysław Piątkowski: „Helena Mudrow prowadziła rewizje osobiste u więźniarek przywiezionych do obozu w Pomiechówku. W czasiewykonywania tych czynności biła więźniarki, gdzie popadło, ażeby zmusić je do oddania kosztowności. Nawet przeprowadzała rewizję w narządach rodnych więźniarek”70.Helena Mudrow chodziła od 1942 do sierpnia 1944 roku w mundurze gestapo z pistoletem przy boku71.O innych wyczynach H. Mudrow świadczy następujące zdarzenie: „Podczas rozstrzeliwania został ciężko ranny więzień Gawryszewski‚ który krzyczał, aby go dobić. Krzyk Gawryszewskiego słyszała Lena Mudrow, którapodeszła do niego, kopnęła go, a następnie osobiście zastrzeliła go z broni krótkiej”72. Wyłudzała ona również łapówki od osób, których bliscy zostali aresztowani i osadzeni w Forcie III, obiecując im ich zwolnienie73.W 1968 roku mieszkała w Dobiegniewie przy ul. Obrońców Stalingradu 3/4 i pracowała jako nauczycielka w tamtejszej szkole podstawowej74.

25. FIODOR MUDROW – s. Mikołaja i Wandy z d. Flaum, ur. w 1918 lub 1919 roku w Stanisławowie pod Pomiechówkiem. Od 1940 lub 1941 roku należał do SA. Brał udział w łapankach oraz akcjach pacyfikacyjnych. Od 1949 roku zamieszkał w ZSRR w Mołczaczu w rejonie Horodyszcz. Według niepotwierdzonych danych był w Polsce w 1965 lub 1966 roku75.

26. WILHELM NETZEL – s. Karola i Albertyny z d. Werner, ur. 31 stycznia 1920 roku w Nowym Dworze Mazowieckim76.Volksdeutsch. Prawdopodobnie od 1940 roku członek formacji SA. Był on funkcjonariuszem załogi Fortu III od początku istnienia w nim katowni. W sposób szczególnie nieludzki pastwił się nad Żydami, których nadzorował. „Bił on ich kolbą od karabinu po całym ciele i podobnie jak w przypadku Heigla bici przez Netzela Żydzi tracili przytomność. Potem kładziono ich na beczkowozy i nieprzytomnych zawożono do obozu”77.O dalszych jego losach brak danych.

27. PIĄTKOWSKI – prawdopodobnie od wiosny 1943 r. wachman w Forcie III w Pomiechówku. Więźniowie nazywali go „Kostuchą”. Piątkowski był typem pospolitego łotra i mordercy o skłonnościach sadystycznych. Jan Stańczak widział, jak Piątkowski katował jednego z więźniów. „bił znanego mi więźnia Kalinowskiego z Cekanowa za to, że wziął drugą porcję zupy. Patrzyłem na to z odległości około 10 metrów. Bił go kołkiem grubości ręki. Kalinowski ten musiał położyć się na takim drzewie, jęczał nieludzkim głosem, a ten Piątkowski bił go”78.

28. JÓZEF PLEWKO vel JOHAN BRAWKO79 – funkcjonariusz gestapo w Nowym Dworze Mazowieckim80.Działał w Forcie III przypuszczalnie od wiosny 1943 r. Był on typem pospolitego łotra i mordercy. Podczas przesłuchiwania więźniów odznaczał się szczególną podłością i okrucieństwem. Więźniów bił kijem okutym żelazem. Więźniowie najczęściej umierali na skutek obrażeń odniesionych w trakcie jego przesłuchań. Na jego sumieniu znajduje się wiele ofiar. Między innymi: w maju 1943 roku zakatował Jana Chądzyńskiego81, bił Władysława Mejera, który na skutek pobicia zmarł82, zamordował Jana Seroczyńskiego z Nowych Bud83, Adama Kowalewskiego i Stanisława Lażewskiego84. W czerwcu 1943 r. we Wsi Zamość zastrzelił Bronisława i Władysława Wesołowskich, Edwarda Mikulskiego oraz Edwarda Piotrowskiego85.Po zlikwidowaniu ostatnich więźniów, w końcu lipca 1944 r. zbiegł do Ciechanowa. Pełnił on jednak dalej swoją misję mordercy i oprawcy, gnębiąc Polaków w ciechanowskich kazamatach. Brał także bezpośredni udział w wymordowaniu ostatnich aresztowanych w rejencyjnym więzieniu policyjnym w nocy z 16 na 17 stycznia 1945 r.86Władysław Grylak tak scharakteryzował mordercę: „Pamiętam, że Plewko doskonałe mówił po polsku i przy badaniach innych więźniów występował jako tłumacz. Był to mężczyzna o silnej budowie ciała, wysoki, dość tęgi. On przy badaniach w straszliwy sposób bił więźniów kijem zakończonym metalową tulejką”87.

29. PROKOP88– wachman, działał w Forcie III prawdopodobnie od początku 1943 r.

 30. ALEKSANDER REPSCH – s. Roberta i Leokadii z d. Dej, ur. 20 stycznia 1920 r. w Nowym Modlinie89.Volksdeutsch. Od 1941 r. należał do SA. Działał w Forcie III od chwili istnienia getta-obozu. Szczególną przyjemność znajdował w sadystycznym katowaniu i dręczeniu Żydów. Podobnie jak Netzel i Heigel  „systematycznie bił on Żydów kolbą od karabinu po całym ciele do nieprzytomności”90.

31. RESCHE vel RESCHKE91 – prawdopodobnie od 1943 roku strażnik w Forcie III.

32. WINCENTY ROSZKOWSKI – s. Jana, ur. 4 stycznia 1920 r. w Nowym Dworze Mazowieckim. Funkcjonariusz policji niemieckiej w Nowym Dworze Mazowieckim92.Wyróżniał się okrucieństwem w mordowaniu więźniów93.

33. ZYGMUNT STUDZIŃSKI – s. Michała i Leokadii, ur. 2 listopada 1898 r.94  Pochodził ze wsi Liberadz95,volksdeutsch, funkcjonariusz Sipo. Od 1941 roku członek załogi w Pomiechówku. Wachman. Był typem zwyrodniałego sadysty i bezwzględnego mordercy. Zasłynął jako morderca dzieci żydowskich. Jego nazwisko figuruje na liście członków załogi obozów koncentracyjnych w Polsce internowanych w 7-CIC Neumunster. Dochodzenie przeciwko Studzińskiemu prowadził Sąd Grodzki w Pułtusku (nr Okt Kpr 51/47). Wniosek o ekstradycję wystawiono 5 czerwca 194696. Brał bezpośredni udział w zabiciu 30 lipca 1944 r. 281 więźniów. Skazany wyrokiem Sądu Powiatowego w Ciechanowie w 1949 r. na karę śmierci97.

34. ERNST SCHADE – s. Ernesta i Zuzanny z d. Tajz, ur. 3 listopada 1899 r. we wsi Sady w gminie Cząstków98.W więzieniu pełnił funkcję wachmana99.

35. SCHULTZ vel SZULC – od marca 1941 roku członek załogi Fortu III. Był to osobnik pozbawiony wszelkich ludzkich uczuć, do tego prymitywny morderca zabijający dla samej przyjemności oglądania śmierci innych. Szczególną satysfakcję sprawiało mu zabijanie bezbronnych dzieci żydowskich. Antoni Kurkowski, więziony od 1 marca do 13 maja 1941 r., mówiąc o wachmanach podał o nim jednoznaczną opinię. „Znałem jednego z wachmanów załogi obozu Schulza – był bodaj najgorszym. Znęcał się, bił, odbierał paczki żywnościowe”100. Schultz brał także czynny udział w katowaniu więźniów. Albin Brześkiewicz, który przeszedł przez pasmo tortur, tak go wspominał: „Schulc [pisownia oryginalna z protokołu zeznań – przyp. M.T.F.] i inni hitlerowcy wieszali mnie za ręce na hakach. Kiedy traciłem przytomność polewano mnie wodą, a następnie po odzyskaniu przytomności wieszano mnie na tych hakach za nogi”101.Inny więzień – Władysław Jendor – relacjonował po latach zdarzenie, którego był naocznym świadkiem: „gdy Szulc przyjechał do obozu pobił tak bardzo jakiegoś mężczyznę, że ciało w wyniku tego pobicia odchodziło od kości. Po pobiciu [...] nieprzytomnego mężczyznę zaniesiono na noszach pod szubienicę i tam go powieszono”102.Schulz poszczuł wilczurem w czerwcu 1941 r. wyczerpanego więźnia. Wskutek czego więzień został zagryziony przez psa103.Jadwiga Dąbrowska stwierdziła, że Schulz miał być rzekomo „kierownikiem placówki gestapo w Nowym Dworze Mazowieckim. Był to mężczyzna w wieku około 30 lat, wysoki, bardzo szczupły o ciemnych włosach”104.

36. KAZIMIERZ SZEWCZYK – pochodził z Warszawy, mieszkał przy ul. Siennej 34105. W więzieniu był fryzjerem, a jednocześnie agentem gestapo. Nadieżda Leszczyńska opowiadała, że kiedyś podczas okupacji przyszła do niej Feliksa Łabęda i oświadczyła, że pijany Szewczyk przechwalając się swoimi wyczynami w więzieniu powiedział pokazując brzytwę: „Ta brzytwa ma jużwiele ofiar na swoim koncie”106. O innych wyczynach tego zwyrodnialca może świadczyć epizod zapamiętany przez byłego więźnia Bolesława Skorupskiego. Widział on, jak Szewczyk w łaźni więziennej, która służyła za miejsce przesłuchań, pastwił się nad starym człowiekiem. Aby wymusić na nim zeznania nacierał starcowi rany proszkiem do prania107.

37. OTTO SZYMAŃSKI – wachman w więzieniu karno-śledczym gestapo w Forcie III108.

38. SZUBERT109– brak danych.

 39. SCHULLER vel SZULER – volksdeutsch pochodzący z Małej Wsi, gmina Leoncin110.Był prawdopodobnie strażnikiem w Forcie III.

 40. SOŁOWIEW111 – brak danych.

 41. STANISŁAW OLSZEWSKI – s. Władysława, ur. 2 maja 1901 r. Był agentem gestapo w Mławie. Od 25 sierpnia 1942 r. był również wachmanem w Pomiechówku. Zmarł w Działdowie w 1945 r.112

 42. OTTO TOBER – prawdopodobnie SS-Oberscharführer, funkcjonariusz nowodworskiego gestapo. Volksdeutsch. Pochodził ze wsi Wilków113.Były więzień Ignacy Kownacki zapamiętał takie zdarzenie: „...jesienią 1943 r. gestapowiec sierżant Otto Taber uderzył kołem mojego brata Jana Kownackiego w ręce, które miał wówczas skute kajdankami. Brat mójJan z tymi złamanymi rękami przebywał jeszcze w celi przez trzy tygodnie, a następnie go powieszono”114.Więzień Jan Jóźwiak tak mówił o Toberze: „...bardzo często, osobiście widziałem jak bił on wielu więźniów kijami po całym ciele, kopał ich nogami oraz szczuł psami [...]. Zbrodniarz ten ma na swym sumieniu wiele pomordowanych przez siebie ofiar spośród więźniów obozu w Pomiechówku”115. Tober działał jeszcze po likwidacji więzienia w Forcie III w Ciechanowie, gdzie pełnił służbę w gmachu gestapo116.

 43. ANTONI WENDT – pracownik placówki gestapo w Nowym Dworze Mazowieckim117.W więzieniu był tłumaczem118.

 44. BENIAMIN WENDT – burmistrz Nowego Dworu Mazowieckiego, rezydent gestapo119.

 45. EDWARD WENDT – brat Antoniego i Beniamina, służył w żandarmerii hitlerowskiej w pobliżu Nowego Dworu Mazowieckiego120.

46. KAROL WENDT – członek gestapo121.

47. LIDIA WENDT – c. Beniamina, sekretarka w nowodworskim gestapo122. Prawdopodobnie jeden z członków rodziny Wendtów kierował akcją rozstrzeliwania więźniów 30 lipca 1944 r.123

48. OTTO WERMAN – volksdeutsch, pochodził ze wsi Gniewniewice gmina Leonem124.Prawdopodobnie był w Forcie III strażnikiem.

49. WOBAT – członek obsługi więzienia. Brak bliższych danych na jego temat125.

50. RYSZARD EDMUND ZEMS – ur. 1 listopada 1911 r. Był gestapowcem w Nowym Dworze Mazowieckim126.Jego rodzina mieszkała w Grabiu w powiecie płońskim. Przed wojną służył w wojsku w Modlinie w stopniu sierżanta127.Natomiast według innych danych miał on ukończyć przed wojną rzekomo szkołę podchorążych, a w gestapo otrzymać miał stopień SS-Untersturmführera128.Jest jednak pewne, że w latach 1940–1944 znęcał się w Nowym Dworze Mazowieckim nad aresztowanymi, bijąc ich i wiążąc drutem kolczastym. Wykonywał on również wyroki śmierci129.

 51. ZYCHACZ – funkcjonariusz więzienia w Forcie III130. Brak bliższych danych.

 

Większość funkcjonariuszy z Fortu III brała udział w rozstrzelaniu 8 września 1944 r. w lesie między Henrysinem a Duchowizną nie opodal Zakroczymia ponad 100 kobiet, mężczyzn i dzieci narodowości cygańskiej.

Moment prowadzenia Cyganów na stracenie widziała Henryka Wiśniewska, której dom stał około 50 metrów od miejsca kaźni. W grupie, o której mowa, zaobserwowała ona kobiety, które niosły tobołki z dobytkiem, a także dużą liczbę dzieci. Dzieci zaś zbierały po drodze marchew. Natomiast konwojujący ich Niemcy, naigrywając się z nich mówili, aby nie zbierały, bo im to nie będzie potrzebne.

Prowadzonych na rozstrzelanie widziała także Marianna Młotkowska: „widziałam, jak wprowadzili tych Cyganów do lasu, ze strychu swojego budynku. Zatrzymali ich nad jednym wykopanym dołem [...]. Najpierw usłyszałam krzyki, a następnie przez okres dwóch godzin słychaćbyło strzały”. Inny Polak, wówczas dziewięcioletni chłopiec, Wojciech Sadowski był również świadkiem tej masakry: „wszystkich Cyganów było 105. Jeden z nich uciekł, zabili go jeszcze w odległości pół kilometra i dziś jest tam jego grób [...]. Po doprowadzeniu Cyganów na tę polanę, na której był wykopany dół, trwały strzały. Potem przez okno widziałem, jak zaprowadzili do lasu kobiety i małe dzieci. Po ich doprowadzeniu również słyszałem strzały”.

W pobliżu prowadzonych na egzekucję znalazł się Antoni Wójcikowski. Zachowanie kobiet cygańskich, które wiedziały, że Niemcy prowadzą je na śmierć, tak scharakteryzował: „Po kilku dniach, jakie upłynęły od tej zbrodni, hitlerowcy przystąpili do zacierania jej śladów. Z dołu wydobywano zwłoki, a następnie szczątki przeglądano, usuwając z uzębienia złote protezy; w poszukiwaniu pieniędzy i kosztowności przetrząsano im kieszenie.

Po tym procederze zwłoki palono na stosach wzniesionych na polanie nie opodal miejsca zbrodni. Płonęły one przez parę dni i nocy. W tej sprawie znamienne są słowa Stanisława Kołodziejskiego: „Po tej egzekucji przez okres czterech dni z tego lasu widać było ogień. Miejsce to musiało być jakimś płynem polewane, ponieważ ponad lasem przebijał się gęsty, czarny dym. W dwa czy też trzy tygodnie potem byłem na tym miejscu. Widać było świeżo rozkopaną ziemię. W tym miejscu odnosiło się wrażenie, że musiał być wykopany dół i następnie zasypany. Widać było jeszcze resztki ubrań nadpalonych i pozostałości jakichś szmat”.

O zacieraniu śladów zbrodni mówiła także Henryka Wiśniewska: „Po kilku dniach przyjechali Niemcy do tego miejsca. Nikomu nie wolno było zbliżać się. Jedynie przez kilka dni unosił się nad lasem dym i czuć było straszny swąd”.

Jedynym chyba człowiekiem, który znalazł się na miejscu zbrodni natychmiast po egzekucji, był szesnastoletni wówczas Marian Sałkiewicz. Jego zeznanie znajduje się w archiwach GKBZH w Polsce – Instytucie Pamięci Narodowej. A oto jego wstrząsająca opowieść: „Gdy już wszystko ucichło, doszedł na pole jeden z funkcjonariuszy niemieckich, wręczył mi postronek i wskazując na pobliską stertę słomy, nakazał mi, abym przyniósł dużą naręcz słomy do lasu. Polecenie jego wykonałem. Gdy przyniosłem tę słomę związaną sznurem, zrzuciłem ją z pleców w miejscu wskazanym przez tego Niemca, który mnie nadzorował. Zobaczyłem tam chyba dwa samochody ciężarowe oraz cztery czy pięć czarnych, dużych samochodów osobowych.[...] Na jednym z samochodów ciężarowych leżało kilkanaście szczap drewna. Na ziemi leżały trupy ludzkie, częściowo przysypane po wierzchu piaskiem oraz gałązkami, poszyciem leśnym. Na ziemi stała kratownica z żelaznych prętów. [...] W mojej obecności funkcjonariusze niemieccy oraz mężczyźni ubrani po cywilnemu, jak też w mundury koloru żółtego podpalili słomę, którą przyniosłem, nałożywszy na nią kilka szczap drewna. Funkcjonariusze i cywile mówili między sobą po niemiecku. Ten, który nadzorował moją pracę, kazał mi udać się do domu. Zakazał oglądania się i opowiadania komukolwiek o tym, co tam widziałem. Kazał biec prędko. Nie mogłem uciekać. Upadłem na ziemię i coś podniosłem. Funkcjonariusz ten nadal na mnie krzyczał. Zauważyłem, że biegnie w moją stronę. Postanowiłem uciekać i biegłem szybko w stronę gospodarstwa, gdzie przebywaliśmy w czasie ewakuacji z Borowej Góry. Ukryłem się na podwórzu. Za mną wpadł ten sam funkcjonariusz. Wyciągnął mnie za kołnierz marynarki na podwórze, rzucił o ziemię i kopał nogami po całym ciele, a szczególnie klatce piersiowej. Gdy ochłonął, kazał mi iść za sobą w stronę lasu. Gdy doszliśmy do miejsca, gdzie zostawiłem słomę, tam już resztkami płonął duży ogień. Funkcjonariusze niemieccy między sobą coś rozmawiali. Oglądali mnie. Zostałem umieszczony w jednym z samochodów osobowych. Pod wieczór funkcjonariusze niemieccy odjechali wraz ze mną do Pomiechówka”.

Z ustaleń autora wynika, że w egzekucji Cyganów brali udział m.in: Jerzy Scherfer, Czesław, Roman i Edward Bross

Link Cytuj

 
0
Avatar_forum

Czy Izrael wypuścił zbrodniarza ?



Czy John Demjanjuk (ongiś Iwan Demianiuk) to ?Iwan Groźny?, zbrodniarz wojenny oskarżony o udział w ludobójstwie w Treblince, Sobiborze I Flossenbürgu? Czy można dzisiaj, po kilkudziesięciu latach rozwiązać tę, chyba ostatnią, zagadkę II wojny światowej?
Czy Polacy coś robią w tej sprawie? Czy trwający właśnie proces w Monachium ujawni światu prawdę o roli ukraińskich pomocników Hitlera? Na te i na wiele innych pytań szuka odpowiedzi Jan Łukasiak w rozmowie z Piotrem Mielechem, reżyserem filmu dokumentalnego poświęconego sprawie Johna Demjanjuka.


JAN ŁUKASIAK
Czy John Demjanjuk to ?Iwan Groźny?, zbrodniarz wojenny?

PIOTR MIELECH

- Wiele wskazuje na to, że tak... Aby mieć pewność, zdecydowaliśmy się razem z dr. Jackiem Wilczurem, który zajmuje się sprawą Demjanjuka od ponad dwudziestu lat, na pewien eksperyment. Ma on polegać na tym, aby dokończyć to, co w połowie lat osiemdziesiątych proponował Wilczur, prowadząc oficjalne śledztwo Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, czyli naukowo udowodnić, że Iwan Demianiuk był pomiędzy rokiem 1942 a 1943 w Treblince.


Czy to w ogóle jest jeszcze możliwe? Przecież sąd w Jerozolimie uniewinnił Demjanjuka z zarzucanych mu czynów! Dzisiaj nie żyje już większość świadków?

- To prawda, Demjanjuk został uniewinniony, ale wyrok Sądu Najwyższego był chyba najdziwniejszym wyrokiem wydanym przez wymiar sprawiedliwości, o jakim słyszałem! W uzasadnieniu sąd podkreślił, że nie uniewinnia oskarżonego, a jedynie odrzuca słabe dowody zgromadzone przez oskarżycieli. I tu dochodzimy do najistotniejszego dla całej sprawy Iwana Groźnego momentu, a mianowicie do chwili, w której oskarżenie musiało zdecydować, jaki sposób postępowania przyjąć w całym procesie zaprowadzenia głównego oskarżonego przed sąd. Wtedy można się było zdecydować na tradycyjną linię postępowania w tego typu sprawach, czyli postawienie na relację świadków, lub naukowe potwierdzenie, że na ławie oskarżonych siedzi morderca. Wybrano to pierwsze rozwiązanie?


Czy Waszym zdaniem tutaj popełniono jakiś błąd?

- Tak! Jacek Wilczur chciał iść w inną stronę. Jak pokazało doświadczenie następnych lat, to on miał rację!


Na czym polegał pomysł Wilczura na prowadzenie tamtego śledztwa?

- Na tym, aby doprowadzić do konfrontacji Demjanjuka z kobietą, z którą miał syna! Wilczur odnalazł tę kobietę i spisał jej zeznania. Ta osoba chciała doprowadzić do skazania Demjanjuka, jednak chciała także zachować anonimowość. Wilczur obiecał jej, że za jej życia nikt się o tym nie dowie, ale pozostał rasowym śledczym i o całej sprawie poinformował stronę izraelską. Żydzi nie byli jednak zainteresowani jej relacją, mieli wielu innych świadków i w dodatku na miejscu, w Izraelu. Sam Jacek Wilczur nie może tego powiedzieć wprost, ale ja sądzę, że go po prostu zlekceważyli! Byli pewni swoich dowodów zgromadzonych w trakcie kilkuletniego śledztwa. Nie przewidzieli jednak upadku ZSRR i otwarcia archiwów tajnych służb. Nie przewidzieli także powstania państwa ukraińskiego, które było żywo zainteresowane oczyszczeniem swojego obywatela z takich niewygodnych zarzutów, jak udział w ludobójstwie. A przecież te dwa wydarzenia miały wpływ na ?cudowne? pojawienie się wcześniej nieznanych dowodów w sprawie Demjanjuka. Gdyby wtedy posłuchano Wilczura, zrobiono badania DNA domniemanego syna Demjanjuka, tej kobiety, a następnie porównano wyniki z testami samego Johna Demjanjuka, żaden sąd nie puściłby go wolno! Niestety stało się inaczej?


Trwa proces w Monachium, w którym Demjanjuk ponownie siedzi na ławie oskarżonych, jednak tym razem nie za Treblinkę, a za obóz w Sobiborze. Czy Wasze działania mogą w jakikolwiek sposób wpłynąć na obecny proces?

- Tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Nasz eksperyment polega na tym, że wróciliśmy do akt sprawy z lat osiemdziesiątych i ponownie dokładnie je przeczytaliśmy. Nadal sprawa domniemanego syna Demjanjuka jest kluczowa dla wyjaśnienia tej zagadki. Ten człowiek niestety już nie żyje, ale żyją jego dzieci. Dotarliśmy do nich z dr. Jackiem Wilczurem i poprosiliśmy o pomoc w wyjaśnieniu zagadki ich dziadka. Niestety odmówili. Ale udało nam się podać córce wnuczki Demjanjuka kartkę, na której napisała swój adres. Zostawiła tym samym na tej kartce ślady swojego DNA.


Ale musicie te ślady z czymś porównać! Skąd weźmiecie DNA Johna Demjanjuka, przecież on jest teraz w więzieniu w Monachium?

- Nie musimy mieć jego DNA! Wystarczy nam DNA jego syna, Johna juniora, który bardzo angażuje się w obronę ojca w mediach amerykańskich. Podjęliśmy już pewne kroki, aby zdobyć próbkę od niego. Jesteśmy przekonani, że laboratoryjne porównanie próbek od prawnuczki i syna tej samej osoby wykażą bezsprzeczne pokrewieństwo tych osób! Wtedy będziemy mieli pewność, że w latach 1942-1943 Iwan Demianiuk był w obozie zagłady w Treblince, ponieważ tam poznał kobietę, z którą miał syna, a my pobraliśmy ślady DNA od córki wnuczki Demjanjuka. Cała polska część krewnych ?Iwana Groźnego? mieszka od wojny w okolicach Treblinki. Demianiuk mógł poznać tę kobietę tylko w okolicach Treblinki, nigdzie indziej!


No dobrze, nawet jeżeli uda się to udowodnić, to jeszcze nie jest dowód sądowy, to najwyżej poszlaka, a obecny proces w Monachium dotyczy przecież sprawy pobytu Demianiuka w Sobiborze. Po co więc to Wasze śledztwo? Co Wam ze skazania dziewięćdziesięcioletniego staruszka?

- Ten staruszek był mordercą! Przez kilka lat swojej służby w formacjach pomocniczych SS przyczynił się, pośrednio lub bezpośrednio, do śmierci dziesiątków tysięcy niewinnych ludzi! Proszę sobie wyobrazić, że ten schorowany staruszek potrafił własnoręcznie zabić kilka osób w ciągu jednego dnia. Do tego dochodzi zapędzanie setek osób dziennie do komory gazowej! Okradał te ofiary, gwałcił, znęcał się nad ludźmi, którzy za chwilę i tak by zostali zabici! Świadkowie podkreślają wyjątkowe okrucieństwo tego człowieka, chociaż nazywanie go człowiekiem nie jest tutaj na miejscu?


Wasze śledztwo jest chyba jedynym, jakie w tej chwili prowadzą Polacy?

- Niestety tak... Kiedy w roku 2008 Amerykanie ostatecznie podjęli decyzję o ekstradycji Johna Demjanjuka z USA, wystosowano zapytanie do naszego rządu, czy chcemy go sądzić za zbrodnie popełniane na terenie Polski. Odpowiedź była odmowna.


Skoro nawet nasz rząd nie chce wracać do tej sprawy, to po co to wszystko?

- Znakomita filozof, która zajmowała się kwestią zła, Hannah Arendt napisała w jednym ze swoich tekstów, że w momencie popełnienia jakiegoś wykroczenia przeciwko powszechnie przyjętym normom świat zostaje wytrącony z równowagi. Przywracanie tej równowagi jest niezwykle istotnym elementem naszego życia. Idea sprawiedliwości to właśnie przywracanie tej równowagi i nie ma tutaj znaczenia fakt, że do aktu ukarania zbrodniarza dochodzi po kilkudziesięciu latach. Ważne jest to, że jednak posadzono go na ławie oskarżonych!


Nie wiadomo, czy dojdzie do wydania wyroku i skazania Johna Demjanjuka?

- Tak, to prawda, ale nasze działania zmierzają właśnie do tego, aby zdobyć dowód, który nie będzie mógł być zakwestionowany, czyli do porównania próbek DNA, które dadzą odpowiedź na pytanie: czy Demjanjuk był w Treblince? A przecież wiemy, że główną linią jego obrony było odrzucenie w całości faktu, że kiedykolwiek był w Treblince! W chwili, kiedy udowodnimy, że jednak był w tym obozie jako członek załogi SS, rzucimy poważny cień na jego wiarygodność i mamy nadzieję, że ten fakt weźmie pod uwagę sąd w Monachium.


Czy kontaktowaliście się z nimi w tej sprawie?

- Jak tylko będziemy mieli w ręku konkretne dowody, to od razu to zrobimy. Jesteśmy w kontakcie z biurem prasowym prokuratury w Monachium i mamy także wsparcie ludzi mieszkających od lat w Niemczech, którzy zaofiarowali swoją pomoc w tej sprawie.


Ale może się też tak zdarzyć, że Demjanjuk nie dożyje ogłoszenia wyroku i w świat pójdzie informacja, że oto postawiono przed sądem niewinnego człowieka, bo formalnie takim zostanie. Co wtedy, czy działania takie jak Wasze mają jeszcze sens?

- Tym bardziej nasze działanie ma sens, bo w razie porażki niemieckiego wymiaru sprawiedliwości nasz film, który krok po kroku pokazuje postępy w sprawie Demjanjuka, będzie po latach świadectwem jego zbrodni! A przy okazji to także zapis ponad dwóch lat naszej współpracy z dr. Jackiem Wilczurem, który powinien za to, że jako jedyny Polak w istotny sposób przyczynił się do zebrania dowodów obciążających Demjanjuka, a w ten sposób do wydania wyroku śmierci przez sąd pierwszej instancji, zostać uhonorowany wysokim odznaczeniem państwowym! Podczas pięcioletniego śledztwa, jakie prowadził w latach osiemdziesiątych, dostarczył prokuraturze w Izraelu ponad sześćset stron dokumentów, z których jednoznacznie wynika, że Iwan Demianiuk to przestępca wojenny!


A może jest też tak, że opinii publicznej nie interesuje to, kim faktycznie był kiedyś John Demjanjuk? To było przecież tak dawno, była wojna?

- Tak jest z pewnością, tylko zastanówmy się nad tym, kogo nie interesuje prawda o przeszłości Demjanjuka? Kto zyska na tym, że ta prawda nie wyjdzie na jaw? Tutaj odpowiedź jest oczywista. Tej prawdy nie chcą poznać jego rodacy, ponieważ rzuca to niekorzystne światło na ich naród, a wiadomo, że Ukraina ma duże aspiracje na arenie międzynarodowej. Społeczność ukraińska zamieszkała w Kanadzie i USA zrobiła wiele, by bronić swojego rodaka przed wymiarem sprawiedliwości, co jednak w sumie okazało się nieskuteczne. Na szczęście wymiar sprawiedliwości w USA jest w tym względzie wzorcowy i nie poddał się politycznym naciskom, czego nie można powiedzieć o naszym aparacie sprawiedliwości? Kiedy rozmawiałem z osobami zbliżonymi do instytucji, które obligatoryjnie powinny zajmować się śledztwem między innymi w tej sprawie, wszędzie słyszałem, że oni mogliby coś zrobić, ale każdy ma jakiegoś szefa, ten szef też ma szefa, a szefowie tych wszystkich szefów są w? Warszawie. I tutaj zaczyna się polityka, a kończy obiektywne poszukiwanie prawdy!


Z kim konkretnie Pan rozmawiał?

- Na to pytanie nie mogę odpowiedzieć? Z kilku powodów. Po pierwsze moje rozmowy były nieoficjalne, żadna z osób nie potwierdzi rozmowy ze mną, bo wyciągnięto by w stosunku do niej konsekwencje służbowe. Po drugie wiele osób, do których dotarliśmy w trakcie naszego śledztwa, od razu zastrzegało sobie anonimowość i dopiero po tym, kiedy obiecaliśmy im zachowanie ich tożsamości w tajemnicy, decydowały się na rozmowę z nami. Ten fakt dał mi wiele do myślenia i właściwie to zdecydowało o chęci zrobienia filmu poświęconego sprawie Demjanjuka. Na początku chcieliśmy zrobić zupełnie inny film, to miała być historia byłego więźnia obozu koncentracyjnego, który jedzie na proces Demjanjuka do Monachium i w trakcie tej podróży wspomina lata wojny, pobytu w obozie, no i oczywiście świadczy o roli Demjanjuka w masowych mordach. Okazało się, że świadków w skali całego świata nie ma wielu, a w Polsce nie ma ich w ogóle, więc nasz pomysł okazał się chybiony. I wtedy zadzwonił do mnie Sławek Mucha, który działa w Towarzystwie Opieki nad Oświęcimiem, i powiedział, że ma idealną osobę na bohatera naszego filmu. Tą osobą był dr Jacek Wilczur.


Kiedy zaczęła się praca nad filmem?

- Pierwsze nagranie Jacka Wilczura odbyło się w czerwcu zeszłego roku w jego mieszkaniu w Warszawie. Najpierw nagrywaliśmy jedynie dźwiękową wersję wywiadu, żeby nie stresować pana Jacka, ale już na samym początku założyliśmy, że ten film będzie nieco odbiegał formą od klasycznych filmów dokumentalnych poruszających tematykę historyczną.


Na czym miała polegać ta różnica?

- Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że film dokumentalny opowiadający o historii to tak zwane gadające głowy, które od czasu do czasu przerywane są jakimiś materiałami archiwalnymi z czasów wojny. Taka konwencja często się sprawdzała, jednak razem ze Sławkiem Muchą doszliśmy do wniosku, że przy tym konkretnym temacie powinniśmy jednak wymyślić jakąś inną konwencję. Wzorem dla nas były współczesne dokumentalne filmy robione w USA. Dzisiaj to Amerykanie próbują szukać innych dróg dla rozwoju dokumentu, chociaż my w Polsce mamy na tym polu pewne osiągnięcia, myślę tutaj o Kazimierzu Karabaszu czy o Grzegorzu Królikiewiczu. Amerykanie zaczęli bawić się obrazem, łącząc dwie, czasami trzy niezależne od siebie sekwencje filmowe w jeden obraz. Dzielą ekran na dwie lub trzy części i umieszczają obok siebie materiały filmowe, które są komentarzem do narracji płynącej zza kadru. W przypadku takiej historii, jaką opowiada nam, a więc i widzom, dr Jacek Wilczur, taka konwencja okazała się idealna. Oczywiście technologia przygotowywania filmu pod taką ?amerykańską? konwencję wymaga znacznie więcej czasu i pracy niż w tradycyjnym filmie dokumentalnym. Sławek Mucha, który jest także fotografem, przeprowadził kilka sesji fotograficznych w domu Jacka Wilczura, w trakcie których zrobił kilkaset zdjęć głównego bohatera, jego mieszkania, ale także dokumentów, które Wilczur zgromadził przez całe lata w swoim mieszkaniu. Sposób robienia tych zdjęć był przez nas z góry ustalony i musiał idealnie pasować do konkretnych scen w filmie. Chciałbym jednocześnie zaznaczyć przy tej okazji, że dokonaliśmy w ten sposób digitalizacji bezcennych materiałów o wartości historycznej. Zeznania świadków, notatki służbowe, plany wyjazdów i przesłuchań kolejnych świadków - to wszystko zostało przeniesione na nośnik cyfrowy i mamy nadzieję, że dzięki temu ocaleje dla naukowców, którzy będą kiedyś chcieli zbadać ten temat.


Czyli praca nad filmem miała jeszcze inny, znacznie ważniejszy motyw, mianowicie ocalenie dla przyszłych pokoleń ważnych dokumentów historycznych?

- Oczywiście! Film dokumentalny poruszający tak ważny temat, jakim bez wątpienia jest sprawa Demjanjuka, nie powstał dla zaspokojenia ambicji jego autorów! My jesteśmy tutaj jedynie wykonawcami misji - ocalenia od zapomnienia prawdy historycznej.


Często w takich chwilach sceptycy zarzucają filmom o tematyce historycznej brak obiektywizmu lub wręcz niemożliwość obiektywnego spojrzenia na historię w ogóle?

- Nie mogę się zgodzić z takim sposobem rozumowania! Istnieje obiektywna prawda historyczna. Wspomniana przeze mnie Hannah Arendt porusza ten problem w kontekście procesu Adolfa Eichmanna w Jerozolimie. Pisze, że przy okazji procesu największego zbrodniarza w historii często próbowano relatywizować jego czyny, twierdząc, że przecież wielcy przywódcy historyczni także dopuszczali się ludobójstwa? Arendt zwraca uwagę na fakt, że czyny Eichmanna (a moim zdaniem także Demjanjuka) zaistniały w zupełnie innym kontekście i innych okolicznościach. Relatywizowanie winy, prawdy jest jednym z najważniejszych elementów wspólnych dla wszystkich tych, którzy bronią takich ludzi jak Demjanjuk. To oni właśnie twierdzą, że nie mamy prawa ich osądzać, bo nie żyliśmy w tamtych czasach, nie mieliśmy ich doświadczeń itd. Gdyby przyjąć ich punkt widzenia, to jakakolwiek praca historyka nie byłaby możliwa, bo jak ocenić dzieło Juliusza Cezara? Czy ktoś go widział? Ja nie znam nikogo, kto go spotkał? Natomiast argument, że nie wolno nam osądzać ich czynów, jest do odwrócenia - właśnie powinniśmy ich oceniać i musimy jednocześnie zdawać sobie sprawę, że następne pokolenia ocenią nas za to, co zrobiliśmy dla ukarania zbrodniarzy wojennych. Wracając do Arendt, twierdzi ona w jednym z tekstów o winie Niemców po II wojnie światowej, że powszechne stało się mylenie faktów z opiniami. W przypadku filmów historycznych traktujących o trudnych momentach w dziejach jakichś zbiorowości jest to aż nazbyt widoczne. W przypadku sprawy Demjanjuka faktem jest, że był w obozie szkoleniowym w Trawnikach i faktem jest, że szkolono tam wyłącznie ludzi, którzy mieli zabijać i nic więcej! Taką opinię wyraził także Szymon Wiesenthal podczas swojej wizyty w Polsce w 1994 roku. Marek Bem, który specjalizuje się w historii obozu w Sobiborze, uważa, że już sam fakt pobytu w obozie szkoleniowym w Trawnikach jest wystarczający do wydania kary śmierci! To fakty, a opinie na ten sam temat są następujące - przecież był zmuszony do służenia w jednostkach pomocniczych SS, nie miał wyjścia, wykonywał tylko rozkazy?


Robiąc film na tak trudny temat, musicie zdawać sobie sprawę z tego, że niesłusznie rzucone oskarżenie może zmienić całe życie niewinnego człowieka?

- Zdajemy sobie z tego sprawę! Zresztą wszyscy ludzie, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do powstania tego filmu, mają wieloletnie doświadczenie w tego typu sprawach. Jacek Wilczur przez 28 lat pracował w GKBZHwP, Sławek Mucha od wielu lat prowadzi prace Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, a ja od połowy lat dziewięćdziesiątych zawodowo zajmuję się dokumentacją oświęcimską i tematyką związaną z zagadnieniem zagłady. Wszystkie nasze kroki były omawiane, zanim podjęliśmy jakiekolwiek działania. Jacek Wilczur przesłuchał w swoim zawodowym życiu śledczego tysiące osób, które w mniejszym lub większym stopniu miały cokolwiek wspólnego z zagadnieniem zagłady i eksterminacji narodów w czasie i po II wojnie światowej. Wielokrotnie konsultowałem swoje działania z Markiem Bemem, historykiem i opiekunem miejsca pamięci w Sobiborze, który jako jedyny historyk utrzymuje stały kontakt ze wszystkimi żyjącymi byłymi więźniami tego obozu zagłady. Ma on także związek ze sprawą Demjanjuka, ponieważ napisał ekspertyzę dla oskarżycieli w trwającym właśnie procesie w Monachium. Jest również w stałym kontakcie z Thomasem Blattem, który jest świadkiem oskarżenia w Monachium. Poza wymienionymi rozmawialiśmy także z wieloma innymi osobami, których nazwiska i funkcje muszą pozostać w tajemnicy, ponieważ ujawnienie ich roli w naszym śledztwie pociągnęłoby dla nich konsekwencje służbowe, a może nawet i prawne? Jednym słowem nie jest to jakaś amatorska robota! Mamy nadzieję, że nasz film wyjaśni w końcu tę ostatnią zagadkę II wojny światowej. Film można obejrzeć w najnowszym numerze magazynu Wiedza i Życie Inne Oblicza Historii.

 

Link Cytuj

 
0
Avatar_forum

 

Prawdziwy cud nad Wisłą, czyli o Niepodległości bez patosu

 

   Na rocznicę oddalonego już o ponad 90 lat (nie tylko dla młodych to lata świetlne!) powrotu niepodległości media nakarmią nas znowu porcją narodowych mitów, przechowanych od zeszłego roku w redakcyjnych archiwach. Dzielny, zjednoczony wokół dalekowzrocznego Piłsudskiego naród wyrwał sobie całkiem sam – przeciw wszystkim i „temi ręcami” to, o czym marzył od pokoleń. Dziarscy ułani kolejny raz przekłusują przez ekrany telewizorów, ozdobione już wąsami „Dziadka” i artystyczną czupryną Paderewskiego.

 

Nie tak całkiem sami…

   Już przed drugą wojną, karmieni optymistyczną propagandą (szczególnie po zamachu majowym) zapomnieliśmy, że koniec wojny pierwszej i jego dla Polaków konsekwencje rozpatrywać trzeba w kategorii cudów, jak chcą jedni, lub – wedle innych – wyjątków historycznych. Przecież gdy kończy się wojna, a zwłaszcza wielka wojna, ktoś jest zwycięzcą, a ktoś przegranym. Tymczasem w listopadzie 1918 r. przegrywały wszystkie trzy „czarne orły”, które od półtora wieku dzieliły między siebie Rzeczpospolitą. Do swego upadku przyczyniły się same, wykrwawiając się wzajemnie, jednak w przepaść pchnęły je także trud i śmierć żołnierzy francuskich, brytyjskich, włoskich czy belgijskich.

W listopadzie wspominamy odwagę i fantazję naszych młodych ochotników rozbrajających okupacyjne (dla niektórych do niedawna „własne”) armie. Jak wspominał Stanisław Dzierzbicki, w Warszawie „przy rozbrajaniu odbywały się sceny wprost komiczne: grupki chłopaków kilkunastoletnich rozbrajały całe oddziały żołnierzy. Pękła zupełnie dyscyplina niemiecka i w gruzy rozsypywała się ich siła. Rozbrajanie odbywało się wprost żywiołowo – bez żadnego zdaje się planu, ale spokojnie i z pewną kurtuazją. Chłopaki polowali na przechodzących oficerów, którzy zwykle dobrowolnie oddawali broń – bez oporu. Samochody zatrzymywano i odbierano Niemcom siłą”.

Pomyślmy jednak, jak potoczyłyby się wypadki w Warszawie, Poznaniu czy Kutnie, gdyby nad daleką Marną w maju 1918 r. Francuzi za cenę krwi nie rozbili ostatniej, rozpaczliwej niemieckiej ofensywy, a amerykańskie czołgi nie odebrały wojskom kajzera nadziei na zwycięstwo? Spróbujmy sobie wyobrazić, że niepokonane na zachodzie „stare” niemieckie wojsko nie chce ulec polskim młodzikom i na ich widok przeładowuje broń… Czy nie będziemy blisko klęski pierwszych dni powstania warszawskiego, gdy nie padł żaden z atakowanych niemieckich bastionów? Dlatego warto powtórzyć zadane rok temu w „Polityce” pytanie Jerzego W. Borejszy: „pamiętamy o zasługach dla Polski Woodrowa Wilsona, ale gdzie są pomniki i ulice Georges’a Clemenceau – ojca zwycięstwa Francji w pierwszej wojnie światowej, wypróbowanego obrońcy Polaków i Polski?”.

Przypomnijmy też opinię walijskiego przyjaciela Polski, Normana Daviesa, który trzydzieści lat temu tłumaczył brytyjskiemu (z początku) czytelnikowi, że „można Polakom wybaczyć, że wierzą, iż w 1918 r. »sami wywalczyli sobie niepodległość«. Tak jednak nie było. Z pewnością licznie walczyli w Wielkiej Wojnie i rzeczywiście uzyskali swoją niepodległość. Ale te dwie sprawy nie były ze sobą związane przyczynowo. Ogromna większość polskich żołnierzy walczyła we wrogich sobie armiach frontu wschodniego, a ich wysiłki militarne służyły polskim interesom tylko w tym sensie, że przyczyniły się do wzajemnego wyczerpania państw zaborczych. Jedyne polskie formacje walczące na frontach I wojny światowej wierne programowi niepodległości – Legiony Piłsudskiego [Davies nie wspomina „błękitnej armii”, której udział w walkach był symboliczny – A.N.] – zostały rozwiązane, zanim osiągnęły swój cel. Niepodległość Polski stała się realna dzięki splotowi okoliczności pozostających przeważnie poza bezpośrednią kontrolą Polaków. Dla wielu ta niepodległość zakrawała na cud czy szczęśliwy traf. Polakom nie dano sposobności bezpośredniej walki o nią na szeroką skalę. Ale gdy już pod koniec wojny osiągnęli niepodległość, walczyli o nią i bronili jej z bezgraniczną odwagą i determinacją”.

   I tej determinacji zawdzięczamy kolejny cud: skłócona od początku – Sejm ruszył już 10 lutego 1919 r., klecona „na kolanie” i bez jasnej wizji przyszłości (w Rosji ścierały się wszak ogromne siły, a Europie groziła rewolucja!) Rzeczpospolita przyszła na świat, przeżyć miała niemowlęctwo, a polec dopiero w kwiecie dwudziestoletniej młodości.

Romantyczne „pyry”

Gdy w tych dniach myślimy o tej, nie tylko listopadowej, odwadze i determinacji naszych dziadków i pradziadków, zazwyczaj wspominamy Lwów (nie tłumacząc przy tym racji bijących się o ważne dla nich miasto Ukraińców) czy Warszawę. Za to – mimo niedawnej rocznicy – jakoś nie rozpalił polskiej wyobraźni czyn Wielkopolan. Data ich powstania, wciśnięta między Boże Narodzenie a Nowy Rok, jakoś nie zapada w pamięć. A przecież to pośród pasma narodowych klęsk i nieszczęść jedyne udane powstanie! I choć wybuchło spontanicznie po przyjeździe Paderewskiego do Poznania, przeprowadzono je w daleki od polskiego „jakoś to będzie” sposób. Narodowym z ducha, a niemieckim z kultury materialnej weteranom, którzy niedawno jeszcze ginęli za kajzera, kaliber „patronów” pasował do „gewerów” i nawet amunicji im starczało, bo „porzundek” musiał być. A przecież polskiemu żołnierzowi jak świat światem brakowało nabojów. Nie tylko w powstaniach, ale nawet, jak twierdzi Wańkowicz, pod Monte Cassino, choć tam za dostawy odpowiadali Brytyjczycy…

Nasz wiek XIX (od rozbiorów po I wojnę światową) to z jednej strony marzenie (wąskiej) świadomej elity o niepodległości, a z drugiej strony stopniowe i powolne klejenie narodu z pańszczyźniano-pszenno-buracza nej masy. W myśleniu o Niepodległej trwał pokoleniami spór między rwącymi się do bitki romantykami a odsuwającymi ją na „lepsze czasy” pragmatykami. Wielkopolanie złamali ten schemat.

Jako warszawiak nasiąkłem tradycją powstań dumnie beznadziejnych. Moje podwórko było w 1944 r. prowizorycznym powstańczym cmentarzem, a wyrastałem pośród śladów kul i przybywających w miarę schyłku PRL pamiątkowych tablic. Mimo cenzury i (słabnącej) niechęci władz, miasto czciło „rzucaną na stos” młodzież pokolenia Kolumbów, lecz także tę, co brała Arsenał w listopadzie 1830 r. i broniła redut rok później, lub szła do lasu w tragicznym styczniu roku 1863. Czyny te owiane były legendą i miały swoich męczenników – Baczyński, Sowiński czy Traugutt.

Powstanie wielkopolskie nie wzbudzało emocji i szczerze mówiąc mało interesowało ludzi spoza „Pyrlandii” i wyzwalanego częściowo przez Wielkopolan Pomorza. W odróżnieniu od heroizmu np. Orląt lwowskich dramatyzm zwycięskich walk o Oborniki, Szamotuły, Nowy Tomyśl, Krotoszyn czy Inowrocław jakoś nie mógł trafić do narodowej legendy, opanowanej przez malownicze klęski z innych zaborów… Także i dlatego, że już piłsudczycy spychali do kąta epizod wielkopolski, kojarzony z wrogą im narodowo-katolicką prawicą. A po 1945 r. i komunistom nie był on do końca w smak, choć powstańcy bili Niemców, a nie Rosjan.

Ja zaś bardzo lubię to wielkopolsko-kujawsko-pomorski e gatunków pomieszanie, w którym powstańczy patriotyzm nie wykluczał solidnej logistyki i uznania dla zasad, krótko mówiąc „porzundku”. Tak jak lubię (nieco podkolorowaną?) opowieść o Kazimierzu Raszewskim, jednym z nielicznych w armii Wilhelma II Polaków, których dopuszczono do niedosiężnego przed wojną stopnia pułkownika. Po zakończeniu działań wojennych najpierw dopilnował on powrotu swych niemieckich żołnierzy (dowodził już brygadą) do koszar, a dopiero potem, w styczniu 1919 r., poszedł do polskiego powstania. Zauważono owo „spóźnienie” i zarzucano mu oportunizm, ale nie wiemy, czy nie kierowała nim jednak zasada, że „porzundek ale musi przecież być”.

 

Nie tylko fanfary…

Słuchając patetycznych, patriotycznych mów z okazji 11 listopada, głoszonych często pod pomnikiem Piłsudskiego (którego zresztą nie cierpiało o wiele więcej współczesnych, niż chciano by dziś pamiętać), zapominamy, że dziewięćdziesiąt dwa lata temu Polska rodziła się nie tylko z jednej woli i odgórną decyzją. Panował ogromny chaos, a dziesiątki tysięcy indywidualnych decyzji zlewały się w potężny, niepodległościowy ruch. Ośrodki władzy powstawały samorzutnie w wielu „dziurach”, a pierwsze kroki władz niewiele miały wspólnego z patriotycznym frazesem. Nawiasem mówiąc, „królewiacy” mogą być wdzięczni… Niemcom, którzy – okupując ziemie „rosyjskiej Polski” – pozwolili (zwłaszcza po listopadzie 1916 r.) zorganizować polską administrację i siłę zbrojną. Podporządkowane formalnie władzom niemieckim, bardzo przydadzą się w pamiętnym listopadzie.

Młodzi ochotnicy nie zawsze trafiali pod rozwiane sztandary z białym orłem i pod komendę dziarskich oficerów. W listopadzie 1918 r. Józef Nieuważny, mój dwudziestoletni wówczas, urodzony pod Żywcem dziadek rzucił pracę w fabryce i w jeden dzień został polskim żołnierzem. Skracając sobie po latach czas hitlerowskiej okupacji, wspominał: „mundur, karabin, wszystko austriackie, orzełek polski tylko i zaraz na podjęcie służby prosto z ulicy… Na posterunek do zamiany starej warty węgierskiej przy składach materiałów wojskowych na stacji Biała, przy linii kolejowej do Wadowic. Bielsko zajęte było jeszcze wówczas przez Niemców, jeszcze całymi nocami od strony Bielska padały strzały karabinowe, a często maszynowe też odzywały się. Myśmy też odpowiadali, choć nie było wolno. Poza służbą, która trwała bez przerwy co 2 godziny, kontrolowaliśmy pociągi zdążające do Bielska od Wadowic i od Wadowic do Bielska, zabierając mundury, broń i przedmioty wojskowe, które żołnierze do domu zabierali, a my tego potrzebowali…

   Było uporu przy tem, a nawet nienawiść często niesłuszna, bo żołnierz po czteroletniej wojnie wracał z frontu czy ze szpitala i myślał, że coś przyniesie. A tu młodziki nie umiejące nawet karabinu ładować zabierają mu broń. Oddał ją, ale kożuszek ułański, płaszcz, plecak, manierkę, buty czy bieliznę nową uważał za krzywdę […] i długo dąsał się niejeden. Tak było do lutego, a potem przeniesiono nas do obozu w Podolszu koło Oświęcimia. Tam otrzymałem prawdziwe wyszkolenie żołnierskie przez 6 tygodni…”.

   Potem przyszło pilnowanie obozu wygłodzonych jeńców i internowanych ukraińskich i rosyjskich, którym współczujący młodzian rzucał przez druty nadziane na bagnet marchewki. Dopiero później były walki z bolszewikami, mało bohaterski odwrót latem 1920 r. i wreszcie zwycięski atak znad Wisły… Zmęczony wojną ochotnik, kapral 49. pułku z Kołomyi Józef Nieuważny poszedł do cywila dopiero w sierpniu roku 1922. W jego wspomnieniach niewiele jest heroicznych czynów, a dużo śmiechu, strachu i żołnierskiej biedy. Może dlatego, że opisywał swoją wojnę o niepodległość w czasie, gdy jej znowu zabrakło…

   Pamięć w naturalny sposób mitologizuje doznania przeszłości, a do tego nieświadomie łączy z przeżyciami własnymi te zasłyszane czy przeczytane. Iluż żołnierzy, którzy na froncie widzieli tylko kilometr od brzozy na lewo po dom na prawo (dla wielu był to ostatni obrazek w życiu), po latach gładko prawiło o swych bojach, jakby brali udział co najmniej w pracach sztabu. Nie wspomnimy już o zwykłych blagierach, bo ci wśród weteranów wszystkich wojen byli tak liczni, jak wśród myśliwych czy rybaków…

 

Egzotyczni rodacy

   Mało kto rozumie dziś, że dla pokolenia urodzonego pod zaborami rodacy „zza kordonu” bywali często egzotycznym (i niekoniecznie pożądanym) zjawiskiem. Wychowani w różnym duchu, uczeni w różnych szkołach i żyjący pod innym prawem, Polacy służący w latach 1914–1918 trzem cesarzom nieraz strzelali do siebie. Spotkania we wspólnej armii i wspólnym państwie często były nieufne, ale poczucie wspólnoty narastało. Eugeniusz Pławski, urodzony w Krasnojarsku dawny marynarz „cara batiuszki”, wspominał, jak wraz z przybyłym z Francji generałem Hallerem wkraczał w styczniu 1920 r. do pomorsko-pruskiego Torunia. Wkraczał to mało powiedziane. Gdy nazajutrz po defiladzie na Starym Rynku zagadnął z przyjaciółmi starszego, dystyngowanego pana o drogę do Krzywej Wieży (odległej o kilkaset metrów), powstało zbiegowisko, a pan okazał się rodakiem. Jak filozoficznie wspominał Pławski, „rzecz jasna, że na tym skończyła się nasza wycieczka krajoznawcza, a rozpoczęły się badania rodakoznawcze”. Było wszystko: „Jeszcze Polska nie zginęła” z patefonu, łzy, uściski, a do tego każdy sąsiad meldował się uzbrojony w baterię wódek Kantorowicza, panie i służba układały piramidy jadła, a w samym środku stołu postawiono kolosalny „baumkuchen”, czyli po polsku sękacz.

Pławski zaprawiony był już w takich imprezach od listopada 1918 r., ale w Toruniu i jego „wzięło”. Gdy przemawiający gospodarz „daleko nie zajechał, gdyż zatkał się własnym wzruszeniem”, czas przyszedł na gościa – marynarza. Ten zaś – z emocji i zamroczenia – wydusił jedynie: „Rodacy, kochajmy się!”.

„I kochaliśmy się, wspomina Pławski, do samego rana. Gdy wykończyliśmy całą prowianturę i monopol państwowy u państwa R., przenieśliśmy się do innego domu, w którym odbywała się uczta na cześć 1. pułku ułanów…”. O świcie fatum znów nie dało trzeźwiejącym wojskowym turystom dotrzeć do pereł toruńskiego gotyku… Na ulicy Szerokiej znaleźli otwarty lokal, a w nim panienki, które „zerwały się ze swoich krzeseł i z wigorem, który mógłby wystraszyć samego Presleya, rzuciły się w naszą stronę. Z zawodową znajomością tajemnic zapięć, guzików i pętelek płeć delikatna pozbawiła nas czapek, pasów oficerskich i płaszczy”.

W rezultacie, pisze Pławski, „około szóstej nad ranem, po przeszło godzinnym marszu, zmęczeni i przemarznięci wróciliśmy do swoich kwater, a godzinę później trzeba było już wstawać do zajęć… W Toruniu karnawał trwał do dnia 9 lutego, ale murów toruńskich tak i nie zwiedziłem, pierników toruńskich nie skosztowałem i w Artushofie[dworze Artusa – A.N.] nie byłem, a wszystko przez te obowiązki reprezentacyjne”.

To (krótkotrwałe) „kochajmy się!” dobrze opisuje ówczesne nastroje. Mieszkający w Krasnymstawie Franciszek Żurek wspomniał, że „wierzono, że teraz, w Polsce niepodległej, wszystko zło zostanie naprawione, że nic nie stanie na przeszkodzie ku temu; w każdym Polaku upatrywano brata, sługę sprawiedliwości społecznej i politycznej. To rozbudzenie się uczuć braterskich sprawiło, że wszelacy szpicle, służący przedtem wiernie Austriakom, i krzywdziciele rozmaitego rodzaju – uniknęli kary. W całym powiecie nie było w owym czasie ani jednej ofiary zemsty. Największa radość i najgłębsza wiara były udziałem peowiaków [członków POW – A.N.] – to przecież właśnie oni umożliwili przyjście momentu, kiedy wolna Polska naprawi krzywdy społeczne”.

 

Trudna niepodległość…

Tych wierzących w niepodległość „peowiaków” nie było zbyt wielu, tak jak w 1988 r. niewielu „widziało” najbliższe wypadki, a zwłaszcza to, że za 3 lata nie będzie już Sowietów. Przed 1914 r. niepodległościowi marzyciele, z Piłsudskim na czele, śmiało mogli brać do siebie kpinę uczącego biochemii brytyjskich studentów Chaima Weizmanna, przyszłego (1948 r.) prezydenta niepodległego Izraela: „do bycia syjonistą bycie wariatem nie jest konieczne, ale bardzo pomaga”.

A jednak Niepodległa – przypadkiem historii i wysiłkiem kilku milionów – „stała się”! Przyszło trudnych 20 lat, w wycieńczonym wojnami państwie o czterech kodeksach cywilnych i różnej szerokości kolejowych torów, za to z 31% niechętnych często polskiej niepodległości mniejszości, dla których przecież to także była Ojczyzna. Przyszły kariery i rozczarowania Niepodległą – dla jednych matką, dla innych macochą. Raszewski został polskim generałem, Pławski oficerem marynarki, a ochotnik Nieuważny wrócił jako robotnik do fabryki śrub. Ci, co ruszali do walki z wiarą w przyszłe polskie „szklane domy”, mogli wspominać profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, ostrzegającego idących w bój studentów-żołnierzy: „jeszcze zatęsknicie za austriackim policjantem!”.

Wśród świadomych narodowo Polaków dominowało jednak przekonanie, że począwszy od listopada 1918 r. (a legioniści słusznie przesunąć mogli tę datę na sierpień 1914 r.) zdołali – wykorzystując jedne okoliczności, a na przekór innym – zrobić rzecz niezwykłą. Wśród chaosu, pod kierunkiem ludzi wybitnych, lecz wspartych przez masy nie zawsze skłonnych do wiary w Polskę zjadaczy chleba, powstało coś, co powstać nie miało prawa. Nie darmo sąsiedzi zwali to państwo „sezonowym”.

Dziadek mój uważał II Rzeczpospolitą za państwo wszelkich niesprawiedliwości, zwłaszcza wobec ludzi prostych. Tych właśnie, którzy Niepodległą w potrzebie obronili. A jednak, mimo „czerwonych” skłonności, wspominał z dumą młodość w polskim mundurze i obronę kraju. Mówiąc zaś o powojennych rozczarowaniach, przytaczał ze śmiechem (prawdziwy ponoć) dialog marszałka Rydza-Śmigłego ze skromnie żyjącym legionowym weteranem:

„ – I co, stary żołnierzu, razem żeśmy tę Polskę dźwigali!

– Tak, ino pon marszałek dźwigali za biust, to majom mliko. A jo dźwigałek za dupę, to mom…”.                      

Link Cytuj

 
0
Avatar_forum


Fallschirmjager. Historia Niemieckich Wojsk Spadochronowych



Historia wojsk powietrznodesantowych rozpoczęła się przed drugą wojną światową. Doświadczenia nad wykorzystaniem spadochronów wwarunkach bojowych jako pierwszy prowadził Związek Radziecki. Z jego praktyk korzystała Reichswehra ograniczona postanowieniami traktatu wersalskiego, który m.in. zakazywał posiadania przez Niemcy lotnictwa wojskowego. Dzięki tej współpracy, w ścisłej tajemnicy, na lotnisku w Lipeck tworzono podstawy przyszłej Luftwaffe. Szkolono tu pilotów, testowano nowy sprzęt, w tym spadochrony.
Po raz pierwszy w dziejach desant spadochronowy zastosowano 2 sierpnia 1930 roku w czasie doświadczalno-pokazowych ćwiczeń sił lotniczych Moskiewskiego Okręgu Wojskowego. Dzięki wysiłkom marszałka Michaiła Tuchaczewskiego w 1932 roku zorganizowano pierwszą radziecką brygadę powietrznodesantową liczącą 450 spadochroniarzy i rozporządzającą 18 samolotami. W lecie 1935 roku przeprowadzono w rejonie Kijowa manewry, w których brało udział 1800 spadochroniarzy i 5700 żołnierzy przewożonych drogą powietrzną. Można przypuszczać, że ćwiczenia te odegrały znaczącą rolę w powstaniu niemieckich wojsk spadochronowych, a już na pewno musiały wpłynąć na jej przyszłego twórcę, majora Kurta Studenta. Ten niemiecki oficer, pilot z czasów I wojny światowej i miłośnik szybownictwa, był jednym z zagranicznych gości zaproszonych pod Kijów. Desant spadochroniarzy, który opanował lotnisko, umożliwiając tym samym wylądowanie samolotów, z których kadłubów wyjechały lekkie czołgi, działa, pojazdy i wysypało się 5700 żołnierzy, miał wywrzeć na nim olbrzymie wrażenie, które zaważyło na jego dalszej karierze 1.

 

MG 34 na stanowisku bojowym.


W Niemczech, po objęciu władzy przez Adolfa Hitlera, każde pomysłowe i nowatorskie rozwiązanie mogące zapewnić panowanie nad Europą w sposób szybki i skuteczny spotykało się z poparciem najwyższych władz politycznych iwojskowych. Takim rozwiązaniem była właśnie koncepcja zniszczenia przeważających sił wroga lub zdynamizowanie działań ofensywnych przy zastosowaniu desantów powietrznych.
Kierownictwo nad tworzeniem niemieckich sił powietrznodesantowych zlecono Hermannowi Göringowi. On zaś, zadanie zorganizowania i kształcenia tej nowej formacji powierzył komendantowi technicznej szkoły Luftwaffe, Kurtowi Studentowi. Dostrzegał on bowiem wartość bojową nowego rodzaju wojska. Był przekonany, że przy zastosowaniu „pionowego natarcia”, Pamiątkowe zdjęcie i do samolotów...nawet w warunkach liczebnej przewagi przeciwnika, można osiągnąć sukces na polu walki. Reprezentował pogląd, że strzelcy spadochronowi nie tylko powinni działać w samodzielnych grupach rozpoznawczo-dywersyjnych na zapleczu nieprzyjaciela, ale przede wszystkim stanowić silne, jednolicie dowodzone oddziały mogące wykonać samodzielne zadanie bojowe, decydujące o sukcesie operacyjnym2.

 


Przed lotem...


Już w lutym 1933 roku Göring, piastujący wówczas urząd szefa policji pruskiej, polecił majorowi Weckemu utworzyć specjalny oddział spadochronowy w sile 18 oficerów i 400 żołnierzy. Był on wykorzystywany do likwidacji komórek partii komunistycznej i innych ugrupowań lewicowych, tam gdzie zawodziły tradycyjne obławy i naloty policyjne. W grudniu tego roku grupa Weckego przyjęła nazwę „Generał Göring”, a 1 kwietnia 1935 roku utworzono pułk policji o tej samej nazwie. 24 września podporządkowany siłom powietrznym. Był to początkowy okres tworzenia się nowego rodzaju niemieckich sił zbrojnych3
Za datę narodzin niemieckich wojsk powietrznodesantowych uważa się jednak 29 stycznia 1936 roku. Wtedy to Hermann Göring, już wówczas głównodowodzący lotnictwa wojskowego, wydał rozkaz, podpisany przez niemieckiego ministra lotnictwa Erharda Milcha, powołujący do życia nowy rodzaj wojsk - skoczków spadochronowych4.
Atak miotaczem płomieni, zdjęcie wykonano podczas ćwiczeń na poligonie w Hildesheim. W specjalnym kombinezonie spadochroniarz zWkrótce po tym Naczelne Dowództwo Sił Lądowych (Oberkommando des Heeres) podjęło decyzję o zorganizowaniu 1. Kompanii Piechoty Spadochronowej. Jej dowódcą został kpt. Hilmar Zahn. Jednak szybko, bo na przełomie maja iczerwca 1937 roku, zapadła decyzja w sprawie rozwinięcia kompanii w batalion. Dowództwo nad nim objął mjr Richard Heidrich. Zabierając się od razu do pracy, Heidrich skoncentrował się głównie na sprawach organizacyjnych, ugruntowaniu dyscypliny, a także na przeszkoleniu spadochronowym. Dnia 1 czerwca 1938 roku oficjalnie powołany został do życia Batalion Piechoty Spadochronowej. Oddział ten, jak również Batalion Strzelców Spadochronowych Luftwaffe wyodrębniony 1 października 1937 roku z pułku „Generał Göring” stały się podstawą 1. pułku strzelców spadochronowych1.
Dnia 1 lipca 1938 roku gen. Student objął dowództwo nad wojskami powietrznodesantowymi wchodzącymi w skład sił powietrznych i stanowiącymi od tej pory 7. Dywizję Lotniczą (Fliegerdivision 7). W gruncie rzeczy była to dywizja spadochronowa, a jej nazwa miała na celu zachowanie w tajemnicy jej właściwego przeznaczenia. Trzon dywizji stanowiły 1. i 2. pułki strzelców spadochronowych (Fallschirmjägerregiment). Warto w tym miejscu zaznaczyć, że oprócz dywizji Studenta istniała jeszcze druga wielka jednostka przeznaczona do desantów powietrznych. Była nią, sformowana w 1937 roku, 22. Dywizja Piechoty transportowana drogą powietrzną6


Działania bojowe niemieckich wojsk spadochronowych

7. Dywizja Lotnicza (7 Fliegerdivision) 1938 – 1943

Po raz pierwszy operacyjnie użyto niemieckich spadochroniarzy ijednostek piechoty przewożonych drogą powietrzną jesienią 1938 roku w czasie zajmowania obszaru Sudetów. Desant, w którego skład wchodziły jednostki 7. Dywizji Lotniczej i16. pułk piechoty z 22. Dywizji, wylądował w okolicy Bruntál, na zapleczu czeskich umocnień granicznych. Doświadczenia te wykorzystano w późniejszych akcjach7.
Norwegia 1940 - chwila odpoczynku. Grupa spadochroniarzy z I p. spadochronowego.O wybuchu II wojny światowej spadochroniarze dowiedzieli się w trakcie koncentracji w rejonie Wrocławia i Legnicy. W czasie kampanii wrześniowej 1939 roku 7. Dywizja stanowiła odwód naczelnego dowódcy. Generał Student zaplanował różne warianty działań zmierzających do zajęcia ważnych strategicznie  obiektów przepraw. Jednym z zadań miało być opanowanie mostu na Wiśle w Puławach i niedopuszczenie do jego zniszczenia. Słabość polskich jednostek spowodowała jednak, że desant okazał się niepotrzebny. Podobnie wyglądała kwestia opanowania przyczółków mostowych na Sanie pod Jarosławiem. Inną, niezrealizowaną koncepcją użycia strzelców spadochronowych było udzielenie przez nich wsparcia jednostkom zajmującym Poznań. W rezultacie wojska te zostały przeznaczone do walk naziemnych, gdzie niepotrzebni byli spadochroniarze. Jednym z zadań była ochrona dowództwa VIII Korpusu Lotniczego w miejscowości Sucha pod Radomiem. Na rozkaz gen. Wolframa von Richthofena, dowódcy zgrupowania lotniczego, podjęto walki z oddziałami polskimi, ponosząc przy tym wysokie straty. Do kolejnych walk doszło 24 września w rejonie Woli Gułowskiej. W połowie września dywizja Studenta została skierowana na wschód w celu opanowania lotnisk między Wisłą a Bugiem. Po zakończeniu działań, w połowie października, dywizję wycofano do Niemiec8.
Prawdziwą wartość „pikujących orłów” - tak bowiem, od odznaki niemieckich wojsk spadochronowych, nazywano skoczków - miały pokazać lata 1940 -1941. Wojska te przyczyniły się do powodzenia wszystkich błyskawicznych kampanii prowadzonych w tym okresie, zarówno w Skandynawii, jak i na Zachodzie czy Bałkanach.
Wszystko zaczęło się 9 kwietnia 1940 roku. Planowane przez Hitlera zajęcie Norwegii stawiało przed naczelnym dowództwem wojsk niemieckich szczególny problem. Operacja ta, pod kryptonimem „Weserübung”, obejmować musiała inwazję na Danię w celu wykorzystania tamtejszych lotnisk i portów. Zadanie to należało przeprowadzić jak najmniejszą liczbą żołnierzy, a zwycięskie rozstrzygnięcie musiało nastąpić w jak najkrótszym czasie. W planach przewidziano udział I Batalionu 1 Pułku Strzelców Spadochronowych.
Pierwszego dnia inwazji czwarta kompania, dowodzona przez kpt. Waltera Gericke, wylądowała równocześnie na obu przyczółkach mostu, łączącego wyspy Falster i Fionia, zdobywając przeprawę bez walki. Tym samym zapewnili bezpieczny przemarsz w kierunku Kopenhagi jednostkom zmotoryzowanym Wehr- machtu. Jeszcze tego samego dnia zajęto stolicę Danii9.
Płonący Narwik.Kiedy spadochroniarze zdobywali przeprawę, rozpoczęła się główna faza operacji - uderzenie na Norwegię. Plan zakładał przeprowadzenie równocześnie desantu powietrznego i morskiego. Spadochroniarze mieli do opanowania dwa kluczowe cele. Półbatalion, pod dowództwem mjr. Ericha Walthera, miał za zadanie opanować i zabezpieczyć lotnisko w Oslo, natomiast trzecia kompania por. von Brandisa - lotnisko i port  na południowo-wschodnim wybrzeżu, w Stavanger. Zajmując bez problemów lotnisko w Stavanger, Niemcy mieli problemy z wysadzeniem desantu nad Oslo. Złożyły się na to mgła i ciężki ostrzał norweskiej artylerii. Ostatecznie lotnisko wOslo zajął oddział wydzielony z324. pułku piechoty10.
Dnia 14 kwietnia pod Narwikiem
i Namsos wylądowały brytyjsko - francusko -polskie siły ekspedycyjne. Chcąc uniemożliwić połączenie się walczących na północ od Oslo jednostek norweskich z wojskami alianckimi, dowództwo niemieckie postanowiło wysadzić desant w Dolinie Gudbrandsdal w okręgu Dombas. Była to pierwsza kompania kpt. Herberta Schmidta. Akcja odbywała się w kompletnych ciemnościach pod silnym ostrzałem artylerii przeciwlotniczej. Tylko 7 z 15 samolotów przedostało się nad strefę zrzutu. Po ciężkich walkach, toczonych między 14 a 19 kwietnia, 34 strzelców spadochronowych, którzy pozostali przy życiu, poddało się Norwegom11.
Ostatnią akcją spadochroniarzy w walkach w Norwegii był desant pod Narwikiem. Wojska gen. Eduarda Dietla zostały zepchnięte przez korpus ekspedycyjny na granicę ze Szwecją. Wtedy to postanowiono wysłać w rejon walk I Batalion mjr. Walthera. Wraz z nimi w desancie wzięły udział dwie kompanie strzelców alpejskich, które przeszły siedmiodniowy kurs spadochronowy. Akcji pomogła niewątpliwie ofensywa niemiecka na Zachodzie, która sprawiła, że alianci wycofali się z Norwegii. Spadochroniarze wkroczyli do Narwiku 8 czerwca 1940 roku. Norwegia skapitulowała12.


Fort EbenEamel - wejście główne.Po skończonej kampanii w Polsce, 27 października 1939 roku, gen. Student został wezwany do Kancelarii Rzeszy. Oprócz Hitlera na naradzie byli obecni generałowie Wilhelm Keitel i Franz Halder oraz marszałek Göring. Dowódca 7. Dywizji Lotniczej został zapoznany z planami przyszłej ofensywy na Zachodzie. Wojska spadochronowe miały w nadchodzącej kampanii opanować strategiczne punkty w Hadze i Rotterdamie, a także mosty na Kanale Alberta. Najodważniejszym jednak przedsięwzięciem miało być zajęcie belgijskiego fortu Eben  Emael. Hitler zdradził swój pomysł. Zapytał Studenta, czy będzie możliwe, aby parę szybowców szturmowych wylądowało na terenie twierdzy, a żołnierze ją zdobyli. Dzień później uzyskał pozytywną odpowiedź13.
W rozpoczętym 10 maja 1940 roku ataku wzięły udział: 7. Dywizja Lotnicza, 22. Dywizja Piechoty (która, jak już wspomniano, była transportowana drogą powietrzną) oraz Oddział Szturmowy Kocha, przeznaczony do zajęcia Eben  Emael. Jednostki te stanowiły trzon Korpusu Powietrznodesantowego dowodzonego przez gen. Studenta.
7. Dywizja wykonała swoje zadanie na południu ściśle według planu. Spadochroniarze opanowali lotnisko Rotterdam-Waalhaven, zapewniając tym samym bezpieczne lądowanie samolotom transportowym. Następnie III batalion
1. pułku strzelców spadochronowych zdobywał most leżący na południe od Rotterdamu i zajmował w walce stanowiska artylerii przeciwlotniczej.
W tym czasie II batalion tego pułku walczył o most w Moerdiijk, który ostatecznie zdobył. Holendrzy zniszczyli jednak most kolejowy. Taki sam efekt przyniosły walki o przeprawę w Dordrecht, choć tam były bardziej zacięte. Most zdobywała 3. kompania 1. pułku, któremu obrońcy stawili silny opór. W tej sytuacji płk Bruno Bräuer wydał rozkaz I batalionowi, by ten zaatakował i zajął przeprawę14.


Na pierwszym planie szybowiec pułku szturmowego DFS-230.


Trudności powstały natomiast na kierunku północnym. I batalion 2. pułku strzelców spadochronowych nie mógł opanować lotniska zapasowego w odległości 10 km od Hagi, lotniska pomocniczego oddalonego o 2 km na południowy wschód od miasta i terenu sportowego w odległości 3 km na południe. Jeszcze przed opanowaniem lotnisk rzut w liczbie 200 samolotów Ju 52 lądował pod ogniem obrony przeciwlotniczej, ponosząc przy tym ogromne straty. W ciągu 2 dni plan lądowania, przewidujący 5 rzutów transportu powietrznego, załamał się. Ostatecznie 22. dywizja wysadziła jedynie 2000 ludzi, z przewidywanych 7000, dodatkowo rozproszonych
w 13 grupach15.
Ostatecznie 13 maja królowa i rząd holenderski wyjechali, 14 maja gen. Student przyjął kapitulację Rotterdamu. Straty niemieckie w kampanii holenderskiej były bardzo wysokie. Jednak strategiczny cel został osiągnięty. Armia holenderska została pozbawiona centralnego dowodzenia, nie mogąc tym samym skutecznie prowadzić obrony. 15 maja 1940 roku Holendrzy skapitulowali.
W czasie działań strzelców spadochronowych w Holandii Oddział Szturmowy Kocha miał do wykonania o wiele trudniejsze zadanie. Celem było otworzenie drogi dla ofensywy wojsk zmechanizowanych prawego skrzydła niemieckiego poprzez opanowanie mostów na Kanale Alberta i nowoczesnego fortu Eben  Emael.
W skład grupy dowodzonej przez kpt. Kocha wchodziła 1. kompania 1. pułku strzelców spadochronowych oraz Pluton Saperów Spadochronowych z II batalionu tego pułku dowodzony przez por. Witziga. Oddziały szturmowe zostały uzupełnione jednostkami zapasowymi Szkoły Spadochronowej. Siły te miały wysadzić na twierdzy zespół 42 szybowców transportowych DFS 230 holowanych przez Ju 52, którymi dowodził por. Kiess. Fort EbenEamel - zniszczony bunkier.Ogólnie grupę stanowiło 493 oficerów, podoficerów i żołnierzy16.
Oddział Kocha podzielony został na cztery mniejsze grupy szturmowe. GS „Stahl”, pod dowództwem por. Gustawa Altmanna, miała za zadanie opanować most na Kanale Alberta w miejscowości Veltwezelt i utrzymać go do przybycia wojsk lądowych. GS „Beton” miała zdobyć drugi most pod Vroenhaven, umożliwiając przemarsz 4. Dywizji Pancernej. Dowódcą grupy był ppor. Gerhard Schacht. GS „Eisen”, ppor. Martina Schächtera, miała zająć most w Canne, robiąc tym samym drogę 151. pułkowi piechoty. Najważniejsza jednak w całej operacji była Grupa Szturmowa „Granit” pod dowództwem por. Rudolfa Witziga. Ten oddział, liczący 2 oficerów oraz 83 podoficerów i szeregowych, miał zdobyć Eben  Emael, likwidując w ten sposób możliwość ostrzału mostów17.
Fort Eben Emael bronił dostępu do wszystkich trzech mostów na Kanale Alberta i Mozie. Był to obiekt nowoczesny, wyposażony w dwa działa 120 mm i dwa stanowiska po dwa działa 75 mm w wieżach, do tego 12 dział 75 mm tredytorowych (4 po 3), 12 pojedynczych dział kalibru 60 mm oraz 25 ckm i 21 rkm. Załogę stanowiło 1200 żołnierzy belgijskiej 7. Dywizji Piechoty pod dowództwem mjr. Jeana Fritza Luciena Jottranda. Warto w tym miejscu podkreślić, że sztaby francuski i belgijski, na kilka dni przed dokonaniem desantu, były przekonane o niemożliwości zdobycia twierdzy18.

O godzinie 4.30 rano 10 maja 1940 roku z lotniska Köln-Ostheim i Köln-Butz-weilerhoff wystartowały samoloty z szybowcami na holu. Pierwsza do ataku przystąpiła GS „Beton”.  Jeszcze będąc w locie, samoloty i szybowce znalazły się pod silnym ostrzałem. Po wylądowaniu bardzo szybko unieszkodliwiono załogę broniącą przeprawy, udaremniając tym samym wysadzenie mostu. Jego obrona trwała do wieczora. Niemal w tym samym czasie, o godzinie 5.20, GS „Stahl” osiągnęła strefę lądowania w pobliżu mostu Veltwezelt. Spadochroniarzom dość szybko udało się zająć most, jednak walki w jego rejonie trwały cały dzień. Najmniej szczęścia z grup mających za zadanie zdobyć przeprawy na Kanale Alberta miała GS „Eisen”. Jeszcze będąc w powietrzu dowiedzieli się, że Belgowie wysadzili most. Mimo to zadanie musiało być wykonane. Podobnie jak pozostałe oddziały, szybko poradzili sobie z obrońcami. O 5.50 dowódca grupy nawiązał łączność z kpt. Kochem. Meldował, że most został zniszczony przez przeciwnika, ale saperzy, wykorzystując ocalałe elementy, przywrócili go do użytku19.

Na chwilę przed skokiem...

Grupa „Granit” miała najważniejsze zadanie w całej akcji - uciszyć działa fortu. Nie obyło się to jednak bez przeszkód. Jeszcze nad Niemcami zerwały się dwa szybowce. W jednym z nich był dowódca grupy por. Witzig. Kiedy szybowce wylądowały, dowództwo objął sierżant Wenzel. Załoga fortu była zupełnie zaskoczona. Chociaż po dwudziestu minutach walk, o 5.40, meldowano, że Eben  Emael został zdobyty, to działania dopiero się rozpoczynały. Belgijska obrona szybko otrząsnęła się z szoku, stawiając zacięty opór. O 8.35 wylądował jeszcze jeden szybowiec. Na jego pokładzie znajdował się por. Witzig. Niemieccy żołnierze kilkakrotnie podrywali się do ataków, które raz za razem zostawały odparte. Do wieczora strzelcy spadochronowi zniszczyli większość dział potężnej fortecy, stosując ładunki kumulacyjne lub zmuszając załogi do ich porzucenia. Jednak walki trwały nadal. Następnego dnia spadochroniarze spodziewali się wsparcia 151. pułku saperów. Co prawda przewaga była po ich stronie, ale w podziemiach twierdzy zabarykadowali się obrońcy, którzy na dobrą sprawę mogli się tam ukrywać miesiącami. Do tego niezdobyty pozostawał bunkier nr 4, którego ogień mógł skutecznie powstrzymać pomoc dla spadochroniarzy. Jednak w umysły obrońców wdzierał się strach przed nieznanymi do tej pory ładunkami, które przywieźli ze sobą Niemcy. Bunkry i kopuły pancerne, które miały wytrzymać atak artyleryjski i bombowy, nie wytrzymywały siły wybuchu. Tymczasem do fortecy przedarł się niemiecki 51. batalion saperów, niszcząc po drodze bunkier nr 4. Bitwa została praktycznie wygrana. Tuż po godzinie 12.00 nad kilkoma bunkrami pojawiły się białe flagi. Do niewoli dostało się ponad 1000 oficerów i żołnierzy. Jeden z silniejszych i nowocześniejszych zespołów umocnień w historii wojen skapitulował20.
O godzinie 16.00 11 maja 1940 roku Grupa Szturmowa „Granit” wycofała się z Eben  Emael. Spośród  grupy 85 osób, biorących udział w walce, zginęło 6 strzelców spadochronowych. Ogólne straty Grupy Szturmowej „Koch” szacuje się na 43 zabitych. „Dokonali tego! Dokonali!” - z radości krzyczał Hitler poinformowany o sukcesie misji. Kazał wezwać zwycięskich żołnierzy do swojej Kwatery Głównej, chcąc im osobiście podziękować. Kapitan Walter Koch i por. Rudolf Witzig zostali odznaczeni Krzyżem Żelaznym21.

Majowe dni 1940 roku pokazały w pełni przydatność wojsk powietrznodesantowych. Najważniejszym ich atutem była zdolność do dalekich, a zarazem szybkich przemieszczeń jednostek desantowych. W parze z tym szedł element zaskoczenia, który dezorganizował działania przeciwnika. Tempo ofensywy, w której brali udział spadochroniarze, przyspieszało dodatkowo ich współdziałanie z wojskami lądowymi.
Zmagania strzelców spadochronowych w Belgii i Holandii otworzyły drogę wojskom niemieckim do Francji. Były tym samym początkiem końca klęski francuskiej armii. Kolejnym etapem hitlerowskich podbojów miała być Desant niemickich wojsk spadchronowych.Wielka Brytania. Jednak operacja „Lew Morski” nie została wykonana. W styczniu 1941 roku Hitler i Göring nadal zakładali inwazję na Anglię. Rozważano jednak zmianę planów. Obecny na naradzie 25 stycznia Student zaproponował desant na Gibraltarze. Marszałek Rzeszy przedstawił mu koncepcję zaktywizowania działań w basenie Morza Śródziemnego. W efekcie rozmowy Student miał zająć się przygotowaniem planów desantu powietrznego nie tylko na Gibraltar, ale także na Kanał Sueski, Kretę, Cypr i Maltę. Jednak wkrótce sytuacja uległa zmianie. Jugosławia, podpisując układ o przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, zerwała jednocześnie z polityką proniemiecką. Efektem tego było wkroczenie wojsk Osi, na początku kwietnia 1941 roku, do Jugosławii i Grecji. Ta pierwsza skapitulowała już 17 kwietnia, a główne siły niemieckie skierowane zostały na Grecję.
Przeciwko armii greckiej zaangażowanej w Albanii i słabemu brytyjskiemu korpusowi ekspedycyjnemu w składzie dwóch dywizji piechoty i brygady pancernej Hitler skierował trzy dywizje pancerne, dwie dywizje górskie, 4 dywizje piechoty i potężne lotnictwo. W rezultacie znaczącej dysproporcji sił, 19 kwietnia dowódca Brytyjczyków, gen. Archibald Wavell, postanowił przetransportować swe siły na południe i wsadzić je na okręty. Jedyną dogodną drogą do portów na Peloponezie był  most na Kanale Korynckim.
Dnia 20 kwietnia, w kwaterze Hitlera wAustrii, Student przedstawił plan desantu na Kretę, uważał bowiem, że powinien on być dopełnieniem kampanii bałkańskiej. Zdobycie wyspy byłoby krokiem do osiągnięcia kontroli nad Morzem Egejskim, zamknięcia drogi w kierunku cieśniny Dardanele, a w końcu do opanowania Kanału Sueskiego i Cypru. Zadanie to, ze względu na przewagę floty angielskiej, musiało zostać wykonane przy użyciu desantu powietrznego. Podczas narady postanowiono także odciąć siły brytyjsko-greckie od portów Peloponezu, zajmując most na Kanale Korynckim. Wykonanie zadania przypadło w udziale 2. pułkowi strzelców spadochronowych płk. Alfreda Sturma22.
Główne zadanie, polegające na zdobyciu mostu, rozbrojeniu ładunków wybuchowych i utrzymaniu obiektu do czasu nadejścia głównych sił desantu, miały wykonać dwa plutony pod dowództwem por. Hansa Teusena. Pododdziały te miały być desantowane z szybowców. Natomiast siły główne, zrzucone na spadochronach, miały wylądować na skrajach mostu.


 

Link Cytuj

 
0
Avatar_forum

C.D

Akcja rozpoczęła się 26 kwietnia o godz. 7.00. Grupa Teusena zaatakowała stanowiska artyleryjskie na południowym brzegu mostu i wyeliminowała je z walki. W czasie walk nastąpiła eksplozja. Most został wysadzony w powietrze. Jednocześnie na północnym i południowym krańcu mostu wylądowały siły główne. Pomimo sukcesu taktycznego, cel operacji nie został osiągnięty. Jednak saperzy z 7. Dywizji Lotniczej zbudowali w ciągu dwóch dni prowizoryczną przeprawę przez kanał. Posługując się zdobycznym sprzętem brytyjskim, niemieccy spadochroniarze opanowali miasto i lotnisko w Koryncie, umożliwiając tym samym lądowanie samolotów z ludźmi i zaopatrzeniem. Ewakuacja Brytyjczyków z Grecji umożliwiła jednak uratowanie 42 000 ludzi, a straty wynosiły tylko 16 000. Można zakładać, że gdyby Hitler pospieszył się o dzień lub dwa z rozkazem wykonania desantu, liczby te mogły być odwrotne23.


Dzień przed zajęciem mostu na kanale, 25 kwietnia 1941 roku, Hitler podpisał rozkaz zdobycia Krety. Operacja ta otrzymałą kryptonim „Merkury”. W niespełna miesiąc Niemcy zakończyli przygotowania do ataku.

Niemieccy spadochroniarze w Koryncie, Grecja, krótki odpoczynek na polu. 27 maja 1941r.Według założeń, desant miał nastąpić w dwóch rzutach 20 maja. Pierwsza fala miała opanować lotnisko Maleme, Chanię oraz Zatokę Suda, druga zaś - lotniska w Rethymnon i Iraklionie. Do akcji wyznaczone zostały: 1., 2. i 3. pułk strzelców spadochronowych i Spadochronowy Pułk Szturmowy pod dowództwem gen. Eugena Meindla24.
Desant pierwszego rzutu został poprzedzony nalotem bombowców nurkujących Ju 87 na pozycje obrońców Krety, nie wyrządzając większych szkód. Kiedy pojawiły się pierwsze samoloty i szybowce, działa przeciwlotnicze i karabiny maszynowe otworzyły skuteczny ogień do spadochroniarzy i schodzących do lądowania szybowców. Do tego prawie wszystkie oddziały zostały wysadzone w samym środku pozycji przeciwnika. Strzelcy spadochronowi, chcąc wykonać zadanie, musieli bronić się przed silnym ogniem obrońców, ponosząc przy tym duże straty. Przede wszystkim zaś nie udało się osiągnąć żadnego z zakładanych celów25.
Start drugiego rzutu, również poprzedzony nalotem bombowym, nastąpił
z dużym opóźnieniem. Desant nastąpił
o godz. 16.00. 1. i 2. pułki strzelców spadochronowych miały opanować lotniska Rethymnon i Iraklion. Oddziały z 1. pułku zostały rozrzucone na dużej przestrzeni. Próby zdobycia lotniska nie powiodły się. Lądowanie w rejonie Iraklionu miało tragiczne oblicze. Do spadochroniarzy skaczących z wysokości 200 metrów otworzyli ogień Brytyjczycy, zabijając jeszcze w powietrzu wielu żołnierzy. Kiedy Niemcy wylądowali, obrońcy przeszli do kontrataku, powodując ogromne straty w szeregach przeciwnika. Mimo niezdobycia miasta, II batalionowi 2. pułku udało się zająć wąwóz w południowo-wschodniej części lotniska. Płk Bruno Bräuer, dowodzący
1. pułkiem strzelców spadochronowych, który wylądował o godz. 18.40, zdecydował natychmiast, aby ubezpieczyć lotnisko tylko teoretycznie zajęte przez II batalion. W nocnych potyczkach, w których nie raz dochodziło do walki wręcz, udało się obsadzić wzgórza na południu i wschodzie od lotniska26.
Front wschodni - żołnierze z niemieckiego pułku spadochronowego.Jak to określił gen. Student, wieczorem 20 maja sytuacja desantu była tragiczna. Generał był przekonany, że zmasowany atak wojsk brytyjsko-greckich zniszczy spadochroniarzy na wyspie. Uderzenie brytyjskie nocą wyeliminowałoby zwalki 7000 żołnierzy elitarnych jednostek niemieckich. Noc minęła jednak spokojnie, gdyż obrońcy przecenili siły desantu. Z analizy sytuacji wynikało, że najkorzystniejsze warunki panowały jednak w rejonie Maleme. Ze względu na szwankującą łączność nie wiedziano, w jakim stanie znajduje się lotnisko iczy mogą na nim lądować transportowce z 5. Dywizją Strzelców Górskich. Student wysłał na rozpoznanie jednego z doświadczonych oficerów ze sztabu XI Korpusu Lotniczego. Kapitan Kley wykonał swoje zadanie rankiem 21 maja. Lądowanie było możliwe, choć zagrożone ostrzałem artyleryjskim27.
O godz. 15.00 Niemcy przeprowadzili nalot bombowców, po którym ruszyło natarcie spadochroniarzy na Maleme. Dwie kompanie II batalionu 2. pułku wysadzone na tyłach wroga miały wspomagać to natarcie. Jednak jedna zkompanii w całości została zniszczona przez wroga, lądując na ich pozycjach. Atak spadochroniarzy i desant, pomimo ciężkich strat, spowodował, że lotnisko zostało odblokowane imogło po godzinie od uderzenia przyjmować pierwsze samoloty transportowe. Jednym z oddziałów lądujących był nowo utworzony, przez płk. Bernharda Hermanna Ramcke, batalion spadochronowy. Zgodnie z rozkazem Studenta objął on dowództwo nad całością sił w rejonie Maleme. Po odparciu nocnego ataku losy bitwy zostały praktycznie przesądzone. 3.pułk strzelców  spadochronowych, który walczył w rejonie Chania-Galata przez dwa dni w osamotnieniu, został zluzowany po dotarciu do niego oddziałów górskich28.


JU-52 -


W znacznie trudniejszej sytuacji znaleźli się spadochroniarze w rejonie Rethymnon i Iraklionu. III batalion 1. pułku przeszedł do ataku na Iraklion, zajmując go po 9 godzinach walki. W rękach obrońców pozostawało nadal lotnisko. 25 maja, kiedy Anglicy przygotowywali się do uderzenia, na ich pozycje nadleciały niemieckie bombowce. „Grupa Bräuer”, wsparta dodatkowym desantem, udaremniła brytyjską akcję.

Kapitan Otto Skorzeny odbierający rozkazy przed akcją uwolnienia Mussoliniego. 21 kwietnia 1943r. Jeszcze przed przybyciem jednostek górskich, 29 maja, Iraklion skapitulował. Trudniejsze położenie było pod Raethymnonem. Anglicy uprzedzili atak „Grupy Bojowej Kroha” z 2. pułku na lotnisko, zmuszając ich tym samym do opuszczenia wywalczonych wcześniej pozycji. Od tego momentu niemieccy spadochroniarze przeszli do obronny. Nękani ciągłymi atakami utrzymali się do 29 maja, kiedy dotarły do nich oddziały z 5. Dywizji Górskiej. Następnego dnia 1100 Australijczyków złożyło broń29.
Ostatecznie 1 czerwca 1941 roku Kreta znalazła się w rękach Niemiec.
W walkach o wyspę obie strony poniosły wysokie straty. Zabitych, rannych, zaginionych i wziętych do niewoli żołnierzy po stronie wojsk alianckich było 15 743, straty niemieckie szacuje się zaś na około 6500 ludzi. Zdobycie Krety przez jednostki powietrznodesantowe, przy brytyjskim panowaniu na morzu, było jednym z najbardziej zaskakujących epizodów II wojny światowej. Jak się miało jednak okazać, ten olbrzymi sukces miał być zarazem początkiem końca potęgi niemieckich wojsk spadochronowych. 19 sierpnia 1941 w kwaterze Hitlera pod Kętrzynem odbyła się dekoracja biorących w niej udział żołnierzy. Na niej to niemiecki przywódca miał powiedzieć: „Kreta wykazała, że epoka wojsk powietrznodesantowych minęła!” Wynika to z faktu, że wojska spadochronowe działają przez zaskoczenie, a czynnik zaskoczenia już się przeżył30.
W trzy tygodnie po ostatecznym zajęciu Krety, 22 czerwca 1941 roku, Niemcy napadli na Związek Radziecki. W początkowej wersji planu „Barbarossa” Hitler przewidywał udział wojsk spadochronowych. Ich zadaniem miało być opanowanie najważniejszych obiektów kolejowych. Jednak tuż przed atakiem nie było już mowy o podobnych przedsięwzięciach.
Pod koniec września 1941 roku jednostki spadochronowe zostały skierowane do naziemnych walk na froncie wschodnim. W okolice Leningradu zostały przetransportowane 1. i 3. pułk strzelców spadochronowych. Żołnierze tych oddziałów byli kierowani na najtrudniejsze odcinki frontu, do tego byli bezmyślnie dzieleni, przez co nie mogli pokazać swojej wartości bojowej. Po blisko miesiącu walk, w październiku, gen. Petersen zebrał rozproszone jednostki 7. Dywizji i obsadził nimi front nad Newą. Spadochroniarze trwali tam w walce do 17 listopada, odpierając ponad 100 radzieckich ataków. W walkach pod Leningradem ponad 3000 spadochroniarzy poległo, odniosło rany i doznało ciężkich odmrożeń. W tym czasie 2. pułk strzelców spadochronowych brał udział w ciężkich zimowych walkach nad rzeką Mius, a Spadochronowy Pułk Szturmowy walczył pod Juchowem. Wczesną jesienią 1942 roku, gdy gen. Student wycofał ze wschodu resztki Spadochronowego Pułku Szturmowego i 2. pułku strzelców spadochronowych, 7. dywizja Strzelców Spadochronowych dowodzona przez gen. Heidricha została skierowana do walk pod Smoleńskiem. Kampania wschodnia stanowiła koniec ery niemieckich wojsk spadochronowych, których jednostki, po ciężkich stratach, już w zasadzie nie odrodziły się jako elitarne i doskonale wyszkolone31.

Spadochroniarze niemieccy w czasie ćwiczeń w atrapie szybowca desantowego.

Już na początku 1942 roku gen. Student planował odbudowę zdekompletowanych oddziałów spadochronowych, które wróciły z frontu wschodniego.
W drugiej połowie maja Niemiecki Korpus Afrykański zajmował pozycję w rejonie Gazali. 20 czerwca Niemcy zdobyli Tobruk. Następnie Korpus ruszył w kierunku Egiptu, zatrzymując się ostatecznie pod El Alamein. Feldmarszałek Rommel potrzebował w Afryce dodatkowych sił. Obiecano mu wysłać Brygadę Strzelców Spadochronowych gen. Ramcke. Oddział składał się z 2000 ludzi, którzy tworzyli trzy bataliony strzeleckie, dowodzone przez majorów: Kroha, von der Heydte’a i Hübnera, wzmocnione oddziałem artylerii i oddziałem przeciwpancernym32.


Późnym wieczorem 30 sierpnia 1942 roku brygada gen. Ramcke rozpoczęła natarcie. Celem ataku było zatrzymanie i zniszczenie pod El Alamein 8. Armii brytyjskiej. Po ciężkich walkach strzelcy spadochronowi osiągnęli cel ataku. Rommel zalecił im zwiększenie czujności i zatrzymanie przeciwnika, ponieważ od tego odcinka miały zależeć losy Korpusu Afrykańskiego. 3 września Brytyjczycy rozpoczęli kontratak.

Desant niemieckich spadochroniarzy.Ramcke osobiście walczył na pierwszej linii swojej brygady. Pomimo silnego oporu natarcie przerwało niemiecką obronę. Brygada musiała się wycofać. W ciągu następnych tygodni, kiedy gen. Ramcke dowodził północnym odcinkiem frontu, niemieccy spadochroniarze odpierali niezbyt silne ataki. Decydujące natarcie wojska brytyjskie wykonały 23 października. Niemcy zostali zmuszeni do odwrotu. Najtrudniejsze zadanie wyznaczono Brygadzie Strzelców Spadochronowych. Podczas gdy jednostki pancerne i zmotoryzowane wycofywały się, oddział gen. Ramcke pozostał osamotniony na południowej pustyni. Po kilkudniowym marszu, w którym rozbito m.in. konwój brytyjski, rankiem 7 listopada spadochroniarze spotkali niemiecki oddział rozpoznawczy. Okazało się, że nikt nie liczył na ich powrót33.

Jeszcze w czasie odwrotu armii Rommla spod El Alamein, 8 listopada 1942 roku, alianci wylądowali w Casablance, Oranie i Algierze. Hitler, który jeszcze niedawno uważał Afrykę za drugorzędny teatr działań, nagle zmienił zdanie. Chciał  teraz wysłać na ten front jakieś oddziały. W tym celu odbył rozmowę telefoniczną z feldmarszałkiem Kesselringiem. Ten, zaskoczony prośbą Hitlera, postanowił rzucić do walki dwa bataliony nowo sformowanego 5. pułku strzelców spadochronowych pod dowództwem zdobywcy Eben  Emael, Walthera Kocha. W Tunezji znalazła się także Brygada Strzelców Spadochronowych gen. Ramcke.
Przed skokiem...Spadochroniarze wzięli udział w walkach o rzekę Medjerda i miasto-fort Medjez el Bad. Tereny te były zajmowane przez Francuzów. Niemcy nie byli pewni, czy jednostki francuskie opowiedzą się po stronie aliantów, dlatego chcieli przejąć obronę na tych odcinkach. Francuzi nie wyrazili zgody. 19 listopada Niemcy ruszyli do natarcia na odcinku Medjez el Bad. Podpułkownik Koch, który przybył na miejsce walk, zaproponował, żeby dokonać wypadu na umocnienia wroga, jak to było w Belgii. Akcja rozpoczęta 20 listopada
o godz. 01.00  powiodła się. Francuzi przerażeni wybuchami, przekonani, że rzekę Medjerdę sforsują znaczne siły niemieckie, opuścili miasto34.
Tymczasem alianci skoncentrowali swoje siły w rejonie Tebourba. Anglicy wykorzystali najsłabszy odcinek niemieckiej obrony i ruszyli na Tunis. 29 listopada doszło do brytyjskiego desantu spadochronowego. Dzień później w dolinie rzeki Medjerda stawili im czoła strzelcy spadochronowi z 1. kompanii 5. pułku. W walce ponieśli ciężkie straty. 1 grudnia rozpoczęła się bitwa pod Tebourba. Niemcy rzucili do walki wszystkie swoje siły, dzięki czemu 4 grudnia pierwsza faza bitwy o Tunis została wygrana przez Niemców. Był to ostatni duży sukces wojsk niemieckich w Afryce. W trwających do 12 maja 1943 roku walkach uczestniczyli strzelcy spadochronowi. Brali oni udział w walkach na najbardziej zapalnych odcinkach frontu. W kampanii tunezyjskiej poległo 322 spadochroniarzy niemieckich35.


Dywizje Strzelców Spadochronowych (Fallschirmjägerdivision) 1943-1945

Podczas walk w Afryce na przełomie 1942 i 1943 roku, 7. Dywizja Lotnicza przeszła reorganizację. Zostały z niej utworzone dwie dywizje spadochronowe. W lutym 1943 roku na poligonie Quetquidan i w okolicy Auray we Francji sformowana została 2. Dywizja Strzelców Spadochronowych pod dowództwem gen. Ramcke. W jej skład oprócz 2. pułku strzelców spadochronowych weszły pozostałości różnych jednostek spadochronowych stacjonujących w Niemczech, z których powstały 6. i 7. pułki strzelców spadochronowych.

Spadochroniarze w charakterystycznych hełmach i kombinezonach. Holandia 1940 r. W maju tego roku 7. Dywizja została przemianowana na 1. Dywizję Strzelców Spadochronowych, a dowództwo objął gen. Heidrich. W jej skład wchodziły 1., 3. i 4. pułki strzelców spadochronowych. Obie dywizje wchodziły w skład Korpusu Powietrznodesantowego gen. Studenta. Były to zarazem jedne z ostatnich grup strzelców spadochronowych należycie wyszkolonych do zadań specjalnych. Z czasem, gdy Trzecia Rzesza zaczęła odwrót na wszystkich frontach, jednostki spadochronowe formowano nadal, ale ich wartość pozostawała jedynie na papierze.
Dnia 10 lipca 1943 roku wojska koalicji antyhitlerowskiej dokonały inwazji na Sycylię. Dowiedziawszy się o tym, gen. Student zamierzał skierować do walki dwie swoje dywizje, żeby w zarodku zdławić aliancki desant. Pomysł jego nie został jednak zrealizowany. Za to dostał rozkaz przerzucenia do Włoch 1. Dywizji Strzelców spadochronowych. Miała ona zostać wykorzystana do powstrzymania marszu wojsk inwazyjnych. Wieczorem 12 lipca 1943 roku doszło do desantu na południe od Katanii. Wbrew obawom, akcja przebiegała niespodziewanie gładko, a spadochroniarze z 3.pułku bez przeszkód połączyli się z siłami wsparcia. Następnego dnia doszło do zaciętych walk z aliantami. Dowództwo niemieckie stwierdziło brak jakiegokolwiek planu działania. W dodatku szwankowało współdziałanie z wojskami włoskimi. 13 lipca, po zaciętych i krwawych walkach, sprzymierzeni stanęli na ostatniej linii niemieckiej obrony przed Katanią. Tego dnia został zrzucony 4. pułk, dając poważne wsparcie oddziałom walczącym o most na Primasola. W czasie przegrupowania wojsk zgubił się 3. pułk, który przez następne trzy dni przebijał się do sił głównych36.
Nazistowskie jednostki spadochronowe na drodze w pobliżu słynnego lotniska Waalhaven w Rotterdamie podczas niemieckiej inwazji na Holandię w 1940 r.25 lipca Hitler wezwał do siebie Studenta. Poinformował go o uwięzieniu Mussoliniego przez króla Włoch. Nowym zadaniem dla spadochroniarzy było uwolnienie Duce. Dwa razy III batalion 1. pułku podchodził do akcji, ale z każdym razem miejsce osadzenia Mussoliniego było zmieniane. W tym też czasie, 8 września 1943 roku skapitulowały Włochy. Następnego dnia II batalion pod dowództwem mjr. Gericke wykonał kolejne brawurowe zadanie. Celem było zdobycie Monte Rotondo, kwatery głównej sztabu włoskiego, wzięcie do niewoli dowództwa i przejęcie dokumentów o szczególnym znaczeniu. W wyniku akcji spadochroniarzom poddało się 2500 włoskich żołnierzy, w tym 100 oficerów. Po akcji batalion udał się do Rzymu, który tego dnia poddał się Niemcom. Trzy dni później odkryto miejsce przetrzymywania Mussoliniego - był nim hotel górski „Campo Imperatore” w masywie Gran Sasso w Apeninach. Operację przeprowadzono 12 września. Ku wielkiemu zaskoczeniu włoskich żołnierzy, przed hotelem wylądowało 9 szybowców. Duce został odbity błyskawicznie. Jeszcze tego dnia oficer SS, Otto Skorzeny, biorący udział w akcji, poleciał z Mussolinim do Hitlera. Po tym wydarzeniu został ogłoszony wyzwolicielem włoskiego przywódcy, mimo że nawet nie dowodził akcją. Potrafił jednak całą zasługę przypisać sobie, pozyskując tym samym uznanie wodza37.
Gdy 3. i 4. pułk walczyły pod Salerno, Mussolini został obalony, a Włochy wycofały się z wojny. 2. Dywizja Strzelców Spadochronowych została przerzucona do Rzymu. Jak się jednak wkrótce okazało, w listopadzie 1943 roku dywizja gen. Ramcke została przerzucona na front wschodni i ruszyła w kierunku Żytomierza. Spadochroniarze toczyli walki w różnych rejonach frontu, zazwyczaj tam, gdzie była groźba jego przełamania. Dywizja przebywała na froncie do połowy stycznia 1944 roku, kiedy to została zluzowana i przeniesiona na zachód38.

Pod koniec 1943 roku utworzono II Korpus Strzelców Spadochronowych, którego dowództwo objął gen. Meindl. Wjego skład weszły dwie nowe Dywizje Strzelców Spadochronowych: 3. dywizja gen. Schimpfa, złożona z 5., 8. i9. pułku, 5. dywizja zaś z 13., 14. i 15. pułku. Oba korpusy połączono w maju 1944 w1. Armię Spadochronową pod dowództwem gen. Studenta. Mimo że do marca 1945 roku powstało jeszcze 6 dywizji spadochronowych, nie były one zdolne do przeprowadzenia zadań powietrznodesantowych. Były to formacje tworzone zazwyczaj z pozostałości rozbijanych w walkach oddziałów spadochronowych lub innych jednostek armii niemieckiej, najczęściej piechoty39.
W trakcie ćwiczeń.Ostatnim wielkim bojem „pikujących orłów”, który pokazał ich waleczność i zaciekłość, była bitwa o Monte Cassino, która rozpoczęła się 17 stycznia 1944 roku. Brała w niej udział 1. Dywizja Strzelców Spadochronowych gen. Heidricha. W pierwszej bitwie trwającej do 15 lutego brały udział III batalion z 3. pułku i spadochronowy batalion karabinów maszynowych, które obsadziły stoki Monte Cassino. Od 11 lutego oddziały te stawiały zaciekły opór wojskom alianckim. 15 lutego amerykańskie bombowce zrzuciły na klasztor blisko 500 ton bomb. Warto podkreślić, że przed nalotem Niemcy nie zajmowali w nim pozycji obronnych. Druga bitwa rozpoczęła się 15 marca. Na najtrudniejszym odcinku walk znalazł się 3. pułk, ponieważ bronił miasta Cassino i Góry Klasztornej. W ciągu dwóch dni walk alianci co prawda opanowali 2/3 ruin klasztoru, jednak niemieckie gniazda oporu uniemożliwiły im dalszą walkę. Działania zostały przerwane. Trzecie i decydujące natarcie ruszyło 11 maja 1944 roku. Po krótkim odpoczynku 1.Dywizja Strzelców Spadochronowych powróciła na swoje pozycje. Tym razem newralgiczny punkt obsadził 4. pułk. Zacięte walki, zudziałem II Korpusu
Polskiego, toczyły się o Górę Ofiarną. Teren walk kilka razy przechodził z rąk do rąk, jednak spadochroniarze ostatecznie wyparli Polaków. Jednak ze względu na zmęczenie, a przede wszystkim na duże straty, w nocy z 17 na 18 maja Niemcy wycofali się ze stanowisk obronnych. Kiedy ranem 18 maja 12. Pułk Ułanów Podolskich wykonał natarcie na Monte Cassino, bez przeszkód osiągnął cel ataku. Bitwa dobiegła końca40.
Potęga „niezwyciężonej” armii hitlerowskiej chyliła się ku upadkowi. W nocy z na 6 czerwca 1944 roku wojska alianckie lądowały u wybrzeży Normandii. Oprócz 1. i 4. Dywizji Strzelców Spadochronowych, które do kwietnia 1945 roku walczyły we Włoszech, a z ich pozostałości sformowano 10. Dywizję walczącą na Morawach, wszystkie pozostałe niemieckie dywizje strzelców spadochronowych walczyły na froncie zachodnim.
Z ostatnich walk spadochroniarzy na tym teatrze wojny na uwagę zasługuje zapewne bohaterska obrona twierdzy Brest. 2. Dywizja Strzelców Spadochronowych gen. Ramcke przez ponad miesiąc stawiała zacięty opór przeważającym siłom wroga, kapitulując ostatecznie 20 września 1944 roku. Po przeszło 4 latach niemieccy spadochroniarze toczyli ponownie walki w Holandii i Belgii, tym razem w zupełnie innej roli, nieuchronnie zbliżając się do nieuniknionej klęski. Generał Student, którego oddziały zdobywały w 1940 roku Eben Emael, teraz, dowodząc osobiście swoimi wojskami, musiał w walkach o Kanał Alberta ustępować pod naporem aliantów41. W końcowej fazie wojny został za swe zasługi mianowany dowódcą Grupy Armii „Wisła”, do której jednak nie dotarł. Walki na zachodzie zostały zakończone.
Niemiecka inwazja na Kretę - czerwiec 1940r. Spadochroniarze otwierają ogień podczas natarcia.Na froncie wschodnim od stycznia 1944 roku trwała nieustająca ofensywa Armii Czerwonej. W walkach na wschodzie brali udział również strzelcy spadochronowi. W lipcu część 16. pułku brała udział w walkach o Wilno. Tam starli się m.in. ze Zgrupowaniem Wileńskim Armii Krajowej. Głównym zadaniem spadochroniarzy, które oczywiście wykonali, była osłona przeprawy przez rzekę Wilię głównych sił garnizonu wileńskiego. Wykonawszy zadanie, spadochroniarze zaczęli się wycofywać. Ostatnim bojem 16. pułku strzelców spadochronowych była obrona Kłajpedy. Pod koniec września większość jego żołnierzy trafiła do niewoli. Ostatni niemiecki desant powietrzny w II wojnie światowej wykonały bataliony z 6. Dywizji Strzelców Spadochronowych. 28 lutego 1945 roku zostały zrzucone na oblężony przez Rosjan Wrocław. Wcześniej, bo w grudniu 1944 roku, w walkach w rejonie miasta brała udział 9. Dywizja, która potem broniła linii Odry i ostatecznie została rozbita podczas ofensywy berlińskiej. Miasto trzymało się do 6 maja 1945 roku. Większość skoczków straciło życie, a pozostali trafili do niewoli42.
W nocy z 8 na 9 maja 1945 roku Niemcy podpisały ostatecznie akt kapitulacji, kończący II wojnę światową w Europie. Wehrmacht został rozbity, a wraz z nim wojska spadochronowe. Choć przez cały okres konfliktu Niemcy posiadali kilka różnych formacji wojsk powietrznodesantowych, to w historii najlepiej zapisali się strzelcy spadochronowi stworzeni przez generała Kurta Studenta. Ich umiejętność szybkiego przemieszczania się, ataku z zaskoczenia na przeważające siły wroga, znakomite wyszkolenie i zaangażowanie w walkę, są po dziś dzień podstawą funkcjonowania elitarnych jednostek specjalnych. Wojska te najlepiej działały wspólnie, co udowodniły wBelgii czy na Bałkanach. Hitler, po dużych stratach spadochroniarzy na Krecie, przestał ich wykorzystywać do wielkich operacji, jednak kiedy zachodziła potrzeba, pułki strzelców spadochronowych stawały do walki na najtrudniejszych odcinkach frontu. W końcowym okresie wojny utworzonych zostało kilka nowych dywizji spadochronowych, które już tylko nazwą nawiązywały do swoich poprzedniczek. W ostatnich miesiącach istnienia Trzeciej Rzeszy „pikujące orły”, z nielicznymi wyjątkami, zeszły na ziemię, walcząc za Niemcy, walcząc jednak bez szans na powodzenie.

 

Podstawowy sprzęt desantowy

Spadochroniarze w ruinach klasztoru Monte Cassino. Kwiecień 1944r.Podstawowym i niezbędnym sprzętem używanym przez strzelców spadochronowych były szybowce desantowe DFS 230. Prace konstrukcyjne nad szybowcem prowadził od 1936 roku inżynier Hans Jakobs. Jego możliwości ładunkowe szacowano na 1200 kilogramów, co odpowiadało wadze pilota, dziewięciu żołnierzy z wyposażeniem oraz dodatkowego wyposażenia do około 300 kg. Pierwszy prototyp DFS 230 V1 oblatany został w końcu 1937 roku przez Hannę Reitsch. Wkrótce potem wykonała ona loty pokazowe przed gronem wysokich oficerów Luftwaffe. Szybowiec holowany przez Ju 52/3m wyczepiony został na wysokości około 1000 metrów i po krótkim locie wylądował prawie u stóp zebranych oficerów. Po chwili wyskoczyło z niego 9 uzbrojonych żołnierzy, którzy błyskawicznie zajęli pozycje obronne wokół szybowca. Pokaz zrobił tak duże wrażenie na obserwatorach, że natychmiast złożone zostało zamówienie na zbudowanie wersji seryjnej szybowca. Pierwsza akcja tej jednostki odbyła się 10 maja 1940 roku podczas desantu na twierdzę Eben  Emael. Podczas wojny wyprodukowano również wersję DFS 230B-1 zaopatrzoną w spadochron hamujący, służący do skrócenia drogi lądowania. Specjalnie do uwolnienia więzionego w górskim hotelu w masywie Gran Sasso, Benito Mussoliniego, przebudowano kilkanaście DFS 230B-1 na wersję C-1 zaopatrzoną w rakiety hamujące. Produkcja tego szybowca została zakończona w kwietniu 1943 roku. Używano go jednak do końca wojny.
Innym szybowcem szturmowym, wykorzystanym m.in. na Sycylii, był Gotha Go 242, mogący przewozić 2,5 tony ładunku użytecznego. Firma, mająca również licencję na DFS 230, skonstruowała go podczas wojny. Seryjną produkcję podjęto w połowie 1941 roku. Szybowce te budowane były (również w wersji dwusilnikowej) jako samoloty transportowe.
Niemieccy jeńcy wojenni po Monte Cassino.Do holowania szybowców najczęściej używano Ju 52/3m. Samolot ten wystartował po raz pierwszy w marcu 1932 roku. Przed wybuchem II wojny światowej maszyna ta, jako samolot pasażerski, latała w 30 towarzystwach lotniczych w 25 krajach świata. Oprócz tego Ju 52/3m był używany w powietrznych siłach zbrojnych kilku krajów. Jako samolot wojskowy odgrywał dużą rolę jeszcze przed wojną. Stosował go m.in. Legion Condor w Hiszpanii jako płatowiec bojowy używany w nocy. We wrześniu 1939 roku brał udział w nalotach bombowych na Warszawę, choć jako samolot bombowy był już przestarzały. Oprócz zadań holowniczych Ju 52/3m służył jako samolot do transportu spadochroniarzy nad cel desantu. Na pokład mógł zabrać 12 żołnierzy.

 

Link Cytuj

 
0
Avatar_forum

Kampania wrześniowa 1939 roku - próba bilansu


Zanim podejmiemy próbę oceny najważniejszych aspektów kampanii wrześniowej, kilka uwag natury ogólnej. Przede wszystkim używać będę określenia „kampania wrześniowa”, lecz dostrzegam problem nazewnictwa: kampania wrześniowa – wojna obronna. Ten drugi termin został wprowadzony,nie tylkodo tzw. obiegu naukowego, przez historyków związanych z Wojskową Akademią Polityczną w Warszawie i z Wojskowym Instytutem Historycznym. Stało się to gdzieś w połowie lat sześćdziesiątych. Miała to być alternatywa dla „sanacyjnego” „kampania wrześniowa”.

Przed kilku laty problem nazewnictwa i terminologii wydarzeń z września 1939 roku znowu stał się modny. Padały propozycje: wojna polska, powrót do niemieckiej nazwy kampania polska (na wzór kampanii francuskiej) i inne. Na szczęście poza pomysłodawcami nikt ich nie przyjął i dobrze, bo dzięki temu nawet niezbyt obyty w historiografii czytelnik ma jasną sytuację. „Wojna obronna” to termin postpeerelowski, niejako narzucony nie tylko historykom. Tadeusz Jurga, były pracownik WIH, nie chciał się zgodzić na „wojnę obronną” w tytule swojej książki i przyjął tytuł Obrona Polski 1939, publikując ją w Instytucie Wydawniczym PAX. Wcześniej znakomity Marian Porwit, wydając w latach 1969–1978 w „Czytelniku” swoje trzytomowe dzieło, nadał mu tytuł Komentarze do historii polskich działań obronnych 1939 roku, byle uciec od terminu „wojna obronna”. Kampania wrześniowa wydaje się terminem ze wszech miar poprawnym i wartym zachowania go na trwałe przynajmniej z dwóch powodów:

Porzucone tankietki TKS

1) kampania wrześniowa była pierwszą kampanią II wojny światowej. Była kampanią nie tylko niemiecką, ale również państw koalicji antyhitlerowskiej, oraz kampanią wrześniową wojsk polskich, które od października 1939 roku przeszły do kolejnej formy walki, do kolejnych kampanii, tym razem w postaci konspiracji zbrojnej i organizacji regularnych wojsk na obczyźnie. Wojna stanowi pewną zamkniętą całość, czymś się kończy (rozejmem, pokojem, kapitulacją itp.), kampania zaś jest częścią, etapem wojny. Polska przegrała kampanię wrześniową, ale ani rząd polski i władze wojskowe, ani społeczeństwo nie zaprzestały walki. Wojna trwała nadal;

2) kampania wrześniowa jako termin na określenie pewnej, specyficznej fazy II wojny światowej znalazła swoje miejsce w polskiej i nie tylko polskiej historiografii dotyczącej tego okresu.

 

Czy warto jeszcze pisać o kampanii wrześniowej?

Literatura, zarówno naukowa, jak i popularnonaukowa, czyli upamiętniająca wydarzenia i bohaterów, poświęcona kampanii wrześniowej 1939 roku jest niezwykle obfita i zróżnicowana. Większość publikacji dotyczących tych zagadnień ma charakter monografii wybranych związków operacyjnych lub taktycznych, przebiegu poszczególnych operacji lub całej kampanii oraz kwestii mobilizacyjnego rozwinięcia i udziału w walkach wojsk. Co warte podkreślenia, istnieje liczna literatura wspomnieniowa i pamiętnikarska. O wrześniu 1939 roku pisano równie wiele w kraju, co i na emigracji. Przytaczanie w tym miejscu przykładowych pozycji bibliograficznych wydaje się zbędne.

Obsługa CKM na stanowisku bojowym.Jednak, wbrew pozorom, wiele problemów dotyczących kampanii wrześniowej 1939 roku nie zostało jeszcze do końca zbadanych przez historyków. Wśród tych, które sprawiają, że istnieje luka w bogatej historiografii polskiego września, są sprawy związane ze sformułowaniem syntetycznych, lecz obejmujących całość zagadnienia, wniosków z zadań i roli, jaką odegrała wówczas nie tylko armia polska, ale cały system obronny państwa, przede wszystkim w aspekcie przygotowań, przebiegu i skutków kampanii wrześniowej. Przyczyna braku takiego opracowania zapewne tkwi w złożoności problematyki i objętości materiału badawczego, który należałoby poddać krytyce i ocenie. Ponieważ jednak taka potrzeba istnieje, chociażby w aspekcie stworzenia postulowanej wielokrotnie syntezy kampanii wrześniowej, należałoby podjąć określone inicjatywy badawcze.

Warto jeszcze pisać o kampanii wrześniowej z innych powodów. Po pierwsze, rozwój nauki historycznej, zarówno w sensie rozwoju wiedzy, którą posiadamy o przeszłości, jak i w sensie samych technik, sposobów przekazywania owej wiedzy, każe wciąż podejmować poszczególne tematy i przedstawiać je w nowszej postaci, bardziej dostosowanej do potrzeb, zainteresowań i możliwości percepcji czytelnika. Wreszcie, chociażby z racji otwarcia granic wewnątrz Unii Europejskiej, przed historykami i zbieraczami pamiątek z przeszłości otwiera się szansa dotarcia do wielu dotychczas niedostępnych, lub dostępnych z ograniczeniami, instytucji archiwalno-historycznych oraz w miejsca, gdzie istnieje prawdopodobieństwo odkrycia materialnych śladów przeszłości.


Co nowego o „wrześniu” w tym artykule?

Fragment raportu Stefana Hernika (Polish Instytute and Sikorski Museum B.I. 95/a)Otóż poniżej zostanie podjęta próba przedstawienia, w zasadzie głównych, najważniejszych tez wynikających z aktualnego stanu badań nad udziałem Wojska Polskiego w walkach we wrześniu 1939 roku. Zostaną one uzupełnione o nowe wnioski, sformułowane na podstawie dotychczas mało znanych i nie publikowanych materiałów archiwalnych. Zapewne Czytelnicy będą zadawać sobie pytanie, co upoważnia mnie do podjęcia takiej inicjatywy. Otóż podjąłem próbę analizy niezwykle interesujących i cennych, dla oceny kampanii wrześniowej, dokumentów znajdujących się w Archiwum Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Władysława Sikorskiego w Londynie. Mam na myśli przechowywane tam około 3 tysiące relacji żołnierzy polskich, głównie oficerów, uczestników kampanii wrześniowej.

Dzieje tej niezwykle cennej kolekcji są następujące. Po zakończeniu kampanii wrześniowej nastroje wśród przybywającej do Francji polskiej emigracji były różne. Wprawdzie premier i Naczelny Wódz gen. Władysław Sikorski w swoim exposé wyrzekał się jakiejkolwiek dyskryminacji, jednak jako minister spraw wojskowych powołał pod formalnym przewodnictwem gen. Izydora Modelskiego komisję weryfikacyjną, przed którą musiał stanąć każdy oficer przybywający do Francji, aby oczyścić się z zarzutu „winy” za klęskę kampanii wrześniowej. Władysław Pobóg-Malinowski twierdzi, że bicie się w piersi stanowiło wówczas podstawowy obowiązek każdego Polaka na ziemi francuskiej. Gen. Marian Kukiel, będąc wiceministrem spraw wojskowych, kazał drukować ulotkę, którą otrzymywali wszyscy nowo przybyli. Nakazywała ona nie zapominać, że reprezentują wojsko pobite, naród upokorzony i pozbawiony państwowości.

Samolot mysliwski "Wyżeł" w tle bombowce "?oś"Warto w tym miejscu pamiętać, że Wojsko Polskie w II wojnie światowej zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie, jedynie poza okresem kampanii wrześniowej, było ciągle areną rozgrywek i walki politycznej. Tak było już od jesieni 1939 roku we Francji. Prowadzona weryfikacja polegała na potwierdzeniu tożsamości danego oficera przez dwóch świadków, a ponadto przedstawieniu sprawozdania ze swego udziału w kampanii wrześniowej.

W wyjątkowo trudnej atmosferze, jaka panowała wówczas we Francji, przede wszystkim rozpamiętywania wciąż żywej jeszcze wojny z Niemcami, pisane sprawozdania z jednej strony nie były pozbawione goryczy klęski, chęci przypodobania się emigracyjnym władzom wojskowym w nadziei na otrzymanie lepszego przydziału; z drugiej zaś, ich autorzy mogli zawrzeć w nich szereg jeszcze żywo tkwiących w pamięci wniosków i doświadczeń z kampanii wrześniowej.

Uzupełnieniem sprawozdań pisanych we Francji są relacje, jakie sporządzali oficerowie z września 1939 roku po wyzwoleniu przez aliantów z niemieckich obozów jenieckich. Stawali oni w Londynie przed Komisją Powołaną w Związku z Wynikiem Kampanii Wojennej 1939 r., która funkcjonowała przy dowództwie Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Oprócz krótkiego i w zasadzie formalnego przesłuchania każdy oficer zobowiązany był przedstawić sprawozdanie, które stanowiło załącznik do protokołu przesłuchania.

Porzucone samoloty "Karaś" oraz "?oś"Wspomniane relacje – i jedne, i drugie – są bardzo różne pod względem treści, szczebla dowodzenia w kampanii wrześniowej, którego dotyczą czy który charakteryzują, cezur czasowych oraz rzetelności i stosunku autora do ocenianych wydarzeń. Niemniej jednak w swojej masie są reprezentatywne, należy je ocenić bardzo wysoko pod względem treści merytorycznych, a przede wszystkim poznawczych, albowiem stanowią w zasadzie jedyne zachowane źródło wiedzy o przygotowaniach, przebiegu, a także po części i o skutkach kampanii wrześniowej. Dla Czytelników mają jeszcze jedną nieocenioną wartość. Mianowicie sprawozdania są kopalnią wiedzy o wielu bitwach, potyczkach, starciach i epizodach kampanii wrześniowej, o których próżno szukać informacji w literaturze. Są w zasadzie jedynym źródłem wskazującym, gdzie i jakie ślady walk polskiego września można jeszcze znaleźć nietknięte, gdzie jeszcze ziemia może kryć pozostałości bojów sprzed sześćdziesięciu lat. Zatem większość sprawozdań znajdujących się obecnie w Archiwum Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. W. Sikorskiego w Londynie stanowi bogate i interesujące źródło wiedzy o przebiegu i ocenie kampanii wrześniowej.

I jeszcze jedna sugestia dla naszych Czytelników. Ślady przeszłości to nie tylko te „twarde” w postaci broni, amunicji czy innego sprzętu technicznego. Można i należy odkrywać także to, co zachowało się z przeszłości w postaci wszelkiego rodzaju źródeł pisanych oraz nagrań dźwiękowych, filmów i fotografii. Jak interesujące dla poszukiwacza mogą być już nie tylko treści, ale także losy np. pamiętników, niech świadczy chociażby jeden z nich, dołączony już po wojnie do wspomnianej kolekcji sprawozdań. Jego autor, mjr Stefan Hernik, po kampanii wrześniowej jeniec w obozie w Murnau pisze (w cytatach zachowano oryginalną pisownię): „Pamiętnik niniejszyzostał napisany w lutym 1940 r. [napisany w Königstein – M.S.], na polecenie p. gen.bryg. Czumy [gen. bryg. Walerian Czuma, dowódca obrony Warszawy we wrześniu 1939 roku – M.S.] i za usilną namową ze strony mjr. dypl. Madalińskiego, który też go początkowoprzechowywał u siebie. Następnie, na skutek pewnych obserwacji mjr. Madalińskiego p. gen.polecił mi pamiętnik wycofać i przechowywać u siebie. Lecz nastąpiła wkrótce niespodziewana rewizja, przed którą usunięto nas z pomieszczeń. Zawezwano mnie jednak wkrótce do izby, gdzie już siedział oficer niemiecki, władający doskonale polskim językiem, z moim pamiętnikiem w ręku. Nie szczędził mi pochwał, zapewnił mnie, że pamiętnik zostanie mi zwrócony, żałowałtylko, że jest to tylko część pamiętnika. W jego ręce dostała się bowiemwiększość pamiętnika przechowywana przeze mnie w sienniku, mniejsza zaś część, oddana na przechowanie koledze, ocalała. Tę mniejszą część, str. 13–24 (rękopis), w obawie następnej rewizji, spaliłem. Część zabraną przez Niemców odzyskałem w maju 1945 r. przy likwidacji kancelarii niemieckiej, po opanowaniu obozu w Murnau przez Amerykanów. W tym też miejscu część spaloną uzupełniłem”.

Strona tytułowa protokołu z przesłuchania mjr. Wladysława Polińskiego.Baza źródłowa do oceny kadry dowódczej Wojska Polskiego z września 1939 roku, w postaci akt personalnych i innych, jest rozproszona i w wielu przypadkach niekompletna. Zawierucha wojenna, działania okupantów, wreszcie powojenne akcje represyjne informacji wojskowej i komunistycznych służb specjalnych, wszystko to spowodowało bezpowrotną stratę wielu ważnych akt osobowych. W artykule wykorzystane zostały przede wszystkim akta personalne oficerów i generałów z okresu ich służby w wojsku II Rzeczypospolitej znajdujące się w zbiorach Centralnego Archiwum Wojskowego. Udało mi się do nich dotrzeć, zanim w archiwum wprowadzono wymogi ustawy o ochronie danych osobowych. Natomiast do zbadania zostały akta osobowe większości żołnierzy, którzy po kampanii wrześniowej 1939 roku znaleźli się w Polskich Siłach Zbrojnych, Polskich Siłach Powietrznych i Marynarce Wojennej na Zachodzie. Ich akta w liczbie około 130 000 teczek personalnych znajdują się w archiwum wojskowym brytyjskiego Public Record Office w Hayes pod Londynem. Ponadto zwracam uwagę na fakt, że dokumentacja, o charakterze personalnym, części żołnierzy września, którzy później służyli w PSZ na Zachodzie, znajduje się w archiwach i instytucjach historycznych, m.in. na terenie Londynu.

Ze względu na ograniczoną objętość artykułu szereg problemów dotyczących kampanii wrześniowej 1939 roku pominę, przede wszystkim te, które zostały już wystarczająco szczegółowo przedstawione i ocenione w innych publikacjach. Mam tu na myśli głównie sprawy uzbrojenia i wyposażenia żołnierzy polskich we wrześniu 1939 roku, stan ilościowy i organizację wojska, a także ogólny przebieg walk. Wreszcie pominę informacje o przeciwniku, czyli wojskach niemieckich i radzieckich, gdyż jest to tak obszerny temat, że należałoby mu poświęcić kolejnych kilka artykułów. Nie będę się również zajmował sprawami walk na kresach wschodnich II Rzeczypospolitej po 17 września 1939 roku. Z jednej strony są doskonałe opracowania na ten temat, że wymienię tu tylko pracę Ryszarda Szawłowskiego (K. Liszewskiego) Wojna polsko-sowiecka 1939, t. 1–2, oraz utalentowanej historyk Wandy Krystyny Roman – Działalność niepodległościowa żołnierzy polskich na Litwie i Wileńszczyźnie. Wrzesień 1939 r.–czerwiec 1941 r. Ta ostatnia zostanie niebawem wznowiona. Z drugiej strony nietaktem byłoby pisać o wydarzeniach po 17 września 1939 roku na kresach wschodnich w obliczu ukazania się niebawem, zapowiadanego już od kilku lat, kolejnego tomu Polskich Sił Zbrojnych w II wojnie światowej, poświęconego właśnie tym sprawom.

O kampanii wrześniowej na kresach wschodnich będę pisał jedynie w odniesieniu do okoliczności pójścia w niewolę lub internowania żołnierzy polskich. Jest to temat tylko pozornie znany i opracowany. Jak wskazują najnowsze badania archiwalne, w archiwach byłego ZSRR, m.in. na Litwie i na ?otwie, jest wiele dotychczas nie publikowanych materiałów dotyczących tych zagadnień.

 

Czy Polska była przygotowana do wojny?

W 1938 roku Polska liczyła niewiele ponad 35 milionów mieszkańców. Obszar państwa wynosił 389 720 km², natomiast długość granic morskich 140 km, lądowych 5409 km, z czego z Rzeszą Niemiecką 1816 km.

W pierwszych latach niepodległości wojsko uzbrajano i wyposażano przede wszystkim w broń i sprzęt wojskowy pozostawiony przez zaborców oraz zakupiony za granicą. Kupowano głównie broń tanią, a więc nie najlepszą pod względem technicznym i przestarzałą, ale na inną nie było pieniędzy. W spadku po zaborcach nie odziedziczyła Polska ani jednego zakładu przemysłu wojennego. Jedynym nabytkiem były sprowadzone do Warszawy maszyny z gdańskiej fabryki karabinów. W miarę możliwości zaczęto od podstaw budować przemysł produkujący na potrzeby wojska, rozpoczęto m.in. budowę Centralnego Ośrodka Przemysłowego, którego istotnym zadaniem miała być produkcja zbrojeniowa i znaczny udział w zabezpieczeniu systemu obronnego państwa. Przed wybuchem wojny zakłady przemysłu wojennego znajdowały się głównie na Górnym Śląsku, częściowo na Kielecczyźnie i w mniejszym stopniu w Warszawie i innych miastach. Na lata czterdzieste planowano ich wydatne unowocześnienie, przede wszystkim pod względem technologii produkcji, i dalszą rozbudowę.

Zniszczenia wojenne.

W chwili uderzenia na Polskę III Rzesza miała pod bronią około 1,8 miliona żołnierzy. ZSRR do działań przeciwko Polsce wystawił bez mała 700 tysięcy żołnierzy Armii Czerwonej i wojsk NKWD. Polska spośród 2,5 miliona rezerwistów zdołała zmobilizować około 1,2 miliona żołnierzy, z których mniej więcej 300 tysięcy znajdowało się w chwili uderzenia Związku Sowieckiego w strefie strategiczno-operacyjnej frontu wschodniego.

Niemcy użyli przeciwko Polsce 5 dywizji pancernych, 4 dywizje lekkie, 4 dywizje zmotoryzowane, 35–40 dywizji piechoty (czynnych, rezerwowych, górskich), 1 brygadę kawalerii. Zwraca uwagę stosunek wojsk szybkich (dywizji pancernych, lekkich i zmotoryzowanych) do dywizji piechoty. W tych ostatnich podstawą była trakcja konna. Z kolei Polska wystawiła na wojnę 39 dywizji piechoty (czynne, rezerwowe, w tym dwie nie ukończyły organizacji), 11 brygad kawalerii, 3 nie w pełni zorganizowane brygady górskie oraz 1 brygadę zmotoryzowaną. Nie liczę tu części oddziałów Obrony Narodowej, Korpusu Ochrony Pogranicza i innych zorganizowanych doraźnie.

W 1939 roku Niemcy posiadali 1200 samolotów bombowych, 270 bombowców nurkujących, 800 myśliwców i 850 samolotów rozpoznawczych lądowych i morskich. Polska przeciwstawiła im 86 samolotów bombowych, 159 myśliwskich, 68 rozpoznawczych i 84 obserwacyjne.

Haubica 100 mm wz. 14-19P zdobyta przez Niemców.Przed niemieckim najazdem trzy polskie niszczyciele odeszły do Wielkiej Brytanii. W Gdyni pozostały: niszczyciel „Wicher”, stawiacz min „Gryf”, dywizjon trałowców i dywizjon okrętów podwodnych. O tym, że zignorowano zagrożenie z morza świadczy fakt, że do 1 września polska Marynarka Wojenna nie postawiła żadnej zapory minowej.

Na pytanie postawione w podtytule ogólnie należy odpowiedzieć, że tak – Polska była przygotowana do wojny na miarę swoich możliwości ekonomicznych, gospodarczych, politycznych i militarnych. Były one ograniczone przede wszystkim krótkim okresem istnienia wówczas państwowości polskiej, niemalże zerowym stanem polskiej gospodarki po odzyskaniu niepodległości, która wcześniej została doszczętnie ogołocona przez zaborców ze wszystkiego, co przedstawiało jakąś wartość. Musimy zważyć na jedno – dwudziestolecie międzywojenne to okres niezwykle krótki, w którym dodatkowo świat dotknął jeszcze wielki kryzys gospodarczy. A jednak Polska potrafiła w tym czasie osiągnąć wysoki poziom rozwoju gospodarczego i społecznego. Potrafiła z niczego stworzyć armię, która może jeszcze nie najnowocześniej uzbrojona i wyposażona, podjęła samodzielną walkę w obronie państwa polskiego. Był to jak dotychczas ostatni tego rodzaju akt w polskiej historii.

 

Przebieg mobilizacji

Plan mobilizacyjny „W” nosił nazwę od inicjału nazwiska ówczesnego szefa Oddziału I Sztabu Głównego płk. Józefa Albina Wiatra. Mobilizacja powszechna – jawna, podzielona na dwa rzuty, obwieszczana była plakatami. Mobilizacja niejawna – „kartkowa” zapewniała poufność, szybkość i elastyczność przedsięwzięcia. Plan „W” jako pracę koncepcyjną można oceniać jedynie w samych superlatywach. To właśnie system mobilizacji niejawnej umożliwił podjęcie wojny z Niemcami. Gdyby nie on, najprawdopodobniej kampania wrześniowa potrwałaby nie dłużej niż około tygodnia. A jednak już na etapie mobilizacyjnego rozwinięcia wojsk popełniono kilka istotnych błędów, które wywarły znaczący wpływ na przebieg wrześniowej wojny. Przede wszystkim zbyt późno, sądzić należy, że o tydzień do 10 dni, rozpoczęto mobilizację niejawną. Warto w tym miejscu przytoczyć za Marianem Porwitem cytat o tym, jak gen. Władysław Bortnowski pisał w pierwszej dekadzie sierpnia 1939 roku, że: „mobilizacja nasza w stosunku do niemieckiej będzie spóźniona, o ile nie zostanie zarządzona do dnia 10 sierpnia”. Przypomnę, że w zasadzie mobilizację niejawną rozpoczęto etapami od 24 sierpnia, a mobilizacja powszechna została ogłoszona 29 sierpnia.

Płonąca wieś.W dniu 1 września mobilizacja niejawna pozwoliła na całkowitą koncentrację 21 dywizji piechoty i 8 brygad kawalerii dla armii pierwszego rzutu. Nie zdołano osiągnąć planowanej gotowości bojowej 7 dywizji piechoty i 2 brygady kawalerii dla armii pierwszorzutowych oraz 6 dywizji piechoty i 1 brygady kawalerii dla armii odwodowej (Armia „Prusy”).

Doskonale skonstruowany plan „W” nie przyniósł oczekiwanych rezultatów z dwóch powodów. Pierwszy to wspomniana już spóźniona mobilizacja niejawna. Drugi, główny czynnik, to brak należycie dopracowanego planu dla transportów kolejowych. Brak tego planu, a także rozeznania w ilości i położeniu taboru kolejowego w ostatnich dniach sierpnia i pierwszych września spowodował opóźnienia w przybyciu związków taktycznych do rejonów rozwinięcia. Część eszelonów nigdy nie dotarła do tych rejonów. Dotyczy to szczególnie wcześniejszego załadowania i wysłania transportów części jednostek z Okręgu Korpusu Grodno, co zablokowało zakończenie przewozu innych dywizji i w efekcie spowodowało kolejowe korki i braki dostatecznej ilości taboru. W dwa dni później, 29 sierpnia, opóźnienia odnotowywały już wszystkie transporty ze wschodnich terenów kraju, a jedna dywizja (12 DP) nie rozpoczęła jeszcze załadunku.

Jak wyglądał przejazd transportami kolejowymi, dowiadujemy się m.in. z raportu mjr. Stanisława Rogoża, dowódcy 60 dywizjonu artylerii ciężkiej, który pisze: „W niedzielę 27 sierpnia alarm mobilizacyjny […] Gotowość marszową uzyskuję dopiero po 60 godzinach. Z powodu braku wagonów dywizjon czeka na kwaterach. We czwartek 31 sierpnia zaalarmowano do odjazdu 1-szą i 2-gą baterię. Alarm okazał się fałszywy i baterie niepotrzebnie pojechały do Żurawicy do załadowania. Bateria 1-sza czekała na rampie. W nocy z 2/3 [września – M.S.] przyjechała do Żurawicy 3-cia bateria. Załadowanie rozpoczęło się dopiero 3 września od rana, kolejno bateriami. Drużyna dyonu została skierowana do załadowania na Bakończyce. O godz. 22-giej transport drużyny. W Jarosławiu o godz. 23-ciej dostaję rozkaz od komendanta stacji, że dyon zostaje skierowany do armii ‘Kraków’, i że baterie pojechały na Kraków. Pociąg rusza, jednak co kilkanaście minut staje w polu i czeka. W czasie tej jazdy było na transport kilka nalotów pojedynczych samolotów, które ostrzeliwały pociąg, jednak bez skutku. O godz. 14.30 dojeżdżamy do Dębicy. Parowóz bierze wodę i po kilkunastu minutach odjeżdżamy. Nie ujechaliśmy nawet kilometra, gdy nastąpił nalot 12 bombowców na miasto i dworzec. Olbrzymie detonacje, słupy ognia i dymu, pożary. Od Dębicy do Tarnowa pociąg stawał co kilkanaście metrów. Były dwa naloty. We wtorek 5 września, o godz. 5.30 dojechaliśmy do Tarnowa”.


 

Zniszczony ciągnik art. PZInż. 302 z armatą.


Opracowanie planów mobilizacyjnych w dywizjach, pułkach i batalionach, na bazie których rozwijano mobilizowane oddziały i pododdziały, należało do zadań sztabów tych jednostek. Można ocenić, że generalnie przeprowadzenie mobilizacji wykazało realną wartość tych planów, trafność przewidywań oraz racjonalne uwzględnienie warunków i potrzeb w tym zakresie. Dzięki dobrze opracowanym planom i szczegółowym uzgodnieniom z administracją terenową czas formowania oddziałów był stosunkowo krótki, z reguły wynosił od 36 do 72 godzin. Powstałe w niektórych przypadkach opóźnienia wynikały głównie z działań lokalnych administracji, przede wszystkim w zakresie terminowego dostarczenia do jednostek koni i wozów. Ponadto często zdarzało się, że dostarczone konie i wozy nie nadawały się do zadań i potrzeb wojska. Płk Adam Dzianott pisze, że we Włodawie: „Mobilizacja jedna jak i druga przeszły bez większych tarć. Trudności, które napotkałem przy mob. wozów i uprzęży zostały usunięte przez władze administracyjne drogą wtórnego powołania, co jednak nie opóźniło pogotowia marszowego oddziałów”.

Na wartość bojową mobilizowanych jednostek wpływ miały m.in. następujące czynniki:

– niski procent kadry służby stałej i szeregowych i podoficerów służby czynnej stanowiących zawiązki mobilizacyjne w stosunku do oficerów i żołnierzy rezerwy;

– zróżnicowanie żołnierzy rezerwy pod względem wieku, stopnia wyszkolenia itp.;

– brak czasu w okresie mobilizacji na wzajemne poznanie się ludzi, zgranie drużyn, plutonów, kompanii i batalionów.

Już sam wysiłek mobilizacyjny rozwinięcia stanów czasu pokoju do etatu wojennego był przedsięwzięciem na wielką skalę.

 

Epizody bojowe i bitwy. Szkic do obrazu kampanii wrześniowej 1939 roku

Pospiesznie poprawiany i uzupełniany w okresie lata 1939 roku polski plan operacyjny „Zachód” przewidywał obronę całego obszaru kraju wzdłuż północnych, zachodnich i południowych granic Polski. Wojsko Polskie, część systemu administracji państwowej i część społeczeństwa podjęły walkę z nieprzyjacielem. Niemożliwe jest przedstawienie pełnego obrazu walk we wrześniu 1939 roku. Kilka poniżej przedstawionych epizodów i wzmianek o bitwach być może zainspiruje Czytelników do samodzielnych poszukiwań, w literaturze i źródłach, szerszej i bardziej szczegółowej wiedzy na ich temat.

Porzucony TKS.Na obraz kampanii wrześniowej, obok wielkich bitew, jak chociażby o umocnienia śląskie, bitwy w korytarzu pomorskim, nad Bzurą, w obronie Modlina i Warszawy, pod Tomaszowem Lubelskim i innych, składają się też epizody, takie jak walka pod Węgierską Górką, Kockiem i wiele, wiele innych, które kto wie, czy nie odgrywają większej roli w kształtowaniu naszej świadomości historycznej. Szczególna rola przypada tu Poczcie Gdańskiej, przynajmniej z dwu powodów. Po pierwsze, Polski Urząd Pocztowy w Gdańsku działał w szczególnych warunkach, wśród rozhisteryzowanych tłumów wielbicieli Hitlera i nazizmu, wyrażających bez osłonek swoją nienawiść do Polski. Po drugie, pracownikami poczty byli cywile, wśród których nie było Niemców. Przypomnę, że w innych polskich instytucjach na terenie Wolnego Miasta Gdańska pracowało wielu Niemców, na przykład w Polskich Kolejach Państwowych.

Pracownicy poczty postarali się o broń, zdobyli dwa lub trzy ręczne karabiny maszynowe, i od połowy sierpnia czuwali dniem i nocą nad bezpieczeństwem swojego urzędu. Trzynaście godzin bronili symbolu Polski w Gdańsku. Spośród 49 uczestników obrony sześciu poległo w walce, 39 Niemcy zamordowali do połowy października 1939 roku, czterem udało się zbiec podczas kapitulowania obrony. Czy symbol wart był ofiar?

Westerplatte, Wojskowa Składnica tranzytowa miała powierzchnię niecałe 0,5 km². 182 oficerów, podoficerów i szeregowych pod dowództwem mjr. Henryka Sucharskiego broniło się na tym skrawku do południa 7 września. Mimo obszernej literatury, filmów i innych form upamiętniania tego wydarzenia, do dzisiaj wiele kwestii z nim związanych nurtuje badaczy historii. Przede wszystkim, kto praktycznie dowodził obroną Westerplatte, mjr. Sucharski czy jego zastępca? Co było powodem tak długiego oporu – walka o honor, motyw dowódcy i załogi, aby nie dać się Niemcom, czy może sugerowana przez niektórych depesza marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego z wezwaniem „do wytrwania na posterunku”? Pytań jest jeszcze wiele.

Już rankiem 1 września siedemdziesięciokilometrowy odcinek obrony 9 Dywizji Piechoty (DP) płk. Józefa Werobeja stał się obiektem niemieckich ataków. To na tym odcinku doszło do rzadkiego w historii wojen boju spotkaniowego 34 pułku piechoty (pp) z niemiecką 3 Dywizją Pancerną (DPanc.). W utworzony w pierwszych godzinach wojny na Pomorzu w rejonie Pruszcza wyłom wlewały się na obszar Polski kolejne niemieckie jednostki pancerne, zmotoryzowane i piechoty. Siejąc spustoszenie wśród polskich oddziałów, zmuszały je, mimo pełnej poświęcenia i odwagi w walce, do ciągłego odwrotu i sukcesywnej utraty stopnia zdolności bojowej. Do 11 września z dywizji pozostało płk. Werobejowi 3 oficerów i 20 szeregowych, z którymi dotarł do Kutna.

Dnia 2 września od godzin porannych pod Mławą Niemcy skoncentrowali główny wysiłek na zdobyciu polskiego odcinka obrony „Rzęgnowo”. Uczestnik owych wydarzeń, kpt. Stanisław Gruziński z 79 pp, wspomina: „O godz. 15.00 rozpoczęło się generalne natarcie niemieckie. Oddziały 1 i 12 DP wsparte potężnym ogniem artylerii i czołgów ruszyły na przedni skraj pozycji pułku… Prawe skrzydło 79 pułku na Górze Kamiennej, w postaci wzmocnionej 9kompanii dowodzonej przez kpt. Hoppe oraz pluton kolarzy z 11 pułku ułanów (puł.) na pozycji ‘Żaboklik’ przyjmują gwałtowne natarcie nieprzyjaciela… Pułk walczy na śmierć i życie… Fale Niemców przesuwały się w kierunku naszych pozycji coraz bliżej”.

Około godz. 17.00 Niemcy szturmem zdobyli wzmiankowany „Żaboklik”, a po godz. 19.30 reszta obrońców Góry Kamiennej wycofała się w kierunku Rzęgnowa.

Rozbie polski tabory.Dniem krytycznym dla 8 DP był 4 września. 21 pułk piechoty utracił po północy łączność ze sztabem dywizji. Dowódca pułku, płk Stanisław Sosabowski (późniejszy dowódca Samodzielnej Brygady Spadochronowej w PSZ na Zachodzie), umiejętnie dowodząc, wycofał pułk w bezpieczny rejon. Natomiast w pozostałych oddziałach dywizji wybuchła panika, której początek dała bratobójcza walka między kawalerią dywizyjną a kompanią sztabową. Niedługo później zaczęły wzajemny ostrzał pododdziały 13 i 32 pułku piechoty. Całe bataliony rzucały się do panicznej ucieczki, zostawiając częściowo broń i sprzęt. Z wielkim trudem dowódca 13 pp zebrał bez mała połowę pułku i skierował się z wojskiem do lasów pod Opinogórą, gdzie dołączył do zawiązanej grupy pod dowództwem płk. Sosabowskiego. Natomiast część żołnierzy z 8 DP, w tym większość 32 pp, zebrał na zachód od lasów opinogórskich dowódca dywizji płk Stanisław Furgalski. Nie podejmując żadnych prób stawienia oporu nieprzyjacielowi, ruszył w kierunku południowym. Kolumna szybko stała się celem nalotów niemieckich samolotów, które dosyć szybko ją rozproszyły. Pojedyncze grupy żołnierzy cofały się bezładnie w kierunku Wisły na Płock, Zakroczym i Modlin.

Podobnie skutecznie w dniu 4 września lotnictwo nieprzyjaciela rozbiło znaczną część sił 20 DP, która po trzydniowej ciężkiej walce na przedpolach Mławy wycofywała się na podstawie spóźnionych rozkazów dowódcy Armii „Modlin”. O dziwo, już po dniu względnego wypoczynku, za jaki można uznać intensywny marsz, zwarte oddziały dywizji odzyskały gotowość bojową i zupełnie dobre morale.

Działania bojowe 33 DP, a po części również 41 DPRez., na krzyżujących się drogach ich odwrotu doczekały się w polskiej historiografii wielu opracowań i artykułów polemicznych oraz wspomnieniowych, że wymienię tylko artykuły dowódcy dywizji Tadeusza Zieleniewskiego i Felicjana Majorkiewicza. To, co się działo pod Różanem i w Puszczy Białej 7 września, zapewne długo jeszcze będzie przedmiotem dociekań historyków. Pułkownik, później generał, Tadeusz Zieleniewski musiał dosyć szczegółowo wyjaśniać swoje decyzje już na jesieni 1940 roku we Francji, a następnie po wojnie, w licznych artykułach, które ukazały się m.in. na łamach „Wojskowego Przeglądu Historycznego”.

Generał Otton Krzisch 3 listopada 1939 roku w Paryżu tak oto przedstawiał te wydarzenia w swoim sprawozdaniu: „5 IX wieczorem d-ca Grupy ‘Narew’ otrzymał rozkaz naczelnego D-twa podpisany przez płk. Jaklicza bardzo niejasnej treści określający tylko lakonicznie, że: Nie było w tym rozkazie najmniejszej wzmianki co robi sąsiad i jakie ma zadanie (41 d.p.), jakie ma grupa obowiązki w stosunku do tego sąsiada, jakie jest położenie, jakie zamiary na przyszłość. Rozkaz był tak ujęty jak gdyby grupa oper. była baonem w ramach pułku. ?

D-ca Grupy Oper. interpretował ten rozkaz zresztą zgodnie ze swoim szefem sztabu tak, że jeżeli odcinek jest rozszerzony po Różan włącznie, a tam znajduje się obecnie 41 d.p., to ta dywizja jest mu podporządkowaną i wchodzi w skład grupy. ?ączności z 41 d.p. nie było i d-ca Grupy nie próbował łączności tej nawiązać, mimo, że odległość do Różan z miejsca postoju d-twa Grupy (Śniadowo) wynosiła zaledwie 35 km.

Ja podświadomie czułem, że coś jest z 41 d.p. nie w porządku. W kilkakrotnej rozmowie z szefem sztabu [S.G.O. ‘Narew’ – M.S.] starałem się go przekonać o moich obawach. Mówiłem co będzie, jeżeli rejon Różan został oddany Grupie bez równoczesnego oddania 41 d.p., która mogła otrzymać inne zadanie. Albo dywizja ta zostanie na miejscu, gdyż nie może, bo silnie jest związana z nplem, wtenczas jednak nie będzie mogła wykonać powierzonego jej może innego zadania, albo odejdzie pozostawiając do czasu zluzowania tylko słabą osłonę. A wtedy Niemcy mogą przejść przez Narew i powstanie luka nieobsadzona przez nikogo. [...]

Nie będę mówił o szczegółach wydarzeń. Wynik końcowy tego położenia, wywołanego przez niejasność rozkazu Naczelnego Dowództwa, i brak łączności z 41 d.p., był ten, że 41 d.p. rzeczywiście otrzymała inny rozkaz, a mianowicie odejścia bezzwłocznego do Grupy uderzeniowej gen. Kowalskiego [G.O. ‘Wyszków’ – M.S.], która miała uderzyć na bok, posuwających się w ślad za rozbitą grupą gen. Przedrzymirskiego [S.G.O. ‘Narew’ – M.S.], Niemców.

Link Cytuj

 
0
Avatar_forum

Dnia 6 IX wieczorem 41 d.p. odmaszerowała na południe, pozostawiając pod Różanem tylko osłonę z którą Niemcy się prędko załatwili i przeszli przez Narew. 33 d.p. skierowana nocnym marszem w rejon Różana, spotkała się z odchodzącą 41 d.p., która wzięła 33 d.p. za Niemców, którzy w rzeczywistości też tam byli i powstał nocny bój wszystkich przeciw wszystkim, kończący się utratą 2 baonów i jednego dyonu w 41 d.p., a kompletnym pomieszaniem ze znacznymi stratami oddziałów 33 d.p.

Dalszy los tych dwóch dywizji, a później też 1 d.p. gen. Kowalskiego był ten, że odeszły na południe skierowane każda na jedną przeprawę przez Bug (1 d.p. – Wyszków, 41 d.p. – Brok, 33 d.p. – Małkinia) z zadaniem bronienia przejścia przez Bug okrakiem tych wszystkich mostów.

W nocy jednak 6 IX o godz. 23-ej ogarnięty paniką nocnej bitwy na południe wschód od Różan, przyjechał major saperów z trzema oficerami i osobiście wysadził żelazny most w Broku zanim 41 d.p. doszła do Bugu. Most w Małkini zniszczyli Niemcy przez bombardowania lotnicze dnia 7 IX rano, tak, że wszystkie dywizje skierowały się na Wyszków i zamiast jednej przeszło tam trzy”.

Samodzielna Grupa Operacyjna „Narew” od 1 do 6 września powstrzymywała Niemców na przedpolu Narwi i Biebrzy oraz dokonywała wypadów na teren Prus Wschodnich. Następnie broniła ?omży, Nowogrodu i Ostrołęki. 11 września grupa została okrążona między ?omżą, Śniadowem i Zambrowem. Tego dnia, właśnie pod Zambrowem, 18 DP starała się natarciem wyprzeć z miasta znajdujących się tam Niemców. O godz. 9.30 zajął postawę wyjściową, a o godz. 10.00 wyruszył do ataku z kierunku Sędziwujów 1 batalion 71 pp wspierany przez 18 dywizjon artylerii ciężkiej (dac) i baterię dział z 18 pułku artylerii lekkiej (pal). Kompanie, z dowódcami idącymi w pierwszej linii, ruszyły do szturmu, w następstwie którego około godz. 12.00 piechota polska dotarła do rynku w Zambrowie. Tam natarcie zostało zatrzymane zmasowanym ogniem artylerii i odwodowych oddziałów niemieckiej piechoty.

Bitwa o Zambrów zaczęła zamierać wieczorem 11 września. 18 DP, mimo ciężkiego wykrwawienia i krańcowego zmęczenia, otrzymała od dowódcy S.G.O. „Narew” gen. bryg. Czesława Młota-Fijałkowskiego rozkaz wymknięcia się z grożącego jej osaczenia, przedostania się za Bug i tam przejścia do obrony. Oddziały dywizji zdołały zwinąć ugrupowanie i utworzyć kolumny marszowe. O wyznaczonej godzinie rozpoczął się odwrót określonymi wcześniej trasami. Kolumny 18 dac, 18 pal i 71 pp, przechodzące około godziny 21.00 przez rejon Krajewo ćwikły–Krajewo Borowe, zostały ostrzelane ogniem nękającym ciężkiej artylerii oraz ogniem broni maszynowej nieprzyjacielskiego patrolu. Wśród wojsk powstało zamieszanie. 13 września 18 DP została całkowicie rozbita, natomiast Suwalska BK i Podlaska BK przerwały okrążenie i wycofały się na wschód.

Spotkanie głównych sił Armii „Łódź” z nieprzyjacielem nastąpiło 2 września. Szczególne nasilenie walk odnotowano na odcinku bronionym przez 30 DP. Pod osłoną ognia własnych dział piechota niemiecka z 18 i 19 DP rozpoczęła przeprawę przez Wartę. Mimo znacznej przewagi ogniowej po stronie przeciwnika artyleria polska przez kilka godzin uniemożliwiała Niemcom przeprawę przez rzekę. Dopiero wieczorem udało się Niemcom uchwycić, a następnie poszerzyć przyczółek na łuku Warty pod Działoszynem.

W pasie działania Armii „Kraków” we wrześniu 1939 roku odnaleźć możemy przykład przemyślnie zaplanowanych i przeprowadzonych działań obronnych, m.in. w rejonie Mikołowa, gdzie broniły się trzy bataliony 55 DP Rez. Do generalnego ataku na pozycje pod Pszczyną Niemcy przystąpili około godz. 11.00 2 września. Podczas gdy pozorowane natarcie 5 DPanc. na środkową część odcinka obronnego 6 DP gen. bryg. Bernarda Monda zostało zatrzymane przez 2 batalion 20 pp pod Starą Wsią, uderzenie głównych sił tej dywizji zostało wykonane na południe od Pszczyny. Około 150–200 czołgów nieprzyjaciela runęło na broniący pozycji 5 batalion 20 pp i zmiażdżyło go. Czołgi niemieckie wtargnęły w głąb i zaatakowały na wschód od Pszczyny artylerię 6 dywizji. Artylerzyści przyjęli nierówną walkę. Pojedynek kilkunastu dział z dziesiątkami czołgów zakończył się tragicznie. Artyleria dywizji faktycznie przestała istnieć, mimo to, w wyniku mężnego oporu artylerzystów, wiele niemieckich czołgów zostało spalonych i zniszczonych.

Po przemianowaniu Armii „Karpaty” na Armię „Małopolska” wchodząca w jej skład Grupa Operacyjna „Południowa” (była Grupa Operacyjna „Jasło”) pod dowództwem gen. bryg. Kazimierza Orlik-?ukoskiego 9 września koncentrowała się w rejonie Barycza i Dylągowej. 11 DP płk. Bronisława Prugara-Ketlinga ugrupowała się od rana tego dnia do obrony okrężnej w rejonie Barycza.

Po południu pokazały się od północy pojazdy pancerno-motorowe z 4 Dywizji Lekkiej gen. mjr. Alfreda von Hubicki. Jeden z niemieckich patroli wtargnął do Barycza, w sam środek ugrupowania dywizji. Ściągnięty na zagrożony odcinek przez kwatermistrza dywizji kpt. Aleksandra Jedziniaka działon z najbliższej 7 baterii 11 pal zdołał odrzucić nieprzyjaciela. Działon zniszczył ogniem na wprost dwa samochody pancerne i jeden lekki czołg, którego załogę wzięto do niewoli.

Zupełnie inaczej potoczyły się losy walczącej w składzie tej samej G.O. „Jasło” 24 DP. Zgodnie z decyzją dowódcy armii gen. Kazimierza Fabrycego z 7 września dywizja miała wycofywać się w kierunku Dębicy, Rzeszowa i Przemyśla, osłaniając główny szlak komunikacyjny na Lwów, który był osią działania wojsk XXII Korpusu  gen. Ewalda von Kleista. 24 dywizja stoczyła już walkę z 4 Dywizją Lekką z tego korpusu i to niestety w sytuacji dla polskich dywizji najmniej korzystnej, mianowicie marszu. Podwładni von Hubickiego zadali polskim żołnierzom duże straty. Dowódca polskiej dywizji płk Bolesław Maria Krzyżanowski, obawiając się kolejnej konfrontacji, zmienił samowolnie kierunek odwrotu dywizji, kierując się na Frysztak i Strzyżów. Jednocześnie, uznając się za chorego, chciał przekazać dywizję zastępcy płk. Bolesławowi Schwarzenbergowi-Czernemu, ale nie otrzymał na to zgody dowódcy armii. Następnie płk Krzyżanowski, wespół z dowódcą 11 DP, nie wykonał kolejnego rozkazu dowódcy G.O. „Jasło” i zarządził odwrót dywizji znad Wisłoka. W ten mniej więcej sposób przedstawił sytuację w G.O. „Jasło” w swojej pracy T. Jurga. Inni autorzy prezentują nieco odmienny opis wydarzeń. Z kolei w sprawozdaniu z kampanii wrześniowej ppłk. Czesława Obtułowicza z 11 DP czytamy m.in.: „Dnia 9 IX 39 r. […] Przy przejściu m. Węgłówki natknąłem się na rozbitą i zdemoralizowaną 24 DP. Dowódca 24 DP płk Szwarcenberg [tak w oryginale – M.S.] Czerny w rozmowie ze mną przedstawił tragiczny stan dywizji i usterki Armii, która nakazywała wycofanie się 24 Dywizji o świcie w obliczu czołgów npl – które istotnie natarły i rozbiły dywizję”.Kto zatem ma rację, gdzie leży prawda?

Zniszczony most.Dowódca niemieckiej 10 armii ocenił 6 września, że wojska polskie rozpoczęły odwrót w kierunku Wisły. Zadecydował więc rozpocząć działania pościgowe, aby uniemożliwić Polakom przeprawienie się na prawy brzeg rzeki na odcinku Puławy–Góra Kalwaria. Niemcy zorganizowali trzy grupy pościgowe, z których lewa – XVI Korpus Pancerny – składała się z 1 i 4 Dywizji Pancernej. Dowódca XVI Korpusu Pancernego skierował natarcie 1 Dywizji Pancernej na Tomaszów Mazowiecki. Około południa 6 września 1 DPanc. zaczęła przegrupowywać większość sił z rejonu Piotrkowa Trybunalskiego na Wolbórz, przed front 13 DP płk. Władysława Kalińskiego, z północnego zgrupowania armii „Prusy”.

Dowódca Armii „Prusy”, gen. Stefan Dąb-Biernacki narzucił płk. Kalińskiemu własny pogląd na ugrupowanie dywizji do walki. Na prawym skrzydle ugrupował się 43 pułk piechoty ppłk. Franciszka Kubickiego. 45 pułk piechoty płk. Stanisława Hojnowskiego (początkowo bez 1 batalionu) przeszedł do obrony na zachód od Tomaszowa. Pułk obsadził pozycje przed zachodnim skrajem lasu od miejscowości Zawady do wzgórza 185. Ponieważ rubież ta nie zapewniała obrony przeciwpancernej, płk Hojnowski, w nocy z 5 na 6 września, cofnął przednią linię obrony na zachodni skraj lasu. W lesie Lubochnia, na północ od Tomaszowa, ześrodkował się w drugim rzucie dywizji 44 pułk piechoty (bez 1 batalionu) płk. Józefa Frączaka. Natomiast 1 batalion tego pułku, z baterią 13 pal, jako odwód dywizji, ugrupował się w obronie w lesie na północny wschód od miejscowości Ujazd. Rano 6 września, po wyładowaniu ze spóźnionych transportów kolejowych, przybyły w pas obrony 13 DP: 1 batalion 45 pp i 3 bateria 13 pal.

Natarcie Niemców poprzedziły działania rozpoznawcze w nocy z 5 na 6 września i 6 września rano. Tego dnia do południa 1 DPanc wykonała na lewoskrzydłowy 45 pp dwa silne ataki artyleryjskie. Pod przykryciem tego ognia na prawe skrzydło pułku natarł pododdział 20 czołgów. Polskie baterie armat, ogniem na wprost ze stanowisk ogniowych na skraju lasu, spaliły 5 czołgów, 3 uszkodziły, a pozostałe wozy pancerne wycofały się. Przez cały dzień w pasie obrony 13 DP nacierały niemieckie oddziały XVI KPanc, 4 i 1 Dywizja Pancerna, mimo uporczywej obrony pułków coraz głębiej wchodziły w ugrupowanie dywizji.

Główne siły 4 DPanc rozwijały natarcie na miejscowość Cekanów, w głąb pozycji 43 pp. Około 40 czołgów niemieckich wyszło od wschodu na Tobiasze, znajdujące się na tyłach głównej pozycji obrony. Kolejny oddział, około 60 czołgów, nacierał na ?azisko, Zaborów i osiągnął rejon Cekanowa. Osamotniona, decyzjami dowódcy Armii „Prusy”, w swych działaniach obronnych 13 DP wieczorem i w nocy z 6 na 7 września sposobiła się do odwrotu.

Jednym z ostatnich bastionów, który poddał się Niemcom we wrześniu 1939 roku, była twierdza Modlin. Bombardowania lotnicze twierdzy, jako ważnego strategicznie celu, trwały już od pierwszego dnia wojny. Walki w rejonie Modlina, na odcinku Zakroczym–Pomiechówek, ze słabymi zresztą oddziałami niemieckimi rozpoczęły się 10 września. Od tego dnia cały rejon dawnej twierdzy znalazł się pod ogniem artylerii niemieckiej. Natomiast działania bojowe, które w historiografii określane są jako obrona Modlina, rozpoczęły się 14 września. Tu warto przypomnieć nie wszystkim zapewne znany fakt, że obrona została zorganizowana na linii wewnętrznej dawnych, wybudowanych jeszcze przed 1886 rokiem fortów rosyjskich, które w większości były już w ruinie. Obecnie eksplorując okolice twierdzy należy pamiętać, że linia obrony z 1939 roku była de facto linią polową. Jedynie odcinek północny był silnie umocniony przed wybuchem wojny, głównie obiektami typu nowoczesnej fortyfikacji osłonowej i przeszkodami inżynieryjnymi. Właśnie 14 września zostało utworzone dowództwo obrony twierdzy, na czele którego stanął gen. Wiktor Thommée. Przypomnę jeszcze, że w skład załogi Modlina weszły: 2, 28 i 30 DP oraz pozostałości 8 DP, przy czym 21 pułk Sosabowskiego odszedł do Warszawy.

Takie przykłady, jak przedstawione powyżej – walki z pełnym poświęceniem, w całym okresie kampanii wrześniowej można by mnożyć.

 

Epilog kampanii, czyli okoliczności pójścia w niewolę i internowania.

Dnia 1 września 1939 roku na terytorium Polski wtargnęła armia niemiecka, a 17 września rozpoczęła agresję Armia Czerwona. Rządy Niemiec i Związku Sowieckiego nie wypowiedziały Polsce wojny. Dokonując napaści na Polskę Sowiety złamały cztery obowiązujące ich umowy międzynarodowe. Były to: traktat ryski z 1921 roku, protokół podpisany w 1929 roku przez Litwinowa o wyrzeczeniu się wojen jako środka rozwiązywania sporów, pakt o nieagresji z Polską z 1932 roku (przedłużony do końca 1945 roku) oraz konwencja londyńska z 1933 roku o definicji agresora. Jak podaje Norbert Honka, w latach 1933–1945 Niemcy złamały 25 traktatów i umów międzynarodowych, tymczasem Związek Sowiecki w okresie 1939–1945 pogwałcił aż 28 traktatów.

W wyniku kampanii wrześniowej różnie potoczyły się losy żołnierzy polskich. Według danych polskich do niewoli niemieckiej dostało się 420 tysięcy, z czego w obozach jenieckich znalazło się około 200 tysięcy żołnierzy. Źródła sowieckie podają, że Armia Czerwona wzięła do niewoli około 230 tysięcy polskich wojskowych, po czym liczba ta wzrosła do około 240 tysięcy, głównie na skutek aresztowań i dobrowolnego zgłaszania się żołnierzy do okupacyjnych władz sowieckich. Ostatnie wyniki badań wskazują, że po 20 września 1939 roku w obozach zarządzanych przez NKWD znalazło się ogółem 125 tysięcy osób, z których 42 tysiące zwolniono na tereny tzw. Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy, 42,5 tysiąca przekazano w ramach wymiany do Niemiec, a 25 tysięcy wysłano do obozów pracy.


Wóz taborowy.


Była jeszcze jedna grupa jeńców, o której w żaden sposób nie wolno zapomnieć. Są to żołnierze polscy, którzy bezpośrednio po wzięciu do niewoli zostali rozstrzelani lub których zamordowano w następstwie sfingowanych procesów przed sądami polowymi (niemieckim Sondergericht i sowieckim Osoboje Sowieszczanije). Miejscami zbrodni niemieckich były m.in.: Serock, Gdańsk, Bydgoszcz, Zambrów, Mszczonów, Poznań, Piaseczno, Śladów czy Uryczany. Sowieci mordowali m.in. w: Wilnie, Grodnie, Sopoćkiniach, Wołkowysku, Oszmianie, Mołodecznie, Nowogródku, Sarnach, Tarnopolu czy wreszcie podczas całodziennej rzezi w Rohatynie. Szacuje się, że Niemcy po wzięciu do niewoli, w różnym czasie i okolicznościach, rozstrzelali około 1000 jeńców Polaków, później zaś kilkuset, głównie Żydów, wydali gestapo i tym samym skazali na śmierć.

O ile na froncie polsko-niemieckim sprawa była oczywista, o tyle na froncie z Sowietami po rozpoczęciu działań przez Armię Czerwoną pojawił się dylemat. Niezależnie od dyrektywy Naczelnego Wodza marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego, nakazującej nie stawiać oporu wojskom sowieckim, część głównie młodszej i średniej kadry oficerskiej zdecydowana była podjąć walkę. Z tą postawą nie zgadzała się część generalicji i wyższych oficerów. Przyszłość pokazała, że ci, co podjęli walkę, zwiększali swoją szansę na ocalenie życia, chociażby poprzez wycofanie się na zachód i poddanie Wehrmachtowi. Szansa przeżycia wojny w niemieckich obozach jenieckich była nieporównywalnie większa, pod warunkiem stosowania się do obowiązujących tam przepisów i niepodejmowania prób ucieczek. Największe zagrożenie dla jeńców oficerów w obozach niemieckich stanowiły bombardowania przez lotnictwo alianckie. W ich wyniku m.in. 19 sierpnia 1944 roku w oflagu II D Gross Born (Borne Sulinowo) zginęło 13, a rannych zostało 26 jeńców. Z kolei 27 września 1944 roku w oflagu VI B Dössel śmierć poniosło 90 oficerów, a 230 zostało rannych. Ponownie obóz ten zbombardowano w marcu 1945 roku, wówczas zginęło 2 oficerów, a kilkunastu zostało rannych. Niemal wszyscy polscy generałowie i starsi oficerowie, którzy podjęli pertraktacje z Sowietami, ponieśli śmierć. Za przykład niech posłużą: gen. Mieczysław Smorawiński – dowódca Okręgu Korpusu Lublin, który zakazał stawiania oporu Armii Czerwonej, jeszcze zanim ukazała się dyrektywa Rydza- Śmigłego – jego zwłoki odnaleziono w lesie katyńskim; gen. Józef Olszyna-Wilczyński, dowódca Okręgu Korpusu Grodno, rozstrzelany pod Sopoćkiniami; gen. Leon Billewicz, dowódca garnizonu Dubno, osadzony w Starobielsku, a następnie rozstrzelany w Charkowie.

Z drugiej strony ppłk Marceli Kotarba, dowódca pułku KOP na Podolu, pierwszy podjął walkę z Sowietami, osłaniając kierunek wycofywania się rządu polskiego i naczelnego dowództwa, przedostał się później do Francji. Gen. Wilhelm Orlik-Rückerman, dowódca KOP, po trzynastu dniach walk z sowieckim najeźdźcą tuż przed frontem niemieckim rozwiązał swoje oddziały, a sam przedostał się do Warszawy, gdzie podjął walkę w ruchu oporu. Bohaterski gen. Franciszek Kleeberg, po wielu potyczkach z Armią Czerwoną i bitwie pod Kockiem, 5 października 1939 roku skapitulował wobec Niemców. Zmarł w 1941 roku śmiercią naturalną w oflagu. Natomiast dowódca obrony Lwowa gen. Władysław Langer 22 września 1939 roku poddał miasto Armii Czerwonej. Sam zdołał zbiec przez Rumunię do Francji, ale blisko 2 tysiące oficerów, jego podkomendnych, znalazło się w obozach sowieckich i w większości zostało zamordowanych.

Stosunkowo znaczna część żołnierzy wybrała, lub zmusiły ich do tego okoliczności, internowanie w krajach nadbałtyckich oraz na Węgrzech i w Rumunii. I tak do 2 listopada 1939 roku internowano w Rumunii około 24–25 tysięcy polskich oficerów i szeregowych. Według węgierskiego historyka Istvana Lagzi na Węgrzech internowano 45 225 wojskowych. W krajach nadbałtyckich internowano: na Litwie niewiele ponad 14 tysięcy żołnierzy, na ?otwie około 1570, w Estonii 1 oficera, w Szwecji ponad 170 marynarzy.

Ze względu na trudną sytuację operacyjną na Bałtyku i coraz gorszy stan polskich okrętów podwodnych dowódca floty 11 września 1939 roku wydał im rozkaz skierowania się do portów angielskich. W wypadku braku możliwości przedostania się na Morze Północne rozkaz nakazywał działać na Bałtyku, dopóki wystarczy zapasów, a później przebijać się do Szwecji. 17 września w godzinach rannych wpłynął na szwedzkie wody terytorialne ORP „Sęp”, którego stan nie pozwalał na dalszą walkę. Następnego dnia schronienia w Szwecji musiał szukać drugi okręt podwodny ORP „Ryś”. Kiedy po oględzinach w porcie Stawnes okazało się, że awaria jest dość poważna, dowódca okrętu zdecydował prosić o internowanie. Podobnie postąpiły załogi ORP „Żbik” i ścigacza Straży Granicznej „Batory” oraz grupa marynarzy-obrońców wybrzeża.

„Orzeł” wszedł do portu w Tallinie z powodu uszkodzeń i choroby dowódcy okrętu, nie w celu internowania, lecz dokonania niezbędnych napraw i pozostawienia na lądzie chorego. Na skutek nieporozumienia dotyczącego dozwolonego czasu pobytu „Orła” w porcie nastąpiło karne, trwające cztery dni internowanie.

Na początku drugiej dekady września 1939 roku były już dowódca ORP „Gryf” (okręt ten zatonął w wyniku bombardowań niemieckich w dniu 3 IX w porcie wojennym na Helu) komandor podporucznik Stanisław Hryniewiecki otrzymał zgodę dowódcy floty kontradmirała Józefa Unruga na podjęcie próby przedarcia się przez niemiecką blokadę polskiego wybrzeża w celu dotarcia do Polskiej Marynarki Wojennej w Wielkiej Brytanii. Po wypłynięciu z Babich Dołów kutrem rybackim nastąpiła zmiana planów i Hryniewiecki wraz z towarzyszącymi mu oficerami i marynarzami skierował się do łotewskiego portu Libawa, gdzie 14 września zostali internowani przez władze łotewskie.

Z dalekiego zaplecza frontu, które w miarę ofensywy niemieckiej stawało się bliższym, z terenów graniczących z Litwą, odeszła na front polsko-niemiecki większość jednostek liniowych, bataliony i szwadrony marszowe formowane w ośrodkach zapasowych, znaczna część oddziałów Korpusu Ochrony Pogranicza i inne. 17 września pierwsze uderzenia Armii Czerwonej na północy frontu, głównie zgrupowań pancernych i kawaleryjskich wspartych związkami piechoty, zostały skierowane na stojące na Wileńszczyźnie pułki KOP „Głębokie” i „Wilejka” oraz na pułk „Baranowicze”.

Na Wileńszczyźnie, nie mając możliwości przedostania się na przedmoście rumuńskie, a jednocześnie nie chcąc trafić do niewoli, zwarte oddziały, a częściej pododdziały, grupy bądź pojedynczy żołnierze udawali się w kierunku granicy z Litwą i Łotwą.

Już wieczorem 17 września pierwsi Polacy przekroczyli granicę łotewską. Tego dnia został przerwany ruch kolejowy między Polską (Turmonty) a Łotwą (Zemgale). Ta linia kolejowa stała się jak gdyby osią ruchu oddziałów polskich wycofujących się w celu przekroczenia granicy. Miało to krótki, lecz intensywny przebieg. Większość żołnierzy polskich została internowana między 18 a 20 września. Byli to przede wszystkim żołnierze KOP, batalionów Obrony Narodowej i innych mniejszych jednostek.

Szybko zmieniająca się sytuacja militarna na Wileńszczyźnie i postępy armii sowieckiej spowodowały, że jako jedni z pierwszych zmuszeni zostali do internowania się na Łotwie polscy lotnicy i obsługa techniczna stacjonujących tu samolotów. Już 17 września wystartowały z lotniska w Lidzie 54 polskie samoloty, które obrały kurs na Łotwę.

Dnia 21 września dowódca łotewskiej Dywizji Zemgalskiej meldował swojemu dowódcy armii, że w tymczasowym obozie w Dyneburgu przebywa 1810 osób, w tym 338 cywili.

Kolumna jeniecka.Pierwsi żołnierze przekroczyli granicę polsko-litewską 18 września około godz. 12.00 pod miejscowością Jewie. Główne przejścia graniczne były wówczas jeszcze zamknięte. Otwarto je następnego dnia rano. Mimo że granicę polsko-litewską przekraczano w zasadzie na całej długości, to większość internowań odbyła się w następujących miejscowościach: na szosie grodzieńskiej, w Kopciowie, Kodziach, Ucianie, Jewiu, Sketerach, Porach i Zawiasach.

Znad granicy internowani kierowani byli do obozów rozmieszczonych na terytorium całej Litwy. Całością przedsięwzięcia ze strony rządu litewskiego kierowało Ministerstwo Ochrony Kraju.

W trudnej sytuacji militarnej, na mocy rozkazu Naczelnego Wodza, w nocy z 17 na 18 września 1939 roku skoncentrowane na przedmościu rumuńskim jednostki polskie zaczęły przekraczać granice z Rumunią i Węgrami. Deklarując pod naciskiem Niemiec swoją neutralność, Rumunia już 15 września wyraziła gotowość internowania polskich żołnierzy.

Oddziały polskie przekraczały granicę głównie w Kutach, przez most na Czeremoszu, skąd kierowano je na Czerniowce. Inne miejscowości, gdzie dokonywano internowania, to Zaleszczyki i Śniatyń. Pierwsza, największa fala przekroczyła granicę 18 września. Przez następne trzy dni mniejsze grupy żołnierzy przechodziły na stronę rumuńską, aż do chwili nawiązania styczności z sowieckimi czołówkami pancernymi.

Podczas aktu internowania Rumuni odbierali żołnierzom jedynie broń, natomiast oficerom w zasadzie pozwalano zachować broń boczną. Z przygranicznej Bukowiny internowanych kierowano na południe kraju.

Podjęta 17 września w Kołomyi decyzja Naczelnego Wodza zwalniająca stronę rumuńską z obowiązków wynikających ze wzajemnych układów politycznych i wojskowych stworzyła sytuację szczególną. Wobec deklaracji Rumunii o neutralności z 6 września nie zapewniała tego, na co liczono najbardziej, mianowicie wolnego przejazdu w drodze do Francji.

Wśród internowanych najliczniejszą grupę stanowili lotnicy w liczbie 9276. Spośród wojsk lądowych znaczny odsetek stanowiły wojska łączności i niestety żandarmerii, która wówczas była szczególnie potrzebna na obszarach przyfrontowych. Ponadto ewakuowały się m.in. służby z DOK: Kraków, Przemyśl i Lwów, a przede wszystkim zaś Sztab Główny.

Po napaści Sowietów na Polskę coraz więcej wojsk zaczęło spływać w kierunku granicy węgierskiej, aby tam internować się, licząc m.in. na starą przyjaźń polsko-węgierską. Na Węgry przeszły m.in.: Brygada Kawalerii Pancernej płk. Stanisława Maczka, większość brygady górskiej, także sztaby DOK z: Poznania, Warszawy, Krakowa i częściowo z Przemyśla, oraz szereg innych jednostek, ośrodków zapasowych i często pojedynczych żołnierzy. Od 18 do 28 września 1939 roku, w ciągu zaledwie kilkunastu dni, na terytorium Węgier znalazło się kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy polskich, którzy w ten właśnie sposób kończyli swój udział w kampanii wrześniowej. Wszyscy oni zostali internowani i osadzeni w obozach.

Link Cytuj

 
0
Avatar_forum

 

Próba bilansu

 

Godnie, z honorem, wielkim poświęceniem i odwagą walczyły w większości we wrześniu 1939 roku jednostki wojska polskiego, ze swoimi dowódcami na czele, na wszystkich frontach obrony Polski. Walczyły tak, jak wykształceni byli ku temu ich dowódcy, jak wyszkoleni byli żołnierze i pododdziały, na ile starczyło sprzętu, wyposażenia i amunicji. W większości żołnierze polscy we wrześniu 1939 roku wykonali swoje zadania jak tylko mogli i potrafili najlepiej. W wielu przypadkach podejmowali czyny daleko wykraczające poza zakres ich obowiązków i kompetencji. Były też przypadki mniej chlubne.

Polska myśl wojskowa, która rozwinęła się w okresie międzywojennym, w niewielkim tylko stopniu wpłynęła na praktykę w kampanii wrześniowej. Pamiętamy książkę Władysława Sikorskiego pt. Przyszła wojna. Przyczyną był faktyczny stan armii i możliwości ekonomiczne państwa, które w zasadzie uniemożliwiały wprowadzenie radykalnych zmian przez najbliższe kilkanaście lat. Praktykę oparto przede wszystkim na francuskich doświadczeniach z pierwszej wojny światowej. To właśnie one kazały forsować przed i w czasie działań wojennych z Niemcami pewne, jak się okazało w praktyce, zupełnie nieprzydatne już sposoby prowadzenia działań bojowych.

 

System dowodzenia

  

Na sposób walk Wojska Polskiego we wrześniu 1939 roku istotny wpływ wywarł również wprowadzony po 1928 roku jednoosobowy system dowodzenia, w którym sztaby zostały sprowadzone do roli pomocników dowódcy ogólnowojskowego w zakresie wykonawczym zagadnień rozkazodawstwa. Co prawda tuż przed wybuchem wojny zaczęto odchodzić od tego modelu, jednak generalnie rola oficerów sztabowych, odpowiedzialnych za rodzaje wojsk i służby, kończyła się na etapie planowania przed rozpoczęciem działań bojowych.

Być może mało się u nas na ten temat mówi i pisze, ale co najmniej do 1936 roku oficerowie sztabowi byli w wojsku polskim w pewnym sensie dyskryminowani. Służba w sztabach na stanowiskach dla oficerów dyplomowanych nie upoważniała do awansów. O takowe można było ubiegać się na stanowiskach w linii, pełniąc funkcję dowódcy. W tym kontekście staje się jasne, dlaczego szef Sztabu Głównego miał stopień generała brygady, a nie generała broni, szefowie sztabów armii byli co najwyżej pułkownikami, a w grupach operacyjnych i dywizjach szefowie sztabów byli w stopniach podpułkowników lub majorów.

W takiej sytuacji, jeżeli na przykład mówimy o błędach w dowodzeniu Armią „?ódź”, to trudno wskazać bezpośredniego winnego. Czy był nim dowódca armii gen. Juliusz Rómmel, czy szef sztabu armii płk dypl. Aleksander Pragłowski? Mimo że w swoich wspomnieniach Pragłowski twierdzi, że „istniała spółka operacyjna Rómmel–Pragłowski”, to zaraz przyznaje, że nigdy nie był z dowódcą armii na odprawach u Naczelnego Wodza.

We wrześniu 1939 roku najważniejsze decyzje strategiczno-operacyjne na szczeblu Naczelnego Wodza zapadały w małym trzyosobowym gronie: marszałek Edward Rydz-Śmigły, szef Sztabu Głównego gen. Wacław Stachiewicz i jego zastępca płk Józef Jaklicz. Generalnie obowiązywał jednoosobowy system dowodzenia, w którym sztaby zostały sprowadzone do roli pomocników w zakresie wykonawczym zagadnień rozkazodawstwa. Jak wykazała kampania wrześniowa, część oficerów sztabów armii, dywizji i brygad w toku walk wykorzystana została przez dowódców ogólnowojskowych do zadań zupełnie nie związanych z działaniem wojsk, za które w tych sztabach byli odpowiedzialni.

 

Działania manewrowe

 

 Już wojna polsko-bolszewicka była wojną manewrową. Przecież według większości historyków i teoretyków wojskowych niczym perła w koronie lśni manewr znad Wieprza jako podstawa polskiego sukcesu w tej wojnie.

Wobec braku sprzętu mechanicznego, samochodów, transporterów i czołgów manewrowość naszego wojska we wrześniu 1939 roku zapewnić miały brygady kawalerii. Ten mit trwał przez cały okres dwudziestolecia międzywojennego, skutecznie podtrzymywany nie tylko przez kawalerzystów, ale znaczną część kadry dowódczej, dla której koń był swoistym symbolem wojska.

Tymczasem przed wybuchem wojny nie zdawano sobie do końca sprawy ze znikomej już użyteczności kawalerii. Pomijam jej nikłą wartość bojową. Przypomnę tylko, że brygada kawalerii praktycznie nie odbiegała wartością od wzmocnionego pułku piechoty (wzmocniony dywizjonem artylerii i elementami rozpoznania oraz pododdziałami służb w sile nie przekraczającej kompanii). Manewrowość brygad kawalerii była ograniczona wydolnością koni, których hodowlę w dwudziestoleciu międzywojennym ukierunkowano na poszukiwanie zwierząt o pięknej sylwetce, wręcz gracji, szybkich i skocznych, jako że sławę kawalerii przynosiły licznie organizowane zawody hippiczne, pokazy i defilady. Natomiast mniejszą uwagę zwracano na ich predyspozycje do długotrwałych wysiłków, a już w żadnym wypadku nie ćwiczono znoszenia przez zwierzęta niewygód. Moim zdaniem jak najbardziej słusznie surowo karano żołnierzy, szczególnie luzaków, za zaniedbania w opiece i niewłaściwy stosunek do zwierząt. Ale ta opiekuńczość nie wyrabiała u koni odporności. W efekcie polska kawaleria we wrześniu nie była w stanie wyprzedzić piechoty w długotrwałych marszach, a będąc doskonałym celem dla nieprzyjacielskiego lotnictwa, broni pancernej i maszynowej, w wielu przypadkach marsze swoje i innych jeszcze opóźniała, tarasując drogi i ich pobocza.

Najwięcej kłopotów zarówno na polu walki, jak i w czasie przegrupowania pododdziałów sprawiała trakcja konna. Do zamierzonych działań manewrowych kampanii wrześniowej, długich marszów i przegrupowań armia polska była zupełnie nie przygotowana. Dla przykładu marszowa kolumna batalionu składała się z kolumn kompanii piechoty, za którymi posuwał się przeszło na 3 km długi wąż taborów, na które składały się wozy z wyposażeniem i amunicją kompanii, wozy żywnościowe, dalej wozy dowództwa batalionu, wreszcie wozy bagażowe i batalionowa kolumna amunicyjna. Długie, liczące po kilka kilometrów, kolumny amunicyjne pułków i batalionów w wielu wypadkach składały się ze zmobilizowanych chłopskich wózków jednokonnych, co czyniło je jeszcze dłuższymi. Ponadto te chłopskie wózki często psuły się, rozlatywały, tym bardziej tarasując drogi marszu. Taką kolumną w marszach odwrotowych, przy zatłoczeniu dróg i braku regulacji ruchu, trudno było dowodzić, utrzymać jej zwartość. Z reguły podczas każdego przemarszu część kolumny odstawała, gubiła drogę, błądziła i dopiero po pewnym czasie docierała do macierzystych oddziałów lub była bezpowrotnie utracona.

 Przypomnę, że jedynie takie nocne marsze pozwalały mało ruchliwym polskim oddziałom odskoczyć od nieprzyjaciela, dokonać reorganizacji wojska i zająć kolejne rubieże obronne. Noce sprzyjały marszom, albowiem wojsko nie było wówczas atakowane przez lotnictwo niemieckie.

 

Działania obronne

  

Organizacja przez polskie dywizje działań obronnych i ich ogniowe zabezpieczenie ograniczone były obowiązującymi przepisami i regulaminami, a przede wszystkim stanem ilościowym własnej artylerii. Wprowadzany w życie od 1939 roku nowy regulamin działań taktycznych przewidywał organizację obrony dywizji w pasie o szerokości 7 km. W takim ugrupowaniu dywizja mogła mieć około 10 dział do ognia pośredniego i 5 do strzelania na wprost na 1 km frontu.

Niemiecka dywizja piechoty organizowała natarcie w pasie szerokości 3 km. Mogła ona środkami organicznymi osiągnąć nasycenie 42 dział i moździerzy do ognia pośredniego i 18 dział ppanc. na 1 km frontu. Ogniowa siła niemieckich dywizji pierwszorzutowych poważnie wzrastała, kiedy oddziaływały na jej korzyść liczne oddziały przydzielane szczególnie artylerii korpuśnej i armijnej oraz lotnictwa.

Bitwa graniczna i działania do 5 września spowodowały, że strona polska poniosła poważne nieodwracalne straty, które tylko powiększyły początkową niekorzystną dysproporcję sił. Zwraca uwagę fakt, że na przykład straty artylerii strzelającej z zakrytych stanowisk ogniowych były większe niż artylerii przeciwpancernej, walczącej z reguły na pierwszej linii obrony. Ten stan rzeczy może mieć swoje uzasadnienie z jednej strony w fakcie, że stanowiska artylerii do ognia pośredniego stanowiły jedne z podstawowych celów dla lotnictwa niemieckiego w pierwszej fazie działań, z drugiej zaś w lepszym wyposażeniu, wyszkoleniu i przygotowaniu pododdziałów przeciwpancernych do walki z niemieckimi czołgami. W ciągu kolejnych dni, do 9 września, za niezdolne do walki uznano dalsze około 250 dział do ognia pośredniego oraz 100 dział ppanc. W tym momencie straty w artylerii polskiej sięgnęły już około 25% stanu wyjściowego z 1 września 1939 r., przy czym były to straty dotyczące całkowicie rozbitych pododdziałów (baterii). Strat tych baterii i dywizjonów, które zachowały swoją strukturę organizacyjną i mimo niepełnych stanów mogły działać dalej, nie uwzględniono. Do 17 września Niemcy doprowadzili do sytuacji, kiedy posiadali już czterokrotną przewagę w artylerii do ognia pośredniego i ponadośmiokrotną w artylerii przeciwpancernej, przy absolutnym panowaniu w powietrzu.

Kampania wrześniowa potwierdziła, że jedynie bezpośredni ogień artylerii jest skuteczny przeciwko broni pancernej. Podejmowane przez polskie dywizje próby koncentracji ognia artyleryjskiego z zakrytych stanowisk ogniowych, w celu powstrzymania natarcia niemieckich czołgów, kończyły się z reguły niepowodzeniem. Artyleria przeciwpancerna była w zasadzie od początku używana w ugrupowaniach piechoty, rozczłonkowana, bez zbytnich możliwości manewru sprzętem. Polskie działa przeciwpancerne spowodowały znaczne straty w niemieckich jednostkach pancernych, zmechanizowanych i w sprzęcie samochodowym. Skuteczność polskich umocnień i fortyfikacji znacznie wzrastała wówczas, kiedy posiadały one właśnie artylerię przeciwpancerną. Jednak umocnienia i fortyfikacje nie były w stanie zmienić losów kampanii. Natomiast polski wrzesień przyniósł w zakresie organizacji walki przeciwpancernej doświadczenia w postaci skutecznej, chociaż ograniczonej w czasie, tzw. obrony „na jeża”, stosowanej później m.in. w kampanii francuskiej i libijskiej.

Wrzesień 1939 roku wykazał, że Wojsko Polskie było nieprzygotowane do prowadzenia obrony przeciwpancernej i bezbronne pod względem obrony przeciwlotniczej. Mjr Stanisław Ihnatowicz tak pisał w lutym 1940 roku w Paryżu na temat przygotowania 7 DP, walczącej na przedpolach Częstochowy, do obrony przeciwlotniczej i chemicznej: „Nierealne opracowanie O.P.L.G. [obrony przeciwlotniczej i gazowej – M.S.] W rzeczywistości nie było potrzebnego personelu do takich organów O.P.L.G. jak drużyny ratowniczo-sanitarne, odkażające, posterunki obserwacyjno-alarmowe. Przyczyna – brak nacisku na tę dziedzinę wyszkolenia. Przeszkolonych p-gaz było zaledwie kilku na cały pułk. W rozpoznawaniu sylwetek samolotów nie byli szkoleni ani szeregowi ani też oficer. Nie było w użyciu bieżącym aktualnych sylwetek samolotów (dopiero bezpośrednio przed wojną można było sprowadzić). […] Wojsko praktycznie nie było przygotowane do walki z bronią panc. i oddziałami zmotoryzowanymi – zarówno kontyngent, jak i kadra. W ciągu ostatnich 4–5 lat 7 DP miała tylko dwa ćwiczenia (kilkudniowe) z udziałem broni panc., a znaczna ilość szeregowych widziała pierwszy raz w życiu czołgi dopiero na wojnie”.

W praktyce czynna obrona przeciwlotnicza oparta była na będącym na wyposażeniu lekkim karabinie maszynowym o małym zasięgu (do 900 m). Jego skuteczność przy długich kolumnach wojsk oraz znacznym rozczłonkowaniu w ugrupowaniu bojowym była minimalna. Oczywiste wnioski w tych kwestiach znalazły swój wyraz jeszcze podczas wrześniowych działań, przede wszystkim podczas obrony Warszawy. Później te doświadczenia zostały wykorzystane w kampanii francuskiej 1940 roku. Natomiast we wrześniu 1939 roku odnotować należy w polskich oddziałach pierwsze dość powszechne próby stosowania biernej obrony przeciwlotniczej, przede wszystkim w postaci starań, aby przestrzegać zasad maskowania podczas marszów i zmian ugrupowań bojowych.

 

Na zapleczu walczących wojsk

  

Wszelkie marsze stanowiły przysłowiową piętę achillesową kampanii. Czy nie można było temu zaradzić? Odpowiedź jest oczywista, można było. Jako przykład niech posłużą wydarzenia w nocy z 7 na 8 września pod Wyszkowem. Pamiętamy wcześniejszy fragment relacji gen. Krzischa i losy trzech dywizji (1 DP, 33 DP i 41 DP). W bezładnym wycofywaniu się, by nie rzec ucieczce, znalazła się tam owej nocy masa wojska, głównie z Armii „Modlin” i SGO „Narew”, ściągająca tu prawie w panice z różnych przyczyn i z nie zawsze jasnymi celami. Drogi dojazdowe do miasta były zapchane. Zdążające na przeprawę mostową najprzeróżniejsze kolumny wojskowe wzajemnie przecinały sobie drogi marszu, gubiły części swoich kolumn, powstawała napięta atmosfera, którą dodatkowo potęgował widok palącego się Wyszkowa, a w zasadzie już jego zgliszcz. I wówczas zjawił się tam gen. Wincenty Kowalski, dowódca 1 DP i SGO „Narew”. Ogromnym wysiłkiem osobistym i oficerów swojego sztabu opanował koszmarną sytuację. Spowodował opróżnienie dróg dojazdu, wprowadził na moście drogowym przechodzenie wojsk w dwóch równoległych kolumnach. Przy okazji zbierał rozbite pododdziały, a również i co większe zwarte jednostki, i odsyłał je do miejsc zbiórek. W ciągu nocy przez most potrafiono przeprowadzić m.in. większość Mazowieckiej BK, 33 i 41 DP oraz część jednostek 1 DP. Zorganizował też Kowalski obronę przeciwlotniczą mostu i dzięki temu przemarsz mógł odbywać się również w ciągu następnego dnia. Kiedy wieczorem przeszły przez most oddziały osłonowe, przepuszczono również samorzutnie ewakuującą się ludność cywilną, a następnie most wysadzono przed zbliżającym się nieprzyjacielem. Tym samym gen. Kowalski pokazał, że można było odpowiednio zabezpieczyć i pokierować ruchem na drogach podczas kampanii.

Musiał zatem osobiście dowódca dywizji, ba – nawet grupy operacyjnej czynić to, co należało i należy do wyspecjalizowanych służb w wojsku. Jeżeli mówimy o kierunkach badań nad kampanią wrześniową, to jednym z zasadniczych jest problem roli, zadań i udziału w niej żandarmerii wojskowej i służb porządkowo-ochronnych i regulacji ruchu. Wydaje się, że nie tłumy uchodźców cywilnych, nie naloty niemieckiego lotnictwa, wreszcie nie możliwości transportowe i manewrowe polskich wojsk, lecz właśnie brak właściwego zabezpieczenia porządku na tyłach walczącego wojska był przyczyną takiego stanu, jaki mieliśmy. Podczas tej samej kampanii zupełnie inna sytuacja panowała po drugiej stronie frontu. Ale wojska niemieckie miały doskonale zorganizowany system ochrony i regulacji wojsk. Wzmiankowany problem dotyczy także ówczesnych zadań i obowiązków na wypadek wojny oraz ich realizacji przez policję, straż pożarną i inne służby oraz przez cały system administracji państwowej od szczebla podstawowego do centralnego.

W tym miejscu można również postawić pytanie, jak wywiązała się ze swoich zadań administracja? Wśród przechowywanych w Londynie sprawozdań jest m.in. relacja ppor. Mariana Krzyżaniaka, który w sierpniu 1939 roku został przeniesiony z referatu bezpieczeństwa w Gostyniu na stanowisko zastępcy starosty powiatowego w Żninie. Ponieważ referent mobilizacyjny w tym powiecie chorował, Krzyżaniak przejął jego obowiązki. Jego uwagi do pracy w warunkach wojennych administracji szczebla powiatowego są następujące:„Trudność wywołała ewakuacja urzędów. Zgodnie z zarządzeniami Wydziału Wojskowego Urzędu Wojewódzkiego przewidywano ewakuację w dwu rzutach, częściowo koleją, częściowo kołowo podwodami. Tymczasem ewakuacja kolejowa okazała się niemożliwa, gdyż wskutek bombardowań kolej nie mogła podstawić wagonów. [...] Dnia 4 września pod wieczór na polecenie d-cy 26 DP nastąpiła ewakuacja władz i urzędów rzutu II (całkowita). Wojska dywizji w ciągu nocy miały zająć linię obronną przechodzącą środkiem powiatu.

Nasuwa się uwaga, że taka automatyczna ewakuacja wszystkich władz ma wiele ujemnych stron. Przede wszystkim z powiatu odchodzi cała policja, co powoduje chwilowy okres braku władzy bezpieczeństwa. Jeśli wojsko wkracza niezwłocznie i posiada dostateczną ilość żandarmerii, nie powstają specjalne trudności. Jeśli jednak wejście wojska się opóźni, jeśli żandarmerii jest mało, wreszcie jeśli wojsko nie obsadza całego powiatu w głąb, to na tyłach tego wojska powstaje niebezpieczna pustka władz, w której mogą grasować elementy przestępcze i dywersanci. Wydaje się mnie, że co najmniej policja winna się ewakuować dopiero po zdaniu swych funkcji żandarmerii, podlegając od ewakuacji II rzutu d-cy wojskowemu. Tak samo należałoby organizować ewakuację części Starostwa”.

Z problematykąpracy tyłów, z zagadnieniami zabezpieczenia walczących wojsk operacyjnych wiąże się kolejny problem, stanowiący jedną z ciemniejszych stron tej wojny. Mianowicie chodzi o grzebanie poległych. Walczące odziały nie zawsze mogły i miały czas dokonać pochówku swoich kolegów, współtowarzyszy walki. Zaduch rozkładających się trupów ludzkich i koni napełniał powietrze przez całą kampanię wrześniową. Na poparcie tych słów przytoczę fakt, że Niemcy po kapitulacji twierdzy modlińskiej zastali tam około 2 tysiące nie pogrzebanych ciał polskich żołnierzy. Rodzi się więc pytanie, jak działały odpowiedzialne za tę sferę wojny służby i administracja cywilna? Zapewne Czytelnicy doskonale wiedzą, jak pod tym względem przygotowany był 2 Korpus Polski przed bitwą pod Monte Cassino, ile trumien kazał przygotować gen. Władysław Anders, zanim dał rozkaz do natarcia

 

Morale wojsk, dezercje i dywersja

  

Sprawą wymagającą szczegółowej analizy i wielostronnej oceny sytuacji i okoliczności, jakie im towarzyszyły, są przypadki mniej lub bardziej świadomej czy niezamierzonej paniki, do jakiej dochodziło w toku kampanii wrześniowej w oddziałach walczących wojsk. Odnotowano tego rodzaju ekscesy m.in. we wspomnianej już 8 DP. W tym przypadku najczęściej sugerowano, że były to skutki zmęczenia oddziałów nocnymi marszami. W 8 DP jej pułki do 5 września miały za sobą od 6 do 9 marszów nocnych, co rzeczywiście mogło już powodować zmęczenie fizyczne i wyczerpanie psychiczne. Niektórzy analitycy kampanii wrześniowej sugerują jednak, że przyczyn wydarzeń w nocy z 4 na 5 września należy szukać w dywersji, o którą posądza się przede wszystkim rezerwistów Niemców, powołanych do 32 pp. Jeszcze przed I wojną światową Prusacy celowo osiedlali niemieckie rodziny na przedpolu twierdzy modlińskiej, szczególnie na kierunku granicy z Prusami. Ten fakt potwierdza m.in. w swojej relacji por. Antoni Kuligowski.

Żołnierze wrześniowi w marszu do niewoli.Być może pewne światło na to, co napisane powyżej, rzuca fragment relacji dotyczący dnia 7 września, którą sporządził kpt. Wasicki z 32 pp: „Około g. 2-ej wymijały nas 4 samochody ciężarowe załadowane ludźmi, ubranymi w drelichowe kombinezony koloru khaki i czarne berety. Zatrzymałem ich. Porucznik jadący w pierwszym samochodzie okazał mi rozkaz ewakuacyjny wystawiony dla Biura Cenzury z Poznania i podpisany przez szefa sztabu O.K. VII. Rozkaz ten był ostemplowany pieczęcią okrągłą O.K. XII, ale taką, jakiej używa się do laku. Zapytany porucznik wyjaśnił, że pieczęć do tuszu była już zapakowana. To objaśnienie wówczas mnie zadowoliło. Dzisiaj o tem myślę inaczej”.

 W toku kampanii żołnierze polscy spotykali się wielokrotnie z aktami dywersji, może nie na taką skalę jak w Bydgoszczy, ale niemiecka V kolumna była podczas kampanii wrześniowej bardzo aktywna. Kpt. Emil Jabłoński z jednostki saperów twierdzi, że podczas obrony Warszawy działało wielu niemieckich dywersantów poprzebieranych w polskie mundury. Mjr Stefan Hernik z dowództwa obrony Warszawy pisze w swojej relacji: „Działalność dywersyjna była b. silna i śmiała. Podawano sygnały świetlne z poddasza wysokości kamienic – meldunek dcy 41 dal., strzelano z dachu o zmroku, rzucano wielkimi kamieniami z góry i przecinano kabel połączeń telef. – meldunek dcy 1/29 pal. Na ulicach Pragi strzelano w biały dzień do przechodzących lub przejeżdżających oficerów, czego doświadczyłem na sobie w czasie inspekcji stanowisk, a o czym najlepiej świadczy śmierć kpt. Strzeleckiego”.

O zwartości i morale wojska decydowało wiele czynników. Oto jak przedstawia ten problem cytowany już ppłk Czesław Obtułowicz, dowódca 11 pułku artylerii lekkiej stacjonującego w czasie pokoju w Stanisławowie i częściowo w Kołomyi: „Wcielenie starszych roczników [rezerwy – M.S.] do oddziałów jak się okazało w działaniach wojennych niekorzystnie odbiło się na morale pododdziałów. Żołnierze tych roczników przeważnie nie opanowani nerwowo (ślady wojny światowej) wznosili w bateriach lęk i demoralizację. (Krytykę przełożonych).

Mniejszość narodowa: przeszło 30% Ukraińców oraz kilka procent Żydów.

Ukraińcy początkowo zachowywali się poprawnie, jednak po kilku dniach walk odwrotowych przejawili niechęć i bierny opór. Po przekroczeniu Sanu nastąpiła dezercja i wyraźna dywersja (przecinanie połączeń telef.), a po wejściu w lasy ‘Szkło’ i ‘Janów’ zorganizowano masową dezercję / w nocy na postoju dn. 13–14 [września – M.S.] wszyscy jezdni artyl. i woźnice taborowi zbiegli, powodując osłabienie linii ogniowej, gdyż trzeba było uzupełnić jezdnych kanonierami z obsługi [dział – M.S.] i telefonistami”.

Natomiast trudno uznać za wiążącą w odniesieniu do całego wojska opinię wyrażoną przez cytowanego już mjr. Ihnatowicza, który napisał w swoim sprawozdaniu: „Żołnierz wykazał słabą odporność psychiczną. O ile na początku duch był dobry i w okopach żołnierz trzymał się bardzo dobrze, o tyle po pierwszym niepowodzeniu nastrój się załamał i w otwartym polu wojsko nie wytrzymywało nawet bardzo słabego ognia. Odnosi się to w znacznej mierze i do większości kadry zawodowej, która nie brała udziału w poprzednich wojnach”.

 

Reorganizacja wojska, zapoczątkowana zaledwie kilka miesięcy przed wybuchem wojny, nie mogła zaowocować sukcesami w kampanii wrześniowej 1939 roku. Za późno bowiem było na to, aby nowe koncepcje i sposoby dowodzenia oraz wiele słusznych i dalekowzrocznych przedsięwzięć organizacyjnych, podjętych w wojsku II Rzeczypospolitej, mogło natychmiast naprawić niedociągnięcia i braki. Wynikały one, co trzeba szczególnie podkreślić, bynajmniej nie z winy dowódców kolejnych szczebli. Zasadniczą przyczyną były ograniczenia ekonomiczne młodego, odradzającego się państwa. Musimy zawsze pamiętać, że okres odradzania się państwa polskiego do chwili wybuchu wojny z Niemcami, także okres odradzania się wojska trwał zaledwie dwadzieścia lat. Mimo trudnej sytuacji ekonomicznej, mimo konieczności budowy armii od podstaw, mimo wojen o granice, szczególnie wojny z bolszewikami, mimo wielkiego kryzysu ekonomicznego, który objął cały niemalże świat i nie pozostał bez wpływu również na sytuację ekonomiczną Polski, we wrześniu byliśmy w stanie wystawić armię, która potrafiła przeciwstawić się niemieckiej nawale.

Wyszkolenie taktyczne, sprzęt i wyposażenie oraz organizacja wojska były niedostateczne w stosunku do wymogów, jakie postawili Niemcy w toku walk. Wojsko polskie nie było w stanie odpowiednio przeciwstawić się jednostkom niemieckim, zwłaszcza że te ostatnie rozpoczęły wojnę działając w myśl nowoczesnych zasad taktyki i sztuki operacyjnej, która wywarła znaczące piętno na sposobach prowadzenia wojny przez główne państwa biorące udział w drugiej wojnie światowej.

Przede wszystkim przed rozpoczęciem kampanii Niemcom udało się osiągnąć niezbędną przewagę sił i środków gwarantującą powodzenie w działaniach zaczepnych. Ponadto strona polska zrobiła zbyt mało, aby ten niekorzystny stan rzeczy zmienić. Na przykład w bitwie granicznej Polacy wykorzystali zaledwie około 100 dział artylerii ciężkiej i około 60% artylerii dywizyjnej. Inicjatywa w kampanii, poza drobnymi epizodami i krótkim okresem polskiej aktywności nad Bzurą, należała do Niemców. Przewaga ilościowa i jakościowa przeciwnika przyczyniła się do tego, że strona polska pozbawiona została w zasadzie możliwości prowadzenia działań zaczepnych.

Decydujący wpływ na przebieg kampanii miała przewaga niemieckiego lotnictwa, które jako jedno z podstawowych zadań bojowych miało przeprowadzać bombardowania ważnych celów na bezpośrednim zapleczu frontu, głównie węzłów komunikacyjnych oraz kolumn wojskowych.

Na efektywność oddziaływania wojsk polskich negatywny wpływ miał brak dostatecznej liczby bezprzewodowych środków łączności. Natomiast sprzęt przewodowy zawiódł, albowiem linie telefoniczne szybko ulegały zniszczeniu pod ogniem artylerii nieprzyjaciela lub utracie w czasie nagłych, z reguły wymuszonych, zmian w ugrupowaniu bojowym. Natomiast posługiwanie się radiem było początkowo ze względów ochrony tajemnicy zakazane. Zresztą radiostacje nie wytrzymywały trudów wojny. Natomiast dobra łączność, głównie radiowa, pozwalała niemieckim dowódcom natychmiast reagować ogniem na sytuację pola walki.

I jeszcze jedno. Mam prawo podejrzewać, że biorący udział w kampanii wrześniowej żołnierze łączności-telefoniści, a przynajmniej znaczna ich część, nie posiadali broni, bo nie przewidywały tego ówczesne etaty. Taki stan rzeczy ujemnie wpływał na ich samopoczucie, na tzw. ducha bojowego. Przecież nawiązywali oni łączność w szczególnie trudnych warunkach, idąc samotnie (patrolami) z dala od pododdziałów przez lasy i inne niebezpieczne okolice, narażeni na spotkanie z patrolami nieprzyjaciela lub dywersantami, nie mieli czym bronić siebie i stawianej linii. Z tego, co wiem, jedynie w części oddziałów dowódcy nakazali wydać telefonistom broń z nadwyżek, a później nawet zdobyczną, jeśli takowa była.

Dobrze zaplanowany system zaopatrzenia w amunicję sprawił, że wojska generalnie nie odczuwały braków w zaopatrzeniu w tym zakresie. Oczywiście można mnożyć przykłady, kiedy tej amunicji brakowało, jednak wynikało to przede wszystkim ze strat spowodowanych działaniami bojowymi, szczególnie bombardowaniami kolumn amunicyjnych przez lotnictwo nieprzyjaciela w trakcie marszów i w rejonach ześrodkowań. Natomiast po kampanii w magazynach i składach wojskowych zostało jeszcze dużo wszelkiego rodzaju sprzętu, wyposażenia i materiałów wojennych i wojskowych.

 

Nie sprawdziły się w kampanii wrześniowej tradycje, idea i doktryna działań wojennych, które tkwiły w świadomości i w myśl których byli kształceni wyżsi dowódcy wojska II RP

Warunki i sposoby prowadzenia wojny, w jakich przyszło dowodzić Wojskiem Polskim we wrześniu 1939 roku, były odmienne od przewidywanych przez przedwojenną doktrynę i tradycje polskie, które bazowały przede wszystkim na idei wojny ruchomej, opartej na manewrze w skali operacyjnej. Ideę, której autorem i wyznawcą był marszałek Piłsudski, skutecznie wszczepiano w mentalność polskich dowódców.

Piechur z granatem nasadkowym a karabinie.Rozwój teorii i praktyki sztuki wojennej w pierwszej połowie XX wieku spowodował uprzywilejowaną rolę agresora w konfliktach zbrojnych. Wykazała to nie tylko kampania wrześniowa, lecz również przyszłe, zwycięskie walki PSZ na Wschodzie i na Zachodzie. Tu mała dygresja. Otóż po drugiej wojnie światowej sposób prowadzenia walki, przede wszystkim ewolucja w kierunku działań nieregularnych, partyzanckich itp. spowodował, że to agresorzy zaczęli ponosić nagminnie porażki w wojnach.

Działania bojowe kampanii wrześniowej 1939 roku przyniosły wyższym dowódcom wiele istotnych doświadczeń, przede wszystkim w dziedzinie operacyjnego i taktycznego użycia wojsk w nowoczesnej wojnie, potrzeb w zakresie jej struktur organizacyjnych, organizacji dowodzenia i pracy sztabów, wreszcie zabezpieczenia logistycznego. Nie wszystkie z tych doświadczeń znalazły zrozumienie w sztabach i dowództwach alianckich, gdzie przyszło dalej walczyć polskim żołnierzom. Wszystkie natomiast wzbogaciły praktyczno-teoretyczny dorobek polskiej myśli wojskowej.

 

Przebieg działań wojennych w kampanii wrześniowej narzucił przeciwnik

Przebieg kampanii wrześniowej w pewnym stopniu zaskoczył, nie tylko polskich wyższych dowódców, już na etapie poprzedzającym działania bojowe. W przygotowaniach niemieckich zatarła się różnica między okresem mobilizacji, koncentracji i rozwinięcia sił zbrojnych w obszarach wyjściowych. Siła, z jaką rozpoczęto atak na Polskę, stanowiła największe zaskoczenie dla polskich dowódców.

Historycy września 1939 roku, jak chociażby Władysław Pobóg-Malinowski czy Marian Porwit, wielu dowódców oceniają bardzo krytycznie, zwłaszcza tych, którzy pozostawili swoje oddziały na polu bitwy, chociażby generałowie: Kazimierz Fabrycy, Juliusz Rómmel, Stefan Dąb-Biernacki czy inni. Lecz we wrześniu zdecydowana większość wyższych dowódców dobrze i bardzo dobrze wypełniała swoje obowiązki – na tyle, na ile pozwalały warunki prowadzenia tej kampanii. Należy przy tym pamiętać o tych, którzy bohatersko polegli w walce, a więc o generałach: Mikołaju Bołtuciu, Stanisławie Grzmot-Skotnickim, Franciszku Władzie, Józefie Kustroniu i innych.

Wielu z wyższych dowódców wyróżniło się w tych dniach września, przede wszystkim gen. Tadeusz Kutrzeba, mimo kontrowersyjnych opinii gen. Antoni Szylling czy dowodzący 1 Dywizją Piechoty gen. Wincenty Kowalski.

 

Przebieg kampanii wiązał się z sytuacją polityczno-militarną, w jakiej znalazła się Polska

To właśnie sytuacja polityczno-militarna sprawiła, że wojsko walczyło we wrześniu 1939 roku w osamotnieniu, jednocześnie oczekując na pomoc aliantów, głównie Francji i Anglii. To oczekiwanie, ta wiara w nadejście wojsk francuskich i brytyjskich pozwoliła armii i społeczeństwu tak długo prowadzić zbrojny opór.

 

Link Cytuj

 
0
1  |  2   z  2   Następna strona Ostatnia strona
Najpopularniejsze grupy w kategorii: Forum Kultura, Sztuka
  • Film i Kino - Grupa ludzi lubiących świat dużego ekranu.
  • Religia, wiara - Miejsce na wymianę światopogladów w oparciu o swoją wiarę (lub jej brak), co nam daje, gdzie nas prowadzi, po co wierzyć? Pytania egzystencjalne.
  • Obrazy i nie tylko - ...coś dla miłośników sztuki....
  • Wszystko o Fotografii - Dla każdego coś dobrego: newsy, porady, sprzęt, obróbka, ciekawe zdjęcia, plotki i ciekawostki. Dla fotoamatorów i profesjonalistów ;) Zaprasza…...
  • Teatr - Niektórzy mówią "tu dzieje się żywa sztuka". Wszystko co o teatrze chcemy powiedzieć i się dowiedzieć.
Najnowsze zlecenia w kategorii: Zlecenia Kultura, Sztuka
Najnowsze usługi w kategorii: Usługi Kultura, Sztuka